Tanie linie uciekają od naszych sąsiadów. Efekt? Drogie bilety i cierpiący pasażerowie
Przez ostatnie lata Ryanair i easyJet (a w mniejszym zakresie także Wizz Air) próbowały stopniowo budować swoją pozycję w Niemczech, które długo uchodziły za najtrudniejszy w Europie rynek dla low-costów. Powody? Bardzo wiele. Przede wszystkim silna pozycja Lufthansy i związany z tym specyficzny „patriotyzm transportowy” Niemców, którzy często woleli dopłacić nieco więcej i lecieć swoim narodowym przewoźnikiem niż szukać kilku euro oszczędności za lot tanimi liniami.
Costa Brava od 1439 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Kraków)
Hurghada od 2776 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Katowice)
Ayia Napa od 1975 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Radom)
Do tego dochodzą też wysokie stawki opłat lotniskowych, które bardzo długo odstrzały przewoźników niskokosztowych. Jednak mimo wszystko kilka lat temu low-costy zaczęły większą ekspansją u naszych sąsiadów: easyJet mocno wszedł do Berlina, Ryanair i Wizz Air pojawiły się na lotnisku we Frankfurcie, korzystając z dużych zniżek i wywołując przy tym wściekłość Lufthansy. Jednak nic nie trwa wiecznie: jak czytamy w artykule Bloomberga, obecna polityka niemieckich lotnisk sprawia, że tanie linie mocno ograniczają swoją pozycję w Niemczech kosztem rozwoju w innych krajach. Wystarczy porównać: z danych Cirium wynika, że oferowanie Ryanaira w Niemczech w stosunku do okresu sprzed pandemii spadło o prawie połowę, podczas gdy ten sam wskaźnik dla irlandzkiej linii w Niemczech wzrósł o ponad połowę. Z kolei easyJet zredukował swoją liczbę operacji w Berlinie o prawie 2/3. Dla porównania rośnie teraz np. W Lizbonie, gdzie ma obecnie 9 samolotów, a przed pandemią nie miał ani jednego.
Efekt? Największa gospodarka Europy notuje znacznie słabsze ożywienie w branży lotniczej niż wiele innych krajów UE, gdzie przewoźnicy osiągają już statystyki znacznie powyżej poziomu sprzed pandemii. Dla Niemiec wynik ten wynosi obecnie 75 procent poziomu z 2019 roku, choć – jak czytamy w Bloombergu – w wielu mniejszych portach wynik nie wynosi nawet 1/4 rezultatów sprzed ery koronawirusa.
Winni? Wysokie opłaty i… Lufthansa
Skąd tak duże zmiany? Jednym z głównych powodów są wspomniane wcześniej wysokie opłaty na niemieckich lotniskach. Z danych firmy badawczej RDC wynika, że wszelkiego rodzaju podatki i opłaty lotniskowe w Monachium i Frankfurcie są o 13 procent wyższe niż na europejskich lotniskach porównaywalnej wielkości, a w przypadku lotnisk regionalnych niemieckie porty są droższe o 25 procent niż europejska średnia.
Low-costy nie mają wątpliwości, z czym to jest związane.
– Rynek został ustawiony tak, by chronić Lufthansę. Jest to jednak sytuacja, w której największą cenę płaci niemiecki pasażer – komentuje Dara Brady, szef marketingu Ryanaira.
A Lufthansa nie ma żadnych skrupułów, by wykorzystywać tę sytuację. Flagowy przewoźnik NIemiec ma po ok. 2/3 wszystkich dostępnych slotów we Frankfurcie i Monachium, czyli znacznie więcej niż British Airways w Londynie czy Air France w Paryżu. Do tego trzeba doliczyć niemal monopol „Lufy” oraz Eurowings na trasach krajowych. Efekt to niezwykle drogie bilety. Przykład? W tekście Bloomberga czytamy, że bilet na trasie z Monachium do Frankfurtu z dwutygodniowym wyprzedzeniem kosztuje ok. 349 euro, podczas gdy na trasie z Londynu do Edynburga (podobny dystans) trzeba za niego zapłacić średnio 56 funtów. Powód? Na tej trasie operuje trzech przewoźników, co zwiększa konkurencję.
Jakby tego było mało, Lufthansa nie zamierza się zatrzymywać. Z danych porównywarki cenowej Idealo wynika, że średnie ceny biletów Lufthansy w przyszłoroczne wakacje wzrosną w skali roku minimum o 40 procent.
Słabej pozycji tanich linii winna jest też niemiecka biurokracja, na której cierpią zresztą nie tylko low-costy. Świadczy o tym m.in. przykład linii Emirates, która od ponad dekady próbowała uzyskać sloty na lotnisku w Berlinie. W tekście Bloomberga czytamy, że niemieckie władze odpowiadały linii z Zatoki, ze aby uzyskać sloty w Berlinie, musi opuścić jedno z czterech niemieckich lotnisk, na które obecnie lata.
– Odpowiedzieliśmy im: „Które lotnisko chcielibyście, żebyśmy oddali? I co powiecie wtedy naszym klientom, którzy zostaną pozbawieni naszych usług?” – grzmiał w listopadzie w Berlinie wyraźnie zirytowany Tim Clark, prezes linii Emirates.