REKLAMA

Bitwa o cukierki, wyrzucanie długopisów z okna busa. Tak turyści pomagają w biednych krajach

turyści z dziećmi w afryce
Foto: Aleksandar Todorovic / Shutterstock

Wizja bogatego, białego turysty to coś, na co zapracowaliśmy latami. Rozdawanie cukierków, długopisów czy drobnych pieniędzy kiedyś cieszyło obie strony. Dziś obie na tym cierpią. My, gdy jesteśmy traktowani jak skarbonki, oni – gdy okazuje się, że ciężko z wyciągania ręki utrzymać się przez całe życie.

Mała, przykurzona ręka sięgnęła do mojego otwartego plecaka. Dziecięcy mózg zadział szybciej niż się spodziewałam. Na okrągłej, nieco brudnej buźce pojawił się ogromny uśmiech. Minęła sekunda, a w plecaku były już dwie małe łapki i ani jednego cukierka. Dziewczynka patrzyła na mnie tymi ogromnymi, czarnymi oczami, jakby chciała odwrócić mój wzrok od słodyczy, które teraz mocno przyciskała do swojego brzucha – równocześnie trochę podtrzymując je własną, fioletową sukienką zawiniętą tak, by tworzyła tymczasowy tobołek. Nie zamierza dzielić się z innymi. Gdy tylko zajmuję się rozmową, znika niepostrzeżenie i więcej się nie pojawia. Za to w mojej głowie zostaje na zawsze.

Kilka godzin później jeep, którym jadę, zatrzymuje się tuż przed jakąś wioseczką na postój. Bin Jey, mój kierowca, który zarówno z wyglądu jak i zachowania przypomina Mr T. z kultowej Drużyny A, tłumaczy, że zaraz zjawią się dzieciaki. Kurz zaczął powoli opadać, a z jego kłębów jak z gęstej mgły wyłoniły się ciemnoskóre rączki. Minęła sekunda. Moje ręce były puste, po młodych ani śladu, a kurz wciąż jeszcze nie spotkał się z ziemią. Dzieci pojawiły się i zniknęły, „ograbiając” mnie ze wszystkiego, co można wpakować do małych brzuszków zanim zdążyłam mrugnąć. A przecież z moich zapasów można było wykarmić małe przedszkole. Bin Jey zaczął się śmiać. – Już? To wszystko, co miałaś? – zapytał, rozbawiony moim zaskoczonym wyrazem twarzy, który pewnie widział już na twarzy niejednego turysty. Nie do końca wiedziałam, co się właściwie stało i gdyby nie pusty plecak dałabym sobie rękę uciąć, że to jakaś fatamorgana.

Jest rok 2014, a ja po raz pierwszy odwiedzam środkową Afrykę. Byłam naiwna i popełniłam błąd, a przede wszystkim zaufałam tym, którzy mówili, że trzeba mieć ze sobą coś dla dzieci. Ba, potwierdził to nawet mój lokalny przewodnik, zachęcając do kupienia dużego worka cukierków. Posłuchałam, bo w podróży mam do dzieci słabość – lubię się z nimi bawić, fotografować je, obserwować, po prostu spędzać z nimi czas. Nie czuję się ani nigdy nie czułam „białym bogiem” ani „europejskim bogaczem”, chciałam im po prostu zrobić przyjemność. Tymczasem pierwsze zderzenie z dziecięcą rzeczywistością w Kenii było jednak równie bolesne, jak upadek z Kilimandżaro prosto w paszczę lwa. Jeszcze długo później będę roztrząsać te chwile, plując sobie w brodę.

Na szczęście kolejne lata podróży nauczyły mnie weryfikować informacje. Kilka lat później o wiele więcej mówi się o etyce w turystyce, przestrzega turystów przed idiotycznym zachowaniem, a przede wszystkim pokazuje skutki rozdawania prezentów na lewo i prawo.

dziecko w indiach
Foto: Saurav022 / Shutterstock

Dawać czy nie dawać?

Ilu ludzi, tyle opinii. Jedni uważają, że w biedniejszych krajach mamy obowiązek w ten sposób pomóc lokalnej społeczności a inni, że uczy to jedynie roszczeniowości, odwodzi od edukacji i normalnej pracy. Szukam więc odpowiedzi u eksperta.

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. W znaczącej większości sytuacji podczas podróży uważam, żeby nie dawać – tłumaczy mi Ewa Chojnowska-Lesiak, podróżniczka i blogerka, która najbardziej na świecie ukochała sobie Afrykę Równikową i pilot wycieczek, która od wielu lat pracuje z turystami. – Są jednak sytuacje, kiedy pomocy nie można odmówić. Ale to nie jest wówczas rola „jednorazowego” turysty, ponieważ ten nie ma wiedzy o realnych potrzebach. To jest już rola wyspecjalizowanych organizacji humanitarnych, które też popełniają błędy. Pomaganie wcale nie jest prostą sprawą – opowiada.

Zwłaszcza, że na pierwszy rzut oka może się wydawać, że jeden cukierek, długopis czy kilka dolarów nie może zrobić krzywdy dzieciom, a tym bardziej całej społeczności.

– Wyciąganie rąk przez najmłodszych w oczekiwaniu na datki generuje masy niewykształconych ludzi. Wolą stać w obiektach turystycznych niż chodzić do szkoły. W kolejnych etapach wkraczania w dorosłość pojawia się potem zdziwienie, że  „dochód” z przyjezdnych się zmniejszył, bo chętniej daje się dzieciom niż dorosłym, a z czegoś trzeba żyć. Wkrada się wówczas frustracja i czasem dochodzi do przekraczania prawa – wyjaśnia Ewa. – To brutalne, ale BARDZO często maślane oczka są wynikiem doskonałego rozpoznania turysty i wiedzy za jakie sznurki pociągać by nas zmiękczyć. Wiem, że można zarzucić mi znieczulicę, ale lata podróży do biednych krajów dały mi możliwość wyciągnięcia takich a nie innych wniosków. Są oczywiście sytuacje, że się łamię i sama oddaje ubrania, kiedy widzę, że łata łatą kolejną łatę zakrywa albo przywożę leki, gdy są potrzebne. Z grupami czasem pomagam także doraźnie – kupujemy przybory do lokalnej szkoły albo worki z ryżem do sierocińców – przyznaje.

A jednocześnie przecież w przewodnikach, katalogach biur podróży, na forach i w grupach internetowych niejednokrotnie można przeczytać, że do biedniejszych krajów koniecznie trzeba wziąć prezenty dla dzieci – przybory szkolne, cukierki, drobne przedmioty i oczywiście… jednodolarówki. Zresztą sama wpadłam w tę pułapkę.

– Ludzie często pytają, co można zabrać, a biura podróży faktycznie czasami rekomendują ubrania, zabawki, długopisy czy słodycze. Na szczęście coraz częściej, miejscowi przewodnicy nie dopuszczają do rozdawnictwa. Pouczają zarówno dzieci, goniąc je do nauki, ale i uświadamiają samych przyjezdnych – mówi podróżniczka. – A na miejscu oprócz pytania, gdzie i kiedy można wymienić pieniądze, drugim najczęstszym jest, gdzie mogą komuś oddać przywiezione rzeczy i to jeszcze jak najszybciej, by tego nie dźwigać. Tymczasem przyjazd z walizką rożnych dobrodziejstw nie rozwiąże problemu – dodaje.

Poza lokalnymi przewodnikami dużą rolę w całym procesie odgrywają też rodzice i to jak oni pokierują dzieckiem.

– Podczas pierwszej podróży na Czarny Kontynent, w Burundi dostałam pierwszą lekcję w tym temacie. „Dopadła” mnie grupka dzieci proszących o cukierki, a ponieważ były grzeczne i niezbyt napastliwe, otworzyłam plecak, wyjęłam słodycze i wręczyłam po jednym każdemu malcowi. Nie minęła chwila, kiedy w moje ramię zastukała kobieta mówiąc: „Moje dziecko ma tylko jedne zęby, a ja nie mam pieniędzy na dentystę”. Podziękowała i oddała mi cukierek. Wyryłam sobie to mocno w głowie obiecując, że tę historię będę opowiadać wszystkim swoim podopiecznym – wspomina Ewa po ponad 10 latach od tamtego zdarzenia.

Nie każdego jednak da się przekonać, że to co robi nie ma sensu. Każdy turysta jest inny, a choć Ewa przyznaje, że prowadzi rozmowy na temat odpowiedzialnej turystyki, tłumaczy problem i opisuje skutki w każdej kolejnej grupie, nie zawsze przynosi to zamierzony efekt.

–  Robią „swoje” i bardzo szybko się przekonują, iż ta sytuacja nie jest bezpieczna dla nich ani dla obdarowanych. Popularne wyrzucanie z okien samochodów długopisów do grupek biegnących i rywalizujących dzieci spowodowało, że te wpadały pod koła, stawały się kalekami albo umierały – opowiada Ewa. – Bijatyki wśród dzieci, by dostać cokolwiek to nie jest miły widok. Albo wyrywanie prezentów z rąk, wyciąganie z kieszeni, a nawet okradanie turystów, niestety także się zdarzają.

Wspominając drastyczne historie, równocześnie podpowiada, co można zrobić lepiej.

– Najbardziej jednak uderza też to, że najmniej turystycznych krajach, jak chociażby Sudan, nie spotkałam się z wyciąganiem rąk. Niby każdy z nas wie, że nie ma nic za darmo, a w podróży lubimy o tym zapominać. Jeśli jest możliwość to oddaje buty do czyszczenia, innym razem po prostu kupię kosz owoców od przydrożnego sprzedawcy. Taką pomoc uważam za o wiele lepszą – podsumowuje.

Foto: LAI CHING YUEN / Shutterstock

Cukierek albo psikus

Choć takie rozdawanie kojarzy się głównie z biednymi krajami Afryki, w rzeczywistości praktykowane jest na całym świecie. Na jednej z podróżniczych grup pytam więc ludzi, jakie jest ich podejście do tematu. Wielu przyznaje, że kiedyś zdarzyło im się rozdać przybory szkolne czy cukierki, ale nawet oni jednocześnie zgodnie z większością przyznają, że dziś nie rozdają już nic. I wspominają o konsekwencjach, z których turyści mogą nie zdawać sobie sprawy. W skrajnych przypadkach zdarza się, że dzieci są okaleczane i zmuszane do żebrania. Ale problemów jest o wiele więcej.

– Właśnie wróciłam z RPA. Pewien Pan powiedział mi, żeby tam pod żadnym pozorem nie dawać dzieciom pieniędzy, bo one ich do domu nie zaniosą, nie kupią jedzenia czy słodkości, a kupią… klej, który będą wąchać. Pomagać tak, ale rozsądnie – mówi Agnieszka. – W Kambodży przewodnik mówił, aby nie dawać dzieciom ani pieniędzy, ani słodyczy. Chodzi o to, że te dzieci pracują zamiast rodziców sprzedając pamiątki, ubrania, kiedy powinny być w szkole – dodaje Karolina.

Dla rozluźnienia, Ewelina przytacza świetną historię z drugiej strony „barykady”.

– Rzecz się dzieje na Islandii. Ja i mój ówczesny facet zabraliśmy jego siostrzenice na spacer i akurat podpłynął statek wycieczkowy z Kanady. Wybiegli jacyś Kanadyjczycy, ledwie się przywitali i dają naszym dziewczynkom ołówki, breloczki, kanadyjskie monety. My trochę w szoku, Kanadyjczycy w pośpiechu, ale wyglądają na wyraźnie z siebie dumnych, dzieci robią wielkie oczy i patrzą na nas porozumiewawczo: „Co jest grane?”, „Możemy to wziąć?”, Powinnyśmy?!”. Nie wiem, jaką ci Kanadyjczycy mieli wizję, bo w sumie nie mieli nawet czasu, by z nami pogadać – wspomina podróżniczka.

To pokazuje, że kwestia biedy jest bardzo subiektywna, a wszystko zależy od tego kto i komu zamierza rozdawać. Warto to przemyśleć. Niestety nie wszystkim jest do śmiechu. Niektóre osoby przytaczają także nieprzyjemne przygody, które są wynikiem przyzwyczajenia ludzi do tego, że turysta chodzi i rozdaje za darmo, co tylko się da.

Kiedyś w Indiach nie chciałam dać dzieciom pieniędzy, czy innych cukierków (bo ich nie miałam), więc cała dwudziestoosobowa grupa wyrostków rzucała w nas kamieniami. Niestety, ale do tego prowadzi bezmyślność – wspomina Olga. – Kiedy mieszkałam w Izraelu, wybraliśmy się raz z moim obecnym mężem na wycieczkę rowerową do klasztoru Mar Saba, po palestyńskiej stronie. W drodze powrotnej, gdy zobaczyły nas dzieci, zaczęły krzyczeć ”one dollar, one dollar!” . Kiedy zorientowały się, ze nic od nas nie dostaną, wzięły kamienie i zaczęły w nas rzucać, dołączył też do nich trochę starszy chłopiec, który kopnął mój rower, tak że o mało się nie przewróciłam i pokazał nam ze ma w kieszeni nóż. Nie zawsze dzieci są słodkie i niewinne – opowiada inna z dziewczyn, Ola.

Jeśli rzeczywiście chcemy pomóc, a nie jedynie podbudować swoje ego, możliwości jest wiele. Najprostszy sposób do przekazanie pieniędzy lub rzeczy do lokalnych fundacji czy organizacji zajmujących się pomocą charytatywną. Trzeba jednak zapytać, czego konkretnie potrzebują, bo gdy u jednych najbardziej brakuje długopisów, zeszytów czy kredek, u innych najważniejsze będą buty albo jedzenie.

Jeśli jesteśmy na miejscu można po prostu pozwolić tym ludziom zarobić. Kupowanie pamiątek u lokalnych sprzedawców, korzystanie z usług oferowanych przez społeczność – od wspomnianego czyszczenia butów i kupowania owoców, po jedzenie w ich restauracjach, spanie w małych pensjonatach zamiast w sieciowych hotelach i korzystanie z niewielkich agencji turystycznych na miejscu. Na całym świecie nie brakuje opcji, by wydać trochę pieniędzy bezpośrednio o mieszkańców danego regionu.

– Ja mam trochę nietypowy sposób. Jestem couchsurferem i założyłam sobie, że jeżeli znajdę nocleg za darmo, to w imię podziękowania przeznaczam pieniądze na cele charytatywne. Jest to suma trochę niższa niż ta, którą musiałabym zapłacić za hostel, ale dzięki temu i oszczędzam i robię coś dobrego równocześnie – zdradza Weronika.

Sposobów nie brakuje, trzeba wybrać tylko ten dostosowany do naszych możliwości i potrzeb danego miejsca. I wtedy naprawdę można czynić dobro bez rzucania długopisem z turystycznego autobusu.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
ja często w podróże zabieram z sobą balony, które przy różnych okazjach rozdaję dzieciom. Praktycznie wszystkie się cieszą. Nie zapomnę też jak na trzcinowych wyspach, na j. Titicaca dzieci grzecznie ustawiły się w kolejce. Któraś ze starszych dziewczynek przyniosla kilkumiesięczne dziecko pokazując, że ono jeszcze nie dostało. Natomiast w Indiach to niestety odchodziła "dzicz". 
jowa31, 15 stycznia 2019, 21:05 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Indie to Indie, niestety  
jowa31 ja często w podróże zabieram z sobą balony, które przy różnych okazjach rozdaję dzieciom. Praktycznie wszystkie się cieszą. Nie zapomnę też jak na trzcinowych wyspach, na j. Titicaca dzieci grzecznie ustawiły się w kolejce. Któraś ze starszych dziewczynek przyniosla kilkumiesięczne dziecko pokazując, że ono jeszcze nie dostało. Natomiast w Indiach to niestety odchodziła "dzicz". 
michcioj, 16 stycznia 2019, 0:29 | odpowiedz
Avatar użytkownika
O moje piekne j. Tititaca jedno z pieknym miejsc, ale juz sie robi strasznie komercyjne. Co do dawania czegokolwiek tym ludzia to jestem zdecydowanie na NIE, gdyz jest to niestety przedstawienie dla turystow. Jak odplyna ubieraja sie normalnie i wracaja motorowymi lodziami do Puno.  Krajobraz uwagi ale Ci ludzie mimo, ze sympatycznie to ewidentnie robia troche przedstawienie dla turystow, a to nie jest naturalne i dobre.   
jowa31 ja często w podróże zabieram z sobą balony, które przy różnych okazjach rozdaję dzieciom. Praktycznie wszystkie się cieszą. Nie zapomnę też jak na trzcinowych wyspach, na j. Titicaca dzieci grzecznie ustawiły się w kolejce. Któraś ze starszych dziewczynek przyniosla kilkumiesięczne dziecko pokazując, że ono jeszcze nie dostało. Natomiast w Indiach to niestety odchodziła "dzicz". 
_Grzegorz, 16 stycznia 2019, 9:02 | odpowiedz

Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA
porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.