REKLAMA

Przeczytaj relację roku Fly4free.pl! „Kwestia wyboru – Kambodża”

Kambodża
Foto: pestycyda & marcant / Forum Fly4free.pl
Konkurs na relację roku Fly4free.pl dobiegł końca. Znamy zwycięzcę – bezkonkurencyjna okazała się Magda „pestycyda” i jej opowieść o wyjeździe do Kambodży. Przeczytajcie koniecznie.

Bogactwo wyboru. Tylko tak potrafimy skomentować wszystkie relacje, które zostały zamieszczone w ciągu ostatnich 12 miesięcy na Forum Fly4free.pl oraz w ramach naszej Społeczności. Dzięki opowieściom naszych czytelników i forumowiczów mogliśmy zwiedzić cały świat: od Grenlandii po Australię. To wszystko okraszone świetnymi zdjęciami, nietuzinkowymi spostrzeżeniami i masą porad praktycznych.

Zwycięzcą (a raczej zwyciężczynią) corocznego konkursu na relację roku została nasza forumowiczka Magda, używająca pseudonimu pestycyda. Autorka potrafi oddać w swych opowieściach klimat odwiedzanych miejsc z wyjątkową wrażliwością. Nie inaczej było w przypadku jej podróży po Kambodży. Kraju, w którym po krwawych rządach Pol Pota nie nastąpiło żadne rozliczenie. Kraju, w którym do dziś żyją obok siebie kaci i ich ofiary.

Czy można taki kraj polubić? Czy da się o nim napisać z humorem? Niezwykła opowieść o zwykłych ludziach. Zapraszamy do zapoznania się z relacją roku 2017.

* * *

Kwestia wyboru – Kambodża

Tak, to prawda” – powiedział starszy mężczyzna, zaciągając się papierosem. – „Chyba nie ma teraz w Kambodży rodziny, która nie straciłaby przynajmniej jednego krewnego podczas rządów Pol Pota. To były straszne czasy…” – zamyślił się i popatrzył gdzieś w dal. – „Pamiętamy o ofiarach i szanujemy ich pamięć. Ale co więcej możemy zrobić? Jakieś publiczne roztrząsanie, kłótnie i samosądy nie prowadzą do niczego dobrego. Ci, którzy zginęli, nie mieli wyboru. Ci, co zostali, wybór mają. Możemy z niego skorzystać i korzystamy. Wybieramy życie. Chcemy żyć, po prostu. Normalnie, bez powracania do złego, bez nienawiści…

Kambodża

Fot. pestycyda & marcant, Forum Fly4free.pl

Zawsze chciałam pojechać do Kambodży. Zawsze też myślałam, że tego nie zrobię. Byłam pewna, że ze swoją krwawą historią, jest to kraj, którego nie udźwignie dziewczyna kategorycznie odmawiająca wyjazdu do Oświęcimia ze strachu. Owszem, to nie jest jedyny kraj tak ciężko doświadczony. Jednak najbardziej przerażał mnie fakt, że ludobójstwo odbywało się stosunkowo niedawno i na taką skalę. I przyjmowało tak okrutne formy…

Czas pobytu: 01.08.2017 – 15.08.2017
Cena biletu: 2 300 PLN, linia Emirates, Warszawa – Dubaj, Dubaj – Phnom Penh
Waluta: riel kambodżański (KHR) 2 PLN = ok. 2200 KHR i dolar amerykański (jaki przelicznik – wiadomo, w zależności od kursu)
Uczestnicy: standardowo – kolega Marcin i ja.
Plan podróży: standardowo. Zarezerwowany pierwszy nocleg w Phnom Penh, a potem się zobaczy.

Właściwie to do końca nie jestem pewna, jak to się stało, że kupiliśmy te bilety. Pojawiły się na fly4free.pl, a że zbliżał się okres, w którym koniecznie trzeba już było wybrać jakiś kierunek na wakacje, zaczęliśmy przeglądać zdjęcia z Kambodży w sieci. Tak zupełnie niezobowiązująco. I nagle, siup, już byliśmy właścicielami biletów. Jakoś tak mimochodem.

Wylot zaplanowany był na wtorek, 1 sierpnia. W poniedziałek wieczorem, gdy przeglądaliśmy ostatnie rzeczy przed wyjazdem, sprawdziliśmy jeszcze bilety, tak na wszelki wypadek. Były w porządku. Ale chwila… dlaczego na bilecie jest wylot 1 sierpnia, środa? A powrót 16, czwartek? I w żadnym miejscu nie ma wpisanego roku?! To był moment, w którym, blada jak ściana, uznałam, że tym numerem przebiliśmy już samych siebie.

Wszystko wskazywało na to, że w tym roku nigdzie nie pojedziemy, natomiast wyjątkowo szybko mamy zaplanowane wakacje 2018 (bo właśnie w 2018 1 sierpnia wypada w środę). Kolega Marcin uwierzył dopiero wtedy, gdy pokazałam mu daty w kalendarzu. Zaczął sprawdzać rezerwacje, ale w żadnym miejscu nie było… roku wylotu. W końcu, po długich poszukiwaniach, znalazł gdzieś 2017. Nie byliśmy jednak do końca przekonani, bo wszędzie jak byk stało, że lecimy pierwszego, w środę, a my, owszem, wybieraliśmy się na lotnisko pierwszego, ale we wtorek…

Droga do Warszawy upłynęła nam więc na wzajemnym zachwalaniu wszystkich wakacyjnych atrakcji, które Warszawa może zaproponować urlopowiczom. Przez dwa tygodnie. Szczerze? Jechaliśmy z duszą na ramieniu.

Do tej pory nie wiem, skąd wziął się ten błąd na rezerwacjach. Ale uczciwie mówiąc, gdy tylko przeszliśmy szczęśliwie przez odprawę, przestaliśmy sobie zawracać tym głowę. W końcu trzeba było zachować energię na rozwiązywanie przyszłych problemów (naprawdę, już straciłam nadzieję, że kiedyś uda się nam zrealizować wszystko dokładnie tak, jak zaplanowaliśmy). O kurczę, przecież nie jesteśmy dobrzy w planowaniu. Może to jest powód?

[…]

Podczas lotu do Kambodży wydarzyło się coś, co zupełnie mnie zaskoczyło. Nasz samolot miał godzinny postój w Birmie (nie, o wyjściu na papierosa możecie zapomnieć – próbowałam 😉 ). Chodzi mi o coś zupełnie innego – Birma stoi na liście naszych marzeń podróżniczych baaardzo wysoko. Tylko jakoś do tej pory nie mogliśmy trafić na żadne bilety w atrakcyjnej cenie i odpowiednim terminie. A tu nagle stoimy sobie spokojnie na birmańskiej ziemi i połowa naszych współpasażerów po prostu wysiada. Powiem tak – naprawdę bardzo poważnie rozważaliśmy opuszczenie samolotu.

Kambodża

Fot. pestycyda & marcant, Forum Fly4free.pl

Nie mam zielonego pojęcia, z jakimi poważnymi konsekwencjami by się to dla nas wiązało, wiem natomiast, z jakimi błahymi konsekwencjami wiązałoby się to dla mnie. Musiałabym zwiedzać Birmę w jednych majtkach, za to zaopatrzona w kabanosy, pumpernikiel i inne dobra. A moja bielizna leżałaby sobie wtedy spokojnie na lotnisku w Kambodży. Przyznajcie, że to argument z gatunku ostatecznych.

Przeczekaliśmy więc newralgiczny moment (chociaż z trudem) i spokojnie dolecieliśmy do Phnom Penh. Pierwsze wrażenie? Dziwnie. Tego nie da się inaczej określić. Znając na tyle, na ile może znać historię Kambodży Europejczyk, widok miejscowych w mundurach, wzbudził we mnie jakiś atawistyczny lęk. Mundur, brak uśmiechu i epatująca wokół atmosfera „jamamracjonizmu” spowodowała, że tych pierwszych chwil nie wspominam… hmm… wyjątkowo miło.

Na zawiązanie nitki przyjaźni nie wpłynął też fakt, że pan obsługujący któreś ze stanowisk, zniecierpliwiony moim ociąganiem w przyłożeniu dłoni do skanera, po prostu uderzył mnie w rękę. Wcale nie lekko i wcale nie na żarty. Pamiętam czasy, kiedy i u nas panował taki klimat na granicach. Pamiętam, ale teraz jestem przyzwyczajona do czegoś zupełnie innego. Dziwne, trudne wrażenie…

Fot. pestycyda & marcant, Forum Fly4free.pl

Kolejny etap to zdobycie wizy. I kolejne dziwne doświadczenie. Długa, nieoszklona lada, za którą tłoczą się urzędnicy. Na początku lady podajesz swój paszport i wniosek o wizę, następnie przechodzisz przez całą długość lady, aż do jej końca. Tam, w tłumie innych podróżnych, obserwujesz ze zdziwieniem, jak umundurowany mężczyzna podnosi po kolei paszporty otwarte na stronie ze zdjęciem i (chyba) pyta, czy to twój. Po rozpoznaniu własności może uda ci się przepchnąć przez tłum i odebrać paszport. Jeśli nie, paszport ląduje na olbrzymiej kupce innych dokumentów i właściwie nie wiem, co dalej.

Ja zdążyłam, natomiast kolega Marcin w tym momencie był w toalecie. Gdy dopchałam się sama do lady, spróbowałam wytłumaczyć panu, że jestem tu z kolegą. Pan wzruszył ramionami, rzucił w moją stronę kupkę paszportów, z których mogłam wybrać właściwy. Mogłam wybrać jakikolwiek. Mogłabym też wybrać więcej (tak myślę), pod warunkiem uiszczenia odpowiedniej ilości opłat za wizę. Wiza turystyczna kosztuje 30 dolarów, zwykła – 35. Odbierając paszporty podałam panu banknot 100-dolarowy, zabrałam resztę i odeszłam na bok, żeby poczekać na Marcina.

Gdy wrócił i otworzyłam dłoń z banknotami, okazało się, że trzymam tam tylko 30, nie 40 dolarów. Świetny początek podróży, zaiste. Najpierw mnie pobili, potem okradli. Trudno – stwierdziłam, trzeba brać życie za bary i choć to dla mnie trudne, upomnieć się o swoje. Podeszłam ponownie do lady i bez słowa pokazałam panu banknoty. Pan spojrzał na mnie totalnie beznamiętnie, zabrał 30 dolarów (tu stwierdziłam, że to już jest naprawdę szczyt frajerstwa z mojej strony) i po chwili oddał 40 dolarów. I to wszystko zupełnie bez słowa… Dokładnie wtedy przeleciała mi przez głowę myśl: to nie będzie łatwa podróż…

I wreszcie mogliśmy opuścić lotnisko.

Fot. pestycyda & marcant, Forum Fly4free.pl

Mamy taki zwyczaj/tradycję, że zawsze po przylocie stajemy pod lotniskiem. Odpalamy papierosy, próbujemy „wyczuć” kraj, wsłuchujemy się w gwar, napawamy pierwszą chwilą w nowym miejscu. Uwielbiam te momenty. Uwielbiam zapach Azji. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie ma w sobie coś tajemniczego i znajomego zarazem. Zapach Azji mnie uspokaja.

Pomyślałam wtedy:

No cóż, masz dwa wyjścia. Masz wybór. Albo doświadczenie z lotniska będzie rzutować na cały twój pobyt w Kambodży i spowoduje, że spędzisz go zła, wszędzie doszukując się oszustwa i naciągactwa. To jedna droga. Druga jest taka, że będziesz wszystko przyjmować takim, jakie jest. Nie stygmatyzując i nie używając schematów. Oczywiście zło to zło, ale ono nie wyklucza istnienia dobra. To twoje wakacje i od ciebie zależy, jak je spędzisz. To twój wybór…

W Phnom Penh ulice oznaczone są numerami. Czasem jest tak, że kolejny numer znajduje się w pobliżu wcześniejszego (dokładnie tak, jak w ciągu liczbowym), a czasem wręcz przeciwnie. Gdy wsiadaliśmy do tuk-tuka (7 USD), a pan twierdząco kiwał głową „tak, jedziemy na ulicę 178”, marzyliśmy już tylko o chwili, w której wreszcie położymy się w łóżku. Niestety. Godzinę później również o niej marzyliśmy, tylko z dużo mniejszą wiarą, że w ogóle to łóżko znajdziemy. Pan kluczył po mieście, wyciągał mapy, pytał kolegów z innych tuk tuków… i ciągle nie mogliśmy znaleźć ulicy 178. Co jakiś czas zatrzymywał pojazd pod jakimś hostelem i z nadzieją w oczach pytał: „To tu?”. Niestety, nie byliśmy w stanie mu pomóc.

Rezerwacja noclegu przez booking.com wiąże się z tym, że raczej dokładnie ogląda się zdjęcia pokoju, natomiast fasady budynku trochę ignoruje. Żal nam było pana (biorąc pod uwagę, ile kilometrów przejechaliśmy po mieście, już dawno chyba przejeździliśmy te 7 dolarów) i w końcu, wspomagani przez Google Map uznaliśmy, że nasz hostel musi znajdować się „gdzieś tu” i dla dobra wszystkich może lepiej dojdziemy do niego na piechotę. Pan był trochę zażenowany, ale wytłumaczyliśmy mu, że wiemy, co robimy.

Jednak, gdy przeszliśmy jakiś niecały kilometr, pan ponownie do nas podjechał i uradowany poinformował, że zasięgnął porady i teraz już na pewno wie, gdzie to jest, więc nas podwiezie, ale to zupełnie w innym kierunku. Wróciliśmy więc z panem i po kolejnych kilkunastu minutach wreszcie stanęliśmy pod naszym hostelem. Byliśmy panu dozgonnie wdzięczni (oszczędził nam nocnego błąkania się po ulicach stolicy i nie chciał za to nawet żadnej dopłaty). Właściwie aż rozpływaliśmy się z wdzięczności do momentu, w którym kolejnego dnia zorientowaliśmy się, że miejsce, z którego nas ponownie zabrał, znajdowało się w odległości… 100 metrów od hostelu. Dokładnie tyle by było, gdybyśmy dalej poszli na piechotę. Pan natomiast, ze względu na ruch jednokierunkowy, musiał objechać chyba kolejne pół miasta. 😉

Chociaż z drugiej strony, to tym lepiej o nim świadczy. Dodatkowo zaliczyliśmy wycieczkę „Nocne światła Phnom Penh”. I nawet obejrzeliśmy Pałac Królewski. Z zewnątrz.

Kambodża

Fot. pestycyda & marcant, Forum Fly4free.pl

W hostelu byliśmy więc już po 24.00. A zdjęcie fasady zrobiliśmy z samego rana na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo, kiedy się może przydać. 😉

Przez booking.com zarezerwowaliśmy dwie noce (30 USD za całość). Hostel miał dodatkową zaletę – sklepik na parterze, czynny chyba przez całą dobę. Mrożona herbata – 0,8 USD (oj, bardzo poprawiła nam nastrój. Mimo nocy i pory deszczowej, temperatura była ciężka do zniesienia). Dodatkowo moja prywatna temperatura po chwili podniosła się jeszcze bardziej, ale to już z radości – 2 paczki L&M kosztowały 1,7 USD. Raj.

[…]

Kolejnego dnia zaplanowaliśmy wizytę w Muzeum Ludobójstwa i na Polach Śmierci, a ponieważ nasz hostel znajdował się w niewielkiej odległości od muzeum, wybraliśmy się tam na piechotę. W Kambodży funkcjonują dwa rodzaje walut. Można płacić zarówno dolarami, jak i kambodżańskimi rielami. Kantor nie jest więc potrzebny, dodatkowo – resztę w sklepach najczęściej otrzymuje się w rielach.

Szliśmy powoli, wlokąc nogę za nogą. Powody były dwa – upał i duchota doskwierały naprawdę mocno (znacie to uczucie, prawda? Najgorszy jest pierwszy dzień – dwa, dopóki organizm nie przyzwyczai się do innego klimatu). Drugi powód był natury psychicznej. Bardzo chciałam zobaczyć miejsca pamięci związane z ludobójstwem, jednak równocześnie obawiałam się tego bardzo mocno. Ustaliliśmy więc, że zwiedzimy je za jednym zamachem i pójdziemy tam od razu, jak najszybciej. Tylko nogi… jakoś tak nie chciały słuchać.

Podróżowanie z kolegą Marcinem jest bardzo inspirujące. Otóż, ma on pewną cechę, która mnie wkurz… tfu, którą bardzo cenię! Trzeba przyznać, że przed wyruszeniem zawsze najpierw patrzy w Google Maps (ale raz! Tylko jeden!), a później za punkt honoru przyjmuje dotarcie do wybranego miejsca kierując się wyłącznie „nosem”. Nie można nawet przy nim wtedy wymówić tego wstrętnego słowa „mapa”, że już nie wspomnę o dopytaniu się kogoś o drogę. Jednak, dziwne, zawsze docieramy do celu. Dodatkowo, zazwyczaj nasza droga prowadzi przez nieuczęszczane uliczki i zupełnie nieturystyczne miejsca. Często trafiają się prawdziwe perełki, o których każdy porządny przewodnik (na szczęście) milczy. Ma to też jednak pewien minus – nie mogę zupełnie czerpać znanej wszystkim kobietom przyjemności i satysfakcji z wypowiadania zdania w stylu: „A nie mówiłam…?”, „A mogłeś zapytać…”.

Wejście do świątyni, która zupełnie turystyczna nie była. Jednak uśmiechnięty mnich, widząc nasze wahanie, gestem zaprosił do środka. Weszliśmy chyba zaraz po posiłku dla ubogich. Na rozstawionych pośrodku stoliczkach leżały talerze i kubki, a pani zbierająca naczynia dmuchała dymem papierosowym prawie w twarz Buddy. Życie…

Kambodża

Fot. pestycyda & marcant, Forum Fly4free.pl

Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng. Dawna szkoła średnia zamieniona w więzienie bezpieczeństwa S-21 przez Czerwonych Khmerów. Bilet wstępu – 5 USD. Wybaczcie, za wiele tu napisać nie mogę. Nie potrafię. Każdy ma inny sposób odczuwania i zdaję sobie sprawę, że nie na wszystkich to miejsce wywiera wrażenie. Co do mnie… rozpadłam się na małe kawałki.

Na terenie muzeum znajduje się kilka bloków, w których można zobaczyć cele, sale przesłuchań, wystawę malarską dotyczącą tematu. Sale są właściwie puste. Na środku najczęściej tylko łóżko, natomiast na ścianie wisi po jednym zdjęciu z „przesłuchań”. W jednej z sal wyeksponowane są pamiątki i szczątki ofiar.

Kambodża

Fot. pestycyda & marcant, Forum Fly4free.pl

Okno w pokoju „przesłuchań”. Światło przebijające przez niedomknięte okiennice było jedynym i zazwyczaj ostatnim kontaktem podejrzanego ze światem. W paru salach wyeksponowano też zdjęcia „podejrzanych”. Do zrobienia tych fotografii służyło odpowiednie krzesełko, do którego przywiązywano fotografowanych. Ręce związane z tyłu, potylica podtrzymana stalową podpórką…

W jednym z budynków znajduje się wyciszona, klimatyzowana sala medytacji. W środku słychać muzykę medytacyjną, a zwiedzający są zachęcani do odpoczynku w tym miejscu i pomodlenia się do swojego boga w intencji ofiar. Przed budynkami można spotkać byłego więźnia S-21, jednego z pięciu, którzy przeżyli. Promuje swoją napisaną w języku angielskim książkę. Można też z nim porozmawiać. Ja nie mogłam.

Po wyjściu z muzeum musieliśmy odpocząć chwilę. Najbliższy bar, jakiś makaron, piwo, nieistotne. W sumie 6,5 USD. Pod wejściem na teren muzeum czekają kierowcy tuk tuków i proponują wycieczkę na Pola Śmierci. Nie da się tam dojść na piechotę, bo są położone za miastem. Jednak lepszym wyborem jest przejście paru przecznic i tam poszukanie kierowcy. Ceny przy samym muzeum są dużo wyższe. Nasz pan za swoje usługi wziął 15 USD (dojazd tam i z powrotem + oczekiwanie na miejscu), początkowa cena wynosiła 10 USD w jedną stronę.

Na Pola Śmierci najlepiej podjechać tuk tukiem. Na ulicach często są korki, a tuk tuk jest dużo bardziej mobilny. Poza tym, może dojechać bocznymi, piaszczystymi dróżkami, w które większe samochody się nie pchają.

Kambodża

Fot. pestycyda & marcant, Forum Fly4free.pl

[…]

Pola Śmierci. Miejsce masowych mordów i prowizorycznego pochówku ofiar reżimu Czerwonych Khmerów. Liczbę ofiar ocenia się na ok. 2,3 mln. Cena biletu – 6 USD. Do każdego biletu dołączony jest obowiązkowy audioprzewodnik. To bardzo dobry pomysł, bo nawet, gdy ktoś nie chce go używać, to raczej nie ma gdzie schować, więc w końcu i tak ubiera słuchawki na uszy. Dzięki temu, na terenie Pól Śmierci panuje pełna szacunku cisza.

Prawie w każdym miejscu Pól Śmierci znajdują się masowe groby. Po terenie chodzi się po drewnianych mostkach, a tabliczki proszą o patrzenie pod nogi, żeby nie deptać po ludzkich szczątkach. Dużo zostało wydobytych z ziemi, jednak, zwłaszcza podczas pory deszczowej, woda wymywa na powierzchnię coraz to nowe fragmenty kości. W wielu miejscach, tam, gdzie pogrzebane zostały ofiary, ziemia, podmyta deszczem, po prostu się zapada. Na całym terenie, właściwie co kawałek, spaceruje się między zapadlinami.

Znalezione szczątki są wyeksponowane w szklanych sześcianach. Czasami, gdy ktoś znajdzie fragmenty kości, z szacunkiem kładzie je na ekspozycji. Nic więcej się nie da zrobić.

Na samym końcu zwiedzania wchodzi się do stupy, która powstała dla upamiętnienia pamięci ofiar reżimu. Cała jest wypełniona czaszkami i kośćmi ofiar. Czaszki mają oznaczenia, w zależności od powodu śmierci. Zaduszenie drutem, uderzenie tępym narzędziem…

Ciężka i trudna wędrówka przez krwawą historię Kambodży. Jeżeli mogę tak określić, to owszem, „cieszę się”, że tam byłam, że mogłam złożyć szacunek ofiarom. Mieszkańcy Kambodży, jak mówią, wybierają życie, bez nienawiści, lęku. Nie chcą wracać do przeszłości, rozdrapywać ran. Jednak nie da się całkowicie odciąć od takiej tragedii.

Przez cały pobyt w tym kraju widziałam może trzy osoby w okularach. Wprawdzie jakieś salony optyczne zaczynają się pojawiać, dosyć nieśmiało, jednak nie mają zbyt wielu klientów. Wszak Pol Pot rozpoczął swoje rządy od pozbycia się inteligencji, której atrybutem są okulary…

Kambodża

Fot. pestycyda & marcant, Forum Fly4free.pl

[…]

Kambodża to nie tylko miejsce, gdzie dominuje smutek i wspomnienia przeszłości. Naszą czytelniczkę podczas jej wyprawy do Kambodży spotkało wiele innych przygód. Cudowne Angkor Wat, spotkania z miejscową ludnością, leniuchowanie na Rabbit Island, Kep, smak durianów. Próba zrozumienia kraju, który może dostarczyć unikalnych wrażeń każdemu turyście: zarówno tym szukającym odpoczynku, jak i wytrawnym „plecakowiczom”.

Jesteście ciekawi, jakie były dalsze losy Magdy w Kambodży? Zapraszamy na forum Fly4free.pl, gdzie autorka umieściła pełną relację oraz komentarze do pytań, które zadali jej forumowicze.

>> Przeczytaj pełną relację „Kambodża – kwestia wyboru”

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?


Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA
porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.