Czy to najdziwniejsza pamiątka z podróży? Nowozelandczycy za 65 USD sprzedają… powietrze
Nowa Zelandia słynie z przepięknych krajobrazów, dziewiczej natury i czystego powietrza. To ostatnie okazało się być tak cenne, że na lotniskach nawet można je kupić jako pamiątkę. Ale tanio nie jest.
Ludzie z podróży przywożą najróżniejsze rzeczy – magnesy, pocztówki, alkohole i wszelkie durnostojki to chyba najpopularniejsze pamiątki. Inni wolą odrobinę odwiedzanego miejsca zabrać ze sobą bardziej dosłownie – stąd przywożenie piasku, kamyków, a czasem nawet roślin z różnych zakątków świata (co swoją drogą – nie zawsze jest legalne). Teraz okazuje się, że chętni mogą zaopatrzyć się w zapas… powietrza. Pod warunkiem, że są gotowi za nie słono zapłacić.
Jeden z takich produktów pojawił się m.in. na lotnisku w Auckland. Według instrukcji na opakowaniu jedna puszka wystarcza na 130-140 głębokich wdechów. Cena? „Zaledwie” 65 USD, czyli ok. 241 PLN.
– Jeśli szukałeś najczystszego powietrza na świecie, nie szukaj dalej. Właśnie je znalazłeś! – głosi informacja handlowa firmy Pure Kiwi Air, która sprzedaje taki produkt. – Nasze powietrze jest najbardziej nieskazitelnej jakości, wolne od toksyn i zanieczyszczeń, gromadzone właśnie tutaj, w Nowej Zelandii.
Producent przekonuje, że sprężone przez niego powietrze nie tylko przypomni nam miłe chwile spędzone w przepięknym kraju, ale także zadba o nasze zdrowie. Inspiracją do stworzenia nietypowej pamiątki miały być inne państwa, w których powietrze jest mocno zanieczyszczone i ich mieszkańcy, którzy chronią się przed szkodliwym wpływem specjalnymi maseczkami.
Czy to właśnie oni najchętniej przywiozą w prezencie nietypową pamiątkę z Nowej Zelandii? Nie wiadomo. Nie ma nawet pewności, że ktokolwiek to kupuje. I choć pewnie wielu przywiozłoby taki spray dla żartu, to jednak bardzo kosztowny dowcip, patrząc na tę cenę.
A jeśli czyta nas jakiś marketingowy geniusz to nie widzimy przeszkód, by wprowadzić na rynek całą serię podobnych produktów. Wilgotne powietrze prosto z lasu tropikalnego na okres grzewczy, z Antarktydy na sierpniowe upały, a znad Gangesu dla nielubianej koleżanki, a z Krakowa… no dobra, z Krakowa to lepiej nie. I biznes będzie się kręcił. Nawet za 65 USD.
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?