REKLAMA

„Zwariowałeś, po co tam jechać?!” Owczy pęd w podróżowaniu do nietypowych miejsc?

Magnes z Mekki
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Zastanawialiście się kiedyś nad kwestią tego, dlaczego spora rzesza turystów trochę „na siłę” próbuje dostać się do krajów, które potencjalnie uznawane są za niebezpieczne lub niedostępne? Głupota? Chęć wyzwania, odkrywanie nieznanego? A może po prostu pasja podróżowania?

– Byłeś?!

– Nie, ale kiedyś będę, jeżeli da się to zrobić bez zmiany wyznania…

– Zwariowałeś, po co tam jechać?!

Przedmiotem tej dyskusji, która odbyła się w mojej kuchni, był… magnes. Pamiątka z podróży, jakich zapewne jest wiele. Tytułem wyjaśnienia, drzwi od mojej lodówki dosłownie pękają od tych małych przedmiotów, które traktuję jako mój prywatny kanał National Geographic – przypominają mi o odbytych podróżach, ciekawych miejscach, sytuacjach i ludziach.

To wciąż rotująca się galeria, która często zmienia swoją konfigurację i wygląd: dochodzą nowe magnesy, inne wracają do pudeł.

Zasada jest jedna: to magnesy z miejsc, które odwiedziłem osobiście. Ale od tej zasady zdarzają się niekiedy wyjątki. I właśnie o ten wyjątek tutaj chodzi. Zobaczcie zresztą sami, przyjrzyjcie się fotografii tytułowej, która figuruje na samej górze tego artykułu…

Arabia Saudyjska

Tak, byłem w Arabii Saudyjskiej. Nie, nie byłem w miejscu, skąd pochodzi ten magnes – kupiłem go w mieście Dżudda, z którego do Mekki jest jeszcze mały kawałek. I zapowiada się na to, że do świętego miejsca drugiej na świecie pod względem liczby wyznawców religii monoteistycznej jeszcze długo nie zawitam – mimo ostatnich wiadomości, które przez wielu turystów zostały przyjęte z radością: Arabia Saudyjska otwiera swoje podwoje przed podróżnikami! Na pozór dziwna sytuacja, nieprawdaż?

Osoby, które od razu pomyślały: „Super! Byłem w Częstochowie, Fatimie, Jerozolimie, w końcu odwiedzę legendarną Mekkę i zobaczę Al-Kabę, Hadżar i inne święte dla wyznawców Mahometa miejsca!” muszę jednak rozczarować. Poluzowanie przepisów wizowych w Arabii Saudyjskiej nie będzie obejmować Mekki. I ewentualna wizyta w tym miejscu dalej będzie czymś niedostępnym dla 99,99 proc. turystów (pomijam tu odbycie pielgrzymki do Mekki – to piąty filar islamu, dla muzułmanina jeden z obowiązków warunkowych).

* * *

Aby rozwiać ewentualne niedomówienia: dotarcie do Arabii Saudyjskiej jest BARDZO ciężkie, ale nie niemożliwe. Sportowcy, podróżnicy, którzy uzyskali wizę biznesową/pozwolenie, osoby przesiadające się na jednym z lotnisk w Arabii Saudyjskiej… listę można rozwijać. Mój znajomy – i zarazem czytelnik naszego portalu – miał okazję przejechać Arabię Saudyjską na… hulajnodze, a o szczegółach jego fascynującej podróży możecie przeczytać w wywiadzie, który z nim przeprowadziłem.

Ale przykład Arabii Saudyjskiej jest świetnym przyczynkiem do dyskusji na temat podróży do miejsc, które są kontrowersyjne, niebezpieczne, niedostępne. O co tu chodzi?

Rijad
Foto: HansMusa / Shutterstock

Co z tą Arabią Saudyjską?

Moja redakcyjna koleżanka, Aneta Zając, napisała na naszych łamach:

– Dziś pewnie mogłaby być drugim Dubajem, Katarem czy Omanem, do którego chętnie przyjeżdżają turyści z całego świata. Mogłaby, ale bez wiz turystycznych, bez kampanii promocyjnej, z bardzo surowym prawem i skrajnie konserwatywną polityką, Arabia Saudyjska zawsze jawiła się jako zamknięty, tajemniczy i niezbyt przyjazny kraj. Teraz ma się to zmienić. Tylko czy nadzieje władzy przełożą się również na zainteresowanie podróżników?

Doskonałe pytanie. Z jednej strony nie brakuje osób, które wychodzą z założenia: „nie jeździmy tam, gdzie do turystów podchodzi się z niechęcią” lub mają zbliżoną argumentację, mając z tyłu głowy kwestie etyczne, polityczne, rozmaite dylematy moralne.

Z drugiej strony, w środowisku podróżniczym rozległy się okrzyki radości, które pokazują, że Arabia Saudyjska nie będzie narzekać na minimalny ruch turystyczny – i mowa tu także o ewentualnych podróżnych z naszego kraju.

* * *

Moje podróżnicze podejście jest dość proste: lubię ryzyko, pcham się niekiedy w miejsca, gdzie nie powinienem – zdając sobie sprawę z możliwych konsekwencji. Jednakże mam wbudowany w siebie swoisty „bezpiecznik”, którego raczej staram się nie przepalać. Niekiedy po prostu nie warto gdzieś jechać.

Temat jest znacznie szerszy. Na naszych łamach miałem okazję już się wypowiedzieć, pozwolicie zatem, drodzy czytelnicy, że popełnię „autocytat”.

– Co ciągnie do państw, które na dobrą sprawę powinniśmy omijać szerokim łukiem? Piszę „powinniśmy”, bo jestem typowym backpackersem: chcę zobaczyć jak najwięcej, nie są mi straszne jakiekolwiek warunki podróży, na drugie imię mam „Niewygoda”, na trzecie „No, mister”, dewizą hasło „na przypale albo wcale”… a w oczach chęć zwiedzania świata – ale mimo wszystko są granice, których przekraczać nie mogę lub nie umiem. Problem w tym, że czasami je przekraczam.

Ktoś ma ochotę na wycieczkę do Korei Północnej, która jest rządzona przez fanatyka, grożącego regularnie użyciem broni atomowej – gdzie wybrańcy mieszkają w stolicy, a tysiące osób umierają z głodu na prowincji lub w specjalnych obozach? Albo do Jemenu, gdzie trwa krwawa wojna… a mimo to widać niekiedy na forach podróżniczych oferty wyjazdu do tego niebezpiecznego kraju.

Coś bliżej? Zabawa w bohaterów -„słuchajcie, a może pojechać na pogranicze Ukrainy i Rosji, tam, gdzie walczą? To byłaby prawdziwa przygoda”.

Wyliczankę można kontynuować. Ot, chociażby meksykańskie Ciudad Juarez, jeszcze do niedawna uznawane za najniebezpieczniejsze miasto na świecie – i oferty typu: „Ciudad by night. Wystrzałowe emocje, poznaj brutalne oblicze miasta, gdzie ginie 10 osób dziennie” (niestety, to nie żart: ani oferta, ani powyższa statystyka).

Aktualnie, blisko dwa lata po napisaniu powyższych słów, nie zmieniłbym w nich praktycznie nic. A jestem bogatszy o kilka nowych doświadczeń podróżniczych, z których niektóre być może mogłyby być (z etyczno-turystycznego punktu widzenia) dość kontrowersyjne.

Paweł Kunz na Syberii
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Czy etyka w podróżowaniu jest ważna?

Tytuł akapitu stanowi tak naprawdę przyczynek do odbicia piłki w Waszą stronę, drodzy czytelnicy. Co z tą etyką? Czy w imię kolejnej odhaczonej „kreski” na mapie bez żadnego problemu skierowalibyście swoje kroki do krajów, które notorycznie łamią prawa człowieka, w których mieszkańcy umierają z głodu a represje dotykają większą część narodu?

Jak to jest z kwestiami etycznymi, gdy będąc na targu w egzotycznym kraju decydujecie (decydujemy) się na zakup sproszkowanego rogu nosorożca, wiedząc w jaki sposób pozyskano taką pamiątkę, a raczej (rzekomy) afrodyzjak? Czy oferta typu: „Okazja na przelot do Sudanu Południowego za 12xx PLN!” powinna być w ogóle brana pod uwagę, zważywszy na fakt, że jadąc tam jako turysta nie zobaczycie zbyt wiele, za to bez większego trudu napotkacie wszechogarniającą biedę, beznadzieję i głodujące dzieci?

* * *

Środowisko turystyczne bywa w tej materii dość mocno podzielone. Dla niektórych niedostępność Turkmenistanu (precyzując: niechęć w wydawaniu przez rząd tego kraju normalnych wiz turystycznych dla indywidualnych podróżnych, którzy chcą ten pustynny kraj zwiedzać na własną rękę) jest powodem do skreślenia go z listy celów wyjazdowych. Swoje robi też świadomość tego, co się dzieje w tym odizolowanym kraju – skąpe informacje, spływające z Turkmenistanu, nie wskazują, aby była to kraina mlekiem i miodem płynąca, gdzie wszyscy obywatele są szczęśliwi i panuje demokracja.

Innych z kolei „kręci” sama myśl, że mogliby tam się dostać, więc sprawdzają każdą możliwość, zmianę przepisów, przeróżne kombinacje (typu: kilkudniowy tranzyt). Ewentualną decyzję o złagodzeniu polityki wizowej potraktowaliby, używając kolokwialnego porównania, jak Reksio szynkę: wbijając się w nią zębami natychmiast, z przyjemnością, chcąc skonsumować całość w ekspresowym tempie.

Linie podziału kształtują się na różnych frontach. Przykład? Część z turystów konsekwentnie unika podróży do miejsc, które są oddalone od cywilizacji, a obecność turystów – i rozwój takiej gałęzi przemysłu – spowodował nieodwracalne zmiany w sposobie życia lokalnych mieszkańców. Nie chcą dokładać swojej cegiełki do „zepsucia”, które przywlekła ze sobą masowa turystyka, niczym wirus w czasach wypraw misjonarskich do Ameryki Południowej.

Nigdy nie zapomnę słów, które usłyszałem na Spitsbergenie z ust jednego z mieszkańców, doskonale pamiętającego Longyearbyen z czasów, gdy o turystach nawet im się nie śniło.

– Zepsuliście to miejsce. Kiedyś było inaczej. A my dołożyliśmy do tego swoją działkę, i jedziemy teraz na jednym wózku, połączeni tym samym wspólnym biznesem.

Spitsbergen
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Sztuka wyboru?

Pasja podróżowania potrafi prowadzić naszych czytelników w najodleglejsze części kuli ziemskiej, włącznie z tymi wybitnie „nieturystycznymi”. Pytanie, czy zawsze warto?

Moja odpowiedź brzmi: => „to zależy”.

A Wasza? Umiecie się jednoznacznie określić?

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?


Bangkok tajlandia
Najlepsza oferta

Bangkok w sezonie za 1803 PLN

Paweł Iwanczenko | 2019-10-15 18:15
REKLAMA
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.
porównaj loty, hotele, lot+hotel