REKLAMA

Bez selfie sticka, palm i karty kredytowej. Pamiętacie jeszcze, że podróże wyglądały właśnie tak?

kemping w latach 80
Foto: Archiwum Prywatne / Fly4free.pl

Potwornie ciężkie namioty, kolejki na granicach, 36 zdjęć z całego wyjazdu – taka była rzeczywistość podróży w latach 90. To, co wtedy było oczywistością, dziś wydaje się być nieco absurdalne. Pamiętacie jeszcze, jak to wyglądało?

Wszyscy eksperci branży podróżniczej wieszczą, że w tym roku przyjdzie nam zaplanować przede wszystkim podróże po Polsce lub niedalekiej okolicy. Wróciły kolejki. Niektórzy z Was mogą mieć wrażenie, że zamiast pandemii koronawirusa dopadł nas… wehikuł czasu. I wyrzucił przynajmniej 30 lat wstecz. Postanowiliśmy więc przypomnieć Wam, jak wyglądały wtedy podróże i wykorzystać do tego nasz archiwalny tekst z 2017 roku. Któż mógł przypuszczać, że kiedyś stanie się tak aktualny 😉

Wstępne problemy

Kłopoty zaczynały się jeszcze przed wyjazdem z domu. To były czasy zabierania ze sobą absolutnie wszystkiego – od turystycznej kuchenki gazowej przez gry planszowe po menażki, ręczniki czy zapasowe części do samochodu. A przede wszystkim upychania tego na przykład do Fiata 126p zupełnie bez sensu nazywanego „maluchem”. Przecież mieścił nie tylko cały dobytek, ale też typowa polska rodzina 2+2.

O rezerwacji noclegu czy samolocie można było pomarzyć. Takie cuda załatwiało się przez stacjonarne biuro podróży, za odpowiednio duże pieniądze. I choć oczywiście ludzie z nich korzystali, to trudno powiedzieć, żeby było na nie stać większość. Wiele wyjazdów odbywało się spontanicznie: pojedziemy, gdzieś się przenocuje, coś się zje, jakoś to będzie. Narodowa filozofia turystyczna.

Jeśli jakimś cudem udało się zebrać cały potrzebny sprzęt, wytłumaczyć babci, po co do tej Grecji, skoro polskie morze też ładne i znaleźć sąsiadów do podlewania kwiatków – można było ruszać w drogę. A ta wcale nie była łatwiejsza.

kemping w latach 80
Foto: Archiwum Prywatne / Fly4free.pl

Ahoj, przygodo!

Korzystanie z Google Maps czy jakiejkolwiek nawigacji było tak prawdopodobne jak dziś weekendowe loty na księżyc. W związku z tym pilotem-nawigatorem była zazwyczaj mama. Ze stosem map, grubym atlasem drogowym prowadziła palec (i tatę) przez kolejne strony prosto do celu. Przynajmniej mniej więcej. Wielu tłukło się PKS-ami albo pociągami – tymi, które wtedy nad morze jechały na przykład 12 godzin. W jednym wagonie dzieci gnające na kolonie, w kilku przedziałach rezerwiści wracający do domu i świętujący tak, by  usłyszał ich każdy. A pomiędzy tym wszystkim jeszcze krążący tam i tu pan „piweczko”, zawsze gotowy sprostać pragnieniu podróżnych.

Ale jak się miało auto – zwłaszcza Dużego Fiata czy Poloneza, to można było ruszać w nieznane bardziej spontanicznie. W drodze na podbój Polski obowiązkowo zatrzymywaliśmy się w przydrożnych barach. Nie za często, bo nie po to był termos pełen kawy i lodówka turystyczna z wkładami, żeby wydawać pieniądze na bzdury. Tam głowa rodziny zjadała flaczki, a mama raczej wpychała w dzieci jakieś kanapki o smaku: „jedzcie, bo się zepsują”. Ewentualnie po negocjacjach udawało się wysępić frytki ociekające tłuszczem z plastikowym widelczykiem wpakowane do papierowej, szarej torebki.

O wiele trudniejsze były wojaże po Europie. Tu przecież w grę wchodziły paszporty, kolejki, granice i pieczątki. Pamiętam długie godziny spędzane pomiędzy kolejnymi krajami w niekończącej się drodze do Grecji. Pogranicznicy budzili mnie i mojego brata co kilka godzin, żeby porównać dwa urocze pyszczki z tym, co widzą w paszportach. Pamiętam, że czasem dostawali jakieś „prezenty”, chociaż wtedy zupełnie nie rozumiałam po co i dlaczego.

„Opłaty celne” równoważone były jakimiś papierosami czy alkoholem, bo przecież wakacje to jedno, ale atrakcje typu „tu sprzedać – tam kupić” nikogo nie dziwiły. Do tego waluta – inna w każdym kraju. Inny przelicznik, inne banknoty, inne ceny. Granica. Znów inny przelicznik, inne banknoty, inne ceny. Czekaj, gdzie my w ogóle jesteśmy? Zmieniasz portfele, przekładasz gotówkę, liczysz, przestawiasz się.

kemping
Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wakacje czy przeprowadzka?

Mało kto znał języki, a jeśli już to raczej rosyjski niż angielski. Ale komu to wtedy przeszkadzało? Jakoś się wszystko załatwiało. Samo, oczywiście.

Co innego jak cel podróży znajdował się w Polsce. Tam to się dopiero działo, bo nie trzeba było kupować-sprzedawać, ani celników po drodze, ani żadnych wiz. Dlatego zabieraliśmy jeszcze więcej.

Dziś może się to wydawać nierealne, ale pamiętam, że namiot moich rodziców ważył… 30 kilogramów! Objechał pół Europy, a przez kilkanaście lat dzielnie służył za schronienie na mazurskim polu kempingowym w miejscowości pośrodku niczego o wdzięcznej nazwie Przerwanki. Kiedy przyjeżdżaliśmy na miejsce, składało go kilkanaście osób – spełniał więc też funkcję towarzysko-integracyjną. I dziwnym trafem za każdym razem i tak brakowało jakiejś rurki z zestawu.

Czasem mieliśmy też przyczepę kempingową. Ze wszystkimi jej atrakcjami. Od pociętych kolorowych foliowych pasków w drzwiach, przez składany stolik z miękkimi siedziskami dookoła – w ciągu dnia pełnił funkcję jadalni, w nocy odpowiednio zaaranżowany zamieniał się w dziecięcą sypialnię. Można powiedzieć, że to były takie… wielofunkcyjne meble modułowe.

Na swoim kawałku kempingu każdy organizował sobie też przydomowy system rozrywki. Prowizoryczna kuchnia – złożona z pieńka i turystycznej kuchenki gazowej – była miejscem kempingowych cudów gastronomicznych.

Rano jajecznica z kurkami, które tata przyniósł z lasu, popołudniu gołąbki albo fasolka po bretońsku odgrzewana z wielkiej puszki. Oczywiście przywiezionej z domu. Jak wszystkie konserwy, słoiki i inne pyszności.

Był też jakiś rozkładany stół, który służył do jedzenia, zabawy, rysowania. Strefa relaksu z rurkowo-materiałowymi leżakami i obowiązkowy na każdym kempingu kamienny krąg – miejsce na ognisko. Prysznice czasem były, czasem nie. Jak nie było, to ludzie kąpali się w jeziorze albo organizowali coś na własną rękę. Czasem ktoś się zgubił w lesie, czasem ktoś nadepnął na szyszkę bosą stopą. Dramaty rozgrywały się codziennie, ale zapominaliśmy o nich szybko. Generalnie, panowała wolność i swoboda.

kemping w latach 80
Foto: Archiwum Prywatne / Fly4free.pl

Brak kontaktu

I choć o niejednym kempingu w Polsce czy na świecie można byłoby napisać książkę pełną zwrotów akcji, dramatycznych sytuacji, łez rozpaczy i śmiechu, to w wielu przypadkach pola namiotowe były jak Las Vegas – co się tam działo, musiało tam też zostać.

Głównie ze względu na problemy techniczne z jakąkolwiek komunikacją. Na przykład we wspomnianych Przerwankach sytuacja wyglądała tak, że do budki telefonicznej szło się 8 kilometrów w jedną stronę. O komórkach nikt nie śnił, zresztą prąd na polu namiotowym służył wyłącznie do oświetlenia i od wielkiego dzwonu pozwalał obejrzeć ważny mecz na jakimś maleńkim telewizorku należącym do nie wiadomo kogo.

Opowieści ograniczały się do pokazania – w najlepszym wypadku – 36 zdjęć wywołanych z kliszy, 2 tygodnie po przyjeździe. Pod warunkiem, że nikt wcześniej nie prześwietlił filmu albo przedwcześnie go nie zwinął. Nie można było nic usunąć, podejrzeć wcześniej ani wrzucić na Facebooka.

Oznaczanie się w danej lokalizacji przejawiało się starannie dobraną pocztówką. Przynajmniej jedno popołudnie mijało na pisaniu szalonych pozdrowień na kartce z doklejonym piaskiem albo muszelką, która w kontakcie z pocztą polską i tak nie miała szans. Zresztą zwykle i tak docierały one długo po powrocie nadawcy.

Oczywiście nie było kart ani bankomatów, więc kiedy pewnego upalnego lata całe pole namiotowe zostało okradzione, to wspólnymi siłami żyliśmy za to, co nam zostało i… czekaliśmy na przekaz pocztowy z pieniędzmi. Przyszedł po tygodniu.

Za to jeśli funduszy brakowało przez cały rok, zawsze można było liczyć na wczasy pracownicze. Co prawda wizja spędzenia urlopu z tymi samymi ludźmi, których widujesz w pracy, okraszonymi dodatkowo towarzystwem swych żon i dzieci, wydaje się być nieco trudna do zrealizowania w dzisiejszych czasach, ale przy atrakcyjnej cenie pewnie wielu by się zdecydowało. Na kolonie też wszystkie dzieci jeździły razem, bo większe zakłady pracy miały swoje biura podróży i dokładały do wakacyjnych wojaży najmłodszych. Co roku w te same miejsca – Susiec, Pobierowo, Krynica Morska, z tymi samymi ludźmi, ale przynajmniej bez utraty fortuny.

kemping
Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Było lepiej?

Można mówić o podróżowaniu w tamtych czasach wiele – że było pełne przygód, bardziej integrowało ludzi, wymagało większego zaangażowania. Na pewno było wesoło i strasznie jednocześnie. Można też narzekać na to, co mamy dziś – nieudane rezerwacje na bookingu, tłumy w popularnych kurortach i to, że tanie linie niewiele się różnią od PKS-ów, choć znacznie skróciły czas podróży. Kanapki są te same, tłok ten sam, wojny wciąż podobne.

Ale prawda jest taka, że po kilku godzinach gniecenia się w ciasnym siedzeniu niskokosztowej linii możemy być niemal w dowolnym miejscu na świecie. Nie musimy przedzierać się przez europejskie granice w kolejkach pełnych łapówek i niejasnych zasad. Nasze namioty są lekkie, a plecaki wygodne. Możemy podróżować, ile chcemy i kiedy chcemy, a o naszych wojażach nie decyduje łaska urzędnika wydającego paszport.

Tak, tamto podróżowanie miało niepowtarzalny klimat. Ale może lepiej, że jest już tylko wspomnieniem.

I tylko pieczątek szkoda.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
:-) swietny artykul! podejrzewam, ze kazdemu z obecnego pokolenia 30-35+ po przeczytaniu i poogladaniu tych klimatycznych zdjec pojawil sie usmiech na twarzy i wrocilo troche wspomnien z namiotu rozstawionego gdzies na polu namiotowym nad jeziorem, calymi deszczowymi dniami spedzonymi w świetlicy na ping-pongu czy motywu podrozy zapakowanym autem gdzie substytutem klimatyzacji byl maksymalnie recznik wcisniety gdzies pod boczna szybe, zeby choc troche ograniczyc dostep slonca :-) bylo naprawde smiesznie! ...ale cale szczescie ze teraz jest juz ciut inaczej ;-)
wesoly, 5 września 2017, 20:57 | odpowiedz
Avatar użytkownika
fajny artykuł, miło się czyta bo miło się wspomina wakacje za dzieciaka :)
naimad, 5 września 2017, 21:51 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Sentymentalna podróż w kilku akapitach :)
kefirm, 6 września 2017, 9:13 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Gimby nie znajo :-)
drk, 8 maja 2020, 21:12 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Aż mi się łezka w oku zakręciła :) ... Ja rocznik 83' wszystkie wakacje do 17 roku życia spędziłam z rodzicami, siostrą oraz znajomymi rodziców pod namiotami. I bynajmniej nie były to pola namiotowe, ani żadne ośrodki. Mieliśmy Fiata 126p a jego pakowanie na 2 tygodniowy wyjazd był jak tetris :D Miłość do namiotów mi nie minęła. Wraz z mężem mamy cały ekwipunek i raz na kilka lat jeździmy na kilka dni pod namiot. Ale, mamy już prąd, prysznice oraz toalety, można kupić jedzenie w stacjonarnych sklepach, a i namiot nie waży 30 kg :) I muszę przyznać, że jeśli tylko pogoda dopisuje to lepszego wypoczynku nie ma... 24h na dobę człowiek jest na świeżym powietrzu i organizm to czuje :) ... Pozdrawiam Wszystkich namiotowiczów !
Paulina Rajkowska B, 10 maja 2020, 11:05 | odpowiedz

Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA
porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.