Bilety za 80 PLN, flaga za 5 PLN, a wrażenia bezcenne! O takich podróżach opowiada się wnukom
Co chwilę staję na palcach i w oddali wypatruję sama nie wiem czego. Dookoła mnie tłum ludzi również robi to dosłownie co kilka minut. Wiemy, że wszystko zacznie się dopiero za jakiś czas, a jednak na wszelki wypadek sprawdzamy, czy coś nam właśnie nie umyka. W powietrzu czuć ekscytację. W końcu niedługo mamy zobaczyć królową – i to taką, która zasiada na tronie od 70 lat. W telewizji widziałam takie obchody wielokrotnie. W samym centrum wydarzeń na cześć „jej królewskiej mości” jestem pierwszy raz. A już wiem, że nie ostatni.
Marrakesz od 2839 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Kraków)
Kreta Wschodnia od 2537 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Gdańsk)
Marrakesz od 1868 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Wrocław)
The Crown na żywo – atrakcja sama w sobie
Różne rzeczy ludzie mają na swoich listach „przeżyć przed śmiercią”. Jedni chcą odwiedzić karnawał w Wenecji, inni słynną bitwę na pomidory w Buñol, ktoś chce wziąć udział w obchodach Dia de los Muertos, a ktoś – tak jak ja – chce te wszystkie rzeczy, ale też chciał choć raz wylądować na takich filmowych obchodach jakiegoś wielkiego, królewskiego wydarzenia w Wielkiej Brytanii.
Tymczasem w ubiegły czwartek w całej Wielkiej Brytanii rozpoczęły się czterodniowe obchody Platynowego Jubileuszu Królowej Elżbiety II. Uroczystości obejmowały kilka ważnych elementów – zarówno celebrowanie 70-lecia panowania, jak i oficjalne obchody jej urodzin (zawsze przenoszonymi z kwietnia, żeby było cieplej) z tradycyjną paradą Trooping of the Colour na starcie. A ja miałam szczęście zobaczyć je z bliska.
80 PLN za bilety, a wszystko inne bezcenne
Gdy kilka miesięcy temu usłyszałam datę obchodów, od razu sprawdziłam ceny biletów. Z Krakowa udało mi się bez trudu znaleźć połączenie w dwie strony za 80 PLN – decyzja była więc ekspresowa. Jadę zobaczyć królową.
Zjawiłam się w Londynie na kilka dni przed startem jubileuszu. Mam to szczęście, że nie muszę tu nigdy płacić za nocleg, więc postanowiłam wykorzystać sytuację i przyjrzeć się nie tylko momentom kulminacyjnym, ale i przygotowaniom. Ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że jubileusz nadchodzi wielkimi krokami, bo tą informacją bombardowały mnie witryny sklepowe, stacje metra, billboardy, reklamy i oczywiście sklepy z pamiątkami.
Jedna sieciówka sprzedaje wrapy z „kurczakiem koronacyjnym”, firma z pączkami przygotowała trzy dedykowane lukrowania, na pudełku zwykłej herbaty podziękowania za 70 lat służby. Skrzynka pocztowa zyskała sweterkową koronę, a w księgarni trafiam na jubileuszowe wydanie „Alicji w Krainie Czarów”. Nawet w Tesco specjalne jubileuszowe półki uginają się od filiżanek, imbryków, pudełek na ciastka i poduszek specjalnie zaprojektowanych na ten czas, a w sklepie „wszystko za jednego funta” można zeskanować sobie kod QR do jubileuszowej playlisty. Okej, rozpoczęło się szaleństwo – pomyślałam.
W końcu przy okazji klasycznego zwiedzania, natrafiam też na próbę parady, pod samą barierkę, choć chętnych do oglądania nie brakuje. Mogę przyjrzeć się z bardzo bliska i już jestem spokojna – jeśli nie uda się tu „dopchać” za kilka dni, wiem przynajmniej, jak to będzie wyglądać. Jeszcze nie wszystko idzie perfekcyjnie, jeszcze powozy jeżdżą puste (za kilka dni wypełnią się członkami rodziny królewskiej), a i tak wrażenia są nie do opisania. Już wiem, że w „dniu zero” będzie spektakularnie. I już wiem, że kupno biletów to był fenomenalny pomysł.
Brytyjskie kreacje i zamiatarka ulic, do której wiwatują tłumy
W końcu nadchodzi TEN dzień. Wsiadam do metra i już wiem, że nic dzisiaj nie będzie normalnie. Część ludzi zachowuje się niczym Joey z Przyjaciół, gdy tuż przed ślubem swego przyjaciela zwiedza Londyn w najbardziej stereotypowy sposób – z naręczem brytyjskich pamiątek, z wielkim pluszowym kapeluszem w brytyjską flagę. To, co na co dzień byłoby szczytem kiczu, w ten dzień staje się czymś normalnym. Takich ludzi ulicami płynie rzeka. Ktoś ma czapkę, ktoś sukienkę albo marynarkę, ktoś dopasował buty, a ktoś inny ma sznur sztucznych kwiatów niczym z Hawajów – tyle, że w kolorach Wielkiej Brytanii. Niemal wszyscy mają chorągiewki albo flagi. I wszyscy jadą w jedno miejsce – na trasę tradycyjnej parady „Trooping of the colour”, którą od 1748 roku wykorzystuje się do uczczenia urodzin władcy.
Kto miał trochę szczęścia mógł kupić miejsca siedzące na trybunach – 30 GBP od osoby. Ja nastawiam się raczej na oglądanie całości w którejś ze „stref kibica”, czyli na telebimach w okolicznych parkach, bo już dzień wcześniej widziałam w BBC pierwszych, najwierniejszych fanów rodziny królewskiej, którzy rozkładają namioty, by zająć sobie najlepsze miejsce. Ale gdy na dwie godziny przed paradą docieram na miejsce, okazuje się, że jestem w stanie być w drugim rządku przed barierkami. W tej sytuacji decyzja może być tylko jedna – zostajemy!
Atmosfera jest obłędnie piknikowa, a pogoda – jakże nietypowa w tym kraju – jak na zamówienie. Jest ponad 20 stopni, nie spadła ani kropla deszczu, chmury można liczyć na palcach jednej ręki. Ludzie śpiewają, klaszczą, wiwatują, machają flagami, robią sobie zdjęcia. Mądrzejsi ode mnie wzięli sobie składane krzesełka, bo przecież jeszcze trochę poczekamy. Wszyscy mają przekąski, wielu wspomina inne uroczystości, na których byli w przeszłości. Stoję obok starszej pani, która opowiada o tym jak wiwatowała tu podczas ślubu księcia Karola z Dianą, ktoś inny wspomina przejazd królowej Elżbiety II i księcia Filipa zaledwie przed trzema laty. Ktoś był w Windsorze na słynnym „royal wedding” księcia Harrego z Meghan Markle.
Są tłumy – to jasne, ale nikt się tym nie irytuje – w końcu wiedział na co się pisze. Jedocześnie nikt się nie przepycha, nikt nikomu nie włazi przed nos, nikt nikogo nie miażdży – jak to bywa w takich sytuacjach. Wszystkim za to udziela się ten klasyczny, brytyjski humor. Gdy więc nadjeżdża… zamiatarka ulic, wiwaty zamiast milknąć tylko się nasilają! W końcu jej kierowca decyduje się pomachać do zgromadzonych, co spotyka się z ogromnym aplauzem publiczności. Jest nieco absurdalnie, ale na pewno wesoło.
Aż w końcu, niedługo po godzinie 10:00 – ruszyli!
Jak księzniczka Charlotte pomachała właśnie mi…
Stukot końskich kopyt, nadchodzącej królewskiej orkiestry i rumor idących pieszo gwardzistów naprawdę wywoływał ciarki na ciele. W końcu pojawiła się też rodzina królewska, a ludzie na ich widok wpadali w krzykliwo-wiwatującą euforię. Najpierw w karocach przejechała księżna Camilla i Kate z ochoczo machającymi dziećmi (totalnie wiem, że księżniczka Charlotte pomachała właśnie mi!). W kolejnej Lady Louise – wnuczka królowej, wraz ze swoją rodziną. Później dostojnie, już na koniach książę Karol, William i księżniczka Anna.
Niestety – ze względu na stan zdrowia w karocach zabrakło samej królowej – najdłużej panującej monarchini w historii świata. Ostatecznie 96-letnia królowa Elżbieta II oglądała paradę z balkonu Pałacu Buckingham, choć do samego końca nie było wiadomo czy przejedzie w paradzie czy nie. Ale niczego to nie zepsuło!
Nie codziennie mogę bowiem zobaczyć na żywo ponad 1400 brytyjskich żołnierzy w bardzo reprezentacyjnym wydaniu, 400 członków orkiestry wojskowej, 250 koni i kilkadziesiąt tysięcy wiwatujących ludzi, a na koniec jeszcze przyjrzeć się lotniczemu pokazowi blisko 70 maszyn należących do RAF-u i brytyjskiej armii. Na niebie można było zobaczyć m.in. Chinooki, Spitfire’y, samolot Hercules C-130J, Hurricane – znany z Bitwy o Anglię, Hawk T1 (Red Arrows), Airbusa A400 i wiele, wiele innych.
Nie obyło się bez wpadek. Kilka koni szło w zupełnie innym kierunku niż powinno, jeden nawet puścił się wolno bez jeźdźca, a aktywiści z organizacji walczących o prawa zwierząt wtargnęli na środek parady. Królowa będzie mieć więc co robić, bo nie jest tajemnicą, że co roku dokładnie ogląda powtórkę z parady, notuje swoje uwagi i później przekazuje je do organizatorów. A w tym roku i ja mogłam zrobić to samo – z tą różnicą, że opowiadam nie organizatorom a wam.
Czy jestem jakąś szaloną fanką rodziny królewskiej? Nie, ale to kompletnie w niczym nie przeszkadzało. Czy wiedzę o nich w dużej mierze czerpię z popkultury i fabularyzowanych dokumentów czy popularnych seriali? Tak, jak wielu. Czy za każdym razem jak jestem w Londynie idę zobaczyć zmianę warty przy Pałacu Buckingham? NO PEWNIE! Podeszłam więc do tej imprezy jak do atrakcji turystycznej – nie wstydzę się tego i myślę, że nie byłam jedyna. A przy okazji stałam się częścią historycznego wydarzenia, o którym można opowiadać wnukom, gdy kiedyś będą pokazywać w telewizji wspominki sprzed lat.
I tego – jak to z podróżami i przeżyciami bywa – nikt mi już nie zabierze.