REKLAMA

Obiad za 5 PLN, lody z fasolą i kurczak, który śni się po nocach. Czy Penang to faktycznie kulinarny raj?

sprzedawcy uliczne jedzenie penang
Foto: Hafizzuddin/Shutterstock

Kulinarne centrum wszechświata, spełnienie najskrytszych marzeń wielbicieli ulicznego jedzenia i raj dla budżetowych turystów – tak mówi się o Penang, wyspie w Malezji, która słynie z obłędnych i tanich potraw. Ale czy to faktycznie miejsce, którego żaden łakomczuch nie może przegapić? A może tylko napompowana medialne pułapka na turystów?

W 2004 roku Lonely Planet opublikowało listę najlepszych kierunków podróżniczych, jeśli liczy się dla nas przede wszystkim jedzenie. Bezapelacyjnym zwycięzcą okazała się malezyjska wyspa Penang i jej największe miasto – Georgetown. Na liście „Top 50 World Street Food Masters” stworzonej przez CNN aż pięć miejsc obstawiają punkty gastronomiczne z Malezji, a w 2017 roku sam Penang zajął też drugie miejsce w kategorii najlepszych miejsc do odwiedzenia na świecie.

Kulinarną doskonałość tego miejsca podkreślali później wielokrotnie dziennikarze, blogerzy i turyści z całego świata. A skoro tak, to nie mogło mnie tam zabraknąć. Wszak jedzenie już dawno uznałam za jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie można robić w ubraniu.

Penang to jedno z tych miejsc, na wspomnienie którego nie wymienia się zabytków, a opowiada o tym, co tu jedliśmy. Pamięć wypełniają zapachy, smaki, konsystencje, hałas ulicy, gwar tych głodnych i tych, którzy jeszcze czekają na swoje zamówienie.

Wróciłam do Azji Południowo-Wschodniej po dwóch latach przerwy i nie mogłam czekać ani sekundy dłużej, by przekonać się, ile w tych wszystkich rankingach, opowieściach i pochwałach jest prawdy. I czy przypadkiem nie jest to po prostu magia azjatyckiej gastronomii jako całości, a nie niezwykłość tego konkretnego miejsca.

kurczak w sosie sojowym
Foto: Aneta Zając/Archiwum Prywatne

Co trzeba zjeść?

Dosłownie godzinę po przylocie, nieprzyzwyczajona jeszcze do prażącego słońca, krążyłam między zabytkowymi, starymi kamieniczkami Georgetown. Niepozorne, na razie puste wózki, często połączone z rowerem czy skuterem rozbudzały kulinarną wyobraźnię. To z nich będą niedługo serwowane te cuda, którymi zachwyca się świat. Niby zwiedzałam, ale w rzeczywistości niecierpliwie przebierałam nogami, by te same ulice wypełniły się już dymem, tłumem głodnych ludzi, zapachem mięsa, ostrych przypraw i sosu sojowego.

Zaledwie dwie godziny później, miasto tętniło już życiem, które w trakcie upalnego południa skrywane jest w intensywnie chłodzonych budynkach. Dookoła ludzi – mieszkańców i turystów, krążyły skutery prowadzone przez niewzruszonych kierowców kochających używać klaksonu jako uniwersalnego języka ze świata ruchu drogowego. Stoliki zapełniały się w ekspresowym tempie, za wózkami zaczynały piętrzyć stosy nieumytych naczyń.

Z cenami jest łatwo. Jeden malezyjski ringgit (MYR) to ok. 0,92 PLN, czyli najłatwiej po prostu przeliczać sobie jeden do jeden. Kalorii nie polecam przeliczać zupełnie.

A więc zaczęłam jeść.

Najpierw char koay teow – mój tutejszy faworyt. Makaron ryżowy z sosem sojowym, chilli i krewetkami. Do tego kiełki fasoli, szczypiorek, a wszystko powinno być podsmażone na wieprzowym smalcu. Dziś ze względów religijnych, często stosuje się olej roślinny, ale znajdziecie też miejsca, w których serwuje się go w pierwotnej wersji. Potrawę można też dostać w wielu różnych wariacjach – z jajkiem czy kurczakiem, ale im prostsza tym lepsza. Jak to w Azji zwykle bywa. Cena? Już od 3 MYR.

street food penang sprzedawca
Foto: Aneta Zając/Archiwum Prywatne

Później tutejsze sajgonki, czyli Popiah. Bardzo często wegetariańskie, ale za to z prażoną cebulką, jajkiem i sałatą. Brzmi może tak sobie, ale w połączeniu z ostrym sosem smakuje doskonale. No i zapłacicie za to 2-5 MYR, w zależności od porcji. Nie byłam już głodna, upał robił swoje, ale nie mogłam się oprzeć i tak po prostu przestać jeść.

Dlatego na stół wjechał absolutny klasyk, czyli Chicken i Duck Rice – udko posiekane gigantycznym tasakiem trzymanym przez pewną rękę starszej pani było jedną z najlepszych rzeczy, jakie zjadłam w życiu. Mimo prostoty tego dania, było w nim coś absolutnie niezwykłego. Chrupiąca, zarumieniona skórka, mięso, które samo odchodzi od kości i intensywny smak za 5-6 MYR, to coś czego nie wolno przegapić. Tak, śnię o nim czasem. Taki był dobry.

Kolejne dni upływały pomiędzy przeróżnymi nocnymi marketami, których na Penang nie brakuje. W samym Georgetown jest ich kilkanaście, a warto też wybrać się chociażby do Batu Ferringhi w północnej części wyspy. Przy stolikach, które znajdziecie na każdym takim targowisku każdy je coś innego, bowiem zasada tu jest prosta.

Żaden „wózek” czyli hawker nie ma swoich stołów, ale każdy może korzystać z tych wspólnych ulokowanych zwykle gdzieś nieopodal. Haczyk? Trzeba kupić niedrogie napoje od obsługi, która między nimi krąży. W ten sposób każdy jest zadowolony. Klient ma gdzie zjeść, kucharze zarabiają na jedzeniu, a obsługa na napojach i napiwkach.

Foto: Azhari Fotolestari/Shutterstock

W kilka dni zjadłam więc fenomenalny, rozpływający się w ustach omlet z ostrygami, przygotowany z jajek i tapioki (8-12 MYR), stuletnie jajka, które w rzeczywistości są maksymalnie studniowe i choć wyglądają obrzydliwie, to ich smakowanie jest niewątpliwie ciekawym doświadczeniem. Zajrzałam do dzielnicy hinduskiej, gdzie wsunęłam pysznego kurczaka tandoori, a także roti canai – smażone placki pszenne z curry i parę dań podawanych na liściach bananowca, których nazw nie byłam w stanie nawet zapamiętać. W chińskiej dzielnicy odkryłam obrzydliwe Pork Floss, czyli coś w rodzaju mięsnej waty cukrowej. Mięso i mnóstwo cukru zamienione w puchate kłębki. To nie mogło się udać.

Wróciłam do malezyjskich specjałów, by spróbować kultowego Nasi Lemak (ok. 2 MYR), czyli ryżu zrobionego na mleku kokosowym z dodatkiem przypraw, sosu chilli, orzeszków i ugotowanego jajka. Najdziwniejszy był chyba Ice Kacang (1-3 MYR)– deser z kruszonego lodu, podawany z czymś w rodzaju żelków, orzeszkami, syropem różanym i… czerwoną fasolą. Zresztą Malezyjczycy kochają czerwoną fasolę, więc bardzo często znajdziecie ją także w deserach. Nawet popularne lody McFlurry z McDonald’s mają właśnie taki smak.

Nie można zapomnieć też o Penang Laksa, legendzie tej wyspy. Zupa z makreli, limonek, sosu chilli, pasty krewetkowej mnóstwem zieleniny z dorzuconym makaronem sojowym to doświadczenie ostrego i kwaśnego smaku jednocześnie. Niepowtarzalna, przepyszna i fascynująca warta 3-4 MYR.

2800 znaków o samych potrawach, a nawet nie wymieniłam połowy tego, co warto wziąć pod uwagę. Gdzie satay, wszelkie ikar – czyli ryby, cały akapit o śmierdzącym durianie i niezwykłych napojach jak ambula juice – soku ze słodkiego śliwca, nietypowego tutejszego owocu. Chyba jednak brzmi jak raj i piekło jednocześnie. Tyle do zjedzenia, a czas i żołądek ograniczone.

uliczny sprzedawca penang
Foto: Hafizzuddin/Shutterstock

Dlaczego tu tak dobrze karmią?

Nie ma co ukrywać, Malezja nie jest jedynym krajem, w którym street food jest szalenie popularny. Nie jest też krajem, którego kuchnie zna cały świat –  co można powiedzieć o Włoszech, Chinach czy Meksyku. Malezyjskich dań nie uświadczysz w co drugiej dzielnicy wielkich europejskich miast, nie wymienisz bez zastanowienia kilku najpopularniejszych dań ani składników. A jednak to właśnie malezyjski Penang przyciąga do siebie miliony wygłodniałych turystów, którzy na samą myśl próbują powstrzymać ślinotok.

Nawet sami Malezyjczycy zamieszkali w innych częściach kraju, dobrze wiedzą, gdzie warto wybrać się na weekendową ucztę. I chętnie korzystają z możliwości organizowania sobie krótkich wypadów na Penang.

Dziwne? Ani trochę.

Historia Malezji, a w szczególni wyspy Penang jest naprawdę multikulturowa. Porty wypełnione towarami z całego świata stanowiły niezłą gratkę dla poszukiwaczy smaków. Do tego całe dekady brytyjskiego kolonializmu i tania siła robocza, która przez lata emigrowała tu z Chin i Indii. Przypływali tu też Arabowie, holenderscy przedsiębiorcy, Żydzi, a nawet Niemcy czy Ormianie. I wszyscy oni przywozili ze sobą smaki, przepisy i potrawy z innej części świata. A potem to wszystko się wymieszało, z każdego przepisu wzięto co najlepsze, z każdej kuchni wyciągnięto drobnostki, by w końcu powstała jedyna niepowtarzalna kuchnia malezyjska.

Foto: Pandech/Shutterstock

Dodatkowo tutejsze prawo zabrania zatrudniania obcokrajowców na stanowisko głównych kucharzy niezależnie od tego, jak wielkimi mistrzami są w swoim fachu. Dotyczy to jednak tylko miejsc, które serwują jedno z trzynastu sztandarowych dań Malezji. I jeśli myślicie, że te zaskakujące przepisy istnieją tylko na papierze, to nic bardziej mylnego. Na przykład w 2016 roku, szesnastu przedsiębiorców straciło pozwolenia na prowadzenie działalności właśnie z tego powodu.

Podobno sekret wszystkich tych dań tkwi w garnkach, patelniach i wokach mytych bez zbędnej dokładności. Używane przez lata, zawsze w tej samej kuchni, a zapełniane przeróżnymi składnikami, oddają niepowtarzalny smak i aromat, którego nie da się podrobić w żadnym nowym naczyniu. Czy to prawda? Nie wiadomo. Ale niewątpliwie nawet te same dania, u każdego sprzedawcy smakują nieco inaczej.

Jeśli ktoś zastanawia się, czy jest coś, czego koniecznie trzeba spróbować w Malezji i na wyspie Penang, to odpowiedź jest jedna: wszystkiego. Zastanawiać się można – co najwyżej – nad tym, od czego zacząć.

uliczne jedzenie malezja
Foto: Supamon R/Shutterstock

To warto czy nie?

Jednak chodząc po tutejszych ulicach, zastanawiałam się nad jednym. Na ile Georgetown jest wyjątkowe pośród innych azjatyckich miast i czy coś je wyróżnia? Porównując chociażby z Bangkokiem, w oczy rzuca się przede wszystkim jedna ważna rzecz. Tu niemal każdy mówi po angielsku, nawet w miejscach bardzo, bardzo mało turystycznych. I nawet, jeśli menu jest całe po chińsku. Przy wspólnych stolikach toczą się więc dyskusje, wymienia się poglądy, porównuje kraje. Próbuje się od innych ludzi i doskonali jedzenie pałeczkami pod okiem czujnych i Chińczyków. To na plus.

Na minus mogłyby być za to ceny, wyższe niż w Tajlandii, którą tak upodobali sobie podróżnicy, także z Polski. To jednak nadal bardzo tani kraj, więc nie byłabym taka kategoryczna. Drogi jest natomiast alkohol (poza wyspą Langkawi, która ma inne zasady), dużo mniej sprzedaje się też owoców, które w Bangkoku wypełniały mi krótkie przerwy pomiędzy posiłkami. Na szczęście nie jest tak, że nie ma ich wcale. Za to różnorodność kuchni, naprawdę niezwykłe kulinarne pomieszanie z poplątaniem i gigantyczne spektrum możliwości jest do prawdy imponujące.

desery malezja
Foto: Aneta Zając/Archiwum Prywatne

Lokalne władze też to wiedzą, więc bez trudu znajdziecie specjalnie przygotowane kulinarne mapki Penang czy samego  Georgetown. W każdym hotelu, hostelu i niewielkim pensjonacie obsługa na jednym wdechu wymieni kilkanaście miejsc, do których koniecznie musicie pójść. Tymczasem w Bangkoku wszyscy wysyłali nas na Khao San Road, które ze względu na swoją popularność odrobinę mnie rozczarowało. Tak więc znowu punkt dla Penang.

Z drugiej strony nie jestem pewna, czy ktoś nieprzyzwyczajony do standardów sanitarno-kulinarnych z tej części świata, od razu da się porwać tym niewielkim mobilnym jadłodajniom. Tajlandia pod tym względem jest nieco bardziej przyjazna – dalej na wskroś azjatycka, z całym tym gwarem i resztą fenomenalnych rzeczy, które czynią klimat takich właśnie nocnych marketów – ale jednocześnie znacznie bardziej przyzwyczajona do tłumów turystów, którzy dopiero odkrywają, że tu zwykle je się widelcem i łyżką, a wybłyszczony wózek nie jest gwarancją dobrego smaku.

Bez trudu znajdziecie też w Bangkoku tajskie restauracje dostosowane pod podniebienia Europejczyków czy Amerykanów, czyli znacznie odbiegające od tego, co w rzeczywistości serwuje się w tajskiej kuchni.

W Malezji tego nie ma. I ja zdecydowanie tak wolę. Jedźcie tam. Jedźcie i jedzcie, wypełniajcie brzuchy pod korek, próbujcie nawet tych rzeczy, które wyglądają dziwnie i płaczcie rzewnymi łzami, że choćby nie wiem jak próbować, tych smaków odtworzyć w Polsce się nie da.

A może to i lepiej?

uliczne jedzenie penang
Foto: twinsmom/Shutterstock
REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
Byłem w Malezji, byłem w Georgetown, byłem w Tajlandii. I to Georgetown jest dla mnie absolutnym kulinarnym numerem jeden. Po wizycie w Malezji, Tajlandia nawet lekko rozczarowała mnie kulinarnie. Było dobrze, ale tylu zaskakujących smaków, takiego bogactwa składników jak tam, nie było.P.S. Kibelki w malezyjskich knajpach wyglądają, jak wyglądają, bo jest tam dużo Chińczyków ;) To nie rasizm, to szczera prawda.
d-t-x, 4 czerwca 2018, 15:37 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Penang jest jednym z moich ulubionych miejsc w Malezji, warto nadmienić , że jest to jedyna prowincja muzułmańskiej Malezji, która jest całkowicie kontrolowana przez mniejszość chińską. Polecam Street Food Festival we wrześniuZ tymi cenami to autorka trochę przesadziła, bo pod względem cen Penang jest droższy niż Peninsula. 
tazmaya, 6 czerwca 2018, 7:23 | odpowiedz

Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA
porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.