Pasażer powiedział załodze, że ma koronawirusa. Ale dopiero… po lądowaniu
Amerykańska linia lotnicza JetBlue dożywotnio zakazała lotów jednemu z pasażerów. Mężczyzna poleciał z Nowego Jorku na Florydę i dopiero po wylądowaniu przyznał załodze, że poddał się testom na obecność koronawirusa. Wtedy też okazało się, że wynik jest pozytywny.
Koronawirus i zabezpieczenie przed rozprzestrzenianiem się zakażenia stały się w ostatnich tygodniach tematem numer 1 na całym świecie. Okazuje się jednak, że mimo wszystkich apeli, próśb, gróźb i decyzji rządów, największy problem mamy z samodyscypliną. Idealnie obrazuje to przypadek jednego z pasażerów amerykańskiej linii JetBlue.
Wczoraj, 12 marca mężczyzna odbył podróż z Nowego Jorku na Florydę. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że już przed wejściem do samolotu wiedział, że być może jest osobą zakażoną. Wcześniej poddał się bowiem testom i w momencie odbywania podróży wciąż czekał na wynik badania. Postanowił jednak zataić tę informację i jak gdyby nigdy nic, wraz z innymi pasażerami odbył lot.
Gdy włączył telefon po wylądowaniu, otrzymał wiadomość, że wynik testu był pozytywny. Dopiero wtedy zdecydował się powiadomić obsługę lotu o całej sytuacji.
W efekcie natychmiast wezwano odpowiednie służby. Mężczyzna został odizolowany, a linia i lotniska rozpoczęły dezynfekcje wszystkich miejsc, w których przebywał – w tym m.in. windę, toaletę, stanowisko odprawy, samolot itd. Tymczasowo trzeba było zamknąć jedną z hal na lotnisko West Palm Beach.
– Wczorajsza sytuacja postawiła członków załogi, klientów oraz urzędników federalnych i lokalnych w niepokojącej sytuacji, której można było łatwo uniknąć. W efekcie temu klientowi nie będzie już wolno latać na pokładzie samolotów JetBlue w przyszłości – poinformował przewoźnik w oświadczeniu cytowanym przez CNN.