Fly4free.pl

Paragony grozy czy głupoty? Podpowiadamy, jak nie naciąć się na ceny z kosmosu

Polskie morze
Foto: Fotokon / Shutterstock

84 PLN za parking w Sopocie, 21 PLN za krupnik w Zakopanem, kosze plażowe wynajmowane za 160 PLN w Sopocie, 80 PLN za smażonego dorsza w Ustce. Media i turyści prześcigają się w publikowaniu tzw. „paragonów grozy”. Ale czy faktycznie to wina wyłącznie branży, która zdrowo kombinuje czy może jednak trochę sami jesteśmy sobie winni?

Jestem zdania, że w wielu przypadkach słynne paragony grozy to nie tylko dowód na pazerność branży turystyczno-gastronomicznej, ale i głupotę, nieogarnięcie czy małe turystyczne doświadczenie ludzi. Zdaję sobie sprawę, że to będzie niepopularna opinia i za chwilę mogą posypać się w moją stronę epitety, ale zanim to nastąpi – na początek wyjaśnijmy sobie podstawy.

Czy mimo zrozumienia tego, że wszystko drożeje – wciąż widzimy, że w niektórych miejscach jest ABSURDALNIE drogo? Tak. Czy niektórzy restauratorzy, hotelarze odlecieli i próbują czym prędzej odrobić straty po wielomiesięcznej blokadzie branży? Tak. Czy gdyby nie popyt mogliby tak robić? Nie. Czy wszyscy są takimi okropnymi przedsiębiorcami? Nie. Czy da się więc uniknąć paragonu grozy i spędzić urlop w Polsce bez zaciągania kredytu ze spłatą rozłożoną na 20 lat? A to akurat zależy.

I my chcemy Wam nieco podpowiedzieć, jak to zrobić.

1. Czytaj opinie, ale nie traktuj ich jako wyroczni

Nie ma lepszej rady przed wyjazdem na jakikolwiek urlop niż czytanie opinii. Sensowne komentarze pozwalają znaleźć dobre knajpy, hotele i atrakcje w nawet najbardziej obcym dla nas terenie. Tripadvisor, Google, forum Fly4free.pl i grupy na Facebooku to naprawdę nieocenione źródło wiedzy i informacji. Pod jednym warunkiem!

Wałkowana do znudzenia zasada, musi być mądrze wykorzystana. Nie chodzi bowiem o bezkrytyczną wiarę w każde napisane tam słowo. Wiemy przecież, że o wiele bardziej zdeterminowani do wystawiania ocen są ci, którym się… nie podobało. Zadowoleni często wychodzą z lokalu i zostawiają tę wiedzę dla siebie i najbliższych znajomych.

Przy czytaniu negatywnych opinii zwracaj uwagę, na co właściwie narzekają ludzie. 1* zostawiona z komentarzem „zbyt gwarna atmosfera” we włoskiej trattorii (nawet jeśli ta mieści się w Słupsku) to wcale nie musi być powód do rezygnacji z wizyty. Podobnie trzeba traktować „kolejki”, „drożyznę” czy „długie oczekiwanie” – to kwestie mocno subiektywne.

Niech natomiast odstraszają was wszystkie opinie zawierające słowa „zatrucie”, „smród” „oszustwo”.  To rzadko jest kwestią indywidualnej percepcji.

oceny w internecie
Foto: sdecoret / Shutterstock

2. Nie wymagajmy cudów, to nam cudów nie będą wciskać

„Pani, ten oscypek to dopiero co uwędzony” – usłyszane w grudniu? Oczywiście – jeśli turyści będą tego chcieli, to to usłyszą. A jakim cudem, skoro prawdziwe oscypki wyrabia się zazwyczaj do końca września? Nieważne. Klient zadowolony. „Świeża ryba prosto z kutra” w czasie, gdy jest zakaz połowu danego gatunku? Proszę bardzo, jak sobie państwo życzą. Bigos dziś robiony, choć najlepszy jest właśnie ten, który przejdzie magiczny proces przegryzania? Tak, „dosłownie przed godziną gotowany proszę Pani”! Ileż to razy kłamstwo pojawia się dla świętego spokoju w myśl idei „klient nasz pan”?

I żeby było jasne – nie bronię tu branży gastronomicznej. Ale jestem w stanie uwierzyć, że po setnym tłumaczeniu, dlaczego to czy tamto nie może być „świeże”, po prostu zaczyna się przytakiwać dla świętego spokoju. Zwłaszcza, gdy trafi się klient, który naoglądał się Gesslerowej i gdyby nie bał się kosztów, rzucałby talerzami na lewo i prawo – choćby dla zasady. Przecież płaci i wymaga. A że akurat 25 PLN za 3-daniowy obiad dnia? To niczego nie zmienia!

To jasne, ze wydając pieniądze chcielibyśmy dostać jak najwyższy standard, jak najlepsze produkty, najwspanialsze wspomnienia. Ale zawsze trzeba mierzyć siły na zamiary i brać pod uwagę stosunek ceny do jakości. Nie ma co porównywać hostelu za 35 PLN za dobę do 4* hotelu. Karczma „domowe obiady u cioci Stasi”, to nigdy nie będzie ą,ę, fine dining i takie bajery. Miejmy realne oczekiwania.

Wybierajmy świadomie i jeśli chcemy podróżować tanio, nic nie stoi na przeszkodzie. Tyle, że musimy zdawać sobie sprawę, że to zawsze oznacza pójście na pewne ustępstwa. Marzą Ci się Mikołajki czy Sopot? No fajnie, ale to zawsze były drogie miejsca. Więc albo godzimy się na ten ceny (z bólem!) albo wybieramy inne miejsce – to jest naprawdę tak proste.

3. Słuchaj mamy, która mówiła, że koniec języka za przewodnika

Knajpy doskonale wiedzą, że część osób wstydzi się zapytać albo – jeśli już usiadła przy stoliku – to nie zrezygnuje z zamówienia nawet, gdy zobaczy zbyt wysokie ceny w karcie. Wciąż w wielu ludziach pokutuje przekonanie, że to obciach, że w ten sposób pokazujemy, że „nas nie stać”, że „jak to będzie wyglądać” i „co o nas pomyślą”. A tymczasem to najprostszy sposób, żeby dać się zrobić w konia.

Najczęstszą pułapką są ceny za 100 gram – głównie w przypadku steków, ryb czy golonki. To zupełnie normalna praktyka. Ale tak samo normalnym jest zapytać na etapie zamówienia, jakie duże są dziś ryby czy kawałki mięsa i wybrać porcję, która pasuje do naszego budżetu. Śmiało można poprosić o mniejszy kawałek lub wziąć jeden duży kawałek (no hej, ryby potrafią mieć po 800 gram, a porządny tomahawk to może być i ponad kilogram – nawet ja tyle nie zjem w pojedynkę!). Z góry wiesz, ile zapłacisz i nie będzie żadnych niespodzianek.

No i nie daj się wrobić w ważenie z panierką. A kiedy już na pierwszy rzut oka, waga w oczach podpowiada ci, że coś jest nie tak – to zgłaszaj to zanim zjesz dowód rzeczowy. Wtedy dochodzenie swojej racji może być znacząco utrudnione.

ryba z frytkami
Foto: Meelan Bawjee / Unsplash

4. Nie ma cen? Błagam, nie idź w to!

„A ileż to może kosztować?! No daj spokój!” – zasłyszane pod knajpą zawsze zwiastuje dla mnie potencjalny początek dramatu. Brak cennika ZAWSZE powinien wam dać do myślenia. I albo pytacie (i uzyskujecie odpowiedź!), albo szukacie dalej. Banalna zasada, a jakże istotna!

Jedną z najpopularniejszych pułapek kryje się w napojach. Bywa, że nadmiernie sprytna knajpa nie podaje w ogóle ich cen i wtedy – o zgrozo – przy rachunku może się okazać, że najzwyklejsze lane piwo kosztowało 18 PLN. Ale wtedy jest już za późno, bo piwo wypite i „było się zapytać”. Ale przecież wyszliśmy z założenia, że napoje nie mogą być drogie, prawda? A mogą!

I nie dotyczy to tylko restauracji. Nie ma jasno określonych cen – nie korzystam, nie kupuje. To pułapka w absolutnie wszystkich wakacyjnych szmerach-bajerach, a podejście „ileż to może kosztować” może być bardzo bolesne. Chcecie warkoczyki czy tatuaż henną? To, że było napisane od 19 PLN nie oznacza, że tyle zapłacicie za wzór na pół pleców! Obiecaliście dziecku balon z helem? Lepiej poznajcie najpierw cennik, bo potrafi kosztować np. 35 PLN, a jak wiemy – od obiecanego nie będzie już odwrotu.

Najnowszy „paragon grozy”, który właśnie robi okrążenie dookoła sieci dotyczy parkingu w Sopocie – 7 godzin parkowania, do zapłaty 84 PLN. Okej, wszyscy zgadzamy się, że kwota jest horrendalna – to nie ulega żadnej wątpliwości. Ale ponownie – albo sprawdzamy cennik i go akceptujemy albo dajemy się robić w konia. Skoro stanęliśmy na nim nie sprawdzając opłat – to niestety sami jesteśmy sobie winni.

5. Kto oszukuje i tak to będzie robił

Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto z premedytacją będzie chciał nas oszukać. Lokal, w którym zamienia się składniki – mrożoną pangę sprzedaje się jako „dzisiaj łowiony skarb Bałtyku”, serki z krowiego mleka jako oscypki, byle jakie lody ze sztucznych składników jako „rzemieślnicze z tradycjami”, a do piwa dolewa się wody. Zdarza się też, że zaniża się pojemność czy zawyża wagę dań – w zależności od potrzeb. Albo wielokrotnie „recyklinguje” te składniki czy potrawy, które nie sprzedały się w swojej pierwotnej wersji i dacie ważności.

Hotelarz, który używa mocno podrasowanych zdjęć, żeby przekonać nas, że basen to sięga prawie po horyzont, a ściany są bielsze niż uśmiech hollywoodzkich gwiazd. Taksówkarz, który woli wieźć nas „na gębę” niż włączyć licznik. Parkingowy, który wcale nie jest właścicielem danego terenu, ale po prostu stanął w kamizelce i zaczął pobierać opłaty.

Kreatywność oszustów nie zna granic – i to dosłownie, bo przecież to nie jest wyłącznie polska domena. Podobne paragony grozy, przekręty czy korzystanie z naiwności turystów nie ma narodowości i znajdziecie je i w Barcelonie, i w Wenecji, i w Azji i na Zanzibarze.

Kto będzie chciał oszukiwać, zawsze znajdzie sposób. Ale to nie znaczy, że wraz z włączeniem trybu wakacyjnego powinniśmy uśpić swoją czujność i otrzeźwieć (dosłownie i w przenośni) dopiero, gdy zobaczymy paragon. Choć pewnie tak byłoby i najwygodniej, i najmilej. I tego wszyscy byśmy sobie życzyli.

Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?


porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »