Cztery steki i woda za 4500 PLN?! To dopiero początek. Jak nie dać się oszukać w restauracji?
W listopadzie świat obiegła historia trzyosobowej rodziny z Wielkiej Brytanii, której przyszło zapłacić w weneckiej restauracji ponad 2200 PLN. Nie znający języka turyści dali się bowiem naciągnąć kelnerom na 3,5 kg ryb i owoców morza. I pewnie można byłoby machnąć ręką na jeden taki przypadek, gdyby to był odosobniony przypadek. Tym bardziej, że sami poszkodowani nie liczyli na zwrot pieniędzy.
Problem polega na tym, że takie sytuacje zdarzają się regularnie. I to na całym świecie. Nawet burmistrz słynnego miasta na wodzie po całej sprawie powiedział, że „to jest Wenecja. Tu trzeba być tego świadomym i liczyć się z wydatkami”.
Nie trzeba było zresztą długo czekać na kolejną aferę ze znanym z niebotycznych cen miastem w roli głównej. Kilka dni temu do mediów trafiła informacja, że czterech japońskich studentów zapłaciło w sumie 4500 PLN. Co zamówili? Cztery steki, smażone przystawki i wodę.
Najczęściej w takich sytuacjach jesteśmy na przegranej pozycji. Choć wielu turystów próbuje wzywać policję, negocjować albo przynajmniej się wykłócać, to zwykle ostatecznie i tak muszą zapłacić horrendalny rachunek. Na szczęście takich sytuacji łatwo uniknąć. Trzeba tylko znać najpopularniejsze sztuczki restauratorów
Przed wejściem
Niemal w każdym większym mieście spotkacie „ulicznych promotorów restauracji”, czyli – mówiąc po ludzku – po prostu zwykłych naganiaczy. Ich praca polega na tym, żeby wyłapać w tłumie potencjalnych klientów i ściągnąć ich do restauracji. Często prezentują zdjęcia ogromnych porcji, świetnie mówią w obcych językach, przyjacielskim gestem praktycznie „zagarniają” was do środka jak owieczki na rzeź. Finansową, oczywiście.

Fot. littlenySTOCK/Shutterstock
Jeśli kiedykolwiek byliście w Turcji, w północnej Afryce czy na Bliskim Wschodzie, to świetnie znacie też patent z zaproszeniem „na herbatę/shishę do kolegi”. Skuszony zapachem, wizją odpoczynku i miłej pogawędki zostajesz wciągnięty do jakiegoś sklepu z torebkami, apteki czy perfumerii. A potem musisz się stamtąd wykręcać jak z braku zadania na matematyce w 4 klasie.
Mówi się, że jeśli przedsiębiorca musi uciekać się do takich sztuczek, to nie jest wart odwiedzenia. I na pewno jest w tym sporo racji, choć nie byłabym jednak aż tak surowa. W centrach miast nagromadzenie lokali jest ogromne, dlatego trudno się dziwić, że walczą one o klienta, jak tylko mogą. Z tym, że z założenia ścisłe, turystyczne centrum miasta, to ostatnie miejsce, w którym możecie liczyć na uczciwe ceny i smaczne jedzenie.
Trzeba też uważać na wszelkie „dania dnia”, „zestawy w świetnej cenie”, „3 w cenie 2”. Jak ktoś mówi, że „only today, only for you”, to wiadomo, że codziennie i dla każdego. I to dwa razy drożej niż dla nie-turysty. Niby to najbardziej podstawowa wiedza, ale wciąż na ten tekst i obietnicę nacina się naprawdę wielu ludzi.
Warto także sprawdzać wcześniej opinie o danym miejscu, ale nie traktujcie ich jak wyroczni. Doświadczenie pokazuje, że można zrobić najlepszą knajpę w mieście z restauracji, która… nigdy nie istniała. Warto pooglądać zdjęcia, poczytać negatywne oceny. Tylko trzeba mieć na to czas i ochotę.
A co, gdy szukasz czegoś z marszu? Wybierz miejsca, w których jest sporo osób. Im mniej turystów, a więcej miejscowych, tym lepiej. Krótkie menu, ładny zapach, uśmiechnięci goście (zwłaszcza ci wychodzący) – to rzeczy, na które warto zwracać uwagę. Można podejrzeć, jak wyglądają porcje i czy ludzie zjadają do końca. Trzy krótkie spojrzenia i masz gotowy obraz sytuacji.
Nie daj się skusić na czerwono-żółtą, krzykliwą cenę umieszczoną przy zdjęciu kultowej, przepysznej lokalnej potrawy. Hiszpańska paella dla dwóch osób za 9,90 EUR? Super! Dopiero na rachunku zobaczysz, że owszem, niecała dycha, ale… za osobę.
Trzy szpady z shish-kebabem za kilka złotych na Bliskim Wschodzie? Och, jak to apetycznie wygląda! Zamawiasz, zajadasz, gładzisz brzuszek. A gdy przyjdzie do zapłaty okaże się, że te kilka złotych z szyldu to tak, oczywiście, my friend, ale za zwykły kebab. Mniejszy. Malutki. Ty zjadłeś duży, więc płać odpowiednio więcej.
W restauracji
Jednak prawdziwa jazda bez trzymanki zaczyna się, gdy już jesteśmy w środku. Restauratorzy dobrze wiedzą, że najważniejsze to skusić turystę do wejścia, później jakoś to będzie. Wielu gości przyznaje, że czują skrępowanie, jeśli mają wyjść z lokalu, gdy już otrzymali karty. To najgorsza rzecz, jaką możecie zrobić: zostać, kiedy widzicie, że nie odpowiadają wam ceny albo czujecie, że coś jest nie tak.
W wielu krajach – przede wszystkim we Włoszech – turyści często dostają inną kartę niż miejscowi. I nikogo to szczególnie nie dziwi. O ile sama lista dań nie różni się szczególnie, to ceny potrafią być wyższe nawet o 50 proc. Drugim banalnym sposobem na przekręt jest karta wyłącznie w lokalnym języku.
Choć knajpy, do których rzadko zaglądają turyści zazwyczaj okazują się serwować doskonałą kuchnię, to jednak warto się upewnić, że ten mały dopisek na dole karty w obcym nam języku nie oznacza np. dodatkowej opłaty za obsługę, podatek albo… sztućce, bo i to miałam okazję już widzieć.

Fot. vichie81/Shutterstock
Wybór stolika też może okazać się nie bez znaczenia. Są restauracje i kawiarnie, w których wypicie szybkiej kawy przy barze będzie kosztowało mniej niż zamówienie jej do stolika. W Hiszpanii czy Francji możecie się zdziwić, gdy okaże się, że na tarasie restauracji ceny będą wyższe niż w środku.
Nie ufajcie kartom bez cen i pilnujcie, czy kwota nie jest podana za 100 g (notoryczna sytuacja w przypadku ryb, steków itd.). Sprawdźcie, czy dodatki są wliczone albo ile kosztują. Czasem mam wrażenie, że ziemniaki kucharze obsypują złotem. To by tłumaczyło absurdalne ceny, jakie można zobaczyć w niektórych kartach.
Podobnie jest z napojami. W polskich lokalach płacenie za 200 ml wody 7-8 PLN to już niemal standard. Za granicą woda jest często darmowa, ale za to na innych napojach restauratorzy potrafią robić biznes jak mało kto.
Dwie porcje makaronu, dwa razy przystawka i deser za 15 EUR w Rzymie? Brzmi rewelacyjnie! Wybierasz stolik, siadasz, już czujesz to przyjemne uczucie ssania w żołądku. Zaraz wjedzie ukochana carbonara, szczęście przyjmie formę boczku. Relaks, jedzenie, Włochy. To nie może się nie udać. Jeszcze tylko kelner zapyta o napoje, więc zamówisz dwa kieliszki wina. Będą pasować idealnie, a przecież, ile może kosztować kieliszek wina, prawda? No, to ja wam powiem, że może np. drugie 15 EUR. Nie wiedziałeś? Och, jak mi przykro. Tu jest rachunek, grazie mille!
Portugalskie restauracje słyną za to z pozornie darmowych przystawek. Zamawiasz jedzenie i czekasz wygłodniały aż przed tobą pojawi się pachnący dorsz czy krewetki. A w tym czasie na stół wjeżdża świeżo pieczony chleb i dorodne oliwki. Takie tam czekadełko. Nie zamawiałeś, ale to pewnie prezent od firmy – zwłaszcza, że leżą na każdym stoliku. Ledwo dotkniesz paluszkiem, a w tle już rozlega się dźwięk kasy fiskalnej. Ching! Kolejny naiwniak złapany, 10 EUR się należy.
Po jedzeniu
Płacenie rachunku to najmniej przyjemna część biesiady. Jeśli cena końcowa zgadza się z naszymi oczekiwaniami, to nie ma problemu. Ale niestety nie zawsze tak jest.
W krajach na południu Europy albo w Nowym Jorku możecie też spotkać zwyczaj doliczania kosztu obsługi. Obowiązkowy „napiwek” nie podlega negocjacjom, nie jest uznaniowy i może stanowić nawet 10 proc. całego rachunku. Oczywiście informacja na ten temat powinna być zawarta w karcie, ale w praktyce różnie bywa. Turyści muszą o tym pamiętać.

Fot. Monkey Business Images/Shutterstock
Byłam kiedyś świadkiem, gdy kelnerzy rozważali, czy doliczyć standardowe 10 proc. czy może policzyć po 3 EUR od głowy. Przeliczali, co bardziej się opłaca – w zależności od wysokości rachunku i liczby gości, a potem po prostu dopisali wedle uznania.
Jeśli nie płacisz w lokalnej walucie, to dokładnie dopytaj o przelicznik kursu. To, że euro akurat jest w danym miejscu warte np. niewiele ponad 4 PLN, nie oznacza, że tak samo uważa właściciel restauracji. A ci potrafią zaokrąglić cenę o wiele bardziej niż twój brzuch. Możesz próbować dyskutować, tupać nogą i zarzekać się, że więcej tu nie przyjdziesz.
Ale oni to wiedzą. Jesteś turystą. Najdalej za tydzień pojedziesz do domu. A naganiacze znajdą nowych chętnych. Takich, co nie czytają opinii. I nie mają świadomości, jaki los mogą im zgotować (nomen omen) restauratorzy.