Opłata za toaletę i maski tlenowe. Za co jeszcze będziemy płacić liniom lotniczym? Lista jest długa
„Więcej z nimi nie polecę!” – mówi niejeden z nas, gdy linie lotnicze podnoszą lub wprowadzają nowe opłaty. Buntujemy się, zarzekamy, a potem i tak znów pojawiamy się na ich pokładzie. A lista niewprowadzonych opłat jest jeszcze długa i choć dzisiaj trzeba ją traktować z przymrużeniem oka, to kto wie, co będzie za kilka lat…
Zaledwie kilka dni temu szef Emirates zapowiedział, że firma pracuje nad wprowadzeniem podstawowej taryfy w klasie ekonomicznej, która choć dużo tańsza, będzie też ogołocona ze wszystkich usług jak posiłek czy bagaż rejestrowany. I w sumie nic w tym dziwnego – nie oni pierwsi i nie ostatni postanowili upolować budżetowego pasażera. Sprawdzony model biznesowy niskokosztowych przewoźników podgląda coraz więcej tradycyjnych przewoźników – chociażby Lufthansa czy Aer Lingus.
Oczywiście podobnie jak w przypadku tanich linii, dodatkowe usługi będzie można dokupić do biletu. I teraz najlepsze – Emirates szacuje, że na liście opcjonalnych opłat pojawi się aż… 56 pozycji. Tak, dobrze przeczytaliście. Pięćdziesiąt sześć usług do wyboru – każda wyceniona osobno.
I ja już widzę, co się w tym czasie działo w siedzibach tanich linii. O’Leary pewnie najpierw zakrztusił się kawą i z radością wykrzyknął, że: „o taką branżę walczyłem!”, a potem powołał sztab kryzysowy i od kilku dni czołowi eksperci do spraw podnoszenia cen wymyślają, za co by tu jeszcze można pobierać opłaty. Bo 56 dodatkowo płatnych usług, to nawet dla specjalistów od „przecież i tak kupią bilety i z nami polecą” wydaje się być wyzwaniem.
Ale spokojnie, drodzy szefowie tanich linii z całego świata. Przychodzę z pomocą. Oto cała lista darmowych usług, które można przekształcić w czysty zysk. I dziwię się, że sami jeszcze na to nie wpadliście.
Nie chcesz? Nie płać!
Pierwsze opłaty dodatkowe pasażer zauważa na etapie wyboru biletu – to są moje ulubione, bo niby osobne, ale wiadomo, że nie da się z nich zrezygnować. Chodzi oczywiście o podatki, opłaty lotniskowe, paliwowe i wszystkie te, które ostatecznie składają się na podstawową cenę naszej rezerwacji. W Meksyku spotkałam się też z opłatą „za wystawienie biletu” – doliczaną osobno, ale oczywiście obowiązkową. Idąc tym tropem jest jeszcze duże pole do popisu – przydałaby się opłata za amortyzację samolotu, dodatkowe kilka EUR opłaty bezpieczeństwa – na kamizelki ratunkowe, maski tlenowe i tak dalej albo jakaś drobna opłata za rękaw albo schody – w zależności od trasy. Zawsze to jakiś pieniądz, a przecież pasażer zapłacić musi.
Ale prawdziwe spektrum opłat i możliwości zaczynają się dopiero później. Na przykład opłata za pobranie karty pokładowej do druku. Nie chcesz zapłacić? Użyj naszej apki. Nie działa na niektórych lotniskach? To zapłać i wydrukuj, trudno. Wiedziałeś, gdzie lecisz.
Później, już na lotnisku, można pobierać opłaty od pasażerów, którzy zjawią się przy bramce dopiero po pojawieniu się na ekranach słowa „boarding”. Nie stałeś w kolejce wcześniej? Trudno. Inni mogli, to wejdą za darmo. Trzeba było myśleć, a nie siedzieć w saloniku czy buszować po bezcłówce.
Ogromne niewykorzystane możliwości pozostawia także temat wszelkiego pierwszeństwa. Oczywiście istnieje „priority boarding”, który pozwala wejść na pokład wcześniej, ale gdzie cała reszta? Pierwszeństwo wyjścia z samolotu – to dla tych, co już kwadrans przed otwarciem drzwi samolotu są gotowi na wyścig do autobusu. Pierwszeństwo odbioru bagażu, bo akurat może będzie ostatni publiczny transport do miasta odjeżdża za kilka chwil. Pierwszeństwo wypadania masek tlenowych nad danym pasażerem w razie jakiegoś niebezpiecznego zdarzenia i przede wszystkim pierwszeństwo wejścia do toalety – zwłaszcza, jak wcześniej jedno czy dwa piwka weszły jak złoto.
Oczywiście, toalety już same w sobie powinny być płatne. Kto to widział, żeby dorosły człowiek nie mógł przesiedzieć kilku godzin bez sikania. A skoro może, to jak mu się zachce, to może zapłacić. Logiczne.
Za przykładem Delty i paru innych amerykańskich linii lotniczych – można też w końcu pobierać dodatkową opłatę, jeśli chcecie trzymać bagaż w schowku nad głową. Dziwię się, że ktokolwiek jeszcze pozwala na korzystanie z tak ekskluzywnej przestrzeni bez dopłaty. I najlepiej jeszcze dodatkowe 2 EUR za każde otwarcie schowka w trakcie lotu. Było myśleć, czego będziesz potrzebował. Nie chcesz sypnąć groszem? Trzymaj rzeczy pod fotelem. Wyobrażam sobie te próby upchnięcia nogą walizki o wymiarach: „czy kółka też się liczą?” na „w domu była okej”. Albo lepiej, po co w ogóle darmowe bagaże? Potrzebujesz czegoś więcej niż dowodu osobistego i telefonu? To sobie kup kurtkę z większymi kieszeniami.
Tradycyjnie linie mogą szaleć nieco bardziej. Rozrywka pokładowa na żetony, płatne sztućce do płatnego posiłku, symboliczne 1 EUR za każde zebranie śmieci przez stewardesę. No i jeszcze patrzenie przez okno – wszyscy to lubią. To może udałoby się jakoś zmienić zasady bezpieczeństwa i zamontować kłódeczki. Chcesz patrzeć? Zapłać. A światełko nad siedzeniem? Kto to widział, żeby światło było za darmo. Nawet mama zawsze każe gasić w domu, a co dopiero takie oszczędne linie.
Z miejsc stojących, dodatkowych opłat od otyłych osób czy samolotowej strefy ciszy nie będę się nabijać. Zbyt wiele linii lotniczych już i tak bierze je na poważnie i planuje w swoich wybłyszczonych siedzibach wcześniej obliczając, ile właściwie są warte. Choć za tą ostatnią, nawet ja bym dopłaciła.
Nie zapominajmy też o temacie samego sposobu płatności. Najlepiej dorzucić gigantyczną prowizję na wszystkie karty debetowe i kredytowe, transfery, przelewy, paypale, cuda wianki, a ponieważ zwykle jest chociaż jedna darmowa opcja, można wykazać się niezłą kreatywnością. Na przykład nie ma prowizji tylko wtedy, gdy gołąb pocztowy dostarczy Twoje pieniądze. Albo jeśli zapłacisz banknotami, których numery seryjne mieszczą się w odpowiednim przedziale liczbowym. Można za darmo? Można. A jak chcesz wygodnie, to dopłać. Chyba tak to działa, nie?
Pasowałoby też jakoś wynagrodzić stewardesy, które obrazują instrukcje bezpieczeństwa i pilota, bez którego lot się nie odbędzie. Tropem biur podróży można na przykład wprowadzić napiwki – zbierane do koszyczka przez rezydentów pod koniec każdej wycieczki. Takie niby nieobowiązkowe, ale jednak „dajcie naszemu kierowcy parę dolarów, bo my w sumie mamy sporą prowizję i jemu nie płacimy zbyt dobrze”.
A dodatkowo skoro sprzedają już zdrapki, perfumy i zegarki – tym bardziej, że być może za jakiś czas zastąpi je automat – to można poszukać dalszych inspiracji w biurach podróży. I tak, jak rezydent już w autokarze z lotniska zaczyna sprzedaż wycieczek fakultatywnych tak i w tanich liniach stewardesy mogłyby się wyspecjalizować w opychaniu pasażerom niepowtarzalnych „city tour” za jedyne 100 EUR od osoby.
Ale chcemy... i płacimy
Branża lotnicza, a właściwie może nawet szerzej – ta związana z transportem pasażerskim, jest jedną z nielicznych, w których cała rzesza potencjalnych klientów jest gotowy kupić coś naprawdę słabej jakości, tylko dlatego, że jest tanio. I trudno się dziwić. Sama bardzo często wybieram najtańsze bilety, przeliczając oszczędności na boczek, makaron i pizzę, które skonsumuje po fakcie, mając w głowie jedną myśl: „przecież to tylko kilka godzin”.
Wprowadzanie opłat dla czystego zysku ukryte pod hasłem „chcemy dać naszym pasażerom wybór” to marketingowy majstersztyk. Widzę to za każdym razem, gdy informujemy o podniesieniu jakichś opłat w Ryanairze. Stosy komentarzy, że „z tymi złodziejami to ja już nie polecę”. A potem czytam raporty z tanich linii, które czarno na białym pokazują, że od „nigdy” szybko przechodzimy do „ojej, ale przecież i tak jest najtaniej”.
I co gorsza do tego „najtaniej” solidne dopłacamy w całej masie dodatkowych usług. W okresie od 03.2017 do 03.2018, co drugi pasażer Ryanaira zapłacił za wybranie miejsca w samolocie, a co piąty skusił się na pierwszeństwo wejścia na pokład, dzięki czemu przewoźnik osiągnął tzw. przychody pozalotnicze na poziomie ponad 2 mld EUR.
Kolejnym przykładem może być Spirit Airlines – linia, która jest jedną z najbardziej znienawidzonych w USA. Żadna inna nie pojawiała się w skargach do federalnego Departamentu Transportu Lotniczego tak często, a jednocześnie wciąż nie traci na popularności. Niskie ceny zawsze będą przyciągać klientów, nawet tych niezadowolonych.
Absurd, żart, ironia – chciałabym, żeby ten tekst jeszcze przez lata można było podsumowywać takimi słowami. Ale historia branży lotniczej nie raz pokazała, że to co dziś wydaje się być niemożliwe, za parę lat staje się normą.
W 2007 roku Spirit Airlines ogłosiły, że będą pobierać opłaty za bagaż rejestrowany. Reszta szefów linii lotniczych kręciła głowami z niedowierzaniem. Cztery lata wcześniej rewolucję przeprowadziła Delta wycofując darmowe przekąski w trakcie lotu. W 2004 zaczęła pobierać opłaty za kocyki, poduszki i słuchawki. Brzmi znajomo, czyż nie?
Niedługo później te pomysły okazały się być spektakularnym sukcesem i przynosiły gigantyczne zyski odważnym przewoźnikom, więc w ślad za nim podążyli kolejni. A to nie koniec zaskakujących zmian. Dwa lata temu linie Korean Air wprowadziły kary finansowe dla pasażerów, którzy… nie stawią się na lot, a lotnisko Changi zaczęło karać spóźnionych pasażerów.
Wtedy też brzmiało absurdalnie. Działa jednak do dziś i co gorsza wiele z tych rzeczy stało się niemal oczywistymi. A szefowie linii lotniczych po raz kolejny przecierają oczy ze zdumienia i mówią: „skoro to przełknęli, to przełkną już wszystko”. I pewnie właśnie kalkulują, ile warta jest toaleta.