Nie taki diabeł straszny, czyli wyprawa do Iranu (RELACJA CZYTELNIKA)
Te obrazki przedstawiają Iran.
Iran według Jana Kowalskiego, telewizji i prezydenta Busha. Dziecko poczęte ze związku ludzkiej ignorancji i mocarstwowych interesów, wyrosłe na medialnej papce i politycznym matactwie. Iran jakiego nie ma i jakiego nigdy nie było.
Jaka jest więc prawda o Iranie, jaki jest prawdziwy obraz tego kraju? To pytanie zaczęło nurtować również mnie, kiedy jeden z moich znajomych na wiosnę 2007 rzucił pomysł „wakacji w Iranie”. Odpowiedź poznałem kilka miesięcy później.

Obrazek I
Gürbulak. Granica turecko-irańska. Zachodzące sierpniowe słońce skrywa się za monumentalną bryłą góry Ararat. Siatki i druty kolczaste. Turecka odprawa przebiega sprawnie i szybko. W kolejce jakiś Turek łamaną angielszczyzną pyta się, po co jedziemy do Iranu. „Vacations”. „What? Go Anatolia. Iran bad country. Bad people.” Uśmiechamy się na wyrost. Już płot graniczny. Jesteśmy w Iranie. Znad wejścia do terminalu spoglądają na nas z wielkich portretów srogie oblicza ajatollahów. Jasno oświetlony jarzeniowym światłem hall. Kolejka do boksu strażnika. Pierwszy Rafał – oddaje paszport, badawcze spojrzenie spod daszka czapki lustruje naszego kolegę, śniade palce kartkują strony, zatrzymują się na tej ostatniej, ze zdjęciem. Wprowadzanie łacińskich znaków do perskiej bazy danych nie idzie strażnikowi najlepiej. Palce męczą się błądząc po perskiej klawiaturze, wzrok ślizgając się po polskich słowach. Wysiłek jest duży, bo następnych nazwisk nie sprawdza już w komputerze, nie chce mu się nawet wbijać pieczątek, o co musimy się upomnieć.
Uff, paszporty poszły gładko, z bagażami może być jednak gorzej. Wzdłuż długiej lady celnicy rozbebeszają bezlitośnie torby wracających do kraju Irańczyków. Nogi się pod nami uginają na myśl, że pakowane z wielkim trudem plecaki zostaną na stalowej ladzie rozłożone na czynniki pierwsze. Pierwszy plecak ląduje na ladzie. Słyszymy pytanie: Tourists? Przytakujemy w oczekiwaniu na najgorsze. W odpowiedzi celnik od niechcenia wskazuje nam wyjście. Zdziwienie przeradza się w euforię.
Przechodzimy przez szklane rozsuwane drzwi i siadamy na irańskiej ziemi. Chcemy zebrać myśli jak dostać się do odległego o dzień jazdy Teheranu. Obok rozsiadają się dwie kobiety w chustach. Szukamy transportu ale nie śmiemy się odezwać, bo to Iran, kobiety, a my nie mówimy po persku. Odzywają się pierwsze. Poprawną angielszczyzną: –Where are you from? –Poland. And you? –Iran, don’t you see? – z mieszaniną rezygnacji i rozbawienia wskazują na swoje hidżaby. Kierują nas do swojego autokaru. Są wolne miejsca. Dobijamy targu i chwilę potem siedzimy już w pędzącym po równiutkiej autostradzie komfortowym autobusie marki volvo.
Rozmowa z naszymi towarzyszkami urywa się nagle gdy z głośników wybucha skoczna muzyka. Oczywiście perska. Pierwszy podnosi się pilot wycieczki – początkowo przechadza się wzdłuż autobusu kołysząc rytmicznie biodrami, by po kilku taktach wpaść bez reszty w taneczny trans. Powstają kolejni mężczyźni i dołączają do tańca. Siedzący śmieją się, gwiżdżą i klaszczą. Po kilku minutach w przejściu między fotelami tańczy już pół autobusu. Dociera do nas rozbawiony okrzyk któregoś z imprezowiczów: Welcome to Iran!

Obrazek II
Damavand. Uśpiony wulkan. W najwyższym punkcie 5690 m. Wyszliśmy z drugiego obozu 5 godzin temu, o 4 nad ranem. Słońce praży, choć pod nogami śnieg a na skałach lodowe nawisy. Jest ciężko. Z powodu wysokości tej ani poprzedniej nocy nikt z nas nie mógł zmrużyć oka. Na wysokości 5000 m zaczyna mi się ściemniać przed oczami – takie mroczki jak przy gorączce. Mało tlenu a my nie mieliśmy czasu na porządną aklimatyzację. Koncentruję się na kurtce idącego przede mną kolegi. 5 minut marszu, 2 minuty odpoczynku. Z dołu dogania nas grupa seniorów – średnia wieku powyżej 60 lat. W Iranie trwa długi weekend…
Dochodzimy do pól siarkowych. Ścieżka prowadzi dokładnie przez środek. Pod nogami biel śniegu przechodzi w żółć siarki. Gryzie w gardle, mimo że oddychamy przez zaimprowizowane maseczki. Ostatnie podejście, w kolejce między jedną grupą a drugą, w końcu stajemy na koronie krateru. Seniorzy częstują daktylami. Allahu akbar!
(A jednak nie do końca sukces. Wychodząc z bazy zapomnieliśmy o kremie UV. Jakiś czas potem, w hotelowej łazience, po raz pierwszy przekonaliśmy się jak wyglądają z bliska poparzenia drugiego stopnia).

Obrazek III
Busher. 800 km na południe od Teheranu i leżącego nieopodal Damaventu. Kiedyś jeden z największych portów nad Zatoką Perską, dziś zapomniana, zapuszczona i zrujnowana mieścina. Odradzali nam wszyscy. „Busher – nothing intresting and… very hot!” – Nie przesadzał nikt. Wyświetlacz temperatury w autokarze, który właśnie zajechał na dworzec w Busher wskazywał 55°C na zewnątrz i 30° wewnątrz (przy działającej klimatyzacji). Wilgotność powyżej 70%. W sekundę po wyjściu na zewnątrz zaparowują szkła okularów i soczewki aparatów.
Pierwszy uderza gorąc. Drugi smród. Z głębokich, półmetrowych rynszotków zasypanych śmieciami wydobywa się szczypiacy w nos i oczy fetor zepsutych ryb. Coup de grace przyjeżdżającym do Busher zadaje jednak biurokracja. Busher leży w przygranicznej strefie specjalnej i aby dostać tu pokój w hotelu trzeba przedstawić pozwolenie z policji. Podobno do wyrobienia tylko w kwaterze głównej. Problem jednak w tym, że nikt w Busher nie wie gdzie ona jest. Ulice wymarłe – przybyliśmy w godzinę sjesty. Nieliczni, podpytywani przez nas przechodnie na słowa police i passport wzruszają ramionami. Tłumaczymy sobie, że to przez ten upał.
Improwizujemy pantomimę: jeden z nas, bandyta, wyciąga z kieszenie dłoń-rewolwer i strzela z palców, drugi, policjant, zakłada mu wyimaginowane kajdanki. Zero reakcji. Odpuszczamy. Machamy na jedyny przejeżdżający samochód. W środku troje młodych rozbawionych Irańczyków – dwóch chłopaków i dziewczyna. Muzyka na maxa. Przekrzykując irańskie disco tłumaczymy o co nam chodzi. Dziewczyna mówi trochę po angielsku. Ma makijaż, kolczyk w języku i grzywkę figlarnie opadającą na czoło spod wzorzystej chusty. Oferują swoją pomoc, choć także nie wiedzą gdzie jest kwatera.
Ładujemy się w 5 osób (z plecakami!) do samochodu. Mimo że w środku działa klimatyzacja, w 8 osób jest tam jeszcze cieplej niż na zewnątrz. Przystajemy przy budce policjanta na skrzyżowaniu. On także wzrusza ramionami. Nasi przyjaciele wydają się lekko zbici z tropu, ale nie dają za wygraną. Jednemu coś świta. Wyjeżdżamy z centrum, mijamy dźwigi portowe i bocznice kolejowe, jakieś silosy, wreszcie podjeżdżamy pod wysoki płot z drutem kolczastym, budkę strażniczą, i szlaban. Wygląda obiecująco. Po kilku minutach rozmowy wizja szybkiego meldunku pryska jak bańka mydlana – dojechaliśmy bowiem do… jednostki wojskowej!
Jazda w poszukiwaniu kwatery zajęła nam tego dnia jeszcze dwie godziny. Po drodze zajechaliśmy pod jedno więzienie i dwa hotele. Główna kwatera policji okazała się być niepozornym budyneczkiem 50m od naszego hotelu…
Było już późne popołudnie gdy wyszliśmy na miasto. W przewodniku Lonely Planet pod hasłem Busher można przeczytać m.in. „stare miasto w Busher wygląda jak Grozny po bombardowaniu”. Trudno o celniejszy opis. Atmosfera jest doprawdy… schyłkowa. „Stare miasto” to plątanina pylistych uliczek i placyków, okalających rozsypujące się rudery z czasów angielskiego panowania. W podnieceniu czekamy na ten jeden widok. Wreszcie zza bieli murów wyziera błękit morza. Zatoka! Nad brzegiem promenada, z betonu wyrastają ławeczki i radośnie pomalowane na czerwono zielono i żółto pordzewiałe latarnie. A jednak kurort! Schodzimy nad wodę. Jest jak kisiel – ciepła i zawiesista. O kąpieli nie ma mowy – zawartość rynsztoków i ścieków trafia w Busher bezpośrednio do morza… My jednak jesteśmy szczęśliwi. Za linią horyzontu, dokładnie tam gdzie po drugiej stronie Zatoki rozciąga się Kuwejt, majestatycznie zachodzi słońce. W Busher jest pięknie.
Prawda o Iranie? – Poland is not Holand and Iran is not Iraq. Może kiedyś w Polsce bedą chodzić po ulicach białe niedźwiedzie a w Iranie pojawią sie terroryści. Może plaże w Grecji są bardziej atrakcyjne od plaż w Busher, a schroniska w Alpach wygodniejsze od bazy na Damavencie. Może jednak nie wszystko jest takie jak się wydaje. I może niektóre rzeczy warto sprawdzić samemu, nie ulegając obiegowym opiniom i obrazkom sprzedawanym przez mass-media… Ja przekonałem się o tym właśnie w Iranie. I życzę tego wszystkim, którzy wytrwale dotarli do końca tego artykułu.
Gaweł Teperek

Kosztorys na 2-3 tygodnie: minimum 2500 zł / optimum 4000 zł (ceny irańskie z 2007 r.)
Wiza: 60€
Dojazd: opcja droższa – samolot Warszawa-Teheran (tutaj liderem cenowym jest Aeroflot, bilet powrotny od 400€ – patrz zrzut ekranu); opcja tańsza, samolotowa-lądowa przez Turcję – trzeba szukać tanich biletów najlepiej już do Turcji (Ankara/Stambuł, LOT powrotny od 800zł), ew. do wschodniej Grecji (Saloniki) bądź Bułgarii (lata WizzAir), ważne żeby dojechać do Stambułu. Ze Stambułu też są dwie opcje: albo autobus bezpośredni Stambuł-Teheran albo pociąg Stambuł-Ankara-Erzurum (wschodnia Turcja) i dalej czym się da do granicy irańskiej (tak jechał autor tego artykułu). Wbrew pozorom ta druga opcja, choć kombinowana i dłuższa, jest na pewno wygodniejsza i ciekawsza bowiem autobus Stambuł-Teheran jedzie jakieś 36 godzin, przy czym postoje należą do rzadkości. Obie opcje cenowo wypadają podobnie – ok. 75$ w jedną stronę.
Noclegi w Iranie: noc w tanim hotelu dla turystów „western standard” nie kosztuje więcej niż 10$.
Komunikacja lokalna: śmiesznie tania (mają ropę) – za 5$ przejedziemy 400km w naprawdę komfortowych warunkach. Dla odważnych i zamożnych samoloty w połączeniach krajowych: cena biletu między 50$ i 100$. W miastach każdego stać na taksówki – za 10min jazdy zapłacimy za kurs 2-3$.
Jedzenie najlepsze w knajpach dla tubylców – za 2-3$ uczta!
Wstępy liczone w centach:)
Uwaga! W Iranie nie działają europejskie karty płatnicze Visa, Mastercard i Maestro. Bankomaty owszem są, ale na karty irańskie. Bierzemy $ albo €, wymienić można wszędzie.