„Porażka na całej linii!” Redaktorzy Fly4free.pl zdradzają miejsca i atrakcje turystyczne, które najbardziej nas rozczarowały
Podróż w wymarzone miejsce nie zawsze musi spełniać nasze oczekiwania. Często jest tak, że nasze wyobrażenia o danym państwie czy turystycznej atrakcji są brutalnie weryfikowane przez rzeczywistość. Tym razem o swoich turystycznych rozczarowaniach mówią redaktorzy naszego serwisu.
Podróże to nasza pasja – możliwość poznawania nowych zakątków świata, nieznanych kultur, ciekawych ludzi to najlepsze, co można sobie wyobrazić. Często jednak bywa tak, że wiele sobie obiecujemy po jakiejś wyprawie, mamy duże oczekiwania, a na miejscu okazuje się, że czeka nas spektakularna katastrofa. To trochę tak jak z Drakulą i innymi bohaterami filmu „Hotel Transylwania 3” (w kinach od 12 października), którzy wybierali się w luksusowy rejs, a na miejscu… nie będziemy Wam psuli przyjemności oglądania.
Postanowiliśmy więc przypomnieć Wam tekst, w którym dzielimy się historiami dotyczącymi naszych największych podróżniczych rozczarowań. Tym bardziej, że temat ten budził i w dalszym ciągu budzi ogromne emocje, także wewnątrz redakcji Fly4free.pl.
„Jak mogłeś tak napisać, to miejsce jest super!” – odgrażali się jedni. „Wcale nie, jest do niczego” – odpierali inni redaktorzy. W tej sytuacji przedstawiamy wam poniższy tekst, który jest kolejną okazją, byście mogli lepiej nas poznać. Tym bardziej, że zdradziliśmy już Wam nasze podróżnicze cele i marzenia. Teraz więc czas na wpadki i rozczarowania.
Wszystko zależy od nastawienia
– Ja naprawdę nie mam takich miejsc na mojej liście. To kwestia odpowiedniego nastawienia – krótko kwituje Łukasz Gos.
– W moim przypadku tak. Tam, gdzie się nastawiałem, że będzie fajnie – było fajnie i na odwrót. Przykład? Wiedziałem, że Katmandu jest brudne, głośne i brzydkie i właśnie takie było. Z kolei w przypadku Himalajów spodziewałem się opadu szczęki. I faktycznie – szczęka opadała mi co chwilę – śmieje się nasz redaktor strony głównej.
W Gruzji oddadzą ostatnią koszulę...
Trudno się z tym nie zgodzić. Sam padłem „ofiarą” zbyt optymistycznego nastawienia w stosunku do Gruzji. Nasłuchawszy się opowieści ludzi i naczytawszy książek typu „Gaurmardżos” Marcina Mellera leciałem do Gruzji przekonany, że miejscowi przynajmniej porwą nas z lotniska do swojego domu na rytualną, suto zakrapianą ucztę, a już na pewno w ramach wrodzonej gościnności oddadzą nam swoją ostatnią koszulę. Tak oczywiście nie było, bo Gruzja z powodu natłoku turystów zmienia się i staje się coraz bardziej turystycznym miejscem, w którym rządzi pieniądz. Nie jest to oczywiście nic złego, tak samo jak Gruzja jest oczywiście pięknym krajem, a ludzie są bardzo mili, jednak ten dysonans spowodowany nadmiernymi oczekiwaniami sprawił, że jakieś tam rozczarowanie pozostało. Są też jednak przykłady w drugą stronę…
...a w Rumunii okradną i pobiją
…kiedy jedziemy w dane miejsce bez specjalnych oczekiwań, a nawet – pełni obaw o to, jak będzie. Bo stereotypy, zwłaszcza te krzywdzące, mają bardzo duży wpływ na naszą decyzję o tym, czy odwiedzić dane miejsce. My do pewnego stopnia mieliśmy tak z Rumunią, którą uwielbiamy całą rodziną. Gdy jechaliśmy tam pierwszy raz kilka lat temu, byłem zaskoczony, jak wielu znajomych straszyło mnie tabunami żebrzących dzieci, zbirami napadającymi auta i fatalną jakością dróg. Jakoś dawałem odpór tym zarzutom, ale gdzieś tam z tyłu głowy kołatały mi się obrazy małych „Rumunów”, których na początku lat 90-tych było pełno na polskich ulicach.
Szczęśliwie okazało się, że Rumunia to jeden z najpiękniejszych krajów w Europie, a dzięki tym stereotypom – wciąż jeszcze nie do końca odkryty. Albo weźmy jeszcze jeden przykład – gdy kilka miesięcy temu spytano Brytyjczyków o najbardziej niebezpieczne miejsca na świecie, w ścisłej czołówce znalazła się Bośnia i Hercegowina. Uzasadnienie? „Bo tam jest wojna”. I cóż z tego, że skończyła się ponad 20 lat temu, a na miejscu trudno o bardziej bezpieczny kraj. Stereotyp robi swoje.
No dobrze. Przejdźmy jednak do zasadniczego tematu i rozczarowań redaktorów Fly4free.pl.
Bogata kultura wysysania pieniądza z turysty
Gdy ktoś podróżuje tyle, co założyciel Fly4free.pl i jego lepsza połowa, lista rozczarowań musi być długa. I faktycznie. Jednym z największych podróżniczych rozczarowań dla Kamila Lodzińskiego była wyspa Bali.
– Jeśli ktoś szuka ucieczki od rzeczywistości na wyspę tradycji, pięknych plaż, bogatej kultury – powinien wybrać inny adres. Tradycję zastąpiła nowoczesność, plaże, nieliczne z resztą, zakryły rzesze turystów, a bogata kultura, to aktualnie kultura pieniądza wysysanego z turysty. Bali kilka razy występowało na moim szlaku i za każdym razem nie udało mi się docenić tego miejsca. Samą Indonezję uwielbiam, ale Bali jest najmniej indonezyjską z wysp tego państwa – mówi Kamil.
Rozczarował ich też Dubaj
– Pieniędzmi można kupić prawie wszystko, również wizerunek. Petrodolary wykreowały Dubaj jako atrakcję. Dla mnie to miejsce, które polecić mogę tylko zakupoholikom. Poza korkami, niebotycznymi i niedostępnymi biurowcami, nie ma tam nic, co by mnie pociągało. Na szczęście Dubaj jest tylko krok od bogatej kulturowo Szardży, wód Ras-al-Khaimy, czy pustyń Abu Zabi. Emiraty polecam, Dubaj – nie – mówi Kamil.
Dłuuuga lista rozczarowań Pawła
Nasz ekspert od promocji Paweł Iwanczenko także znalazł sporo miejsc, które nie do końca spełniły jego oczekiwania. Jako swoją największą podróżniczą porażkę wskazuje swoją niedawną wizytę w Los Angeles.
– Porażka na całej linii. Wieczne korki i naprawdę średnia komunikacja. Nie oszaleliśmy też na punkcie Alei Gwiazd, na której było pełno bezdomnych i same sklepy z pamiątkami. Jadąc tam miałem wyobrażenia o ekskluzywnym miejscu, ale dość mocno się przeliczyłem. Poza słynnym znakiem Hollywood, przejażdżką przez Beverly Hills oraz wizytą w Warner Bros. nic innego tam nie ma. Omijać szerokim łukiem. A jeśli już się zapuszczać, to na odwiedzenie wszystkich ciekawych rzeczy wystarczy jeden pełny dzień – radzi Paweł.
Rozczarowany był też innymi miejscami: Mediolanem („Jak dla mnie to przereklamowane miejsce. Katedra, zabytkowy pasaż handlowy obok i to wszystko. Miasto zwyczajnie mnie nie urzekło”) i Panama City („Nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Zobaczyć stare miasto, słynny kanał i uciekać”).
Paweł był też rozczarowany pobytem w stolicy Filipin Manilii („Spędziłem tam 2 dni i był to o jeden dzień za dużo. Jedyna opcja to wykorzystanie czasu między przylotem a odlotem”), nie podobało mu się też na słynnej Waikiki Beach na Hawajach.
– Hawaje to raj na ziemi, ale akurat ta słynna plaża bardzo przytłacza. Są tłumy turystów, głównie z Azji, a przebywanie wśród nich potrafi dać mocno w kość. Za to pozostałe okolice Oahu polecam z ręką na sercu – kończy Paweł.
To dopiero początek listy, ale czy da się zdefiniować już jakieś wspólne punkty dla wszystkich głosów?
Co mnie wkurza? Pułapki na turystów
Paweł Kunz, czyli filar działu publicystyki, na początku jasno deklaruje, że stara się nie zrażać do odwiedzanych miejsc, bo ich odbiór i subiektywne wrażenia zależą od bardzo wielu czynników. Ale tak jak inni redaktorzy Fly4free – najbardziej irytują i rozczarowują go miejsca, które są klasyczną pułapką na turystów. Co to właściwie znaczy?
– Z jednej strony oferują piękne widoki, nierzadko mają bogatą historię i wiele do zaoferowania. Cóż jednak z tego, skoro to wszystko jest obudowane setkami kramów i stoisk z chińskim badziewiem, zrobienie zdjęcia bez łokci i głów tłumu turystów w kadrze to misja z gatunku tych niemożliwych – a wizyta w restauracji z lokalnym jedzeniem („tylko świeże składniki! unikalne przysmaki! poczuj smak i klimat jak miejscowi!”) to drenaż portfela i trzy kolejne dni spędzone w łóżku z zatruciem pokarmowym – opowiada Paweł.
Idealny przykład takiego miejsca? Paweł bez wahania wskazuje na San Marino.
– Marzę, aby móc przespacerować się w San Marino uliczkami rodem wprost z „Gry o Tron” (tak, wiem że tam nie była kręcona!), nie przebijając się przez dziki tłum z aparatami… i nie będąc nagabywanym co 5 sekund przez namolnych sprzedawców badziewia wszelkiego sortu („speszjal for ju, majfrend”), od torebek i zegarków zaczynając, na ciupagach kończąc. Abym w drodze na szczyt Monte Titano mógł skupić się na oglądaniu średniowiecznych domów, placów i fortyfikacji – nie będąc skazanym na oglądanie koszulek takich znanych firm jak Vesrace, Adidos czy Dolce&Gappana, powiewających na murach niczym flagi.
– Mój przyjaciel porównuje takie atrakcje turystyczne do kobiet z paskudnym i przesadnym makijażem. Niekiedy wystarczyłoby zmyć to wszystko, aby dostrzec pod spodem ukryte prawdziwe piękno – śmieje się redaktor Kunz.
Na turystyczne wabiki patent ma Maciek
Z podobnego założenia wychodzi Maciek Sypniewski. Przyznaje, że w czasie podróży nie jest specjalnie wybredny, ale jeśli już coś go rozczarowuje to właśnie miejsca, w których aż roi się od turystów. W ten sposób „znienawidził” słynny barceloński deptak La Rambla, pełen straganów i wrzaskliwych naganiaczy.
– Przy każdym pobycie w Barcelonie staram się zachowywać bezpieczną odległość od tego – mimo wszystko atrakcyjnego – miejsca. Dlatego warto je odwiedzić, gdy jest nieco bardziej opustoszałe, na przykład około 2-3 w nocy. Wtedy to miejsce jest magiczne – śmieje się Maciek.
– Inną, najbardziej rozczarowującą atrakcją było Azure Window (Lazurowe Okno) na Gozo w archipelagu Wysp Maltańskich. O ile doceniam siłę natury i nawet takie malutkie wrażenie wywarł na mnie ten skalny most, o tyle nie był on nie wiadomo jak wyjątkowy w skali całego świata, a już zrobienie z niego niemalże symbolu Malty rozczarowało mocno. Ciekawe co teraz, kiedy Azure Window już nie istnieje, Maltańczycy wymyślą?
Paryż – miasto miłosnych rozczarowań
Stolica Francji jest wciąż jedną z najpopularniejszych destynacji turystycznych w Europie. Ale właśnie ze względu na te tłumy, Paryż można albo pokochać, albo całkowicie się do niego zniechęcić. Nic dziwnego, że na naszej liście to miasto pada w kilku wypowiedziach.
– Nie znalazłem tu rysowanego w obrazach filmowych romantyzmu i tego specyficznego klimatu. To międzynarodowa stolica turystyki i nie przeczę, że jest ciekawa, ale moje wyobrażenia minęły się z rzeczywistością. I choć po pierwszej wizycie wracałem jeszcze do Paryża, to nie mam sentymentu do tego miasta.. – mówi Kamil.
Podobne odczucia ma Rafał. – Ja naprawdę uważam, że w tym mieście jest pełno magii i klimatu, ale równie dużo syfu, bezdomnych i komerchy, które nie pomagają w zachwycaniu się Paryżem. Nie mam przed oczami kadrów z pięknych filmów o tym mieście i pewnie dlatego nie jestem aż tak zupełnie do niego zniechęcony.
Jeśli można – popieram zdanie chłopaków na temat Paryża w całej rozciągłości. Choć są tam naprawdę fantastyczne miejsca jak muzeum D’Orsay to jednak tłumy turystów wymieszanych z jeszcze większymi tłumami naciągaczy i sprzedawców mydła i powidła sprawiają, że było to jedno z moich turystycznych rozczarowań. Dla porównania o wiele bardziej pozytywnie wypada w moim prywatnym rankingu Rzym – w Paryżu miałem wrażenie, że całe centrum to taki duży Disneyland dla turystów, za to w stolicy Włoch życie toczy się swoim własnym rytmem, dzięki czemu jest jakoś tak…bardziej klimatycznie i fajnie. Choć tłumy podobne.
A skoro jesteśmy już przy Rafale, oddajmy mu głos.
"Trzeba zdawać sobie sprawę, na co się człowiek pisze"
– Przy odpowiednim nastawieniu teoretycznie nie powinno być miejsc, o których ktoś mówił nam, że są fajne, podczas gdy okazuje się, że nam się nie spodobały. Choć przyznaję, że sam byłem kilka razy dość mocno rozczarowany – mówi „Ciacho”.
I w imię swego podróżniczego credo wymienia Bali, które „nie jest idealnym miejscem dla ludzi, którzy marzą o pięknych, pustych plażach, które można kontemplować w spokoju i odosobnieniu”.
– Jeżeli jednak człowiek ma świadomość, na co się pisze oraz wie, że w okolicy jest wiele fajniejszych miejsc, to taka wyprawa może być bardzo udana – mówi Rafał. Na liście jego rozczarowań ląduje też Mediolan („nie znajduję w nim magii, wolę urokliwe Bergamo”) oraz Ryga.
– Po stolicy Łotwy spodziewałem się miasteczka w niemieckim klimacie, trochę podobnego do Tallina, a na miejscu zastałem betonową, postsocjalistyczną dżunglę i kilka fajnych uliczek w centrum. To zdecydowanie za mało – mówi Rafał.
Ciekawy typ ma za to jego żona.
Sofia – niby spoko, ale...
Stolica Bułgarii ma swoje „momenty” i choć bywa szara i brzydka, nie jest sama w sobie aż takim rozczarowaniem. Sofia traci jednak bardzo dużo na tle wielu innych atrakcji, jakie ma do zaoferowania Bułgaria. Weźmy choćby pod uwagę piękne, historyczne Wielkie Tyrnowo – na ich tle Sofia jest bardzo dużym rozczarowaniem.
Myślę sobie, że coś w tym jest – że w wielu przypadkach największym rozczarowaniem okazuje się stolica kraju. Tak było w czasie naszej rodzinnej podróży do Iranu.
Teheran – serdecznie odradzam
Jeśli kiedykolwiek będziecie podróżować do Iranu, zapamiętajcie złotą radę – nie zaczynajcie zwiedzania tego kraju od Teheranu, zostawcie sobie tę wątpliwą „przyjemność” na sam koniec. Czemu tak? Bo pierwsza doba w Iranie będzie trudna – ze względu na różnice kulturowe, dziwny system walutowy i ogólny brak zrozumienia. I o wiele lepiej jest przeżyć tę adaptacyjną dobę w niewielkiej i prawie przytulnej mieścinie typu Kaszan niż w 8-milionowej metropolii pełnej korków, spalin, durnych kierowców i gdzie w centrum miasta często trzeba spacerować 20-30 minut, by znaleźć sklep spożywczy lub restaurację.
Na dodatek miasto jest potwornie zatłoczone, a jego atrakcje turystyczne są co najmniej dyskusyjne. A poza tym – i tak wiadomo, że chodzi tylko o to, żeby walnąć sobie fotkę na tle antyamerykańskiego graffiti na murze budynku po byłej ambasadzie USA (co widać na załączonym obrazku). A już najlepiej na tle tej słynnej Statuy Wolności z czachą zamiast twarzy. Naprawdę, można to spokojnie załatwić przed lotem powrotnym.
Coście, sk******, uczynili z tą krainą
Podzielam rozczarowanie kolegów takimi miastami jak np. Ryga (sam nie wiem czemu, ale spodziewałem się po tym mieście dużo więcej), ale chyba moim największym rozczarowaniem była Barcelona. W tym przypadku była to jednak smutna konstatacja związana z faktem, jak przez kilka lat miasto może zmienić się na gorsze. Pierwszy raz w stolicy Katalonii byłem bodaj w 2004 roku i wróciłem stamtąd absolutnie zachwycony: miastem, ludźmi, wzgórzem Montjuic i innymi urokliwymi zakątkami. W czasie drugiej wizyty, w 2011 roku urokliwe zakątki były już zadeptane przez turystów, majestatyczna Rambla – zarzygana wieczorem przez brytyjskich (i nie tylko) turystów, a wszelkie atrakcje turystyczne uginały się pod naporem tłumu zwiedzających. To już nie była ta Barcelona, która tak bardzo spodobała mi się za pierwszym razem. I dlatego patrząc z tego punktu widzenia rozumiem burmistrz Adę Colau, która stara się w różny sposób ograniczyć liczbę turystów odwiedzających Barcelonę.
Na koniec zostawiamy klasyczną „truskawkę na torcie”, jak mawia Tomasz Hajto.
Bubu kontra Bari
Jeśli miasto jest we Włoszech, czyli ma włoską kuchnię, włoską pogodę i klimat, a na dodatek leży nad morzem, to chyba nie można się rozczarować? Błąd, czego dowodzi przykład Tomka Świerczyńskiego.
– Bardzo nastawiałem się na wyjazd do Bari i przyznam szczerze, że liczyłem na znacznie więcej jak na miasto położone tuż przy Adriatyku. Tymczasem Bari było bardzo zatłoczone i przytłaczające architekturą. Do tego w samym mieście praktycznie zero turystycznych atrakcji. Bari można docenić jedynie jako miejsce przesiadkowe do dalszych podróży przy zagłębianiu się w region Apulii – mówi Tomek.