Miejscowi wściekają się na turystów. „Restrykcje dotyczą tylko nas, a nie podróżnych!”
Kuba od 15 listopada zniosła wszelkie restrykcje wjazdowe i zaczęła uznawać certyfikaty szczepień, więc nic dziwnego, że szybko pojawili się tam turyści. Kubańskie władze nie ukrywają zresztą, że mocno liczą na ożywienie turystyki i spodziewają się nawet 2,5 mln zagranicznych podróżnych w przyszłym roku. Tyle tylko, że… może się to nie spodobać miejscowym, którzy wskazują na podwójne standardy, jeśli chodzi o przestrzeganie restrykcji związanych z pandemią.
Kreta Wschodnia od 2544 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Katowice)
Chalkidiki od 2236 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Modlin)
Costa Brava od 2522 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Katowice)
Dobrym przykładem są choćby maseczki ochronne na twarz, które zgodnie z przepisami na Kubie trzeba nosić także na zewnątrz. Oczywiście, w gorącym kubańskim klimacie, ze średnią temperaturą przekraczającą 30 stopni Celsjusza nie jest to zbyt komfortowe, jednak takie są przepisy. Jednak, jak czytamy w serwisie „Havana Times”, dotyczą one jednak najwyraźniej tylko miejscowych, podczas gdy turystom ignorowanie przepisów jak najbardziej uchodzi płazem.
– Kubańczycy, którzy źle noszą maski lub ich nie mają, mogą liczyć na mandaty, podczas gdy zagraniczni turyści, którzy ignorują nakaz noszenia masek, są najwyraźniej dla policji niewidzialni – skarży się Pedro, mieszkający w Starej Hawanie, który narzeka na podwójne standardy, jakie panują na ulicach kubańskiej stolicy.
W gazecie czytamy, że zagraniczni turyści ignorują zakazy zarówno w taksówkach, na lotniskach czy w restauracjach i trudno powiedzieć, czy robią to świadomie czy po prostu lokalne władze nie informują ich o tym.
– Teraz mamy trzy sposoby, by rozróżnić obcokrajowca: płacą w twardej walucie, zawsze patrzą w górę, zamiast w dół, wypatrując dziur w chodnikach oraz po tym, że chodzą bez maseczek – śmieje się fryzjer z ulicy Reina de La Habana.
Jednocześnie podkreśla, że choć wie, że turyści są zaszczepieni, to nie zamierza obsługiwać nikogo, kto wchodzi do jego zakładu bez maseczki.
Miejscowi czekają na turystów jak na zbawienie, ale… nie wszędzie
Pandemia koronawirusa zmieniła wiele w turystycznym świecie, także jeśli chodzi o stosunek miejscowych do turystów. Gdy nie było pandemii, w wielu europejskich miastach takich jak Barcelona, Amsterdam czy Wenecja protestowano przeciw nadmiarowi turystów. Gdy ci zniknęli, nagle w wielu miejscach okazało się, że ich pieniądze są bardzo ważne dla lokalnych gospodarek. Ale nawet teraz, gdy po koronawirusowej przerwie turyści wracają, nie wszędzie są witani z otwartymi ramionami.
Dobrym przykładem są Hawaje, które po otwarciu się kilka miesięcy temu przeżyły prawdziwy najazd turystów. I można powiedzieć, że rajski archipelag niezbyt dobrze poradził sobie z tłumami. Szybko bowiem zaczęło brakować rąk do pracy, branża turystyczna nie była gotowa na przyjęcie tak dużej liczby gości, a i sami turyści za nic mieli koronawirusowe restrykcje. Stąd nietypowy apel, jaki kilka miesięcy temu wystosował do linii lotniczych Michael Victorino, czyli burmistrz Maui. Podczas konferencji prasowej ogłosił on, że rozmawia z liniami lotniczymi w sprawie… ograniczenia liczby połączeń, na czym skorzystać mieliby też sami turyści, ale przede wszystkim miejscowi, dla których byłaby to chwlia wytchnienia. Ostatecznie skończyło się tylko na negocjacjach, ale pokazuje to, że problem jest żywy.
Co ciekawe, powrót turystów sprawił, że protesty zaczęły się pojawiać w miejscach, gdzie do tej pory nie było tłumów podróżnych. Gdy władze Nowej Zelandii zapowiedziały stopniowe otwarcie granic także dla zagranicznej turyści, mocno zaprotestowali przeciwko temu Maorysi, czyli rdzenni mieszkańcy tego kraju. W wielu miastach i miejscowościach pojawiły się protesty przeciw ponownemu pojawieniu się obcokrajowców. Powód? Przede wszystkim strach przed nowym wybuchem pandemii i kolejną galą zakażeń.
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?