Fly4free.pl

Maski, karły i wata cukrowa, czyli oglądałam lucha libre. Czy to najbardziej kiczowata rozrywka świata?

lucha libre
Foto: Roberto Galan/Shutterstock

Lucha libre – narodowy sport Meksyku, uwielbiany i oglądany przez miliony. Poświęciłam cztery godziny swojego życia, żeby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. I nadal do dziś trudno mi uwierzyć, że zamaskowani faceci potrafią dostarczyć aż tyle rozrywki i aż tak rozgrzać serce. A jeśli wy też nie dowierzacie, to przekonajcie się sami.

Ta meksykańska wersja wrestlingu to w dokładnym tłumaczeniu „wolna walka”. Nazwałabym ją nawet wolną amerykanką, gdyby wątek USA nie był aktualnie tak drażliwym tematem w kraju tequilli i sombrero. Jest absolutnym hitem tutejszych aren sportowych, więc co tydzień ściąga tłumy żądnych wrażeń kibiców. I ja przepraszam bardzo wszystkich przeciwników bicia się po twarzach i innych częściach ciała, ale ja to się jednak wcale nie dziwię.

Muszę to wyznać. Lucha libre, choć jest jedną z najbardziej kiczowatych i absurdalnych rozrywek w Meksyku, stała się jednocześnie moją ulubioną. Walczące karły, faceci w maskach, wiwatujące tłumy, popcorn i wata cukrowa – brzmi okropnie? Było jeszcze gorzej!

Waleczna rozgrywka

Kupiłam bilety na walkę tygodnia i w późny piątkowy wieczór niesiona falą zamaskowanych ludzi trafiłam do Areny Mexico. To szczególne miejsce, które może pomieścić ponad 16 tysięcy kibiców. Prawdziwa „katedra lucha libre” – w całości wybudowana właśnie pod ten sport. Jeszcze przed wejściem przywitały mnie kramy pełne masek, słodyczy, plastikowych zabawek, wszelkiego rodzaju klekotek i gadżetów związanych z luchadorami. Bo to właśnie dla tych ostatnich – mężczyzn ukrytych za kolorowymi maskami, ciągną tu tłumy.

Rodziny z dziećmi, faceci ze swoimi dziewczynami, grupy kolegów i hordy piszczących nastolatek. Lucha libre to nie jest miejsce tylko dla facetów, choć mogłoby się tak wydawać. To świetny pomysł na randkę, babski wieczór albo rodzinny wypad. A przynajmniej tak twierdzą Meksykanie.

Tłum kłębił się przy rozłożonych kilka godzin wcześniej, kolorowych stoiskach. Wszyscy coś kupowali. Dzieciaki z łatwością wskazywały na podobizny ulubionych zawodników, rodzice mniej lub bardziej pokornie kwitowali to wyciągnięciem portfela. Atmosfera dobrej zabawy, podekscytowanie nadchodzącym spektaklem, ożywione dyskusje wskazywały, jakby za chwilę miało się wydarzyć coś niezwykłego. Tymczasem ja nadal nie bardzo wiedziałam, czym się tu ekscytować.

lucha libre
Foto: Aneta Zając/Fly4free

Ogromna hala nieśpiesznie zapełniła się tysiącami ludźmi, pomiędzy czerwonymi krzesełkami krążyli sprzedawcy popcornu, napojów i waty cukrowej. Dzieci znów ciągnęły rodziców za rękawy. Dziewczyny trzymane przez swoich ukochanych za kolano, wybierały jakieś świecące gadżety do kibicowania. Razem z bratem zajęliśmy swoje miejsca pośród rozochoconych mieszkańców Mexico City. Rozglądnęłam się dookoła, w zasięgu wzroku nie widziałam żadnego turysty, choć można tu przyjść także z wycieczką zorganizowaną (cena ok. 100-120 PLN). Ale nie było czasu się nad tym zastanawiać, gdy na ringu pojawił się prowadzący imprezę mężczyzna. I trzymajcie się krzeseł, bo prawdziwa jazda dopiero się zaczyna. Nie bez powodu mówi się, że Meksykanie mają tylko trzy świętości: futbol, Matkę Boską i… właśnie lucha libre.

O co chodzi z tymi maskami?

Sam wrestling wywodzi się z cyrkowych zapasów. Od zawsze miał łączyć teatralny spektakl i sport. Dopiero później, w latach 40. XX wieku, ta dyscyplina przybrała obecną formę. Wrestling zaczął być transmitowany w telewizji, do wychodzenia na ring dołożono spektakularną muzykę i nowe elementy walki, dzięki czemu dziś przypomina raczej gigantyczny koncert z ringiem na samym środku areny.

Ale meksykańską odnogę tego sportu charakteryzują przede wszystkim kolorowe maski na twarzach zawodników, których próżno szukać w USA. To za nimi luchadorzy kryją swoją prawdziwą tożsamość. Bo zawodnikiem może być każdy – nasz sąsiad, sprzedawca z lokalnego sklepiku albo policjant. Dlatego większość z nich zakrywa twarz nawet w trakcie wywiadów czy innych, poza sportowych wydarzeń, na których występują.

Luchadorów dzieli się na dwa rodzaje. Tecnicos, czyli techniczni walczą zawsze zgodnie z zasadami, nie stosują niedozwolonych chwytów i w niewielkim stopniu ignorują sędziego. Zupełnym przeciwieństwem są Rudos, czyli brutalni. Używają podstępów, za nic mają sobie zasady i arbitra. To oni będą najbardziej rozgrzewać publiczność, domagając się okrzyków, dopingu i pozornie szukając usprawiedliwienia dla swoich drastycznych zachować.

lucha libre
Foto: Aneta Zając/Fly4free

O przegranej walce decyduje nokaut lub ściągnięcie maski z twarzy przeciwnika. Upokorzony w ten sposób luchador będzie zasłaniał twarz, więc – co całkiem logiczne – nie może się bronić. Okazja do tak drastycznego zakończenia akcji nadarza się dosyć często, ale zwykle to publiczność – krzykiem, wiwatem czy gwizdami – decyduje, co wydarzy się dalej. Powolnemu, wręcz teatralnie przeciąganemu rozwiązywaniu maski towarzyszy bowiem gorąca reakcja ludzi – na tak albo na nie. Triumfujący luchador zazwyczaj poddaje się woli ogółu i albo kończy zabawę hańbiąc swojego przeciwnika albo odpycha go z pogardą i każe mu znów stanąć do walki.

Starcie gigantów

Choć na pierwszy rzut oka tak właśnie wygląda, to lucha libre nie jest zwykłym „naparzaniem się po gębach”, jak ludzie lubią określać boks, MMA czy inne tego rodzaju dyscypliny.

Podobnie jak amerykański wrestling jest czymś pomiędzy sportem walki, a spektaklem. Z przewagą show, udawania i aktorstwa. Luchadorzy swoją bijatyką – mimo że brzmi to zadziwiająco – opowiadają jakąś historię. Prostą, bo ma być łatwo przyswajalna. Jest też z góry ustalony wynik – SPOILER ALERT – najczęściej zwycięża dobro. Cała opowieść ze zwrotami akcji, komicznymi i dramatycznymi momentami przypomina latynoską telenowelę średniej klasy. Tyle, że odgrywaną na żywo, przed tysiącami widzów. I choć niewątpliwie składa się przede wszystkim z ustalonych wcześniej ruchów, to urzeka jak mało co.

Widzisz jak jeden zawodnik czeka na ustalony ruch drugiego. Do granic absurdu dochodzą teatralne gesty, nazbyt wydłużone pauzy pomiędzy uderzeniami. Zawodnicy wylatują z ringu, kładą się i podnoszą. Odbijają od lin albo z impetem skaczą na przeciwnika. Szybko łapiesz, kto jest faworytem, choć jeszcze nie wiesz, czy można kibicować komu się chce, czy może widownia podzielona jest na sektory. Za chwilę cała arena wiwatuje, zdziera gardła i krzyczy pseudonim swojego ukochanego luchadora.

Niektóre stroje zawodników tecnicos nawiązują do zwierząt, autentycznych postaci, aktualnych wydarzeń, a nawet świętych czy superbohaterów. Dla rudos zarezerwowano rolę diabła, skorumpowanych polityków, nielubianych osób, handlarzy narkotyków – wszystkiego, co utożsamiamy ze złem. Teraz wyobraźcie sobie, co działo się na stadionie pełnym Meksykanów, kiedy na arenie pojawił się zawodnik rudo wymachujący amerykańską flagą. Startująca rakieta robi mniejszy hałas. I o to właśnie chodzi.

Ale jak to w życiu – zatriumfuje zło albo dobro. Nawet, gdy sędzia będzie już odliczał do nokautu, wszystko może się zmienić. Luchadorzy prowokują siebie nawzajem, zadzierają z sędziami i flirtują z publicznością. Robią niesamowite przedstawienie i choć wiesz, że prawdy tu tyle, co w „Trudnych sprawach” to chcesz w tym uczestniczyć. Drzesz się, ile tchu w płucach. Po uszach obrywasz szalenie głośną muzyką, a światła wirują tak, że odkrywasz w sobie ukryte pokłady epilepsji. A najgorsze, że to wszystko, co dzieje się dookoła, zaczyna Ci się podobać.

Vamos banditos!

Byłam w swoim życiu na wielu imprezach masowych, ale takiego kibicowania nie widziałam nigdzie. Tym bardziej, że jakikolwiek wrestling do tej pory wpadał mi w oko tylko, gdy w ramach seansu nudy i nicnierobienia docierałam na sam koniec listy kanałów w telewizji. I wydawał się beznadziejny, komiczny i nudny. Jednak to, co zobaczyłam w Arenie Mexico przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Piski, krzyki i brawa. „Meksykańska” fala zainicjowana przez luchadora zakończona gromadnym, niezbyt miłym czy cenzuralnym okrzykiem puta! prosto z tysięcy gardeł, wymierzonym w przeciwnika. Kobieta, która tuż za moim uchem krzyczała banditos, gdy ulubieniec damskiej publiczności, umięśniony i stylizowany na Włocha Marco, dostawał sromotny łomot. Zrozpaczone gwizdy mężczyzn, kiedy seksowne kobiety przestają tańczyć w przerwach walk, oddając pole do popisu zawodnikom. Szaleństwo, któremu można, ale nie warto się opierać.

To nie jest zabawa wysokich lotów. Nie trzeba ubierać garnituru, można zajadać się słodyczami pod korek i patrzyć z niedowierzaniem, jak budzi się w nas głęboko schowane „chleba i igrzysk”. Krzesełka są ciasno ułożone koło siebie, szybko zaczynasz więc dyskusje z wszystkimi dookoła, bo tu kogoś trącisz, tam ktoś trąci ciebie albo czymś poczęstuje. Pani za mną sypie popcornem na lewo i prawo tak, że część ląduje w moich włosach. Ja za to podglądam dzieciaki, które robią sobie selfie w maskach rząd przede mną. I zaczyna się  zabawa.

Foto: Aneta Zając/Fly4free

Rozgrzewasz się, oglądając najpierw walkę kobiet, karłów w przebraniach power rangers (naprawdę!) i mniej znanych luchadorów, by na walkę wieczoru, gdy na ring wychodzą prawdziwe gwiazdy tego sportu, wiwatować jak rodowity Meksykanin. Szybko wybierasz swoich ulubieńców, przeżywasz, kiedy przegrywają i razem z tłumem szalejesz z radości, gdy skaczą po ringu dając wyraz zwycięstwa.

Trzeba pozbyć się wstydu, zahamowań i dać się wciągnąć po uszy. Dokupujesz jeszcze jeden popcorn, jeszcze dwa napoje, bo kosztują tylko kilka złotych, krzyczysz jeszcze głośniej. I obiecujesz sobie, że zaraz po wyjściu weźmiesz też ze straganu najładniejszą maskę. Swojego ulubieńca, bo przecież już go masz.

Bilans strat? Zdjęcia i filmy słabej jakości, bo na arenę nie wolno wnosić żadnego sprzętu elektronicznego poza telefonami. 20 PLN za bilet w sektorze dla plebsu kupiony kilka godzin przed starciem (ale zaczynają się już od 12 PLN), kolejne 25 PLN na popcorny, orzeszki, waty cukrowe i napoje, 18 PLN na maskę Blue Demona – jednego z najsłynniejszych luchadorów w historii, którą kupiłam na pamiątkę i 1,80 PLN za bilety na metro w dwie strony. Co w zamian? Kiczowate duchowo-psychiczne katarsis zapakowane w trzy godziny krzyków, pisków. Niepowtarzalne. Absurdalne. I warte każdego wydanego peso.

lucha libre
Foto: Aneta Zając/Fly4free
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?


porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »