Kolejne polskie lotnisko przestanie przynosić straty! „Jesteśmy kilkanaście milionów zł powyżej prognoz”
Ostatnie miesiące na polskich lotniskach upływają pod znakiem powrotu popytu i rekordowych wyników obsługi pasażerów. Dopiero co lotnisko w Lublinie pochwaliło się najlepszym wynikiem w historii (ponad 47,8 tys. podróżnych w sierpniu), a podobnymi historycznymi wynikami chwaliły się niedawno m.in. porty w Modlinie i Gdańsku (dane za lipiec). Jednak z drugiej strony sytuacja finansowych lotnisk nie jest łatwa – lotniska dopiero zaczynają dochodzić do siebie po dwóch latach pandemii, a nawet teraz, gdy sytuacja zaczyna wychodzić na prostą, pojawią się kolejne problemy, choćby w postaci drastycznych wzrostów cen energii czy inflacji.
– Koszty mediów na lotnisku wzrosną w tym roku o prawie 500 procent. Nie możemy ich przerzucić na linie lotnicze, a to tylko jeden element, bo dochodzi do tego choćby inflacja i wyższe oczekiwania płacowe pracowników – mówiła na KRL Anna Midera, prezeska portu w Łodzi.
Ayia Napa od 2059 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Gdańsk)
Sycylia od 2831 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Wrocław)
Hammamet od 2424 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Chopin)
Efekt to straty finansowe lotnisk i trudna droga, by powrócić do rentowności. Tu na szczęście też mamy już pozytywne przykłady, jak choćby lotnisko w Gdańsku, które w I półroczu tego roku wypracowało zysk netto na poziomie 13,885 mln PLN. Wszystko wskazuje na to, że już wkrótce dołączy do niego lotnisko we Wrocławiu.
– Planowaliśmy tegoroczny budżet dość konserwatywnie i wszystko wskazuje na to, że uda nam się go dowieźć. Mamy dobre statystyki ruchu, co zawdzięczamy przede wszystkim low-costom i liniom czarterowym. Niestety, wbrew przewidywaniom przewoźnikom sieciowym takim jak Lufthansa czy KLM nie udało się jeszcze odbudować ruchu do poziomu sprzed pandemii, a do tego doszły problemy z opóźnionymi i odwołanymi lotami na takich lotniskach jak Frankfurt czy Schiphol, przez co w tym segmencie ruch wynosi 60-70 procent tego, co notowaliśmy w 2019 roku. Ale najważniejsze jest to, że przekroczyliśmy plany nie tylko, jeśli chodzi o statystyki, ale też pod kątem biznesowym, a to jest chyba w tym wszystkim najważniejsze. Jesteśmy kilkanaście milionów powyżej naszego konserwatywnego budżetu i jest bardzo duża szansa na to, że w tym roku osiągniemy punkt break even i znów będziemy lotniskiem dochodowym – mówi Dariusz Kuś, prezes lotniska we Wrocławiu.
– To jest coś, o co musieliśmy bardzo walczyć. Bo duża sezonowość i zmienność rynku sprawiły, że na lotnisku mieliśmy do czynienia z szeregiem wyzwań, także operacyjnych, kadrowych czy infrastrukturalnych. Aby im podołać, zatrudnialiśmy wielu pracowników sezonowych, na cały etat lub pół etatu po to, aby pasażer nie odczuł, że w momencie wzrostu popytu coś jest nie tak. To oczywiście pomogło nam operacyjnie, ale także patrząc pod kątem wyników finansowych, bo zadowolony pasażer, który jest płynnie obsługiwany, chętniej kupi u nas kawę, piwo czy czekoladę – powiedział Kuś.
Wrocławskie lotnisko pierwotnie planowało obsłużyć w tym roku 2,3 mln pasażerów, jednak dobre wyniki sezonu letniego sprawiły, że teaz prognozy na Dolnym Śląsku są bardziej optymistyczne i zakładają obsłużenie przynajmniej 2,6 mln podróżnych. To mniej więcej 75 procent poziomu z 2019 roku.
– Żeby dalej się rozwijać, musimy dopasować się do trendów. Sa one bardzo widoczne i świetnie dopasowali się do nich przewoźnicy low-costowi. A trend jest taki, żeby poodpoczywać sobie i wylecieć na 3-4 dni na południe Europy. Przewoźnicy sieciowi trochę przegapili ten trend, a takie linie jak Ryanair czy Wizz Air doskonale go odczytały. Fakt jest taki, że obecnie podróżujemy częściej, ale krócej, na 3-4 dni, takie przedłużone weekendy. I jestem przekonany, że popyt na takie latanie będzie istniał w dalszym ciągu – mówi Kuś.
Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?