Linia oferowała pasażerom darmowy bilet i ponad 400 zł dopłaty, żeby tylko chcieli nią lecieć!
Polskie lotniska w zdecydowanej większości notują bardzo duże wzrosty liczby obsłużonych pasażerów, jednak – zwłaszcza w przypadku tych mniejszych portów – ich siatka połączeń jest w dużej mierze uzależniona od różnego rodzaju zachęt, czyli mniej lub bardziej ukrytych dopłat dla linii lotniczych. Nie jest to zresztą tylko polska specyfika, bo z problemem tym borykają się mniejsze porty w całej Europie. A ponieważ pomoc publiczna w zamian za uruchamianie połączeń jest (poza ściśle określonymi przypadkami) zabroniona w Unii Europejskiej, przewoźnicy uciekają się do przeróżnych forteli. Jedną z metod jest rozpisywanie „przetargów na promocję” regionu, gdzie wygrany oferent (najczęściej w takim przetargu startuje jedna linia) zobowiązuje się do reklamowania walorów danego miejsca (np. turystycznych) na pokładach swoich samolotów czy na stronie internetowej. Świadczenia przewoźnika się na tym nie kończą, bo linia ma też swoje zobowiązania. Na przykład w obowiązującej do końca przyszłego roku umowie z województwem kujawsko-pomorskim Ryanair zobowiązuje się do utrzymywania na lotnisku w Bydgoszczy minimum 5 kierunków, na których będzie wykonywał przynajmniej 15 rotacji tygodniowo.
Sharm El Sheikh od 1729 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Berlin)
Słoneczny Brzeg od 2409 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Gdańsk)
Costa Brava od 2781 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Kraków)
Inną formą zobowiązania jest kryterium ilościowe, czyli dowiezienia konkretnej liczby pasażerów. W tym przypadku linia lotnicza (najczęściej tę metodę stosuje Ryanair) podpisuje z lotniskiem wieloletnią umowę (taką jak na przykład w… Modlinie), w ramach której lotnisko zobowiązuje się utrzymać np. korzystne dla linii stawki opłat pasażerskich czy lotniskowych przez dłuższy czas, a w zamian przewoźnik zobowiązuje się, że w rok przewiezie np. 1 milion pasażerów. Jak to zrobi, to już jego zmartwienie. W tym przypadku znów musimy wrócić do przykładu Ryanaira, który do perfekcji opanował stymulację cenową, by pobudzać popyt na trasach, które nie sprzedają się zadowalająco. Przykład? Weźmy choćby nową trasę Ryanaira z Katowic do Reggio di Calabria, która – analizując ceny biletów – raczej nie cieszy się na razie wielkim zainteresowaniem pasażerów. Ale możemy się założyć, że już wkrótce to się zmieni, patrząc na to, po ile przewoźnik potrafi oferować bilety na tej trasie.
Czasem…to linia płaci, a nie lotnisko
Wszystko zależy oczywiście od tego, w jaki sposób skonstruowana jest taka umowa. Często dochodzi przy tym do sytuacji iście absurdalnych. Największe kuriozum opisywaliśmy na naszych łamach kilka lat temu. Chodzi tu o sytuację z 2008 roku, gdy dość znane brytyjskie linie Flybe płaciły pasażerom nawet 80 GBP dziennie (według dzisiejszego przelicznika to prawie 386 PLN) za to, że przelecą się na trasie z Norwich do Dublina. Brzmi zabawnie? Będzie jeszcze śmieszniej, bo jak się okazało, byli to statyści, wynajęci przez przewoźnika. Zacznijmy jednak od początku.
Linia lotnicza podpisała umowę z lotniskiem, w której zobowiązała się, że w ciągu 12 miesięcy na trasie pomiędzy oboma miastami przewiezie dokładnie 15 tys. pasażerów. Gdyby przewoźnikowi się nie udało, musiałby zapłacić lotnisku umowną karę w wysokości aż 280 tys. GBP.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że… Flybe trudno było dotrzymać warunków umowy. Próbowali wszystkiego: linia uruchomiła dodatkowe rejsy, wprowadziła promocję, w której oferowała 200 darmowych biletów na weekend, a także zaalarmowała własnych pracowników, aby w razie czego byli gotowi na loty do Irlandii.
Wszystko na próżno: tuż przed końcem obowiązywania umowy, czyli 31 marca okazało się, że przewoźnikowi brakuje 172 pasażerów do wyrobienia limitu. Bo umówmy się – nic nie ujmując obu miastom, znamy pewnie bardziej atrakcyjne połączenia.
W tej sytuacji przewoźnik sięgnął po broń ostateczną: było nią ogłoszenie na stronie internetowej Flybe, w której linia lotnicza szukała… statystów, którzy w zamian za pieniądze mogliby polecieć do Dublina. W ogłoszeniu znalazła się informacja o tym, że linia potrzebuje ok. 100 osób, a wynagrodzenie wynosi 80 GBP za dzień, czyli ponad 400 zł. Cel?
“Twoim zadaniem będzie wejście na pokład samolotu do Dublina, a następnie powrotny rejs na lotnisko w Norwich. Nie wykluczamy też, że w ciągu dnia trzeba będzie odbyć nawet do 3 takich lotów” – można było przeczytać w ogłoszeniu.
Niestety dla Flybe okazało się, że mamy XXI wiek, a to oznacza, że dostęp do internetu mieli także pracownicy lotniska w Norwich, więc podstęp szybko wyszedł na jaw i rozpętała się afera.
– Naszym zdaniem postawa linii kompletnie nie licuje z warunkami umowy – mówił rzecznik lotniska w Norwich.
Na co linia odpierała zarzuty, twierdząc, że żałuje tego, co zrobiła, ale nie miała wyjścia z powodu “chciwej postawy władz lotniska”.
Sprawa skończyła się w sądzie.