REKLAMA

McDonald’s w Himalajach i wata cukrowa w Czarnobylu? To tylko kwestia czasu

turyści w himalajach
Foto: Nutkamol Komolvanich/Shutterstock
Czy istnieje jeszcze coś, co mogłoby nas zaskoczyć w masowej turystyce? Czy Himalaje, Prypeć albo Wielki Kanion staną się niedługo Disneylandami? Niestety, to możliwe.

W ubiegłym tygodniu media obiegła informacja, że w pobliżu Wielkiego Kanionu nie powstanie ani hotel ani kompleks rozrywkowy ani specjalny „tramwaj” dla turystów. Tak, dobrze czytacie. Ktoś nie tylko miał taki pomysł, ale był też blisko jego realizacji. Kontrowersyjny projekt miał przyciągnąć dodatkowe 5 mln turystów. Nawahowie – największe indiańskie plemię w Ameryce Północnej, których rezerwat leży na tym terenie, miało w zamian za poparcie inwestycji, dostawać 8 proc. zysków.

Udało się jednak przegłosować odrzucenie tego projektu. Ale tak zaskakujący pomysł pokazuje, jak dalekie i śmiałe plany mają deweloperzy i potentaci w branży turystycznej. A może też… czego sami od nich oczekujemy?

Mount Everest… komercji?

Najwyższy szczyt ziemi brzmi spektakularnie. Gdy myślisz o wejściu tam, wyobrażasz sobie majestatyczną górę, która budzi szacunek, a może i grozę. Miejsce, w którym jesteś sam na sam z potęgą natury i żywiołów. A potem wydajesz przeciętnie kilkadziesiąt tysięcy USD, a w droższych wersjach wyprawy nawet kilkaset tysięcy i jedziesz, żeby utknąć w turystycznym korku pod szczytem.

Skalę masowej turystyki w tamtym regionie potwierdzają statystyki. Od 1953 do 2010 r. łączna liczba wejść na szczyt to 3167 osób. Za to tylko w samym 2016 roku takich osób było… 663.

Oczywiście choć nie można wszystkich wrzucać do jednego worka, to jednak trudno przemilczeć te historie, w których ludzie po prostu płacą i… wymagają. Oni chcą wejść na szczyt, a szerpowie mają zrobić, co tylko się da, żeby tak się stało. Wśród turystów są tacy, którzy dopiero tutaj pierwszy raz w życiu założą raki. Nie brakuje tych, którzy atakują szczyt nawet po godzinie 14, choć mniej lub bardziej oficjalnie przyjmuje się, że jeśli nie dotarłeś tam do 11, to powinieneś zawrócić.

Piętnowanie głupoty czy nierozsądnej determinacji to jedno, ale przede wszystkim zastanawiam się, na co dziś pozwalają pieniądze turystów. Gdzie jest granica, której nie da się przekroczyć mimo zaproponowania horrendalnej stawki. I czy w ogóle taka jest?

Rekord bije rekord

Jak podaje National Geographic szacuje się, że na najwyższej górze świata znajduje się ok. 100 ton śmieci. Zdjęcia z obleganych obozowisk obiegają cały świat. Mówi się, że w niedalekiej przyszłości mają powstać regulacje, które zabronią wchodzenia na Mount Everest osobom poniżej 18. i powyżej 75. roku życia. Dodatkowo będzie trzeba udowodnić, że mamy jakieś doświadczenie w górskiej wspinaczce.

Ale plany są planami a w tym samym czasie Nepal już do maja tego roku wydał rekordową liczbę pozwoleń na wejście – 373 dla cudzoziemców i kilkaset kolejnych dla nepalskich przewodników. W sumie razem z szerpami zgodę dostało blisko 750 osób. O ciszy i podziwianiu majestatu gór możesz zapomnieć.

A skoro tak, to może czas wprowadzić tam nieco więcej „naszego” świata. Czy turystyczny himalaista-amator nie wsunąłby po wspinaczce burgera z McDonald’s albo nie wypił kawy ze Starbucksa? Może potrzeba jakiegoś pubu na odreagowanie emocji? Albo najlepiej lodowy bar z wielkim logo jakieś znanej wódki. To by było coś!

Brzmi absurdalnie, prawda?

Jednak obserwacje innych niezwykłych miejsc na świecie pokazują, że coś, co wydaje nam się idiotycznym i kompletnie nieakceptowalnym pomysłem, za parę lat może być czymś oczywistym.

indianin z coca colą

Fot. Archiwum Prywatne/Aneta Zając

To, że coca-cola jest niemal w każdym zakątku świata nikogo już nie dziwi. Częstowano mnie nią na pustyni w Jordanii, na Orinoko w Wenezueli, na safari w Kenii czy nieopodal Ściany Płaczu w Jerozolimie. Czasem jest w szklanych butelkach, czasem w plastikowych. W jednym kraju wyraźnie zasugerują ci, że lepiej pić przez rurkę, w innych nikt nie zwróci na to uwagi. Bywa, że w całej okolicy nie ma prądu, ale butelka coca-coli? Znajdzie się.

Prypeć czy Disneyland?

Wiem, to zjawisko nazywa się globalizacja. Oglądamy te same filmy, pijemy te same napoje, znamy te same marki. I dawno przestało nas to zaskakiwać. Ale kiedyś nie przypuszczaliśmy, że tak może być. Więc czemu z McDonald’sem pod Everestem nie miałoby być tak samo?

Magnesy, miniaturki znanych atrakcji produkowane w Chinach– norma. Znane sieciówki z fast foodem w ścisłych centrach europejskich miast, w pięknych kamienicach albo pod najważniejszymi zabytkami – norma. Popcorn i petardy-diabełki na stoiskach na półwyspie Westerplatte – norma. Klient nasz pan. Skoro jest popyt, to jest też podaż.

Co będzie następne? Wata cukrowa pod opuszczonym przedszkolem w Prypeci? A może lepiej uruchomić nieczynny od 31 lat diabelski młyn i wpuszczać na niego turystów? To też brzmi jak absurd? Poczekajcie.

Już dziś w dużej mierze czarnobylska Zona przypomina ekspozycję, po której wielu przewodników prowadzi cię niemal za rękę zamiast obłędnie wielkiego, przytłaczającego i apokaliptycznego terenu. Miałam sporo szczęścia trafiając tam na zaledwie kilkuosobową grupę, szalenie liberalnego opiekuna i brak innych ludzi.

Może dlatego, choć na mnie wywarła ogromne wrażenie, dała niesamowicie do myślenia i stała się zapalnikiem do przeczytania chyba wszystkich możliwych książek na jej temat, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że za parę lat będziemy tam mieć ukraińską wersję Disneylandu z tragiczną historią w tle.

czarnobyl

Fot. Archiwum Prywatne/Aneta Zając

Bo bywa też, że turyści kupują wycieczki w wieloosobowych grupach, pędzą od punktu do punktu, ustawiają i przekładają sobie znalezione rzeczy tak, by zdjęcia wyszły jak najlepiej, jednocześnie depcząc po innych przedmiotach. Tuż obok Zony czeka na nich hotel, jest wliczony obiad (i zapewnienie, że składniki dowozi się z Kijowa), a niedługo może i stoiska z pamiątkami.

Show must go on

A może my-turyści po prostu oczekujemy przedstawienia? Jedziesz do Afryki i chcesz mieć po powrocie fajne zdjęcia. To zamiast się wysilać, zawsze można kupić wycieczkę do jakiejś tam wioski Masajów. Na pierwszy rzut oka, wszystko spoko. Są małe chatki, niby jakaś szkoła, na którą oczywiście zbiera się pieniądze, są dzieci, które AKURAT TERAZ uczą się wyśpiewywać angielski alfabet.

Po kilku godzinach w drodze i wiosce masz trochę więcej zdjęć, trochę mniej dolarów, pakujesz się w autokar, a „Masajowie” mogą znowu wyciągnąć telefony i wrócić do domu. I Afryka nie ma tu nic do rzeczy. Podobne przedstawianie z „prawdziwymi” plemionami znajdziecie na całym świecie. Tylko ceny mogą się nieco różnić.

Wawel tylko dla królów

Pamiętam sytuację, gdy parę miesięcy na krakowskim rynku miała otworzyć się Biedronka. O matko, jaki był lament! Że Stare Miasto, że zabytki, że gdzie z tym żółto-czerwonym logo na te piękne kamienice. Tu Sukiennice i turyści, a tam pasztet i promocja na ziemniaki. Ludziom to nie pasowało. Market jak miał, tak powstał, a co ważniejsze, choć wzbudzał takie kontrowersje, nie narzeka na brak klientów. I jestem pewna, że wielu z tych, którzy wtedy krzyczeli dziś ochoczo robi tam chociaż drobne zakupy.

wawel dla królów

Fot. Archiwum Prywatne/Aneta Zając

Wawel już nigdy nie będzie tylko dla królów, bo codziennie chodzą po nim tłumy turystów. Piramidy w Gizie nie staną się nagle opustoszałym miejscem na środku pustyni, w którym możesz celebrować ich majestat. Strefa wykluczenia dookoła czarnobylskiej elektrowni jądrowej będzie widzieć coraz więcej ludzi, a udawani Masajowie nie przestaną przyjmować do siebie zachwyconych „podróżników”. A przynajmniej dopóki na wszystkich tych rzeczach ktoś będzie mógł zarobić.

Byłoby naiwnością sugerować, że powinniśmy odciąć turystów od atrakcji. Że powinniśmy bezwzględnie chronić obszar dookoła zabytków czy niezwykłych obiektów przyrody i nie dopuszczać tam nikogo. Pozwolić je oglądać jedynie na zdjęciach czy filmach dokumentalnych. Masowa turystyka jest dzisiaj czymś oczywistym i choć czasem nieco próbuje się ją ograniczać, to z biegiem lat turystów będzie tylko więcej. I tego nie unikniemy.

Można się tylko zastanowić, jak z autentyczności tych miejsc zachować cokolwiek dla naszych następców? Albo mieć nadzieję, że będą lubili watę cukrową i popcorn.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
A niech się komercjalizują te miejsca na potęga mi to zupełnie nie przeszkadza. Na świecie są tysiące ciekawszych miejsc, ale mniej znanych turystycznie i do nich zawsze będzie się można wybrać i kontemplować ich piękno w spokoju.
maksiu, 7 listopada 2017, 23:59 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Biedra na Rynku to jedno, ale przez chwile byl careefur... w sukiennicach
marcin.krakow, 8 listopada 2017, 7:32 | odpowiedz
Avatar użytkownika
"Tuż obok Zony czeka na nich hotel" Hotel tam jest od zawsze, "Dziesiątka". Nie obok Zony, tylko wewnątrz. W tym roku doszedł hostel. A i stoisko z pamiątkami się znajdzie. Jedno w hotelu, drugie w pobliskim sklepie. Oferują m.in. czapeczki, koszulki, magnesy.
redan, 14 listopada 2017, 14:33 | odpowiedz

Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA
porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.