REKLAMA

Ma 27 lat i… łapie jachty na stopa. Poznajcie Marka, który w ten sposób opłynął pół świata

jachtostopowicz marek kramarczyk
Foto: Marek Kramarczyk / Archiwum Prywatne

Zamiast wylotówki – porty, przystanie i doki. Zamiast aut i ciężarówek – statki, łódki i jachty. Tak wygląda jachtostop, czyli sposób na „darmowe” podróżowanie po morzach i oceanach. Co trzeba wiedzieć, jak się załapać, gdzie można dopłynąć i na co trzeba się przygotować, opowiada nam jeden z zapalonych jachtostopowiczów.

Na początku marzył o Karaibach, ale nie miał pieniędzy, żeby się tam dostać. Jedna odważna decyzja, spakowany plecak i 2,5 miesiąca po wyjściu z domu, dociera do wymarzonego celu – tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Przygoda, która staje się najlepszym prezentem gwiazdkowym, szybko zamieniła się w sposób na życie.

Dziś Marek Kramarczyk nie tylko korzysta z jachtostopu, ale także pracuje na statkach. Pisze bloga, odwiedza kolejne miejsca na mapie i wciąż liczy, że uda się mu się „odhaczyć” drugą połowę podróży dookoła świata. W rozmowie z nami opowiada o tym, co w jachtostopowej przygodzie najfajniejsze, ale także najtrudniejsze.

Zamiast AGH wylotówka na Karaiby

Historia Marka zaczęła się trzy lata temu. Wtedy – jeszcze jako student krakowskiej AGH – zrozumiał, że choć inżynieria środowiska brzmi nieźle, a być może mogłaby też zapewnić stabilną i dobrze płatną pracę, to zajmowanie się wentylacją i klimatyzacją – co wybrał sobie na specjalizację – niekoniecznie jest spełnieniem jego marzeń.

Pod koniec studiów zacząłem jeździć autostopem i to stąd chyba wzięła się ta miłość do podróżowania w trybie przygodowym. To były trzy wyjazdy po Turcji i Bałkanach, tak po miesiąc czasu. Postanowiłem, że gdy tylko się obronię, zrealizuję przygodę życia – opowiada Marek. – Na jachtostop wpadłem przypadkiem, oglądając film na YouTube. Ponieważ marzyły mi się Karaiby, a nie miałem pieniędzy na bilet, postanowiłem spróbować w ten sposób – dodaje.

Rodzina – lekko mówiąc – nie była zachwycona. Jak wspomina Marek, „postradanie zmysłów” to ocenzurowana wersja tego, co usłyszał w domu. Tym bardziej, że niedługo przed wyjazdem pojawiła się świetna oferta pracy. Wręcz wymarzona. Ale zapalony do swojego pomysłu zdecydował, że raz się żyje i… odmówił.

– Najpierw pojechałem autostopem na Gibraltar. To tam tak naprawdę rozpoczęła się moja przygoda z jachtostopem. Pierwszy kapitan zabrał mnie na Lanzarote na Wyspach Kanaryjskich. Z drugim popłynąłem do Las Palmas na Gran Canarii – wspomina Marek. – To miasto jest swego rodzaju wylotówką na Karaiby. Przed rejsem przez ocean zatrzymuje się tu większość żeglarzy. Wszystko przez dobre zaopatrzenie i serwisy, które są w przystępnych cenach. Dlatego w sezonie kilkadziesiąt osób liczy, że jachtostopem przedostanie się na drugą stronę.

Na początku wszystko szło więc aż nadto sprawnie. Jednak jak to zwykle bywa, rzeczywistość lubi weryfikować marzenia.

– Przez dwa tygodnie szukałem kolejnego jachtu. Nie miałem gdzie spać, przygarniały mnie różne osoby – nawet bezdomni i studenci. W końcu polski kapitan zgodził się mnie zabrać, ale jeszcze przez 2 tygodnie pomagałem na lądzie przygotować się do rejsu – mówi Marek. – Miałem ze sobą pieniądze, zabrałem ok. 1000 USD, ale mój plan zakładał, że nie będę wydawał więcej niż 5 USD dziennie. Po pięciu miesiącach podróżowania, wciąż miałem połowę tej kwoty – opowiada.

jachtostopowicz marek kramarczyk
Foto: Marek Kramarczyk / Archiwum Prywatne
martynika
Foto: Marek Kramarczyk / Archiwum Prywatne

Przygodo trwaj!

Tak zaczęła się jachtostopowa przygoda Marka. Trzy tygodnie później, z małą przerwą na Wyspach Zielonego Przylądka, melduje się na wymarzonych Karaibach. Jest tuż przed gwiazdką. Razem z załogą organizują wigilię, na której zjawia się też Michał, drugi jachtostopowicz.

– Poznałem go jeszcze w Las Palmas. Przepłynął Atlantyk na Ally – jachcie Szwedów, którzy właśnie… zostawili mu łódkę pod opiekę na kilka miesięcy. Z jachtostopowicza stał się kapitanem. I zaprosił mnie do załogi – tłumaczy Marek. – Mogliśmy pływać na Ally, gdzie tylko chcieliśmy. A Szwedzi płacili za paliwo, wodę i ewentualne naprawy. Taniej było pozwolić nam żeglować niż zacumować łódkę w porcie.

Szybko znaleźli kolejnych kompanów i już w cztery osoby popłynęli na Martynikę, Dominikę, Saint Lucie i Saint Vincent.

– Wspinaliśmy się na wulkany, chodziliśmy po dżungli i piliśmy karaibski rum. Dookoła latały kolibry, a ja biegałem za nimi z aparatem. Łowiliśmy ryby i zbieraliśmy owoce w lesie deszczowym – opowiada jachtostopowicz. – To były dwa najlepsze miesiące mojego życia – zapewnia.

Pierwsza podróż trwała więc dziewięć miesięcy, z czego pięć Marek spędził na Karaibach. Po powrocie do Europy zrobił kursy żeglarskie i znów ruszył w podróż, choć tym razem zamierzał zmienić plan. Najpierw pracować i zarobić trochę pieniędzy, a dopiero później popłynąć na Pacyfik.

jachtostopowicz marek kramarczyk
Foto: Marek Kramarczyk / Archiwum Prywatne
nuku huva
Foto: Marek Kramarczyk / Archiwum Prywatne

Co trzeba umieć i jak złapać jacht na stopa?

Oczywiście wbrew pierwszemu wrażeniu, jachtostop nie jest darmowym pływaniem, gdzie i kiedy się chce. Czasem trzeba długo szukać w porcie, innym razem przyjdzie nam wykonywać naprawdę ciężkie zadania. Choć nie trzeba mieć pieniędzy, trudno nazwać to darmową podwózką.

– Pomaga się we wszystkich obowiązkach na pokładzie w zależności od indywidualnych predyspozycji. Są prace porządkowe, gotowanie, naprawy i udział w manewrach jachtu. A także wachty, w których bierze czynny udział każdy – wymienia Marek. – Przy pierwszym wyjeździe podobnie jak wielu początkujących jachtostopowiczów nie wiedziałem o żeglowaniu nic, a jedynym szotem jaki znałem, był kieliszek wódki – śmieje się.

Przydatne są jednak inne, podstawowe umiejętności. Na przykład znajomość języków obcych, ale też… talent do gotowania.

–  Osoby potrafiące dobrze gotować są niezwykle cenionymi członkami załogi. Do tego pływające rodziny czasami poszukują kogoś do opieki nad dziećmi, a niemal wszędzie mile widziani są też tzw. złote rączki czy nurkowie – zapewnia jachtostopowicz. – Ale nauka żeglarstwa też jest przydatna. Węzły to podstawa, która przyda się każdemu.

Nie zawsze jest lekko, nie zawsze da się załapać na pokład od razu. Nikt, kto nie ma dużej cierpliwości, determinacji i wytrwałości nie wytrzyma tych poszukiwań.

Pierwszego jachtostopa złapałem na Gibraltarze w pięć minut! Kapitan sam do mnie zagadał. Widział, że mam plecak i zapytał, czy nie chcę popłynąć na Lanzarote. Innym razem przepytałem chyba ze stu kapitanów, przeszedłem kilkadziesiąt kilometrów tam i z powrotem po marinie, wywiesiłem ogłoszenia, pytałem w tawernach.

W opinii mojego rozmówcy jachtostop jest lepszy od autostopu, bo zanim wyruszy się w drogę, podróżnik spędza kilka dni w porcie razem z nową załogą. To dobra okazja, żeby poznać nowe osoby i przynajmniej minimalnie ocenić ich charakter.

– Kapitanowie bywają apodyktyczni i mają wiele zasad, które należy uszanować. Istotna jest też umiejętność dogadywania się i współżycia na małej przestrzeni. Spędzimy kilka tygodni z obcymi ludźmi. W takiej sytuacji o konflikty nie jest trudno, a gdy wypłynie się z portu, odwrotu już nie ma.

To chyba największa wada tego typu podróżowania. Trudno się wycofać. Nie możesz wcześniej sprawdzić, czy lubisz jachtostop. Wypływasz i wszystko weryfikuje się dopiero na morzu.

– Warto wiedzieć, czy ma się chorobę morską. Większości ludzi co prawda cierpi na nią 2-3 dni, ale nieliczni zmagają się z nią chronicznie, a to w przypadku dłuższych rejsów jest niebezpieczne – mówi Marek. – Z innych rad, to na pewno najłatwiej załapać się na statek w pojedynkę. Pary mają trudniej, ale za to wzbudzają większe zaufanie. Błędem jest też wsiadanie na którąkolwiek łódkę. Podczas mojego drugiego rejsu płynąłem jachtem, który był w nie najlepszym stanie technicznym i mimo wielkiej wiedzy i doświadczenia kapitania, już bym tego nie powtórzył.

Złe czy średnio udane decyzje są jednak wpisane w każde podróżowanie, nie tylko jachtostopem. Czasem są niegroźne i trzeba się po prostu przemęczyć, innym razem mają o wiele gorsze konsekwencje.

– Zaraz po idealnych miesiącach na Ally, zabrałem się z innym kapitanem na Brytyjskie Wyspy Dziewicze. Po dwóch tygodniach wyrzucił mnie stamtąd Urząd Imigracyjny, bo nie miałem biletu do domu. Miałem jeden dzień na opuszczenie wysp, musiałem szybko kupić bilet i tak znalazłem się na Sint Maarten. Jednocześnie wydałem też niemal wszystkie pozostałe pieniądze.

Czas na drugie pół świata

W trakcie kolejnych podróży – bogatszy o swoje doświadczenia, lepiej przygotowany, dzięki kursom żeglarskim, przepakowany i z nową porcją gotówki – Marek próbował znaleźć pracę.

Nie było łatwo zmienić status z jachtostopowicza na pracownika. Wszyscy chcieli żebym pływał, ale początkowo nikt nie chciał mi płacić. Tułałem się dwa miesiące, żeby znów trafić na Sint Maarten, gdzie dorywczo pracowałem na bardzo dużych jachtach przez kolejne trzy miesiące. Wtedy odezwał się do mnie Paweł, znany i szanowany kapitan katamaranu Ocean View, którego poznałem już wcześniej i zaproponował mi pracę. U niego zostałem deckhandem, czyli takim przynieś, podaj, pozamiataj. Przede wszystkim chciałem uczyć się od Pawła, a dodatkowo w planach na kolejny rok był rejs na Pacyfik, a przecież to był mój kolejny cel. Pieniądze były miłym efektem ubocznym – opowiada z perspektywy czasu doświadczony już żeglarz.

Wszystko zaczęło się układać, na mapie odwiedzonych miejsc ciągle przybywało krajów, wysepek, portów.

– Spędziliśmy lato na Morzu Śródziemnym, a jesienią znów popłynęliśmy na Karaiby. Dla mnie był to już piąty rejs przez Atlantyk, potem już trzecia z kolei zima na Małych Antylach. Wiosną popłynęliśmy w kierunku Panamy. Odwiedziliśmy San Blas i przepłynęliśmy przez Kanał Panamski. Potem wymarzony rejs przez Pacyfik, aż do Tahiti. Po drodze Galapagos, Markizy i atole Tuamotu – wymienia. – W ostatnim z tych miejsc przeżyłem zresztą jedną z najpiękniejszych przygód, gdy nocą nurkowaliśmy z setką polujących dookoła rekinów. Chciałbym tam jeszcze wrócić, a także dokończyć podróż dookoła świata. Na razie zrobiłem mniej więcej pół pętli – opowiada.

Dziś, gdy mijają już trzy lata od pierwszego kroku, zapalony jachtostopowicz nadal nie widzi siebie za biurkiem.

– Raczej nie chciałbym spędzić całego życia na morzu, bo lubię też podróżować po lądzie. I to właśnie z szeroko rozumianymi podróżami chciałbym związać przyszłość, ale absolutnie nie oznacza to końca morskich przygód. Gdybym dziś cofnął się w czasie, podjąłbym tę decyzję jeszcze raz bez żadnego zawahania – podsumowuje.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
też miałem dzisiaj spotkanie z setkom
ETC, 19 stycznia 2019, 16:55 | odpowiedz

Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA
porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.