Obiad za 4 zł, godzina relaksu za 15, a nocleg za 17 zł. Kup tylko bilet, a później poczuj się jak Rockefeller
Jeśli nie zarabiacie dużo, tu poczujecie, jakbyście trafili szóstkę w lotto. Można jeść na mieście, korzystać z rozrywek, zwiedzać i zaznać relaksu w najlepszej formie. Za grosze. Witajcie w Tajlandii. Kraju, który w pełni zasłużenie nazywa się krainą uśmiechu, a powinien też krajem biedno-bogatych turystów. Bo tu naprawdę nie trzeba mieć fortuny, by móc pozwolić sobie na wiele.
W brzuchu układa mi się chyba siódmy albo ósmy posiłek tego dnia. Zaczyna mi się trochę plątać, co i kiedy zjadłam, bo czuję, że dawno przekroczyłam wszelkie granice swojego łakomstwa. Uśmiechnięta i rozmowna Pani od 40 minut masuje moje stopy i nogi, a olejek, którego używa, pachnie jak cytrynowa galaretka z Mieszanki Krakowskiej. Robi się błogo, w tle leci spokojna muzyka, dookoła mnie śpi już kilka osób. Moje powieki robią się coraz cięższe. Jest 22.
„Not too strong, miss?” wyrywa mnie z nieuchronnie zbliżającej się drzemki. W rzeczywistości zasnę dopiero za jakieś 5 godzin. Wstanę po kolejnych trzech. Tak będzie przez cały wyjazd. I niczego nie będę żałować.
Trening pad thaia
Niewiele jest krajów, które mają tak obłędną kuchnię i gdzie jedzenie na mieście jest tak tanie. Więc jem. Pad Thaia, czyli obłędny makaron smażony na woku serwowany m.in. z jajkiem, krewetkami i sosem rybnym. Danie, które jest prawdziwą bombą smaków, kolorów, struktur, a nawet zapachów. Które zapamiętuje się na długo i które wspomina się z burcząco-wibrującym uczuciem w żołądku. Z ukłuciem tęsknoty.
Na ulicy, gdzie jest najsmaczniejszy, zwykle kosztuje od 4 do 6 PLN. Później sajgonki – kilka przepysznych sztuk robionych na miejscu, to kwestia 5 PLN. Za pudełko krewetek większych niż moja ręka zapłacę 15 PLN. Dalej wjeżdża kurczak na sto różnych sposobów, a mój ulubiony z orzechami nigdy nie przekracza poziomu 10-15 PLN.
Pomiędzy kolejnymi atrakcjami skuszę się też na mięsne szaszłyki, czyli z rewelacyjnym sosem orzechowym albo klopsiki nadziewane na patyczki dla odmiany serwowane z czymś co wypala twarz, foliowy woreczek, a może nawet asfalt – wszystkie 1 PLN za sztukę. Dopcham sadzonymi jajkami z przepiórek – 1,5 PLN za 8 sztuk, gotowaną kukurydzą za 2 PLN i kanom krok, czyli tzw. kokosankami – smażonymi ciasteczkami z mleka kokosowego, cukru, cukru, cukru i jeszcze raz cukru oraz mąki ryżowej. Lepkie, mokre i miękkie w środku, chrupiące i rumiane na zewnątrz kulki rządzą!
Gdy zbliża się wieczór, a na stół nie przestają wjeżdżać kolejne obłędne rzeczy – kraby, przegrzebki, smażony lotos, ryby wyglądające jak stwory z Jurrasic World – zaczynam przypominać sobie wszystkie zdania wypowiadane przez znane youtubowo-fejsbukowe trenerki: „możesz więcej niż podpowiada ci twój umysł”, „Nie myśl, że teraz pójdziesz sobie na przerwę”, „Jestem tu z tobą, walcz”.
No to walczę. I gdy tysiące ludzi przyjeżdżają do Tajlandii trenować muay thai, ja pozostaję wierna treningom pad thaia. Idę na rekord, po czym odpuszczam, poddaję się, by znowu sięgnąć po kolejną porcję i dać z siebie wszystko. To ogromna walka z samym sobą i sprawdzian prawdziwego gastroturysty – zjeść w Tajlandii wszystko, co by się chciało.
Spodnie z gumką? Poproszę pięć par
Zapuszczam się na lokalny targ. Sprzedają tu absolutnie wszystko – od ryb i warzyw, przez kwiatowe kompozycje do świątyń, ręcznie robione kosmetyki aż po dziwaczne słodycze, błyszcząco-mrugająco-świecące etui do telefonów i walizki. Im dłużej tu jestem, tym częściej mam wrażenie, że ta ostatnia przyda mi się szczególnie. Stos zakupów przynoszonych do hotelu co wieczór rośnie, a nic nie wskazuje na to, by mój bagaż miał się magicznie rozciągać.
Próbuję przywołać się do rozsądku, choć gigantyczny bazar, przypominający raczej stacjonarny aliexpress lepszej jakości, aż się prosi, by zgubić tam siebie, godność i wypłatę.
Tutejsze stragany uginają się pod naporem luźnych spodni z gumką i równie zwiewnych sukienek. W słoniki, esy-floresy, kwiaty. Zwykle kosztują od 10 do 30 PLN, choć dużo zależy od umiejętności targowania i determinacji sprzedawcy. Turyści kupują je hurtowo tłumacząc, że w tych kolorowych słonikach nie jest gorąco, że wygodnie, że do świątyni łatwiej wejść. Nie wierzcie im. Tak naprawdę chodzi o to, że można jeść do woli i nie trzeba rozpinać guzika.
Trudno oprzeć się kiczowato-dziwacznym pamiątkom, które ani nam ani naszym znajomych nie są potrzebne do niczego. Kuszą, bo nie kosztują zbyt wiele, bo są nietypowe i nawet jeśli nie do końca się przydadzą, to są szansą, by komuś dać zarobić. Torebki zrobione z puszek po napojach (!) – 15 PLN, robaki o smaku barbecue – 2,5 PLN, chipsy z duriana – najbardziej śmierdzącego owocu świata – 5 PLN, kosmetyczki, które wyglądają jak… opakowania popularnych słodyczy – 12 PLN, a nawet mordoklejki z mleka kokosowego – 4,5 PLN.
No dobra, te ostatnie warto kupić. Najlepiej hurtowo.
Koszty? Jakie koszty?!
W Bangkoku najtańsze hostele startują od 11 PLN za noc w pokoju wieloosobowym i od 17 PLN za osobę w „dwójce”. I choć każdy chce tu mieć najlepiej apartament z widokiem na pół Tajlandii, to w praktyce zwykle okazuje się, że w hotelu nie widzieliśmy nic poza łóżkiem, na które padaliśmy co wieczór wyczerpani.
Pociąg z lotniska do centrum to wydatek ok. 5 PLN, taksówka – 30-40 PLN. Jeśli chcemy poruszać się po mieście, to bilet na metro kosztuje od 1-5 PLN, podobnie na autobus. Poza trasą z lotniska taksówki, jeśli przypilnujemy taksometru też kosztują niewiele, stoją za to w gigantycznych korkach. Za to za 6-10 PLN można przejechać spory kawałek miasta z taksówkarzem na… motocyklu.
W dodatku dzięki aplikacjom typu Grab można mieć zniżki i nie trzeba się targować. Żądni wrażeń mogą negocjować z kierowcami tuk-tuka, ale im bliżej głównych atrakcji turystycznych próbujemy ich łapać, tym trudniej stawiać warunki.
Godzina masażu to wydatek od 15 do 25 PLN, peeling całego ciała razem z relaksacyjnymi cudami i inne kosmetyczne bajery to zwykle koszt ok. 80 PLN za 2-3-godzinną sesję. A skoro wszystko czynne jest nawet do północy, to nie ma lepszego miejsca do wprowadzenia się w stan przedłóżkowego relaksu po całym dniu zwiedzania i zakupów.
Zwłaszcza, że Tajki i Tajowie to dla mnie geniusze masażu i mistrzowie naciskania tam, gdzie potrzeba w odpowiednim momencie. I chociażby dla tych godzin spędzonych na wygodnych fotelach w salonach spa mogłabym tam wracać bez końca.
Oczywiście Tajlandia to nie tylko Bangkok, choć jeśli się chce, można to miasto pokochać całym sercem. Ale na rajskich wyspach czy na północy (chociażby w Chiang Mai) też nie bywa drogo, pod warunkiem, że unikamy typowych turystycznych pułapek i zamiast taksówek stawiamy na skuter lub zbiorową komunikację. A jak się tam dostać? Nocnymi autobusami z fotelami-leżankami za kilkadziesiąt PLN albo samolotami – zwykle w tej samej cenie.
Na snorkeling po rafie koralowej można wybrać się za 30 PLN, lokalne wycieczki zorganizowane przez agencje turystyczne to zwykle koszt od 30 do 50 PLN – w zależności od tego, czego oczekujemy i jak bardzo jesteśmy gotowi dać się wykiwać. Wiele z nich możecie też zorganizować na własną rękę i często okazuje się, że kosztowały zaledwie kilka albo kilkanaście PLN.
Naprawdę trudno znaleźć coś, co w wyprawie do Tajlandii będzie kosztować nas dużo. Poza samym biletem z Polski. Jeśli więc chcecie gdzieś poczuć, że naprawdę stać was na wiele, a w dodatku mieć do dyspozycji przepiękne zabytki, rajskie plaże i jedzenie, które śni się po nocach, to pamiętajcie, że Tajlandia zawsze na was czeka.
I ja wiem, że ona się zmienia, że jest coraz bardziej turystyczna, że barów coraz więcej i McDonald’sa można znaleźć bez trudu. Ale jak się chce, to lokalne targi wciąż działają, małe hoteliki wciąż istnieją, a jedzenie nadal smakuje tak samo. A ludzie wciąż uśmiechają się tak samo.