Emirates i Dubaj mają potężny problem. Ataki dronów, paliwo i puste samoloty, ale oficjalnie wszystko jest cacy
Emirates wznawia loty, ale Dubaj wcale nie jest bezpieczny
Ostatnie dni kryzysu na Bliskim Wschodzie i jego wpływu na branżę lotniczą to prawdziwa huśtawka nastrojów. Z jednej strony mamy więc pozytywne informacje, jak plany wznowienia przez linię Emirates pełnej siatki połączeń już za kilkanaście dni, z drugiej zaś irańskie ataki dronowe na Dubaj nie ustają. Do ostatniego doszło w nocy z niedzieli na poniedziałek, gdy irański bezzałogowiec uderzył w zbiornik paliwa znajdujący się w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska w Dubaju. Doprowadziło to do ogromnego pożaru, który po kilku godzinach został ugaszony.
W efekcie na kilka godzin wstrzymany został ruch lotniczy na lotnisku w Dubaju, a niektóre samoloty linii Emirates czy flydubai zostały przekierowane na inne lotniska. Kolejne ataki miały miejsce we wtorek rano – ponownie zakończyły się one częściowym zamknięciem przestrzeni powietrznej nad Dubajem i Abu Zabi.
To już kolejny atak dronowy Iranu na Dubaj od momentu wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie. I kolejny, który może mieć poważne konsekwencje nie tylko dla linii Emirates, ale też całej branży lotniczej. Dość powiedzieć, że był to już trzeci atak na lotnisko w Dubaju lub w jego bezpośrednim sąsiedztwie. A takich prób jest zdecydowanie więcej – według agencji AFP od momentu eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie kraj ten został zaatakowany 260 pociskami balistycznymi i ponad 1500 dronami. Większość z nich została przechwycona przez obronę przeciwlotniczą.
Emirates lata pustymi samolotami
Konflikt na Bliskim Wschodzie sprawił, że niemal wszystkie europejskie linie zawiesiły rozkładowe połączenia do krajów Zatoki Perskiej. Niektóre – tak jak British Airways – nawet na kilka miesięcy, wskazując na niestabilną i niepewną sytuację z wciąż otwieraną i zamykaną przestrzenią powietrzną oraz kwestie bezpieczeństwa. W innej sytuacji są sami przewoźnicy z Zatoki, którzy robią, co mogą, by wznowić loty w jak największym zakresie. W warunkach, które – jak widzimy – wcale nie są bezpieczne. Jak wyglądają kulisy? W najnowszym tekście Bloomberga czytamy m.in. o pustych samolotach, jakimi lata dubajski przewoźnik. Najmocniej miały ucierpieć połączenia do Dubaju z USA i Europy. Na takich trasach jak połączenia z Pragi czy Budapesztu liczba zajętych foteli wynosi 5-10 procent. Z wewnętrznych danych linii Emirates wynika, że na trasach z Nowego Jorku bywa, że zajęte jest maksymalnie 1/5 foteli, a rekordowo słabo obłożonym lotem w ostatnich dniach podróżowało zaledwie 35 pasażerów. Podczas lotu z Paryża do Dubaju kilka dni temu linia z Zatoki przewiozła zaś zaledwie 25 pasażerów w Airbusie A380, czyli prawie tyle samo podróżnych, co członków załogi na lotach w tego typu samolocie.
Bloomberg wskazuje, że nieco lepiej wygląda sytuacja na lotach z Londynu, gdzie poziom wypełnienia samolotów wynosi ok. 20 procent, a liczba rezerwacji na loty z większym wyprzedzeniem wynosi obecnie ok. 1/3 oferowania przewoźnika z Dubaju. Z drugiej strony musimy pamiętać o tym, że to i tak śmiesznie mało zważywszy na to, że zbliża się sezon zwiększonego popytu związanego z nadchodzącą Wielkanocą.
Oczywiście, ruch w drugą stronę jest bardzo duży, bo podróżni i wielu ekspatów opuszcza Dubaj, obawiając się o własne bezpieczeństwo.
Problem z paliwem
W sieci pojawiają się też informacje o problemach z niedoborem paliwa na lotnisku w Dubaju. To następstwo zarówno wspomnianego wcześniej ataku na zbiorniki z paliwem w pobliżu DXB, jak i niedawnego ataku na emiracki port Fudżajra, czyli jeden z najważniejszych portów przeładunkowych ropy na świecie. Efekt? Serwis Flightradar24 poinformował w poniedziałek, że szereg samolotów linii Emirates z Dubaju lecących w różnych kierunkach robi tuż po starcie obowiązkowe postoje na sąsiednich lotniskach, m.in. w Abu Zabi, Dżuddzie czy sąsiednim Dubai World Central. Prawdopodobnie w celu dotankowania, choć jak dodaje branżowy serwis, lotnisko w Dubaju nie wydało oficjalnego komunikatu dotyczącego niedoboru paliwa w porcie.
Słoneczny Brzeg od 2396 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Chopin)
Samos od 2701 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Chopin)
Costa Dorada od 2029 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Kraków)
Dubaj ma szerszy problem wizerunkowy
Choć trudno w tej chwili wyrokować, kiedy konflikt na Bliskim Wschodzie się zakończy, to z pewnością będzie on miał daleko posunięte reperkusje dla Dubaju i jego flagowego przewoźnika. W kilka tygodni runął bowiem mit Dubaju jako bezpiecznej oazy dla wszelkiej maści ekspatów, a także turystycznego raju, który mocno zyskiwał na popularności. Dziś nie ma już po tym śladu, a desperackie próby odbudowy popytu widać choćby po promocyjnych cenach noclegów w hotelach. Zwłaszcza tych luksusowych jak Burj Al Arab, które oferują pobyty za ułamek kwot, które trzeba było zapłacić do tej pory. Czy popyt na Dubaj uda się szybko odbudować? Z pewnością nie będzie to łatwe.
Linie z Europy zwietrzyły swoją szansę
Bliskowschodni kryzys starają się też wykorzystać linie z Europy, które w ostatnich latach mocno traciły na znaczeniu w segmencie podróży długodystansowych, przede wszystkim na rzecz linii z Zatoki Perskiej oraz z Chin. Głównym powodem była prowadzona od kilku lat wojna w Ukrainie, która sprawiła, że europejskie linie straciły możliwość latania nad Rosją oraz Ukrainą, w efekcie zaś mocno wydłużył się czas podróży, wzrosły ceny biletów, spadła zaś konkurencyjność wobec rywali z innych regionów świata. Obecny kryzys sprawia zaś, że europejscy przewoźnicy zwietrzyli swoją szansę, przede wszystkim na odbudowę ruchu do Azji. Od kilkunastu dni widzimy więc, że kolejni przewoźnicy ogłaszają zwiększenie oferty lotów na dalekich trasach.
Lufthansa zapowiedziała już zwiększenie oferty połączeń long-haulowych w 2026 roku o 6 procent, głównie do Azji oraz Afryki. Niemiecki przewoźnik postanowił też błyskawicznie zwiększyć oferowanie na niektórych trasach, dodając dodatkowe loty np. z Monachium do Singapuru czy z Frankfurtu do Kapsztadu. W ten sam sposób działa też linia Austrian Airlines, która dodaje loty na trasie z Wiednia do Bangkoku.
Podobnie działają inni przewoźnicy. Linia Air France zapowiedziała zwiększenie częstotliwości na trasach z Paryża do Bangkoku, Singapuru i Delhi, a British Airways więcej lotów na trasach do Singapuru i Bangkoku. Brytyjski przewoźnik zapowiedział też uruchomienie nowych tras z Londynu do Kolombo na Sri Lankę od października 2026 roku, a także do Melbourne w Australii. Ta druga trasa będzie realizowana z międzylądowaniem w Kuala Lumpur, wystartuje 11 stycznia 2027 roku i będzie oznaczała powrót British Airways na tę trasę po ponad 20 latach przerwy.
Większy popyt na bezpośrednie połączenia do Azji sygnalizuje też LOT, który kilkanaście dni temu zapowiedział zwiększenie częstotliwości lotów na trasie z Warszawy do Tokio.
👉 Samoloty Emirates latają niemal puste: na trasach z Pragi i Budapesztu zajętych jest 5–10% miejsc, z Nowego Jorku bywa maks. 20%; rekordowo leciało 35 pasażerów, a na locie Paryż–Dubaj tylko 25 pasażerów w Airbusie A380.
👉 Po atakach na infrastrukturę paliwową (zbiorniki przy DXB i port Fudżajra) pojawiają się sygnały o niedoborach paliwa; Flightradar24 wskazuje obowiązkowe międzylądowania po starcie m.in. w Abu Zabi, Dżuddzie i Dubai World Central, prawdopodobnie na dotankowanie.
👉 Dubaj traci wizerunek bezpiecznej destynacji, a hotele obniżają ceny (także luksusowe jak Burj Al Arab); europejskie linie wykorzystują sytuację, zwiększając ofertę long-haul (m.in. Lufthansa +6% w 2026, Air France i British Airways więcej lotów do Azji, BA nowe trasy od X 2026 i 11 I 2027, LOT więcej rejsów Warszawa–Tokio).