Traveloza – nowa „choroba” turystów. Sam zaczynam mieć pierwsze objawy. Ty też?
Do Krakowa wpadła na 3 godziny, stamtąd pojechała pociągiem do Bratysławy i po godzinie ruszyła dalej do Grazu. Tam tylko zanocowała, bo spieszyła się do Belgradu, Sarajewa, Podgoricy, Prisztiny, Tirany i Aten. A to wszystko w niecały tydzień – czy zapominamy, po co tak naprawdę podróżujemy?
Ten ekstremalny plan to nie są kolejne odcinki rajdu samochodowego dookoła Europy, tylko… plan podróży Taylor Demonbreun, 23-letniej Ameryanki z Nashville. W każdym z wymienionych na liście miejsc spędzała maksymalnie kilka godzin. Po wylądowaniu w Krakowie zamówiła Ubera i pojechała na Dworzec Główny. Tam kupiła bilet na nocny ekspres do stolicy Słowacji. Pozostały czas do odjazdu poświęciła na szybką wycieczkę po krakowskim Rynku, gdzie zrobiła sobie zdjęcie na tle Sukiennic. I już musiała biec na dworzec, by zdążyć na pociąg – czytamy w tygodniku „Polityka”.
„Wszędzie wpada jak po ogień, bo Taylor jest turystyką ekspresową, nastawioną na wyczyn. Na pierwszy rzut oka wygląda na klasyczną backpackerkę (…) W rzeczywistości bliżej jej do poshpackerki, czyli wersji na bogato, bo Taylor korzysta z niezłych hoteli i restauracji. Spieszy się, bo chce zostać najmłodszą osobą, która zwiedziła wszystkie państwa świata i to na dodatek w najkrótszym czasie. Da jej to, jak zapewnia, lepsze zrozumienie świata plus dwa rekordy Gunnessa. Może też wprowadzić do prestiżowego klubu travelbrytów, co może być początkiem obiecującej kariery (…)” – to znów „Polityka”.
Czytam te słowa i jest mi trochę mi smutno, ale też nie jest to nic, co mnie szczególnie dziwi, bo taki trend wśród wielu turystów / podróżników (czy jakkolwiek byście chcieli być nazywani, choć nie ma to żadnego znaczenia) jest wyraźnie widoczny od kilku lat.
Z tą różnicą, że zakres choroby „travelbryckiej” się rozszerza. Pierwotnie termin ten oznaczał celebrytę, czyli osobę znaną dlatego, że podróżuje. W Polsce byłaby to więc np. Martyna Wojciechowska czy Wojciech Cejrowski, czyli ludzie, którzy w przekonaniu innych wiodą klawe życie – nie robią nic innego, tylko wożą tyłek po świecie i zgarniają za to grube pieniądze. Stąd u wielu innych ludzi, np. blogerów, pojawiła się pokusa, by też zakosztować takiego żywota.
To jeden z powodów, dla których podróże zyskały funkcję aspiracyjną. Choć to też nie jest nowa historia. Bo jeśli w travelbryctwie chodzi o zdobycie sławy, które pomoże w zrobieniu kariery, to dla wielu ludzi podróże są sposobem na dowartościowanie się i pochwalenie się przed rodziną czy znajomymi. I nie ma w tym nic złego – jestem ostatnią osobę krytykującą jakąkolwiek formę podróżowania – ale trzeba znać proporcje. Wróćmy znowu do tekstu z „Polityki”, który powołuje się na badania samych turystów. Wynika z nich, że aż dla 20 proc. możliwość zrobienia sobie zdjęć w atrakcyjnych miejscach to zdecydowanie najważniejsza rzecz w podróży. I oczywiście nie chodzi tu o zdjęcia, które potem pokazujesz rodzinie czy znajomym, tylko takie, którymi chwalisz się w trybie rzeczywistym, od razu wrzucając je do sieci.
Czy tracimy całą frajdę z podróżowania?
Takich ludzi jest sporo – wśród nich mój bliski znajomy Marek. Nie ma podróżniczego bakcyla, więc nie spędza w podróży połowy weekendów – ot, zwyczajnie, bierze 2 dłuższe urlopy w roku, ale za to wtedy udaje się w fajne i egzotyczne miejsca. Australia, Peru, Indonezja – był wszędzie, a ja doskonale o tym wiem.
Powód? Marek ma konto na Facebooku, jednak kompletnie nie jest aktywny w mediach społecznościowych. Z jedną różnicą – kiedy jest na zagranicznym wyjeździe (ale takim naprawdę fajnym, nie w żadnej Pradze czy innym Budapeszcie), to pstryka jak szalony, ostatnio nawet założył sobie konto na Instagramie.
Kiedy pytam go o tą dziwną zbieżność, sam jest trochę… zdziwiony.
– Czemu wrzucam tylko zdjęcia z egzotycznych wakacji? No, wrzucam, bo chcę się pochwalić, że jestem w fajnym miejscu. Czy inni mogą to odbierać jako chełpienie się czy popisywanie tym, że mam kasę? Wiesz, nigdy nie myślałem o tym w ten sposób… może niektórzy faktycznie tak. Ale to raczej są osoby, które dobrze mnie nie znają – mówi.
Ale mi nawet nie chodzi o te zdjęcia (niech każdy wrzuca, co chce), tylko o wynikającą z nich inną konstatację – często szaleńcze tempo takich wypraw i klasyczne „odhaczanie” atrakcji. Po to, żeby je zobaczyć, cyknąć fotę i ruszać dalej.
Marek przyznaje, że czasem się w tym trochę zapędza.
– No wiesz, urlop nie jest z gumy, a fajnych miejsc do zobaczenia całe mnóstwo. Zawsze przed startem wyprawy robimy sobie plan, który potem realizujemy. I czasem zdarza się, że okazuje się on zdecydowanie zbyt ambitny. Co wtedy robimy? Zaciskamy zęby i lecimy dalej. Zdjęcia same się nie zrobią – śmieje się.
Sam miewam z tym problem...
Ale problem istnieje. Widzę to nawet po sobie i swoich dłuższych czy krótszych wyprawach. Dostęp do tanich podróży jeszcze nigdy nie był tak powszechny jak teraz – w efekcie banalnie prosto w ciągu kilku godzin możemy się znaleźć na drugim końcu Europy czy nawet dalej. Nie podróżujemy też tak jak nasi rodzice – 2 tygodnie w wakacje, 2 tygodnie w zimę, tylko kombinujemy. Robimy sobie przedłużone weekendy, miksujemy je ze świętami i dniami wolnymi od pracy, byle tylko ugrać dodatkowy wolny dzień. Bo tak jak mówi Marek, urlop nie jest z gumy – dla spragnionych poznawania nowych kultur to jest jednak „tylko” 26 dni, a świat jest taki piękny, pełen tylu fantastycznych miejsc, ma tyle do zaoferowania. Byłeś w Kachetii w Gruzji? No to teraz koniecznie trzeba zobaczyć Vardzię, klasztor Dawid Garedża i tak dalej, aż do Batumi. Co z tego, że masz na to wszystko 4 dni? W efekcie pędzisz cały dzień do kolejnej atrakcji, stajesz przed nią, robisz zdjęcie i po 5 minutach lecisz dalej.
Zastanawiam się, skąd wziął się taki pęd do tego, by „zaliczać” kolejne turystyczne hity. Tym bardziej, że też mam symptomy tej „choroby”, którą w odróżnieniu od „travelbryctwa” nazwałbym „travelozą”. Widzę ją najczęściej w przypadku trwających zwykle nieco ponad tydzień eskapad do pełnych atrakcji krajów, podczas których np. wynajmujemy auto. Kazachstan, Armenia – wszędzie było tak samo. Planując te wyprawy, zwyczajnie przesadziliśmy z liczbą atrakcji, które musimy zobaczyć. Jedną z atrakcji, które „zaliczyliśmy” sprintem godnym Usaina Bolta, był Górny Karabach. Oczywiście, obejrzeliśmy wszystkie miejsca, które są tam warte uwagi, ale zajęło nam to… niecały dzień. Tempo możecie sobie wyobrazić. Człowiek jest po czymś takim zmęczony, rozdrażniony, a wyprawa z podróży marzeń zaczyna przypominać smutny obowiązek.
Ale jest też pozytyw tych sytuacji, bo po kilku takich wpadkach zacząłem trochę rozważniej planować nasze rodzinne wyjazdy. Żeby tak nie lecieć, nie pędzić za wszelką cenę, poznać trochę kultury, jedzenia, porozmawiać z ludźmi. Nie ukrywam też, że przy takim bardziej rozsądnym planowaniu bardzo pomagają… dzieci. Gdy wyjazd siłą rzeczy kręci się wokół maluchów, łatwiej odzyskać zdrowy rozsądek i pamiętać, o tym, co jest w takim wyjeździe ważne. Wybaczcie, ale polecę teraz Paolo Coelho – ważne jest, żeby pobyć razem i po prostu dobrze się bawić. Czasem zatrzymać się na chwilę. Niezależnie od tego czy zobaczymy ten zamek, wejdziemy do tego muzeum lub obejrzymy ten skwerek.
Który szef da ci 3 tygodnie urlopu?
To wszystko prowadzi do jeszcze jednej smutnej konstatacji: czy umiemy podróżować, a w domyśle – odpoczywać i w pełni relaksować się na urlopie, bo przecież dla lwiej części z nas podróże odbywają się w dni wolne od pracy. Być może rację mają stare teorie mówiąc o tym, że odpowiednia długość wolnego, by w pełni się zrelaksować to minimum 3 tygodnie. Bo wtedy po pierwszym tygodniu jesteśmy w stanie zapomnieć o pracy, w trzecim – już zaczynamy do niej wracać myślami, a w drugim – głowa jest w końcu wolna. Ale kurde – który szef da ci taki długi urlop? Zresztą, co my byśmy tam robili tyle czasu? I tak koło się zamyka.
Też miewacie czasem takie rozterki związane z podróżowaniem?