Czy Airbnb dalej jest tańsze niż hotele? „Apartamenty” tracą swoją największą przewagę
Gdy ponad 10 lat temu założone w 2007 roku Airbnb zaczęło gwałtowanie zdobywać popularność, był to prawdziwy przełom dla każdego podróżnika, porównywalny z rewolucją, jaką wprowadziły tanie bilety lotnicze oferowane przez Ryanaira. Powodem były oczywiście ceny: serwis pośredniczący w krótkoterminowym wynajmie prywatnych mieszkań oferował świetną alternatywę wobec monopolu hoteli. Przede wszystkim cenową, ale nie tylko, bo prywatne obiekty oferują też zazwyczaj lepsze metraże i większy komfort, z czego sam wielokrotnie korzystałem, podróżując po świecie czteroosobową rodziną.
W kolejnych latach Airbnb okazał się tak ważnym zjawiskiem, że przestał dotyczyć tylko turystyki, a stał się fenomenem społecznym. Zachęceni wizją łatwych zysków właściciele mieszkań masowo dodawali oferty, rezygnując z najmu długookresowego. To zaś sprawiło, że w wielu większych miastach jak Berlin czy Amsterdam zaczynało brakować normalnych mieszkań na wynajem, a miejscowe władze wprowadzały przepisy ograniczające działalność serwisu i jemu podobnym odpowiednikom. Jeszcze poważniejszy proces zaczął się w mniejszych, ale niezwykle popularnych turystycznie miastach jak np. Florencja, gdzie z pięknych kamienic w centrach miast zaczęli znikać lokatorzy, a w ich miejsce pojawiały się kolejne „aparthotele”. Z czasem Airbnb postanowił zresztą jeszcze mocniej poszerzyć portfolio swojej działalności: zaczął oferować dodatkowe usługi (na przykład możliwość wykupienia wycieczki z lokalnym przewodnikiem, kurs kulinarny czy tym podobne atrakcje), a także pojawiać się na większym odludziu, oferując nieruchomości zdala od zgiełku (jak tłumaczyła firma, trafnie odczytując trendy, tego właśnie w czasie pandemii podróżnicy potrzebowali najbardziej). Jednak wraz ze zwiększoną popularnością serwisu gdzieś zaczął zanikać unikalny charakter serwisu, a także inne zalety Airbnb (w tym wspomniana na początku cena).
Rodos od 2354 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Kraków)
Costa Blanca od 2334 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Rzeszów)
Kreta Wschodnia od 2350 PLN na 7 dni (lotnisko wylotu: Warszawa – Chopin)
I nie jest to tylko moja subiektywna ocena – takie same wnioski wysnuwa dziennik „Telegraph”, który w tekście na temat obecnej kondycji Airbnb pisze, że znany serwis idzie w ślady Ubera – „oferty nie są już tak atrakcyjne jak kiedyś, a w wielu przypadkach ceny są nawet wyższe niż w hotelach”.
Oczywiście, nie jest to przypadek, bo sami właściciele nieruchomości także stali się większymi „profesjonalistymi”. Między innymi z pomocą Airbnb, który udostępnia im takie narzędzia jak „Smart Pricing”, gdzie na podstawie specjanych algorytmów mogą ustalać cenę za nocleg w zależności od spodziewanego popytu.
– Gdy zaczęłam podróżować, korzystałam głównie z Airbnb, ponieważ była to znacznie bardziej ekonomiczna opcja noclegowa niż hotele. Do tego mogłam lepiej poznać lokalną społeczność i kulturę. Ale od tego czasu ceny poszły w górę, a jakość niektórych ofert obniżyła się – mówi cytowana przez „Telegraph” 31-letni Ebun Ali z Londynu, która w ciągu ostatnich 5 lat odwiedziła ponad 20 krajów.
No właśnie – jak to jest z tymi cenami?
Airbnb wciąż tańsze? To zależy
Jednym z najlepszych źródeł wiedzy o Airbnb jest serwis analityczny AirDNA, badający średnie ofertowe ceny wynajmu prywatnych mieszkań. Kika dni temu serwis przedstawił swoją analizę dotyczącą porównania cen ofert z Airbnb oraz hoteli w kanadyjskim Toronto. Z danych wynika, że średnia cena małego mieszkania z jedną sypialnią na Airbnb wynosiła w lipcu ok. 214 kanadyjskich dolarów, a hotelu – 247 kanadyjskich dolarów. Różnica wyniosła więc 33 dolary, choć AirDNA od razu dodaje, że w porównaniu cen nie wzięto pod uwagę dodatkowych opłat serwisowych m.in. za sprzątanie, które zazwyczaj podnoszą cenę oferty o 10-15 procent. Dodatkowo AirDNA zwraca uwagę na ważny trend – różnica staje się coraz mniejsza, bo w ostatnich 3 latach ceny wynajmu na Airbnb wzrosły średnio o 44 procent, a hoteli – „tylko” o 24 procent.
Dalej korzystacie z Airbnb?
No właśnie. Choć patrząc na wyniki finansowe serwisu widać, że radzi on sobie świetnie, jednocześnie coraz częściej słyszymy narzekania na Airbnb. Sam widzę to zresztą po sobie. Nie pamiętam dokładnie, kiedy przestałem korzystać z Airbnb, ale z pewnością było to jakiś czas temu. Tym, co szczególnie mocno odstręczało mnie od tego serwisu, były wspomniane wcześniej dodatkowe opłaty, które pojawiały się dopiero w momencie kliknięcia w daną ofertę, znacząco podwyższając końcową cenę rezerwacji. Dziś z Airbnb korzystam raczej rzadko. I nie jestem w tym osamotniony, bo podobnie mają moi koleżanki i koledzy z redakcji.
– Ostatni raz chyba korzystałem z Airbnb przed pandemią. Teraz jak szukałem dla siebie noclegów podczas ostatnich wyjazdów (Hawaje i Madera), to wolałem postawić na Booking. Ceny na Airbnb były podobne, ale w ogólnym rozrachunku bardziej opłacało się wziąć hotel: lepsza lokalizacja i śniadania w cenie – mówi Kamil Walinowicz.
Z podobnego punktu widzenia wychodzi Aneta Zając, choć ona bardziej stawia na aspekt…inspiracyjny.
– Nadal przed każdym wyjazdem sprawdzam Airbnb jako jedno ze źródeł noclegów, ale od ponad roku nie zdecydowałam się na żadną rezerwację. Głównie dlatego, że często te same obiekty okazują się być tańsze w innych miejscach. Nagminnie też zdarza się, że teoretycznie pusty termin w kalendarzu, po kontakcie z gospodarzem okazuje się być „jednak” zajęty. To sprawia, że to poszukiwania są żmudne i czasochłonne – mówi.
– Nadal jednak uważam Airbnb za fajną bazę, ale głównie wtedy gdy chcę dokądś jechać, ale nie wiem konkretnie dokąd. Te wszystkie kategorie typu „małe domki”, „na brzegu jeziora” itd idealnie nadają się do takich wyjazdów bez wybranego celu. Co nie zmienia faktu, że potem i tak sprawdzam, czy gdzie indziej nie są one przypadkiem tańsze – dodaje moja redakcyjna koleżanka.
***
A jak jest u Was?