REKLAMA

Czarnobyl 32 lata po katastrofie. Niebywała atrakcja turystyczna czy pomnik tragedii i głupoty?

Czarnobyl
Foto: Kateryna Upit / Shutterstock

Jechać? Nie jechać? Wątpliwości w kwestii nietypowego miejsca, położonego tak blisko Polski? Przeczytaj naszą opinię.

Czarnobyl. Dla jednych: synonim największej katastrofy w historii energetyki jądrowej i jednej z największych katastrof przemysłowych XX wieku. Dla innych to ekscytujące miejsce, działająca na wyobraźnię atrakcja, doskonale funkcjonująca w kulturze masowej.

Jak traktować to miejsce? Jako idealną jednodniową wycieczkę z ukraińskiego Kijowa, niesamowicie popularną i rekomendowaną przez TripAdvisor? Czy jako „wizytę na cmentarzu?”

Byłem w Czarnobylu w 2010 roku. Byłem w Czarnobylu również w 2018 roku – dosłownie kilka dni temu. Jestem z pokolenia, które osobiście pamięta awarię w elektrowni atomowej. Do dziś pamiętam smak płynu Lugola, który musiałem wypić w przedszkolu. I lubię nietypowe miejsca.

W przeddzień 32 rocznicy katastrofy w Czarnobylu, zabieram Was na wycieczkę.

To moja subiektywna opinia. Zapnijcie pasy.

Przygotowania

Lipiec 2010 r., Kijów.

– Takiś bohater? Grisza pracuje w zonie czarnobylskiej, jadę do niego, zabierasz się ze mną?
– A zezwolenie?
– Bumaga? Maładiec, my tam sobie z Griszką pochodzimy, on bumagi nie potrzebuje, innostrańca na rybki weźmiemy.
– A promieniowanie?
– (śmiech) Nie pie*^$, przecież nie będziesz żuł betonu z reaktora.

Kwiecień 2018 r., Kijów.

– To już wszyscy z Fly4free?
– Tak, 24 osoby w autobusie. Cała nasza grupa.
– Okej, jedziemy na wycieczkę. Przygotujcie paszporty, 70 dolarów i coś do picia. Na miejscu może być gorąco. Będziemy mieć ze sobą dozymetr, każdy może sprawdzić, jakie jest promieniowanie. Nie będzie większe niż w Kijowie. Przed wjazdem do Zony będzie sklep z pamiątkami, można sobie kupić magnes albo kartkę.

 

Czarnobyl
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

* * *

Kwiecień 1986. Kalendarz pokazuje 26 dzień miesiąca, jest godzina 1:26. W reaktorze jądrowym bloku energetycznego nr 4 elektrowni jądrowej w Czarnobylu następuje wypadek. Wikipedia lakonicznie informuje: „W wyniku przegrzania reaktora doszło do wybuchu wodoru, pożaru oraz rozprzestrzenienia się substancji promieniotwórczych”.

Awaria miała katastrofalne skutki. Skażeniu promieniotwórczemu uległ ogromny obszar (blisko 146 tys. km² terenu) u naszych sąsiadów. Pogranicze Ukrainy, Białorusi i Rosji zmieniło się częściowo w odludną pustynię. Ewakuowano i przesiedlono ponad 350 tys. osób. Radioaktywna chmura z uszkodzonego reaktora rozprzestrzeniła się po całej Europie.

Świat dowiedział się – oficjalnie – o awarii dopiero dwa dni później.

Co mówią miejscowi? „Ten dzień zmienił nasze życie”.

Łyk wspomnień

– Pij, Paweł.
– Proszę Pani, ale to jest gorzkie i niedobre!
– Pij, to dla Twojego zdrowia.

Miałem niecałe 7 lat. Spędzono nas do ośrodka zdrowia, poinformowano, że musimy wypić takie specjalne lekarstwo. Było straszne w smaku. Nie przełknąłem całości, zwymiotowałem na buty. Próbowano wmusić we mnie kolejną dawkę.

To „wstrętne lekarstwo” miało zapobiec wchłanianiu radioaktywnego izotopu jodu. Smak płynu Lugola pamiętam do dziś. Co ciekawe, władze naszej ojczyzny „wyszły nieco przed szereg” – oficjalnie strona radziecka zaprzeczała i (delikatnie mówiąc) nie przekazywała wszystkich informacji dotyczących awarii w Czarnobylu. Ale władze PRL podjęły działania w interesie własnych obywateli… przyjmując, że być może będziemy mieć do czynienia z najbardziej pesymistycznym wariantem.

Czarnobyl
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Dojazd

Lipiec 2010 r., wioska Kupowate, niedaleko Czarnobyla.

– Grisza, to jest Paweł z Polszy. Oprowadzisz go po zonie?

Dwie godziny (i grubo ponad litr samogonu) później, jesteśmy kumplami. Bracia Słowianie, wiadomo!

Grisza jest samosiołem. Wbrew prawnemu zakazowi, który absolutnie nie pozwalał osiedlać się na terenach uznanych za skażone, wrócił do okolic Czarnobyla w 2002 roku. Aktualnie pracuje na terenie jednego z bloków elektrowni w Czarnobylu. Doskonale pamięta moment katastrofy.

– Pojechaliśmy na most i oglądaliśmy, jak płonie blok nr 4. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że przyjmujemy właśnie kur*%#* dużą dawkę promieniowania. Każdy się zastanawiał, czy to wszystko w końcu pier&*nie w powietrze – Grisza to prosty człowiek, nie owija w bawełnę.

Dał mi ciuchy na przebranie („Twoich szkoda, potem musiałbyś je zakopać”), wcisnął w rękę żółty dozymetr i kazał nie dotykać niczego bez pozwolenia. Przez punkt kontroli mieliśmy przejść nielegalnie. To znaczy ja, on tam miał prawo się poruszać, moja osoba miała być przedmiotem handlu barterowego – kolejna flaszka samogonu, dokładnie tego samego, który miałem okazję kosztować wcześniej, załatwiła sprawę.

Byłem podekscytowany z wrażenia. I nieprzytomny ze strachu.

* * *

Kwiecień 2018 r., parking przed pierwszym checkpointem, 30 km od Sarkofagu.

Dojeżdżamy autobusem, który wynajęliśmy w jednej z agencji w Kijowie. Cała ekipa to czytelnicy Fly4free – jesteśmy na Zlocie, podzieliliśmy się na dwie grupy, chcemy zobaczyć Czarnobyl.

Na parkingu kosmiczne zamieszanie. Kilkanaście samochodów, ponad 10 autokarów, w każdym turyści. Słychać angielski, niemiecki, wszyscy robią milion zdjęć. Przed punktem kontrolnym jedna z firm, która organizuje wycieczki, postawiła barak z pamiątkami – na chętnych czekają magnesy, koszulki („Byłem w Czarnobylu”), widokówki. Ceny umiarkowane, pełen folklor, ruch w interesie się kręci.

Jeszcze szybka kontrola paszportów (numery musieliśmy podać organizatorom wcześniej, czeski błąd w jednym z numerów – pozdrawiam czytelnika Danteri – spowodował 15 minut opóźnienia i oczekiwania na potwierdzenie, faksy i inne cuda techniki), wsiadamy do autobusu, przejeżdżamy przez checkpoint. Witajcie w Zonie.

Czarnobyl
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Jedzenie

Lipiec 2010 r. Ladyżycze, teren Zony.

– Chodź Paweł, pokuszać.
– Co to?
– Zupa grzybowa, jedz.
– Kur*&a, a skąd te grzyby?! Z radioaktywnego lasu?
– (śmiech) Durak! Sklep przyjeżdża, kupujemy co nam potrzeba. Grzybów nikt tutaj nie zbiera.

… i słyszę charakterystyczne pochrząkiwanie żony Griszy. Dam radę to zjeść?

– Griszka, a może chleba mi tylko dasz?

* * *

Kwiecień 2018 r. Stołówka w Czarnobylu.

Siadamy całą grupą w ogromnej stołówce. Wcześniej wysiedliśmy z autokaru, musieliśmy przejść przez specjalną bramkę, która sprawdza poziom bezpieczeństwa radiologicznego, potem umyć ręce.

Na pierwszym piętrze masa osób: dwie kolejki. W jednej grzecznie stoją wszystkie wycieczki, po swój przydział kotleta mielonego, zupy i kompotu – z drugiej spokojnie posilają się pracownicy elektrowni. Dwa różne światy.

Patrzymy na siebie wzajemnie, mierząc się wzrokiem. Dla nas? Atrakcja turystyczna typu: masakra, jestem w Czarnobylu! Dla nich? Dzień w pracy, sztampa jak zawsze. Stoją potem przed stołówką, gapią się na turystów i palą papierosy.

Czarnobyl
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwm prywatne

Zwierzęta

Lipiec 2010 r. Czarnobyl.

Jestem w szoku. Widzę ryby o długości (tak na oko) 140 cm, które pływają w niewielkim kanale. To o tych rybach wspominali moi znajomi przed wyjazdem? Grisza tłumaczy, że „skubane, upasione, no nie?”. Zastanawiam się, jak może smakować taka ryba – w myślach szykując odmowę, gdyby mój przewodnik zaproponował na obiad smażonego suma.

Ponieważ strefa jest zamknięta, a podczas ewakuacji pozostawiono ogromne ilości żywności – niedługo po katastrofie zaobserwowano znaczący wzrost liczby gryzoni. Potem zaczęły się dziać jeszcze dziwniejsze rzeczy: do zamkniętych stref zaczęły przybywać drapieżniki i inne zwierzęta. Nagle okazało się, że to idealne miejsce dla różnych gatunków – ponieważ człowiek zupełnie nie ingerował w środowisko na terenie czarnobylskiej Zony, wszystko było regulowane przez naturę.

Liczba zwierząt zwiększyła się kilkunastokrotnie… a do rzadkości nie należy spotkanie przedstawicieli świata zwierzęcego, które wyginęły na tych terenach wcześniej. Lub, co jest totalną abstrakcją, nie występowały tutaj wcześniej w ogóle.

* * *

Kwiecień 2018 r. Czarnobyl, 4 km od budynku reaktora.

Wysiadamy z autokaru, aby zrobić zdjęcia. Nagle poruszenie. Podchodzi do nas… lis. Wygląda jak z filmu grozy, wyobraźnia pracuje. Na pewno jest napromieniowany. Wszyscy rzucają się do robienia fotek, a on sobie po prostu leniwie stoi, przyzwyczajony do widoku ludzi. Normalnie gwiazda filmowa. Czarnobylski Tom Hanks, prężący się na tle elektrowni.

Nasza przewodniczka mówi, że to Siemion. Nie wiemy, czy naprawdę aż tak dobrze zna wszystkie „zmutowane” lisy w okolicy. Roboczo nazywamy go RADosław, aby było w temacie i klimacie.

Grube żarty krążą w powietrzu. RADosne pozdrowienia, pomysły na SMSy do znajomych i tekst „przesyłamy PROMIENNE uśmiechy z Czarnobyla”, atmosfera pikniku.

Czarnobyl
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Tragedia

Kilka lat temu rozmawiałem z moją znajomą. Rocznik 1965, ma dwójkę dzieci, z jednym z nich się dość dobrze kumpluję. Podczas luźnej rozmowy o Czarnobylu, powiedziała zdanie, którego nie zapomnę.

– Ta awaria zabrała mi dziecko.

Postanowiłem wrócić do tej rozmowy. Zadzwoniłem do Miłki. Okazało się, że moje pierwotne przekonanie (myślałem, że może mieszkała wtedy gdzieś w okolicy) było błędne. Miłka w życiu nie ruszyła się poza Zamość. Ale w kwietniu 1986 roku była w 3 miesiącu ciąży. Po tym, jak już było wiadomo, że nastąpiła awaria w elektrowni atomowej, lekarz zalecił jej usunięcie ciąży. Powód? Bo dziecko może urodzić się zdeformowane.

To była bzdura.

…ale uwierzyło w nią dziesiątki tysięcy kobiet, które wtedy były w ciąży. Miłka również. Trudno było nie wierzyć. Nagłówki gazet krzyczały: „Hiroszima! Nagasaki! Czarnobyl!”. Na aborcję zdecydowało się tysiące Ukrainek i Białorusinek. Brak dokładnych danych, ile kobiet w Polsce postąpiło podobnie.

Instytut Ochrony przed Promieniowaniem z Monachium:

– W latach 1986-1987 w obu republikach ZSRR usunięto liczbę ciąż równą jednej trzeciej liczby wszystkich urodzonych w tym czasie dzieci w Europie Wschodniej. Na niektórych terenach aż o 25 proc. wzrosła liczba naturalnych poronień.

Tyle naukowcy. Dlaczego tak się stało? Kobiety bały się rodzić mutanty.

Czzarnobyl
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Zwiedzanie

Lipiec 2010 r. Prypeć.

Żółta maszynka piszczy jak oszalała. Boję się spoglądać na dozymetr, który pokazuje intensywność promieniowania wyrażoną w mikrosiwertach na godzinę. Czyli to pomiar tak naprawdę nie tyle dawki, co natężenia tej dawki.

Grisza pokazuje, jak zmienia się skala. Przykładając go w pobliże niektórych ścian, wartości skaczą jak oszalałe. Robi to na mnie duże wrażenie. A gospodarz? Śmieje się, szczerząc zęby.

Chodzimy po mieście, które przypomina scenerię filmu grozy: porzucone budynki, potworny bałagan. Widzę plakat z Lenininem, wózki sklepowe, resztki ubrań. W oknach wciąż są szyby, niektóre z miejsc wyglądają, jakby za chwilę ktoś miał tam wrócić. Siąść w kuchni, zacząć gotować obiad. Po opuszczonym mieście roztoczyłby się zapach grochówki.

Na razie w powietrzu wisi strach. Mój strach. Bo w sumie jest bezpiecznie, tutaj mnóstwo turystów próbuje się kręcić – ale z drugiej strony, oni chodzą utartymi ścieżkami, bezpiecznymi i sprawdzonymi.

– Rozkradli wszystko, psia mać! – Grisza wścieka się, przypominając sobie niektóre sceny.
– Szabrownicy, brali wszystko, co można było potem sprzedać. Złodzieje, aby się udławili!

Grisza chodzi ze mną swobodnie po całej okolicy. Pokazuje mi chwytak, którym zbierano pozostałości bloku nr 4. Jeden z najbardziej napromieniowanych obiektów w Strefie. Wiem, że to jest bezpieczne, mimo tego że dozymetr szaleje. Ale powiedzcie to mojej głowie i rękom, które są spocone jakbym właśnie wyszedł z wody.

Najwyżej będę jak Zbyszek Nowak. Tylko zamiast „ręce, które leczą” będę mieć „ręce, które świecą”.

To oczywiście kolejna bzdura i mit. Nikt nie będzie świecił po pobycie w Zonie.

* * *

Kwiecień 2018 r. Prypeć.

Idziemy zobaczyć koło młyńskie. Zaparkowaliśmy nasz autobus na głównym placu Prypeci. Miasto było założone w 1970 r., miało być osiedlem da pracowników Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Nie mieli daleko do pracy – zaledwie 4 km. Dzień po katastrofie zapadła decyzja o ewakuacji miasta. Z Kijowa przyjechały setki autobusów. W ciągu 2,5 godziny 50 tysięcy osób zostało stąd po prostu wywiezionych.

Co z tymi, którzy nie chcieli? Wieczorem miasto zostało ponownie przeszukane, a odnalezieni mieszkańcy w ekspresowym tempie musieli opuścić Prypeć. Dla pracowników elektrowni zbudowano nowe miasto, Sławutycz.

Gapimy się na Centrum Kultury Energetyk, na słynny hotel Polesie, na resztki centrum handlowego. Wszystko totalnie zdewastowane. Ktoś rzuca hasłem, że wczorajszy paintball w kijowskim Hydroparku to pierdoła – TUTAJ dopiero byłaby jazda.

Porównuję to, co widzę, ze swoimi wspomnieniami sprzed kilku lat. Jest… inaczej. Wtedy tutaj nie było prawie nikogo. Grisza prowadził mnie w różne miejsca. Teraz przy diabelskim młynie nasza przewodniczka musi prosić kolejną grupę, aby chwilkę poczekała i nie wchodziła w kadr, abyśmy mogli sobie zrobić wspólne, zbiorowe zdjęcie. Cóż… lekko komercyjnie. Ale mimo to ciekawie.

Czarnobyl
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

„Strzeż się takich miejsc”

Lipiec 2010 r. Przedszkole, Zona.

Widok, który chyba najbardziej zapadł mi w pamięć. Budynek rodem z horroru. Porozrzucane lalki, resztki materaców, na których spały dzieci. Odłażąca farba ze ścian, przerdzewiałe ramy łóżek. Tutaj czas się zatrzymał, tutaj ciarki przechodzą po plecach.

Słychać skrobanie w okolicach wejścia. Znacie definicję mikrosekundy? To czas, liczony od momentu gdy to usłyszałem, do chwili gdy się obróciłem ze strachem w tamtym kierunku. Przez drzwi zagląda zwierzak. Wygląda na kunę, Grisza odrywa kawałek tynku i rzuca w niego. Zwierzę znika. A ja znów zaczynam oddychać. Ponownie: jestem głupi, przecież to takie same miejsce jak każde inne. Ale wyobraźnia mówi coś zupełnie innego.

* * *

Kwiecień 2018. Przedszkole, Zona.

Wchodzimy tutaj całą grupą. Niewiele się zmieniło. No dobrze, może jest jeszcze większy bałagan. Nie, nie bałagan – to po prostu straszny syf. Ale coś mi nie gra. Na jednym z łóżek postawiona jest lalka, inna spoczywa na resztkach komody, jeszcze inna na oknie.

Pytamy się naszej przewodniczki. Przyznaje, że część rzeczy jest specjalnie poustawiana w taki sposób, aby spotęgować wrażenie. Hmmm… witamy w świecie masowej turystyki?

Czarnobyl
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Kasa, kasa, kasa

Lipiec 2010 r. Teren Zony, 300 metrów od reaktora.

Oglądam z daleka resztki reaktora, przykryte specjalnym zabezpieczeniem. Dach jest ponoć w złym stanie, Ukraina nie ma pieniędzy na zbudowanie nowego zabezpieczenia. Szantażuje Unię Europejską i Stany Zjednoczone: jak nam nie pomożecie, to może dojść do jeszcze większej tragedii.

Grisza jest sceptyczny.

– Może pomogą, może nie. Tutaj wiele osób interesy robi na tej katastrofie.
– Ale przecież to we wspólnym interesie, Grigorij…
– Dupa a nie wspólny interes. Nikt tutaj nic nie zrobi, jak kryszy (dach, nieoficjalnie: plecy – przyp. aut.) nie ma. I nie o osłonę mi chodzi. Ot, biznesy!
– Opowiesz o tym coś więcej?
– W życiu! Pamiętaj, nie było Ciebie tutaj. Na ch*^!$ mam mieć problemy. I tak tu wystarczająco ludzi się kręci.

* * *

Kwiecień 2018 r. Teren Zony, 300 metrów od reaktora.

Obowiązkowa fotka przed pomnikiem, z nowym dachem-osłoną w tle. Kosztowała 1,5 mld EUR, powstała dzięki datkom ponad 40 państw, w tym także Polski. Dorzuciliśmy 1,5 mln EUR.

Stalowa arka ma 257 m szerokości, 162 m długości i 108 m wysokości. Jest wyższa niż Statua Wolności w Nowym Jorku. Reakcja części z uczestników naszej wycieczki? „Wygląda jak nowa hala w Rzgowie pod Łodzią”. Osłona ma wytrzymać 100 lat.

Musimy szybko jechać dalej, bo kolejna wycieczka za nami już czeka na swoją kolej, aby zrobić zdjęcie. W ręce trzymam ulotkę jednej z agencji, profesjonalnie przygotowana, w języku polskim.

– Wygodny dojazd, najwyższa prowizja partnerska, programy współpracy dla firm i przedsiębiorców, ceny od 79 USD / osoba, codzienne wycieczki, czekamy na Ciebie.

Grisza miał rację. Biznesy.

Czarnobyl
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Czerwony Las i Oko Moskwy

Lipiec 2010 r. Na granicy Zony.

– A warto zobaczyć Oko Moskwy, Grigorij?
– Guzik tam warto. Nie dość Ci wrażeń?

Odpuszczam. Już mi wystarczy, że łaziliśmy po skraju Czerwonego Lasu. Sosny, które tam rosły, obumarły z powodu wchłonięcia dużej dawki promieniowania – wcześniej przyjmując rdzawoczerwony kolor. W momencie katastrofy wiał wiatr – eksplozja i dalsze skutki awarii zanieczyściły glebę, atmosferę i wodę.

Sosny miały być zniszczone, zakopane w ziemi, a na ich miejscu miał był posadzony nowy las. I faktycznie, widać nowe drzewa.

* * *

Kwiecień 2018 r., Czerwony Las.

Ponownie jestem przy Czerwonym Lesie, tym razem z grupą. Oglądamy pomnik, szybka fotka zbiorowa, opowieść przewodniczki o przyrodzie, która tutaj się rozwija, mimo skażenia. Strefa stała się rezerwatem radiologicznym, a liczne zwierzęta nic sobie z tego nie robią.

Z okien autobusu widzieliśmy dziko żyjące konie Przewalskiego. Nie wyglądały na zmutowane, nie miały dwóch ogonów. Jedziemy do miejsca, gdzie poprzednio nie miałem okazji być.

Niecałą godzinę później jesteśmy cała grupą przy monstrualnym radarze pozahoryzontalnym. Duga, zwana Okiem Moskwy. Ogrom konstrukcji zwala z nóg. Cała instalacja służyła do wykrywania pocisków balistycznych, ostrzegając przed atakiem na ZSRR. Plotki mówiły, że moc całej konstrukcji była tak duża, iż w USA zakłócało to odbiór telewizji i radia. Inni wspominali, że być może dzięki tej instalacji Związek Radziecki chciał kontrolować umysły ludzkie i wpływał na pogodę.

Prawda jest bardziej prozaiczna. To po prostu anteny odbiorcze. Bardzo duże, ale jednak „tylko” anteny. 150 metrów wysokości wyższej z anten (całość wygląda jak metalowy las) budzi wrażenie do dziś… mimo, iż całość jest w dość opłakanym stanie. Trudno oszacować, ile kosztowało zbudowanie tego potwora – wspomina się o kwotach rzędu 1 mld USD. Lub większych.

Imponujące miejsce.

Duga
Foto: Paweł Kunz, Fly4free.pl / archiwum prywatne

Zamiast epilogu

Jutro 32 rocznica katastrofy elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Drogi czytelniku, to nie jest „kolejna” atrakcja turystyczna. Powinieneś się odpowiednio nastawić do zwiedzania tego miejsca. Zapomnij o grach komputerowych. O „Call of Duty 4”, o S.T.A.L.K.E.R. To miejsce jest realne… i przechodzi błyskawiczną transformację z pomnika katastrofy do miana „atrakcji nr 1 TripAdvisor w okolicach Kijowa”.

Czy warto wydawać kilkadziesiąt USD na odwiedzenie Czarnobylskiej Zony? Moim zdaniem tak. Chociażby po to, aby samemu wyrobić sobie opinię. W moim przypadku: chciałem skonfrontować swoje wspomnienia sprzed lat z tym, co jest teraz. Nie jest lepiej, nie jest gorzej. Jest… inaczej.

I na pewno jeszcze tam wrócę.

REKLAMA
Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.
Avatar użytkownika
Podanie płynu Lugola było jednym z najlepszych posunięć ówh władz. od i jodek potasu blokowały receptory przed chemią w radioaktywnej chmurze. Szkoda, że teraz „nasz” rząd wymusza w Polaków szczepionki
Ezhome.pl, 26 kwietnia 2018, 23:24 | odpowiedz
Avatar użytkownika
Brawo, dobrze wiedzieć, że są tu ludzie myślący 
Ezhome.pl Podanie płynu Lugola było jednym z najlepszych posunięć ówh władz. od i jodek potasu blokowały receptory przed chemią w radioaktywnej chmurze. Szkoda, że teraz „nasz” rząd wymusza w Polaków szczepionki
DonCorrado, 28 kwietnia 2018, 22:20 | odpowiedz

Do których krajów pojedziemy bez problemu? Wszystkie obostrzenia w jednym miejscu! »
REKLAMA
porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »
Akceptuję Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Czytaj więcej ›Technologię tę w ramach Fly4free.pl wykorzystują również nasi partnerzy, których listę znajdziesz tutaj.

Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej lub zakończyć korzystanie z Fly4free.pl. Pozostawienie komunikatu, dalsze przeglądanie Fly4free.pl lub kliknięcie w przycisk „Akceptuję” oznacza wyrażenie zgody na wykorzystywanie plików cookies.