Supertanie linie lotnicze miały przeorać rynek, a zaczynają padać jak muchy. 5 powodów, przez które poniosły klęskę
Bankructwo Primera Air i poważne problemy WOW Air to dowody na to, że buńczuczne zapowiedzi tanich linii o podboju dalekich tras międzykontynentalnych można włożyć między bajki. I nie są to z pewnością ostatnie przypadki, o których usłyszymy z powodu olbrzymich kłopotów, jakie będą miały w najbliższych miesiącach.
O tym, że to będzie wyjątkowo trudna zima dla linii lotniczych mówiono już od dawna. Przekonywał o tym choćby Michael O’Leary (ale on już rok temu wieszczył upadek Norwegiana, więc za bardzo nikt mu nie wierzył), w ślad za nim podobnie twierdzili szefowie easyJeta, Wizz Aira i innych przewoźników.
Przekaz za każdym razem był podobny: przy obecnym poziomie cen ropy w Europie jest zdecydowanie zbyt duże oferowanie ze strony zbyt wielu przewoźników. W efekcie, choć ceny biletów powinny iść w górę, każdy oferuje jak najtańsze bilety z powodu zmasowanej konkurencji. I wydaje się jasne, że mniejsi gracze nie wytrzymają tego wyścigu i będziemy świadkami spektakularnych upadków, a w najlepszym razie – zmasowanej konsolidacji i połykania mniejszych graczy przez duże ryby.
I tak się stało: na razie jesienią mieliśmy 2 spektakularne bankructwa, czyli Primera Air oraz cypryjskiej linii Cobalt. Ale to nie wszystko: na łamach Fly4free.pl pisaliśmy o fatalnej kondycji, w jakiej znalazły się islandzkie linie WOW Air. Ale to nie koniec: ogromne problemy ma też mająca wielkie ambicje linia Air Belgium, która chciała uruchomić tanie połączenia z Brukseli do Chin, jednak już po 3 miesiącach lotów zawiesiła wszystkie operacje i nie wydaje się, aby miała je szybko wznowić. A jakby tego było mało, do kompletu możemy dodać ogromne problemy linii Small Planet Airlines.
Skupmy się jednak na tanich liniach lotniczych, które chciały przeorać rynek swoją innowacyjną ofertą: supertanimi biletami lotniczymi z Europy do USA, dzięki którym miały one przejąć wielu pasażerów tradycyjnych przewoźników. Dzisiaj widzimy wyraźnie, że ten pomysł nie wypalił. Z czego to wynika? Przyjrzyjmy się najważniejszym powodom.
1. Tani bilet? Tak naprawdę wcale nie jest tanio
Kupić bilet z Europy do Nowego Jorku za 260 PLN w jedną stronę? Jeśli wierzyć reklamom islandzkiej linii WOW Air czy Primera Air, jest to jak najbardziej możliwe. Ba, niech ten bilet kosztuje nawet 370 PLN, czyli 99 USD. Za podróż w obie strony wciąż zapłacimy poniżej 750 PLN. Prawda, że to okazja? I zostawmy na chwilę fakt, że pula takich biletów z pewnością była mocno ograniczona. Poważnym problemem w przypadku tanich przewoźników jest to, że kiedy policzymy sobie wszystkie zmienne, wyjdzie nam… że taki bilet wcale nie jest tani w porównaniu do tradycyjnej linii lotniczej. Jak to możliwe?
Kupując tani bilet na daleką trasę w tej cenie mamy w zasadzie tylko fotel (i to losowo wybrany przez komputer) na pokładzie. Za resztę dopłacamy. Jak dużo? Skupmy się na przykładzie linii WOW Air.
Bagaż? W cenie jest mały plecak lub walizeczka o wymiarach 42x32x25 cm i wadze do 10 kilogramów. Trochę mało, prawda? Jeśli chcesz zabrać w podróż coś więcej, musisz przygotować swój portfel na większe wydatki. Jak duże? Zależy od połączenia.
Na trasie do USA duży bagaż podręczny ważący do 12 kg będzie Cię kosztował 54,99 USD, ale tylko jeśli wykupisz tę usługę podczas rezerwacji biletu. Jeśli się namyślisz i zdecydujesz się na dokupienie bagażu później, zapłacisz 10 USD więcej.
Z kolei za bagaż nadawany (maksymalna waga do 20 kilogramów) trzeba zapłacić w WOW Air przynajmniej 69,99 USD. To minimalna cena, oczywiście za jeden odcinek lotu.
A to tylko początek dodatkowych opłat: płacić trzeba za rezerwację, wybór miejsca na pokładzie, no i pamiętajcie też o tym, że jedzenia na pokładzie również nie uświadczycie, więc trzeba zabrać ze sobą kanapki lub skorzystać z oferty islandzkiego przewoźnika. Ile? Za kanapkę i napój zapłacić ok. 13 EUR.
Nie jest już tak tanio…
Pamiętajcie też o jeszcze jednej ważnej rzeczy, czyli kosztach dojazdu na lotnisko. A znacznie częściej – kosztach dolotu.
2. Gdzie są te przesiadki?
Słabą częścią pomysłu tanich linii na dalekie latanie jest też fakt, że aby skorzystać z tych “supertanich” biletów, trzeba najpierw dolecieć na lotnisko, z którego przewoźnicy oferuję te atrakcyjne bilety. Do tego potrzebne jest solidne feedowanie, czyli siatka krótkich połączeń, która będzie zasilała dalekie trasy, tak jak w przypadku LOT czy innych tradycyjnych przewoźników. Tutaj rozwiązaniem miał być Ryanair, który wszem i wobec ogłosił, że rozmawia z wieloma przewoźnikami w sprawie lotów na jednym bilecie przypominających code-share. Ostatecznie przewoźnik zawiesił te plany, a przy okazji szef Ryanaira wymieniał złośliwe uwagi z szefem Norwegiana na temat możliwości finansowych i wzajemnego podkupywania sobie pilotów.
Co do zasady w przypadku takich podróży jesteśmy więc skazani na konieczność samodzielnego dolotu na lotnisko, co bywa dość męczące i wiąże się z dodatkowymi kosztami. O ile nie jest być może wielkim problemem dostać się do Berlina i polecieć stamtąd np. liniami Scoot do Singapuru, to już np. konieczność lotu Wizz Airem na Islandię, gdzie przesiądziemy się w samolot lecący np. do Los Angeles brzmi jak dość męcząca wyprawa. I tak w rzeczywistości często jest. W tej sytuacji trudno się dziwić, że pasażerowie wolą w imię większego komfortu dopłacić kilkaset złotych, ale lecieć bezpośrednio lub w najgorszym razem, z przesiadką na jednym bilecie, gdy nie będą musieli się choćby martwić o swój bagaż czy ponowną odprawę.
W przypadku tanich linii jedynym przewoźnikiem mającym na tyle rozbudowaną siatkę, by zapewnić takie połączenia jest Norwegian oraz easyJet, który rozwija swoją usługę Worldwide – w jej ramach współpracuje z coraz większą liczbą przewoźników, którym dowozi pasażerów do ich hubów przesiadkowych na jednym bilecie. W praktyce oznacza to, że chcąc lecieć np. z Warszawy do Buenos Aires nadajemy nasz bagaż na Lotnisku Chopina, przesiadamy się na Gatwick i nie musimy o nic się martwić. Ale wtedy ponownie – trudno w tym przypadku mówić o tanim locie.
Weźmy przykładową rezerwację na tej trasie na marzec 2019 roku. Nie jest wcale tanio.
3. Wąski kadłub? Tylko na krótkich trasach
Ultratani przewoźnicy upodobali sobie samoloty wąskokadłubowe: Primera i WOW Air latały na Airbusach A321, Norwegian na bliższe loty do USA wybiera z kolei Boeingi 737. Powody są jasne: takie samoloty spalają znacznie mniej paliwa, generują niższe koszty i są mniejsze, więc łatwiej jest wypełnić je pasażerom. Takie maszyny mają jednak także swoje wady, a największą z nich wydaje się ciasnota i brak komfortu. Bo jeśli czasem mamy problemy, by usiedzieć, lecąc gdzieś 2 godziny Wizz Airem, to pomyślcie sobie, jak mogą się czuć pasażerowie, gdy podróż trwa co najmniej 3 razy dłużej.
4. Loty na mniejsze lotniska? To nie takie proste
WOW Air i Norwegian miały genialny w swej prostocie pomysł: skoro duże lotniska w USA są zatłoczone (więc trudno tam o sloty) i drogie (co oznacza, że bilety muszą kosztować więcej), to… czemu nie zacząć latać na mniejsze lotniska, gdzie do tej pory nie było lotów transatlantyckich? Pierwszy zaczął Norwegian. Zamiast do Newark czy JFK w Nowym Jorku uruchomił loty na lotnisko Stewart, oddalone grubo o ponad godzinę jazdy autem (a w korkach nawet do 2 godzin) od Mannhatanu. Podobnie było w przypadku Bostonu – zamiast lotów na to lotnisko, przewoźnik wybrał niewielki port lotniczy Providence w stanie Rhode Island, skąd w zależności od natężenia ruchu do centrum Bostonu jedzie się od 70 do 90 minut. Przewoźnik tłumaczył tę decyzję niższymi kosztami i lepszą obsługą z powodu mniejszego ruchu na tych lotniskach, a w konsekwencji – niższymi cenami. Choć oczywistym minusem jest fakt, że pasażerowie muszą jakoś dojechać do większych miast, co wiąże się z dodatkowymi kosztami.
Podobnie robił WOW Air, który otwierał połączenia na tak “egzotyczne” w sumie lotniska jak Pittsburgh czy Cincinnati.
Co w tym złego? Najwyraźniej okazało się, że z takich mniejszych ośrodków zapotrzebowanie na podróże nie jest tak duże jak w przypadku większych miast, a taka strategia znacznie lepiej pasuje w odniesieniu do Ryanaira na krótkich trasach. Przykład? Lotnisko Paryż-Beauvais, oddalone od centrum stolicy Francji o prawie 2 godziny jazdy autokarem. O tym „procederze” pisaliśmy niedawno na łamach Fly4free.pl.
Efekt? Zarówno Norwegian jak i WOW Air mocno tną swoje trasy. Norwegowie wycięli w pień połączenia do Hartford w stanie Connectitu, Providence oraz Stewart z części swoich europejskich destynacji jak Edynburg czy Belfast.
5. Cena ropy i gra na przetrzymanie
Co prawda cena ropy w ostatnich tygodniach mocno spada, ale to właśnie rosnące koszty paliwa lotniczego sprawiły największe problemy dla linii lotniczych, zwłaszcza tych tanich. Obecnie cena za baryłkę ropy wynosi nieco ponad 50 USD, podczas gdy jeszcze na początku października wynosiła ona 85 USD. Drożejąca ropa oznacza zaś poważne problemy dla mniejszych przewoźników, którzy nie są w stanie “zahedżować się” (czyli przewidzieć wzrostów i zarezerwować sobie paliwa w niższej cenie). Wyższe koszty powodują też konieczność podwyższania ceny biletów, czego wielu przewoźników nie jest w stanie zrobić ze względu na bardzo dużą konkurencje na rynku. W efekcie linie lotnicze nie mające odpowiednich rezerw kapitałowych nie wytrzymują presji i wpadają w tarapaty.
Czy obecny spadek cen ropy jest pozytywny dla przewoźników? Teoretycznie tak. Nie brakuje jednak ekspertów twierdzących, że tak gwałtowne spadki to zapowiedź spowolnienia gospodarczego, którego rezultatem może być poważny kryzys gospodarczy o globalnej skali. W takim przypadku linie lotnicze nie będą miały specjalnych powodów do optymizmu.