3252 km po Polsce z Polskim Busem (relacja)
Dzięki Polskiemu Busowi za podróż z jednego końca Polski na drugi zapłacimy tylko złotóweczkę (obecnie +1zł za rezerwację biletu). Mnie udało się zdobyć 15 takich biletów, łącząc je w jedną, wielką podróż po naszym kraju. Zwiedziłem: Kielce, Ostródę (oraz Działdowo), Gdańsk, Poznań, Warszawę, Białystok (plus Supraśl), Toruń, Bydgoszcz, Wrocław oraz Częstochowę.
Podczas podróży korzystałem z CouchSurfingu. Jest to internetowa społeczność podróżników. Każdy bezinteresownie wzajemnie sobie pomaga. Użytkownicy chętnie oprowadzą po swoim mieście, zapewnią nocleg, zabawę no i najważniejsze – godziny wspólnych rozmów.
W prawie każdym kraju na świecie znajdziesz CouchSurfera, w Polsce mamy ich prawie 60 tysięcy. Jeżeli jeszcze nie masz konta, naprawdę zachęcam. Jest to zdecydowanie najlepszy sposób podróżowania i poznania nowych ludzi.
Kielce
Dzień 1, 2 | 226 km Polskim Busem
Nie ukrywam, że przyjeżdżając do Kielc miałem bardzo negatywne nastawienie, co do stolicy województwa świętokrzyskiego. Zawsze wydawało mi się, że jest to miasto pozbawione duszy, w całości wypchane betonowymi blokami jeszcze z okresu PRL-u. Moje zdanie zmieniło się wraz z przyjazdem. Już 50 metrów od przystanku Polskiego Busa ujrzeć można park, pełen zieleni z wieloma atrakcjami dla najmłodszych. Po drugiej stronie drogi kolejny. Przyznam, że było to dla mnie bardzo pozytywną niespodzianką.
Piotr, mój kielecki host zaprosił mnie do siebie. W domu zostałem poczęstowany gołąbkami zrobionymi przez jego mamę. Wyśmienity posiłek! Następnie ruszyliśmy zwiedzać jego rodzinne miasto. Jako, że w Kielcach będę równe 24h, mój host podzielił zwiedzanie na dwie części. Pierwszego dnia zobaczymy południową cześć Kielc, a następnego historyczną, z rynkiem i ulicą Sienkiewicza na czele. Pierwsze wielkie skały i pagórki (świetny krajobraz) oddalone są tylko 15 min od centrum! Wszystko jest tu tak blisko. Zobaczyłem Wietrznię, czyli dawny kamieniołom oraz pobliskie miejsca rekreacji, np. miejsce, gdzie można popływać w dosyć dużym (ale podobno płytkim) jeziorze.
Smaczku dodawały ciągle opowieści Piotrka, który ma ogromną wiedzę o swoim mieście. Poszliśmy również na wyżej położone tereny. Jako, że jestem z Zakopanego ich wysokość nie robiła na mnie wrażenia. Z drugiej jednak strony trzeba zauważyć, że jesteśmy prawie w środkowej Polsce. W Kielcach jest dodatkowo stok narciarski i to nawet nie jeden. Później poszliśmy w kierunku skoczni narciarskiej, na której rekordziści polecieli aż na 45m! To dopiero zaskoczenie. Dopiero na miejscu Piotrek powiedział mi, że została ona wyburzona 😛 Z pobliskiego szczytu stoku rozpościera się piękna panorama Kielc.
Stok narciarski w Kielcach z panoramą w tle.
Wracając przeszliśmy przez las, skierowany na wprost stoku (patrz zdjęcie). Po drodze znaleźliśmy kilka miejskich „szałasów”, gdzie każdy zainteresowany może przyjść i zrobić grilla w gronie znajomych. Zobaczyliśmy jeszcze Kadzielnię, która przez ostatnie lata przeszła gruntowną modernizację. Co ciekawe, obok znajduje się ogromna skała, a przy niej mały stawik. Kilkadziesiąt lat temu, zbiornik ten był znacznie większy i głębszy, co pozwalało na pływanie, a nawet skakanie do wody. W Internecie nadal są dostępne historyczne zdjęcia. Zobaczyliśmy jeszcze stadion młodzików, na którym trenowali 70-letni staruszkowie. Doszedłem do wniosku, ze Kielce to miasto, w którym sport odgrywa bardzo ważną rolę. Jest tu pełno miejsc, gdzie można potrenować i jeszcze więcej rowerzystów i biegaczy, a przypominam, że jest to zwykłe popołudnie po dniu pracy. Dodatkowo kieleckie drużyny zajmują wysokie, ligowe miejsca w piłce nożnej, siatkówce, a przede wszystkim w piłce ręcznej. Wieczorem Piotr przygotował jeszcze bardzo dobrą kolację.
Następnego dnia wyruszyliśmy dość późno, więc mogliśmy sobie pozwolić tylko na najważniejsze miejsca. 10 minut drogi i jesteśmy już na najpopularniejszej ulicy Kielc – ulicy Sienkiewicza. Po drodze jak zawsze Piotrek nie przestawał mówić o budynkach, które w danej chwili mijaliśmy. Co do samej ulicy Sienkiewicza, rozpoczyna ją pomnik polskiego noblisty. Warto zwrócić uwagę na materiał, z którego został wykonany. Budowla jest pusta w środku.
Pomnik Henryka Sienkiewicza rozpoczynający handlową ulicę Kielc.
Kolejnym miejscem były Ogrody Włoskie. Nazwa wzięła się ze względu na ich symetryczność. Ogrody zlokalizowane są na tyłach Pałacu Biskupów Krakowskich.
Ostatnią atrakcją, jaką zaserwował mi Piotrek był Rynek. Zlokalizowany jest tam pomnik dzika o imieniu „Kiełek”, który według legendy przyczynił się do powstania miasta. Na koniec zaprosiłem, go do jednego z kieleckich parków, gdzie pokazałem mu moje hobby – slackline. W skrócie jest to chodzenie po taśmie, rozwieszonej między 2 przeszkodami/drzewami.
„Kiełek”, a wokoł niego kamienne płyty przedstawiające legendę powstania Kielc.
Reasumując, Kielce zaskoczyły mnie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zupełnie nie spodziewałem się tylu parków, tyle zieleni, pięknych miejsc rekreacji oddalonych od centrum kilkunastominutowym spacerem. Miasto jest warte przynajmniej kilkugodzinnego postoju po drodze. Choć sam uważam, że powinienem tu spędzić nieco więcej czasu.
Szczególnie polecam je osobom, które planują zwiedzić Góry Świętokrzyskie. Dobrze jest posiedzieć w Kielcach przynajmniej 2/3 dni. Na koniec taka mała ciekawostka. Wielu naukowców sądzi, że Kuba Rozpruwacz, angielski seryjny morderca pochodzi właśnie z Kielc.
Ostróda
Dzień 3 | 400 km PolskimBusem
Na trasie P1 serwowany był darmowy catering. Na początku stewardessa Polskiego Busa rozdaje rogale + sok lub kawę/herbatę. A po przystanku w Ostródzie klienci otrzymują również lody truskawkowe. Nie ma to jak zapłacić 1 zł, przejechać kilkaset kilometrów i otrzymać jeszcze rogala oraz sok.
Okazało się, że tym samym autobusem jedzie mój dzisiejszy host – Emilia. Po przyjeździe zostałem miło przyjęty przez całą rodzinę. Couchsurfingowa mama przygotowała przepyszne naleśniki, z kolei couchsurfingowy tata zajął się transportem z przystanku Polskiego Busa pod sam dom. Czułem się jak w hotelu, szczególnie że dostałem cały pokój do własnej dyspozycji. Emilia interesuje się „rekonstrukcją średniowieczną” przez co jutro wybiera się na walki bractw w Działdowie. Pomyślałem, że jest to bardzo dobra okazja, by po raz pierwszy zobaczyć pojedynki rycerskie na własne oczy.
Około godziny 11 byliśmy już na miejscu. Mimo, że impreza miała charakter kameralny, bez problemu dało się odczuć średniowiecznego ducha. Wszystko za sprawą strojów, jakie nosili wszyscy uczestnicy, nawet Emilia była przebrana. Zawodnicy przybyli z całej Polski, aby reprezentować swoje bractwa na turnieju w Działdowie. Byłem zupełnie zaskoczony zaangażowaniem każdego rycerza, nie spodziewałem się, że te walki odbywają się 'na serio’. Raz nawet potrzebna była niewielka pomoc sanitariusza.
Jeżeli komuś znudziło się patrzenie na wojowników, tuż obok rozgrywał się również turniej strzelecki. Bractwa walczyły miedzy sobą, strzelając z łuku na kilka różnych sposobów. Począwszy od klasycznego celowania, przez strzelanie na klęcząco, na biegu kończąc.
Bractwa walczyły również w strzelaniu z łuku.
Ostatecznie nadszedł czas, by pożegnać się z rycerzami, damami i Działdowem. Wziąłem lokalny (ostatni tego dnia) autobus do Ostródy, który przez cały czas jechał ok. 30km/h. Myślę, że możliwości, a raczej stan techniczny pojazdu nie pozwalały na więcej. Och, jak ja tęsknię za tymi czerwonymi autobusami!
Na dworcu w Ostródzie (to nie miejsce, gdzie przyjeżdża Polski Bus) wita nas turystyczna tablica informacyjna. Dowiemy się, co warto tutaj zobaczyć. Od razu ruszyłem nad główne jezioro Ostródy – Jezioro Drwęckie. Miejsce to jest zdecydowanie główną atrakcją miasta. Wzdłuż brzegu poprowadzony został deptak oraz trasa rowerowa. Na zachodniej części znajdziemy wszelkie łodzie.
Zachodnia część Jeziora Drwęckiego.
Z kolei wszystkie atrakcje skupione są na południowym brzegu, tuż obok centrum miasta. Jest to oczywiście ogromna liczba restauracji i lodziarni. Ale nie tylko, zlokalizowano tutaj także najdłuższe śródlądowe molo w Polsce. Zupełnie niedaleko położony jest także ostródzki amfiteatr, na którym akurat odbywały się prośby do wieczornego koncertu. Ostróda tętni życiem na całego.
Deptak ze wszystkimi atrakcjami. W tle najdłuższe śródlądowe molo w Polsce.
Zdecydowanie największym zainteresowaniem cieszył się wyciąg nart wodnych. Warto dodać, że jest to największy i najnowocześniejszy obiekt tego typu w Polsce. Okrążenie to aż 800m! Jedna jazda kosztuje 5 zł, przy czym upadek do wody kończy nasza próbę. Możliwy jest tez zakup korzystniejszych karnetów.
Wyciąg nart wodnych nad Jeziorem Drwęckim.
Całkiem niedaleko położony jest zamek krzyżacki z XIV w., gdzie przez ponad miesiąc mieszkał Napoleon Bonaparte. W środku znajdziemy galerie sztuki i muzeum. Kolejnym i jednocześnie ostatnim celem na mojej liście była wieża Kościoła ewangelicko-metodystycznego, skąd można zobaczyć panoramę całej Ostródy. Niestety czynne od godziny 10 do 14. Za wejście dzieci i młodzież zapłacą 1,5 zł, a dorośli 3 zł. W Ostródzie znajdziemy też miejskie kąpielisko z plażą, którego nie miałem już czasu odwiedzić.
Zamek krzyżacki, siedziba Napoleona przez ponad miesiąc.
Ostróda jest bardzo przyjemnym miejscem na popołudniowy odpoczynek. Mimo swoich niewielkich rozmiarów ma naprawdę wiele do zaoferowania. Jeżeli przejeżdżamy przez to miasto, dobrym pomysłem jest kilkugodzinny przystanek. Polecam zobaczyć główne atrakcje, odpocząć na ławeczce nad jeziorem i dopiero ruszyć dalej. Ciekawym pomysłem na podróż jest również wyprawa Polskim Busem specjalnie do Ostródy. Wyjeżdżając z rana z Gdańska lub Warszawy, mamy cały dzień, aby spróbować na własnej skórze wszystkiego, co nam oferuje to miasto i wrócić do domu jeszcze tego samego dnia. Kursów jest naprawdę sporo, więc upolowanie tanich biletów nie powinno być większym problemem. Koszt może być naprawdę niewielki, a przyjemność ogromna.
Gdańsk
Dzień 4 | 130 km PolskimBusem
Niestety tym razem recenzja będzie bardziej uboga w porównaniu do Kielc lub Ostródy. Gdańsk widziałem już wielokrotnie. Znam główne atrakcje miasta. Jadąc na północ planowałem odpocząć na plaży. Jednak poprzedniego dnia dowiedziałem się od Emilii, że w Gdańsku odbywa się jarmark dominikański. To samo potwierdziła Justyna, dzisiejszy host. No to super, idziemy na targ. Jarmark rozpoczyna się na ul. Długiej, jednak tutaj prezentowane są same drogie śmieci. Magiczny nóż do sałaty, jeszcze cudowniejszy preparat do okularów, czy wszystko zastępujący robot kuchenny, to tylko niektóre rzeczy, jakie tutaj nam oferowano. Postanowiliśmy uciec stąd jak najszybciej. Po kilku minutach wreszcie znaleźliśmy to, czego oboje poszukiwaliśmy. Wielkie stoiska starych, używanych, często zepsutych lub wybrakowanych rzeczy.
Był to ostatni dzień jarmarku, więc niektórzy oferowali tylko resztki z całego tygodnia. Ale nadal była możliwość trafić na jakąś perełkę. Z drugiej strony ceny tamtego dnia były szczególnie niskie (z możliwością zbicia zazwyczaj ponad 50%). Po kilku godzinach wspólnego poszukiwania skarbów musiałem pożegnać się z Justyną. Ja kontynuowałem przechadzki między straganami. Zaszedłem aż do Degustatorni, pubu z ogromnym wyborem piw, gdzie posiedziałem dłuższą chwilę, po czym ruszyłem na autobus powrotny do Warszawy.
Po drodze czekała nas nieprzyjemna niespodzianka – korek. Do Warszawy przyjechaliśmy z prawie półtorej godzinnym opóźnieniem. Należą się ogromne podziękowania dla mojego warszawskiego hosta – Przemka, który przyjął mnie mimo opóźnienia… o 1 w nocy. Niestety przez zaistniałą sytuację nie mieliśmy nawet czasu wystarczająco porozmawiać. Cóż, wszystkiego nie da się przewidzieć.
Poznań
Dzień 5, 6 | 700 km PolskimBusem
Ledwo zdążyłem na poranny autobus. Jazda takim autokarem jest od razu przyjemniejsza. Ponownie ogromne podziękowania dla Przemka (albo jego siostry?), ktoś z nich zrobił mi kanapki na drogę, mimo że nikogo o to nie prosiłem. Bez nich chyba bym nie dotrwał końca podroży. Do Poznania przybyłem blisko godziny 14.
Niestety Natalia, mój poznański host, nie dała rady spotkać się po południu. Nic nie szkodzi, poznamy się wieczorem. Ruszyłem na Rynek, gdzie wreszcie zjadłem ciepły posiłek. Mogę polecić dwa lokale. Oba blisko Starego Miasta. Pierwszy to „Tylko u nas”. Znajdziemy tutaj obiady domowe, trzeba tylko uważać na ogromne porcje. Z kolei drugi lokal to sieciówka serwująca spaghetti – Piccolo. Za 4,6zł mamy naprawdę sporą porcję, polecam.
W końcu ruszyłem na 1. atrakcję tego dnia – Ogród Botaniczny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Wstęp wolny. Tuż obok znajduje się zajezdnia tramwajowa, więc z dojazdem nie ma problemów. Nie jest może to największy ogród, który miałem okazję odwiedzić, ale za to wydaje się być idealnym miejscem do odpoczynku w ciszy i spokoju. Szczególnie, że dzień był straszliwie upalny.
Poznański Ogród Botaniczny. Znalazłem jakiś efekt w aparacie, teraz będzie tego dużo 😀
Zaraz po opuszczeniu ogrodu planowałem przejażdżkę kolejką górską lub torem saneczkowym na poznańskiej Malcie. Dowiedziałem się, że tor saneczkowy otwarty jest tylko w weekendy, inaczej jest z kolejką, otwartą bez przerw. Gdy byłem już w drodze na przystanek (wcześniej gubiąc się aż na 30 minut) nad Poznaniem zebrały się ciemne chmury. Rozpętała się burza, jak to zwykle po takim gorącym dniu. Nawet gdybym zdążył na kolejkę, mogą być problemy z pogodą. Odpuszczam sobie 30-minutową przejażdżkę (w jedna stronę) przez Poznań i wracam na Rynek, gdzie skusiłem się na opisywane już Piccolo.
Zobaczyłem też Stary Browar (aktualnie centrum handlowe). Jeszcze nie tak dawno temu mieściła się w tym miejscu fabryka złotego trunku. Warto dodać, że Stary Browar w 2005 roku został wybrany najlepszym centrum handlowym na świecie! Tuż obok stoi pomnik Starego Marycha – typowego poznaniaka posługującego się gwarą poznańską. Jest to jedyny w Polsce pomnik gwary. Wikitravel podaje nawet, że jest to jedyny tego typu obiekt na świecie. Ale kto tam wie, czy to prawda.
Późnym wieczorem przyjechała po mnie Natalia z mężem. Po drodze zapoznałem się z ich uroczym psem – Julianem. Do domu natomiast pojechaliśmy okrężną drogą. Pokazali mi Poznań nocą. Zobaczyłem Stadion Miejski. Wieczorem liznąłem trochę wielkopolskiej gwary.
Następnego dnia umówiłem się na zwiedzanie fabryki piwa. Nie wiem dlaczego dopiero rano sprawdziłem dokładne połączenie między domem Natalii a browarem Lecha, na oko wydawało się blisko. Szybko się zebrałem, pożegnałem i ruszyłem na autobus. Czekając na pasach mignął mi pojazd z literką „A”. Uratował mnie tylko szybki bieg. Na szczęście grupa poczeka na mnie te 5 min. Co do samej jazdy, tak jak już napisałem – korzystałem z linii „A”, jest to kurs przyspieszony. W tym wypadku nie warto słuchać aplikacji np. JakDojadę itd., które polecają zatrzymanie się na przedostatnim przystanku. Najlepiej dojechać do końca linii, pod samo Centrum Handlowe M1, a stamtąd przejść przez parking do browaru, tak jest bliżej i łatwiej.
Parking M1, w tle fabryka Lecha
Wstęp do Centrum Zwiedzania Browaru Lech kosztuje 6 zł dla studentów oraz 12 zł dla reszty. Przy czym na start dostajemy otwieracz brandowany logiem firmy oraz kupon, który możemy wymienić na piwo w miejscowym pubie po zakończeniu wycieczki. Zwiedzać browar mogą jedynie osoby pełnoletnie. W mojej grupie było czterech Rosjan. Tylko jeden znał polski, tłumaczył więc reszcie na swój ojczysty język. Przez to wszystko trwało 1.5x dłużej. Wycieczka prowadzona jest przez wszystkie etapy powstawania piwa. Od warzelni, przez fermentacje i filtracje, aż do rozlewni. Nam trafił się przewodnik, który poświęcił całe życie dla piwa. Ogromna pasja i zaangażowanie w oprowadzanie grup. Pamięta jeszcze czasy, gdy pracował na linii produkcyjnej w Starym Browarze (dzisiejsze centrum handlowe). Po zakończeniu zwiedzania w miejscowym pubie odebrałem swoją nagrodę (za otrzymany kupon).
Tajemne zdjęcie w fabryce. Tysiące butelek Lecha na linii produkcyjnej.
Kolejnym miejscem, które planowałem odwiedzić w Poznaniu miała być Palmiarnia, miejsce z rzadkimi (dla naszego klimatu) roślinami. Niestety musiałem również skorzystać z pralni. Ostatecznie pojechałem w kierunku Starego Miasta, gdzie w Pralni Lavami wyprałem moje wszystkie rzeczy za kilkanaście zł. Autobus jadący na przystanek Polskiego Busa miał 10-minutowe opóźnienie przez korki, zdążyłem dosłownie w ostatniej minucie.
W stolicy byliśmy aż 30 min przed czasem. Tego dnia nie spałem na couchsurfingu, że względu na Weronikę, również couchsurferke, która niestety nie mogła zaoferować kanapy, za to zaproponowała spotkanie. Z noclegami w Warszawie nie ma najmniejszego problemu. Przystałem na taką opcję.
Rozmawialiśmy bardzo długo, po czym skierowaliśmy się w stronę Starówki. Zwiedzaliśmy miasto nocą aż do 2. godziny. Do hostelu doszedłem dopiero przed 4. W holu czekając na windę zauważyłem czarnoskórego turystę. Miło się przywitał, coś mnie ruszyło i podszedłem bliżej. Dopiero, gdy stałem naprzeciwko niego uświadomiłem sobie z kim rozmawiam! To jest Sherman! Będąc na początku lipca w Gdańsku, poznałem w hostelu Amerykanina. Rozmawialiśmy wspólnie naprawdę długo. Sherman podróżuje przez pół roku, zwiedzając kraje Europy Wschodniej, po czym wraca do domu nadrobić zaległości finansowe. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem starego znajomego ponownie.
Białystok
Dzień 7, 8 | 549 km PolskimBusem
Z rana, zupełnie zaspany musiałem wziąć autobus do Białegostoku, w którym to nigdy mnie wcześniej nie było. Przyjechaliśmy, jak zawsze, przed planowanym czasem. Mój host już na mnie czekał. „Wysoka Marta z czerwoną torebką”. Pojechaliśmy do domu, gdzie zjadłem smaczne pierożki. A następnie ruszyliśmy w miasto. Na rynku głównym dołączył do nas Przemek, mój drugi, białostocki przewodnik. Ciągle opowiadali mi co nieco o otaczającej architekturze.
Rynek miasta. W tle Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia NMP. Biały, mały kościół jest z XVII w.
Kolejną białostocką atrakcją jest Pałac Branickich. Jest to zdecydowanie najbardziej reprezentatywny budynek Białegostoku. Warto obejść cały pałac, bo na jego tyłach znajdziemy przepiękne, potężne ogrody.
Frontalna część Pałacu Branickich.
W drodze powrotnej trafiłem na 1. poważny deszcz. Pogoda podczas tej wycieczki zdecydowanie się udała. Wieczorem poszliśmy do klubu karaoke. Jest to dalekie od mojego klimatu, ale mimo to świetnie się bawiłem.
Rano okazało się, że przez mój błąd nie mam hosta na dzisiejszą noc w Toruniu. Porozsyłałem kilka panicznych próśb o hosta, ciągle mając nadzieję, że gdzieś się prześpię. Kolejny smaczny posiłek u Marty i razem z Przemkiem pojechaliśmy do Supraśla. Jest to mała miejscowość, oddalona od Białegostoku o ok. 10 km. Znajdziemy tutaj muzeum ikon. W każdy czwartek za wejście nie zapłacimy ani złotówki. Znowu przez przypadek ładnie ułożył mi się plan. Normalna cena biletów to 5 lub 10 zł. Nieopodal muzeum znajduje się deptak nad rzeką Supraślą z nowoczesnym placem zabaw. Jest to idealne miejsce na rodzinny piknik przed lub po zwiedzeniu.
Muzeum oferuje w swoich zbiorach aż 1200 ikon. Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem. Całe muzeum podzielone jest na kilka/kilkanaście małych pomieszczeń, na których powieszone zostały rożnego rodzaju ikony, ale nie tylko. Pod koniec zwiedzania wyświetlono film, pokazujący sposób konserwowania ikon. Cała wycieczka trwała ok. 30 minut. Jako, że zostało mi jeszcze trochę czasu, zatrzymaliśmy się po drodze. Na wzniesieniu, obejrzałem całą panoramę Białegostoku.
Toruń
Dzień 8, 9 | 417 km PolskimBusem
Drogę z Białegostoku do Torunia łączy oczywiście Warszawa, gdzie miałem 2h przerwy. Chciałbym szczególnie polecić Kebab Aladin, zlokalizowany 2-3 minuty od przystanku Polskiego Busa. Idziemy w kierunku najbliższej stacji metra przez wszystkie stragany, budki itd., po czym wychodzimy na główną ulicę. Za kebaba nie zapłacimy dużo, a gwarantuje że się najemy. No i co najważniejsze jest bardzo smaczny. Polecam, jak ktoś ma krótką przesiadkę Polskim Busem, blisko i dużo smaczniej niż z budek wokół Zajezdni Wilanowskiej.
Kebab Aladin, 2 minuty od przystanku PolskiegoBusa.
Na szczęście znalazł się hosta na ostatnią chwilę. Uratowała mnie Karolina z rodziną. Od niej dowiedziałem się o wielkim wydarzeniu, odbywającym każdego roku w Toruniu. Skyway, bo taką nosi nazwę, jest to zbiór pokazów światła na budynkach starówki. Spotkałem Karolinę przy najbardziej rozpoznawalnym monumencie Torunia, pomniku Kopernika. Ruszyliśmy zobaczyć, co ma do zaoferowania IV już odsłona Skyway.
„Trzymając zachód Słońca” na ul. Ciasnej.
Tegoroczne hasło brzmiało „narodziny gwiazdy”. Najpierw zobaczyliśmy przedstawienie zatytułowane „Gwiazdy” na Collegium Maximum. Nigdy wcześniej nie miałem okazji zobaczyć czegoś takiego, więc nie ukrywam szoku, jaki przeżyłem patrząc na „żywy” budynek. Poznałem tutaj brata Karoliny, Jakuba, interesującego się grafiką 3D, czuł się na przedstawieniu, jak ryba w wodzie. Druga prezentacja była niestety zupełnie z innej półki. „Narodziny gwiazdy”, to głębsza faza wymagająca ogromnej interpretacji. Zdecydowanie najciekawszym przedstawieniem w tym roku było „City on Move”, rozświetlone na budynku Teatru im. Wilama Horzycy. Podziwiałem cały – kilkuminutowy spektakl, prawie że z opadniętą szczęką. Super było zobaczyć połączenie techniki ze starą architekturą budynku.
Pochodziliśmy jeszcze po ogromnej starówce. Taka ciekawostka – więzienie w Toruniu znajduje się na Starym Mieście, kilka minut pieszo od Kopernika. Było już dosyć późno, a każdy był zmęczony, toteż pojechaliśmy do domu. Rodzina mieszka na przedmieściach Torunia w pięknym, dużym domu. Wszyscy domownicy przyjęli mnie najlepiej jak tylko mogli. Byłem ich 1. couchsurferem. Wieczorem oglądnąłem jeszcze autorskie filmy Kuby z ich rodzinnych wypraw do Stanów Zjednoczonych.
Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, pojechałem na starówkę. Pożegnałem się i ruszyłem zobaczyć pierwszą atrakcję turystyczną z mojej listy – Krzywa Wieża. Jest to średniowieczna baszta, która w wyniku niestabilnego podłoża uległa odchyleniu od pionu o 1,46 m.
Przeszedłem również przez jedyny most drogowy na drugą stronę rzeki. Panorama Torunia, widziana z lewego brzegu Wisły, jest jednym z Siedmiu cudów Polski.
Panorama Torunia widziana z lewego brzegu Wisły.
Toruń to miasto pierników, skierowałem się ku „Muzeum Piernika”. Wstęp kosztuje 8 zł, dla młodzieży i dzieci, a 10 zł zapłacą dorośli. Przy czym podobnie, jak ze zwiedzaniem browaru musi zebrać się grupa przynajmniej 5-osobowa. Ważne! Podobno dostanie się do środka pod koniec roku szkolnego graniczy z cudem. W muzeum poznajemy wszystkie tajniki tworzenia piernika. Sposób opowiadania przez przewodników z pewnością doprowadzi nie tylko dzieci, ale też ich rodziców do śmiechu. Zaraz po złożeniu piernikarskiej przysięgi i poznaniu składników przeszliśmy do własnych wypieków. Każdy otrzymał kawałek ciasta oraz możliwość wybrania dowolnej formy. Po 30 zdrowaśkach w piecu nasze pierniki były już gotowe.
Stół do wyrobu własnych pierników w „Muzeum Piernika”.
Wychodząc niestety natrafiłem na obfity deszcz, najwidoczniej dobra passa się skończyła. I tak tydzień bez deszczu w Polsce to naprawdę sporo. Ruszyłem w takim razie do Manekina, najpopularniejszej restauracji w Toruniu, gdzie znalazłem ogromny wybór propozycji na słodko i wytrawnie. Przyznam, że tutejszy naleśnik smakował mi bardziej niż te ze słynnego Kompressora w Tallinie. Trzeba tylko uważać na wielkość porcji. Ja niczego nie świadomy, zdecydowałem się na zupę i naleśnika, ależ się umęczyłem. Gigantyczna porcja.
Naleśnik ze śmietaną i malinami polany od góry sosem wiśniowym (z prawdziwymi owocami).
Deszcz nadal nie ustępował, w takim razie ruszyłem (po krótkim odpoczynku rzecz jasna) do drugiej restauracji, którą każdy musi odwiedzić – lodziarnia Lenkiewicz. Jedna gałka to koszt 3 zł. Jako że byłem bardzo najedzony poprosiłem tylko o dwie. W efekcie dostałem coś wielkości czterech normalnych. Lody pyszne, szkoda że pogoda nie rozpieszczała. Deszcz lekko ustał, a ja ruszyłem na krótki spacer po starówce. Dworzec PKS jest bardzo blisko, więc nie spieszyłem się zbytnio.
Polski Bus przyjechał z kilkunastominutowym opóźnieniem. Jakie było zdziwienie kierowcy, gdy chciałem wsiąść do autobusu, który kursował na linii Warszawa-Torun-Bydgoszcz. Odległość miedzy tymi dwoma ostatnimi miastami to tylko 40 km, więc oficjalnie nie ma możliwości kupna biletu. Kto normalny kupuje bilet Warszawy do Bydgoszczy, by wsiąść dopiero w Toruniu. No chyba że jest on za 1 zł 😉
Bydgoszcz
Dzień 9 | 40 km PolskimBusem
Na przystanku Polskiego Busa czekał już na mnie Mateusz, couchsurfer, który oprowadzi mnie po Bydgoszczy. Od razu zaprosił mnie do siebie na kolację, gdzie zjadłem wyśmienitą sałatkę zrobioną przez dziadków – polecam :D. Po posiłku, ruszyliśmy w miasto. Największą chlubą Bydgoszczy jest Filharmonia Pomorska. Główna sala koncertowa Filharmonii Pomorskiej zaliczana jest pod względem akustycznym do najlepszych w Europie.
Filharmonia Pomorska im. Ignacego Jana Paderewskiego w Bydgoszczy.
Dowiedziałem się trochę o działającej tutaj firmie PESA. Produkuje ona tramwaje nie tylko dla Polski, ale także dla Europy. Na moście Jerzego Sulimy-Kamińskiego zobaczyłem natomiast rzeźbę „przechodzącego przez rzekę”. Jest to figura balansująca nad Brdą (podobna rzecz jest w Sopocie).
Kolejną, ciekawą rzeczą jest Wyspa Młyńska, odcięta z każdej strony rzeką. Wokół dostępne są lokale, puby i kluby. Na wyspie natomiast można znaleźć park. Byliśmy też na Rynku i pod Ratuszem Bydgoszczy. Przybyła czwórka znajomych Mateusza, z którymi mieliśmy się spotkać tego wieczoru. Planowaliśmy pójść do Warzelni Piwa, jednak kosmiczne ceny za małe 0,3l pogrążyły plan. Wylądowaliśmy w najzwyklejszym pubie.
Siedząc, oglądając mecz i gadając, zleciało kilka godzin, a ja musiałem ruszyć na nocny autobus. Kierowca nawet nie uruchomił silnika, a ja już spałem. Na szczęście do stolicy przyjechał planowo, więc mogłem wykonać szybką przesiadkę do Wrocławia. Przerwa trwała tylko 30 minut, a nie 7 godzin, w przypadku gdybym nie zdążył.
Wrocław
Dzień 10, 11 | 605 km PolskimBusem
Na dworcu PKS zostałem przywitany przez Ievgeniię, ona sama woli zdrobnienie – Żenia. Pochodzi z Ukrainy, a jej rodzice z Polski i Rosji. Gdy miała 16 lat przeprowadziła się do naszego kraju. Zawitaliśmy do jej mieszkania, oddalonego od dworca blisko kilometr. A następnie ruszyliśmy zwiedzać Wrocław. Tramwajem podjechaliśmy pod Halę Stulecia – gdzie odbywał się sobotni pchli targ. Co prawda nie przypominał swoją wielkością jarmarku, który widziałem jeszcze kilka dni temu w Gdańsku, ale i tutaj można było znaleźć kilka ciekawych staroci (och, te złote sygnety :D).
Hala Stulecia z pchlim targiem na pierwszym planie.
Tuż obok Hali Stulecia znajduje się Ogród Japoński. Koszt wejścia to 1,5 zł – ulgowo oraz 3 zł za bilet normalny. Park jest zdecydowanie bardzo ładnym miejscem, znaleźliśmy tam nawet kilka niespotykanych w Polsce roślin, ale niestety za duży to on nie jest.
Z kolei między ogrodem a Halą Stulecia mieści się Wrocławska Fontanna. Od czasu do czasu puszczana jest muzyka, do której synchronizowane są wszystkie poszczególne fontanny. Tworzy to niesamowity pokaz.
Wrocławska Fontanna – największa fontanna w Polsce i jedna z największych w Europie.
Po kilkunastu minutach relaksu ruszyliśmy na Rynek Główny. Możemy jednogłośnie odradzić wybór restauracji Dominium we Wrocławiu. Tragiczna obsługa mimo małego ruchu. Przechodząc przez Rynek dołączyliśmy do ogromnego tłumu. Obejrzeliśmy przedstawienie brazylijskiego iluzjonisty, do którego zostałem nawet wybrany, jako główna postać.
Dan Marques na wrocławskim Rynku.
Nieopodal Rynku znajduje się Wyspa Słodowa. Byłem w totalnym szoku, setki młodych ludzi, każdy bez najmniejszego problemu z piwem w ręku. I to wszystko kilkaset metrów od ścisłego centrum! Bardzo fajne miejsce na sobotni wieczór ze znajomymi, szkoda że niektórzy nie znają limitu i nie umieją nawet po sobie posprzątać (butelki bezzwrotne, paczki papierosów itd.). Kolejnym zaskoczeniem były toalety publiczne na wyspie, a dokładnie ich stan! Były super czyste. Naprawdę polecam to miejsce.
Później kontynuowaliśmy spotkanie w mieszkaniu. Znowu impreza do 4. nad ranem. Obudziliśmy się dopiero o 12. Po śniadaniu poszliśmy do pobliskiego parku, gdzie pokazałem Żeni czym jest slackline. Niestety nie starczyło nam czasu, by pójść gdziekolwiek. Ja ruszyłem na pociąg do Radomska, a Żenia na spotkanie ze znajomymi.
Częstochowa
Dzień 12 | stąd jechałem jeszcze 185 km PolskimBusem do Zakopanego
Nie będę opisywał Radomska, bo nie zdążyłem zobaczyć czegokolwiek. Przyjechałem tam tylko, aby spotkać się ze znajomym przy okazji zwiedzania i tak całej Polski. O 5. rano ruszyłem pociągiem do Częstochowy. Wydanie biletu (niezrozumiała dla mnie prowizja od sprzedaży) kosztowała więcej niż sam bilet – cóż, PKP…
Na miejscu ze względu na porę dnia postanowiłem zwiedzić budzące się miasto, w końcu trafiając na Galerię Jurajską, gdzie spędziłem cały poranek. Zaraz po 7. skontaktowałem się z Marcinem, moim couchsurfingowym oprowadzaczem po Częstochowie. Zaprosił mnie do siebie, a później ok. 8, gdy tylko przyszedł jego kolega ruszyliśmy w miasto.
Pierwszym naszym celem, było miejsce, dla którego tyle osób odwiedza Częstochowę. Mowa oczywiście o Jasnej Górze. Po drodze dowiedziałem się wielu ciekawostek o mijanych budynkach.
Na miejscu odwiedziliśmy kilka muzeów zazwyczaj otwartych od 9. rano. Wszystkie są darmowe, można oczywiście składać ofiarę. W Bastionie Świętego Rocha umieszczono „Panoramę oblężenia klasztoru jasnogórskiego”, przybliżające historię najazdu Szwedów na klasztor w XVII w. Ruszyliśmy do głównego ołtarza, by zobaczyć cel pielgrzymek z całej Polski. Do obrazu Matki Boskiej można zbliżyć się wyznaczoną drogą, idącą wokół ołtarza. Ostatnią atrakcją w tym świętym miejscu była wieża kościelna (otwarta od 8.). Na szczycie, po pokonaniu kilkuset schodów możemy zobaczyć piękną panoramę Częstochowy. Bardzo ładnie prezentowała się Aleja Najświętszej Maryi Panny, skierowana dokładnie na wprost od wieży. Niestety w tym momencie prowadzone są tam roboty drogowe, przez co ulica traci nieco urok.
Schodząc z wieży, a następnie opuszczając Jasną Górę, wyszliśmy na wspomnianą już Aleję. Stąd prosto na ulicę Piłsudskiego, powszechnie nazywaną Aleją Frytkową ze względu na liczbę budek z frytkami i hamburgerami. Tu mieściła się nasza częstochowska „restauracja”. Niestety nie znam nazwy lokalu, jest to zwykły „Doner Kebab” obok banku, po drugiej stronie jest dworzec PKP. Porcja w bułce za 9,5 zł była przeogromna! Zawsze wybieram ostry sos, jednak ich wersja doprowadziła mnie prawie do płaczu.
Aleja Frytkowa (oficjalnie Ulica Józefa Piłsudskiego).
Około 3 km na północ znaleźć można „Promenadę”, długi deptak z parkami, placami zabaw dla najmłodszych, otwartym amfiteatrem oraz skateparkiem. Przesiedzieliśmy tutaj całe słoneczne popołudnie rozmawiając o tanich lotach. Wracając chcieliśmy wziąć najnowocześniejszy tramwaj, chlubę Częstochowy – twista. Przejechaliśmy w ostateczności najzwyklejszym, pamiętającym jeszcze czasy PRL-u pojazdem. Pożegnałem się z couchsurferami, z którymi spędziłem świetny czas. Tyle śmiechu jednego dnia nie pamiętam od dawien dawna.
Nawet nie zdążyłem wyciągnąć ładowarki z plecaka, a już nadrabiałem zaległości we śnie. Pewnie, gdyby autobus nie kończył swej trasy w Katowicach wylądowałbym w Bratysławie lub w Wiedniu. W Katowicach jak zawsze ogromy bajzel z przystankami. Każda firma ma swoje własne, rozsiane po mieście miejsce, gdzie się zatrzymuje. W końcu trafiłem na odpowiedni przystanek. Minutę później otwieram oczy, a to już dworzec w Krakowie. 40 minut przerwy i biorę ostatniego PolskiegoBusa podczas tej wyprawy, tym razem do domu.
Podsumowanie
Dzień 12 | stąd jechałem jeszcze 185 km PolskimBusem do Zakopanego
Wchodzę do domu, a na mnie czeka prezent od firmy 😉
Trochę statystyk, podczas tej wyprawy przebyłem aż 3252 kilometrów Polskim Busem. Każda jedna podróż kosztowała mnie tylko 1 zł. Daje to średnią 0,46 zł za 100 kilometrów.
Raz jeszcze dziękuję każdej osobie, którą spotkałem na trasie. Dozgonna wdzięczność!
Dzięki za przeczytanie.
Pozdrawiam, Mikołaj (miki3475).











