Fly4free.pl

Pandemia COVID-19 dobije małe lotniska. Niektóre mogą zniknąć z mapy Polski!

Foto: PL Rzeszów

– Ja od lat uważam, że korekta sieci lotnisk jest nieunikniona i to nie tylko w Polsce, ale w całej Europie. Pandemia tylko ten proces przyspieszy – mówi Tomasz Kloskowski, prezes lotniska w Gdańsku. I faktycznie, COVID-19 pokazuje, że sytuacja najmniejszych lotnisk jest bardzo zła.

Ostatnie miesiące dobitnie udowodniły, że rekordowe wzrosty od całkowitego krachu dzieli zaledwie jeden krok. Jeszcze w 2019 roku przez polskie lotniska przewinęło się prawie 49 mln pasażerów, rok 2020 też zapowiadał się dobrze, a potem pojawiła się pandemia koronawirusa. Szczególnie trudna dla polskich portów, ponieważ od połowy marca przez 3 miesiące obowiązywał niemal całkowity zakaz ruchu. Potem były letnie miesiące, gdy ruch wynosił średnio ok. 1/3 zeszłorocznego poziomu i jesień, kiedy powtórzyła się sytuacja z wiosny.

Druga fala koronawirusa zaatakowała z wielką siłą, w efekcie poszczególne kraje zaczęły wprowadzać restrykcje i ograniczenia. To zaś sprawiło, że pasażerowie stracili ochotę na latanie, a ostatnim elementem tej wyliczanki są linie lotnicze, które zaczęły ostro ścinać swoje siatki połączeń. Pisaliśmy o tym już na naszych łamach kilka dni temu – weźmy na przykład Wizz Aira, który w Pyrzowicach zostawił sobie 5 tras, a w Krakowie… ledwie 4. To jednak nie są przypadki beznadziejne, bo pamiętajmy, że mówimy tu o 2 i 4 największym lotnisku w Polsce. Port w Balicach jako jeden z nielicznych w Polsce zgarnia duży ruch turystyczny, z kolei Pyrzowice to polska stolica czarterów, więc gdy tylko uda się opanować pandemię COVID-19, do obu portów z pewnością wrócą pasażerowie.

Co jednak stanie się z mniejszymi lotniskami? Jakiś czas temu pisaliśmy o dość szokujących słowach byłego już prezesa PPL Mariusza Szpikowskiego, według którego niektóre regionalne porty lotnicze trzeba będzie zamknąć. Jego słowa zostały odebrane dość negatywnie przez branżę lotniczą. Głównie dlatego, że sam Szpikowski forsował pomysł budowy lotniska w Radomiu, przez wielu ekspertów uznany za pozbawiony większego sensu. Teraz jednak widzimy, że sceptycznych głosów co do przyszłości niektórych lotnisk jest więcej. Jedną z takich osób jest Tomasz Kloskowski, prezes lotniska w Gdańsku i… jeden z największych optymistów w polskiej branży lotniczej. W długiej rozmowie z “Gazetą Wyborczą” przekonuje, że odbicie w branży lotniczej może być równie szybkie i mocne, jak obecne spadki.

Odbicie będzie bardzo szybkie, bo na szczęście nie ma strachu przed lataniem. A to jest najistotniejsze. Po drugie przewoźnicy są gotowi, aby zwiększać oferowanie, jak tylko będzie ruch. Mają gotowe samoloty, załogi, brakuje im tylko pasażerów. A ludzie chcą podróżować, spotykać się ze znajomymi, zwiedzać inne kraje, chcą latać do pracy i mieć swobodę tej podróży. Obecnie część z nich obawia się obostrzeń wprowadzanych przez poszczególne państwa, na przykład zakazów lotów, kwarantanny czy obowiązkowych testów na koronawirusa. Pasażerowie w czasach niepewności wstrzymują się od latania, a lotnictwu jest potrzeby spokój do odbudowania ruchu lotniczego. Czekamy więc na ustabilizowanie sytuacji, a wtedy odbicie będzie bardzo dynamiczne – mówi Kloskowski.

Jak dodaje, najszybciej z kryzysu wyjdą takie lotniska jak Gdańsk, gdzie stosunek połączeń niskokosztowych do tradycyjnych wynosi mniej więcej 70 do 30 procent. Duży problem będą za to miały duże huby oraz lotniska najmniejsze. Z czego to wynika?

– Małe lotniska od lat są na kroplówce właścicieli, czyli lokalnych samorządów. Teraz ich potrzeby są jeszcze większe, bo odpływ pasażerów jest tam jeszcze bardziej odczuwalny niż na większych lotniskach. Ja od lat uważam, że korekta sieci lotnisk jest nieunikniona i to nie tylko w Polsce, ale w całej Europie. Przede wszystkim wpłynie na to zmieniająca się dostępność poszczególnych regionów. Budujemy coraz więcej szybkich i dobrych dróg ekspresowych i autostrad. Szczególnie w Europie widać też rozwój szybkich tras kolejowych. To wszystko już sprawia, że sieć lotnisk robi się za duża, a ten proces cały czas postępuje. Pandemia tylko ten proces przyśpieszy. Oczywiście trudno powiedzieć czy to się wydarzy w ciągu 2-3 lat, czy 10 lat, bo to zależy, jak długo właściciele będą chcieli dopłacać. Ale np. ewentualne powstanie CPK sprawi, że z racjonalnego punktu widzenia wszystkie lotniska Mazowsza będą do zamknięcia: od Modlina po Radom – mówi Kloskowski.

Foto: PL Wrocław

Czy faktycznie tak będzie? Na sprawę można patrzeć z dwóch stron

Strona pierwsza: samorządy będą chciały utrzymać lotniska za wszelką cenę

Zacznijmy od rzeczy najbardziej oczywistej, ale też takiej, z której nie każdy zdaje sobie sprawę: zdecydowana większość polskich lotnisk przynosi straty i to całkiem duże. Zarabiają tylko te największe porty i to też nie wszystkie, bo np. lotnisko w Modlinie, gdzie monopolistą jest Ryanair, wciąż nie jest rentowne (choć przed pandemią obsługiwało nawet do 3 mln pasażerów rocznie). Jednocześnie samorządy, które w przeważającej części są właścicielami lotnisk, godzą się na te straty i pokrywają koszty deficytu. Robią to z wielu doskonale znanych powodów. Część z nich ma charakter prestiżowy, część pośredni charakter ekonomiczny (wiele firm decydując się na inwestycję w danym miejscu wśród decydujących czynników wymienia bliskość lotniska). I co do zasady: sami mieszkańcy zazwyczaj nie mają nic przeciwko finansowaniu takiego deficytowego przedsięwzięcia, co najwyżej narzekając na jakość siatki połączeń.

Wspomnianą wyżej siatkę można próbować rozbudować, choćby poprzez mniej lub bardziej ukryte dopłaty dla przewoźników (głównie niskokosztowych, choć nie tylko), jednak… no właśnie, tu zaczynają się schody.

Patrząc na ostatnie cięcia ze strony Ryanaira i Wizz Aira widzimy, że oferta z mniejszych polskich portów została praktycznie zminimalizowana. Spójrzmy na najmniejsze polskie lotniska i ich ofertę lotów międzynarodowych po cięciach, czyli w okresie od przyszłego tygodnia do połowy grudnia (specjalnie nie biorę pod uwagę lotów krajowych oferowanych przez LOT). Port w Szymanach w chwili obecnej oferuje… 3 loty w tygodniu (1 połączenie do Dortmundu Wizz Aira, 2 – Ryanaira do Londynu Stansted). Lotnisko w Rzeszowie – 4 loty (po 2 połączenia w tygodniu do Londynu i East Midlands), a planowana na ten tydzień nowa trasa Wizz Aira do Eindhoven została przełożona na połowę grudnia.

Identycznie wygląda oferta Ryanaira z Łodzi (2 loty do Stansted i 2 do East Midlands)

O takich wynikach mogą tylko pomarzyć takie lotniska jak Bydgoszcz (od połowy listopada do połowy grudnia tylko 2 loty w tygodniu) i Lublin (1 lot w tygodniu – połączenie Wizz Aira do Eindhoven). A zważywszy na to, że Ryanair i Wizz Air nie wykluczają, że to nie koniec… lotniska może czekać bardzo trudny sezon zimowy. Bo nawet jeśli jakaś część ruchu wróci w połowie grudnia (powroty na Boże Narodzenie etc.), to w styczniu zapewne popyt znów upadnie. Bo o ile jest prawdą to, że przewoźnicy faktycznie mają teraz mnóstwo uziemionych samolotów i załóg, które mogą “aktywować” niemal w każdej chwili, to trudno oczekiwać szybkiego powrotu popytu, zwłaszcza na tych mniejszych lotniskach. A przewoźnicy, zwłaszcza ci niskokosztowi, będą teraz bacznie zwracali uwagę na poziom wypełnienia samolotów. Dramatyzm obecnej sytuacji szczególnie widać w tym,  jak głębokie są cięcia siatki Ryanaira – o irlandzkiej linii można mówić wiele złego, ale z pewnością są mistrzami w organizowaniu przeróżnych promocji i wypełnianiu samolotów. Jeśli trzeba, nawet grubo poniżej kosztów. Niestety, w czasie jesiennej pandemii nie skutkowały żadne magiczne zaklęcia, stąd drastyczne cięcia.

No dobrze – powiedzą niektórzy. Ale przecież wystarczy, że samorządy znów dopłacą Ryanairowi czy Wizz Airowi i tras będzie od groma. To teoretycznie prawda, ale… to może nie wystarczyć. Sytuacja z nielegalnymi dopłatami dla przewoźników już wcześniej była skrajnie niekorzystna dla portów (w telegraficznym skrócie: linie przebierały w ich ofertach jak w ulęgałkach), a obecnie jest jeszcze gorzej. Tajemnicą poliszynela jest to, że przewoźnicy na spotkaniach z lotniskami już kilka miesięcy temu domagali się sowitych rabatów i obniżek dopłat oraz dodatkowych “benefitów” w zamian za przywrócenie starej siatki połączeń. Także w Polsce. I niektóre samorządy z pewnością by zapłaciły, choć nie do końca wiadomo czy… będzie je na to stać. Także patrząc na spowodowany pandemią kryzys gospodarczy, a co za tym idzie – drastyczny w wielu przypadkach spadek przychodów

Ostatni raport organizacji ACI Europe zrzeszającej porty lotnicze ze Starego Kontynentu jest bardzo alarmujący: głosi on, że do końca roku niemal 200 lotnisk w Europie może zbankrutować. Czy to takie niemożliwe? Spójrzmy na polskie podwórko, gdzie lotniska nie mogą się doprosić o pieniądze z tarczy antykryzysowej. I gdzie jest coraz głośniej o trudnej sytuacji finansowej niektórych spółek (znana już wcześniej sprawa Modlina, obecne kłopoty lotniska w Goleniowie i będący ich następstwem spór dwóch udziałowców: PPL oraz zachodniopomorskiego samorządu). W tej sytuacji nie dziwi, że jest już pierwszy samorząd, który nie wyklucza, że… w ogóle zrezygnuje z lotów pasażerskich na swoim lotnisku. To port lotniczy w Łodzi, gdzie miesiąc temu ogłoszono plany budowy logistycznego hubu cargo na terenach lotniska i w jego okolicy. Podczas konferencji prasowej prezydent Łodzi Hanna Zdanowska przyznała, że możliwa jest każda opcja.

– Hub logistyczny to kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy, firm, osób zaangażowanych w obsługę wymiany handlowej nie tylko Polski, ale niemal całej Europy środkowej, z Chinami i innymi krajami. Rozważamy wszelkie scenariusze – także sprzedaż lotniska albo sprzedaż części udziałów. Nie wykluczamy również całkowitej zmiany z lotniska pasażerskiego na Hub logistyczny. Dajemy sobie czas do końca roku na analizy – powiedziała.

I w sumie trudno się dziwić Łodzi. Pytanie brzmi czy takich samorządów będzie więcej?

Komentarze

na konto Fly4free.pl, aby dodać komentarz.

Nie ma jeszcze komentarzy, może coś napiszesz?


porównaj loty, hotele, lot+hotel
Nowa oferta: . Czytaj teraz »