Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 16 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 11 Sie 2019 13:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
Wyjaśnienie: Podróżujemy w 4 osoby. 2 mężczyzn i 2 kobiety. Dla łatwiejszego opowiedzenia historii ich pseudonimy to M(ja), Mt (mój druh), A, J.
23 dni w Kazachstanie, Kirgistanie, Uzbekistanie i 10 w Europie.


Część I- Ukraina, Kazachstan

Rozdział I

28 czerwca wczesnym rankiem udajemy się Wizzairem z Krakowa do Kijowa. Dla 3 osób z 4 jest to pierwsze zetknięcie (lub oderwanie) z transportem powietrznym. Koszt biletu ok 90 zł + 40 zł na osobę za 32kg bagażu rejestrowanego na całą grupę. Lot mija całkiem przyjemnie, jednakże dla mnie i mojego druha samoloty już raczej nigdy nie będą ulubionym środkiem transportu. Nie polubiliśmy się z nimi. Po wylądowaniu i wybraniu pieniędzy z revoluta, udajemy się Yandexem do zamówionego na Airbnb mieszkania. Właścicielką jest A


merykanka mieszkająca w Kijowie i bez problemu pozwala nam wymeldować się dopiero 1 lipca o 16, co jest dla nas zbawienne gdyż samolot mamy o 19 z hakiem. Za noc na 1 osobę wychodzi ok. 25zł i zważając na standard i lokalizacje (1.5km od Majdanu), jest to cena więcej niż zadowalająca. Na stolicę Ukrainy mieliśmy przeznaczone aż 4 dni, co samo w sobie jest sporą ilością czasu, na dodatek męska część grupy była już w Kijowie 2 lata temu. Postanowiliśmy jednak odświeżyć sobie pamięć, a przy okazji pokazać dziewczynom miasto. Udaliśmy się też w kilka nowych miejsc ale o tym za chwilę.

Kijowa jako takiego bardziej opisywać nie będę, gdyż na forum jest multum relacji i informacji z tego miasta. Na przestrzeni 4 dni odwiedziliśmy: Majdan,
Matkę Ojczyznę wraz z muzeum ( A i Mt weszli na sam pomnik, na tarczę, za ok 300 hrywien na osobę), Ławrę Peczerską, Łuk Przyjaźni, ZOO (niezbyt imponujące ale buduje się nowa część i w niedalekiej przyszłości może być znacznie lepiej), budynek hotelu Salute, Funikular, plaże nad Dnieprem i wiele, wiele pomniejszych miejsc. Z opcji jedzeniowych polecam Family House w muzułmańskiej dzielnicy Kijowa, ok kilometr od ZOO (świetny falafel, porcje ogromne) i restaurację Mitla obok Majdanu. Z barów, znaleźliśmy całkiem przyjemny pub zaraz obok Majdanu. ПАБ "Пивна на Майдані". Po mieście poruszaliśmy się w zdecydowanej większości Boltem lub Yandexem, parę razy metrem. Cały spokój pobytu, w dniu wylotu, zmącił telefon z wypożyczalni Vladex w Ałmatach, w której mieliśmy zamówionego Dustera 4x4, o 7 rano na lotnisku. Okazało się, że samochód jest zepsuty i może być podstawiony dopiero dzień później, niechętnie ale przystaliśmy na tę propozycję. (jak się później okazało nie był to jedyny problem). Po tych kilku niezbyt intensywnych dniach udaliśmy się na lotnisko Boryspol skąd mieliśmy lot do Ałmaty linią Ukrainian airlines. Niestety Mt musiał nas opuścić w nocy z 30 czerwca na 1 lipca, powróci on jednak do nas w dalszej części podróży.

Lot przebiegł całkiem spokojnie, jednak ilość miejsca nie pozwoliła mi na sen, całe szczęście na pokładzie dostaje się posiłek co trochę zrekompensowało niewygodę. Na lotnisku kupiliśmy kartę sim, wyciągnęliśmy pieniądze z revoluta i Yandexem udaliśmy się do pokoju ( w końcu była 4 rano). Na szybko zarezerwowaliśmy nocleg w Academic Apartments (75zł za 3os w pokoju 3 osobowym). Standard niezbyt wygórowany ale ujdzie. Pobudka nastąpiła koło południa i udaliśmy się do restauracji Navat na śniadanie/obiad. Bardzo smaczne i solidne porcje. W planie mieliśmy przeznaczyć ten dzień na zwiedzanie ale najpierw chcieliśmy wymienić dolary w banku na Tenge. Stojąc w kolejce zdarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał nawet w najgorszych snach. Zadzwonił Pan z Vladexa, że samochód owszem będzie, ale dnia następnego wieczorem. Po długich rozmowach stwierdziliśmy, że nam to nie odpowiada i że chcemy kontakt do jakiejkolwiek innej wypożyczalni, która ma dostępny samochód na już. Niestety oferta nie była korzystna, 94$ za dzień, przy niecałych 55$ we Vladexie, robi różnicę

Nie wiedząc co począć udaliśmy się do pierwszej lepszej knajpy żeby usiąść i pomyśleć. Traf chciał, że był to Craft bar. Składając zamówienie, okazało się, że kelner mówi po polsku i pracował w Krakowie. Bardzo się zaangażował w pomoc w poszukiwaniu samochodu. Niestety albo nigdzie ich nie było, albo nie dało się wyjechać poza Ałmaty, albo nie były dostępne dla obcokrajowców. Wtedy zdarzyła się kolejna dziwna rzecz, słysząc o naszych problemach przyszedł do nas właściciel, który okazał się Polakiem. Mieszka tam kilka lat, ma restaurację i uczy krav magi. Opowiedział nam, że to tutejszy standard i trzeba się przyzwyczaić, a na dodatek obwiózł nas po najważniejszych atrakcjach miasta (Wielkie Jezioro Ałmatyńskie, Kak Tobe, Zielony bazar itd.). Ałmata całkiem przypadła nam do gustu, miasto jest zadbane i bardzo przyjemne. Widok gór dookoła jest wspaniały, chociaż smog mają porównywalny lub większy niż w Krakowie. Wszystko ułożyło się bardzo dobrze, jednakże nadal nie mieliśmy samochodu na następny dzień. Jedząc kolację w Craft barze ( podobno najlepsze hamburgery w Azji Centralnej, potwierdzamy, może być to prawdą, ceny krakowskie) stwierdziliśmy, że przebolejemy 94$ na dzień (potem się okazało, że za opłatę gotówką dostaje się 10% zniżki) i pojedziemy. Zapytaliśmy naszego nowego kolegi Żenji, czy nie ma ochoty jechać do Kanionu, nad Jeziora Kaindy i Kolasi i do Parku narodowego Ałtyn Emel z nami bo mamy, jedno wolne miejsce. Po chwili namysłu zgodził się i umówieni na 8 rano następnego dnia pod hotelem Astana, gdzie mieściła się wypożyczalnia, rozeszliśmy się.

Rozdział II niebawem

Poniżej parę luźnych zdjęć.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez watsky 16 Sie 2019 10:26, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 12 Sie 2019 20:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
Rozdział II

O godzinie 8 udajemy się spacerem do hotelu Astana (10 minut od naszego pokoju), podpisujemy umowę (cała po rosyjsku), płacimy gotówką w tenge (200$ kaucji zablokowane na karcie) i stajemy się posiadaczami Renault (!) Dustera 4x4. Co ciekawe Pani z wypożyczalni zawiadomiła nas, że trzeba tankować benzynę 98, ewentualnie 95. W późniejszym czasie okazało się to bardzo trudne w wykonaniu. Był to mój pierwszy raz za kierownicą samochodu z automatyczną skrzynią biegów, więc emocje i stres był niemały. Podjechaliśmy pod pobliskiego McDonalda, gdzie umówiliśmy się z Żenją ( już wtedy poinformował nas, że się spóźni godzinę). Posililiśmy się śmieciowym jedzeniem i o 9 byliśmy gotowi to wyjazdu. (Tego dnia czekała nas trasa do Saty, a po drodze miał być czas na spokojne zwiedzanie Kanionu). Po kolejnej godzinie oczekiwania (już 2 godziny spóźnienia!), napisaliśmy do naszego nowego kolegi żeby się pośpieszył, bo nie mamy czasu. Niestety on miał go w nadmiarze i ciągle kręcił kiedy będzie. Musiał jechać do kantoru, do kolegi itd. Bardzo zdenerwowani (było już po 10!, a wyjazd miał być o 8) postanowiliśmy, że dziewczyny pójdą na małe zakupy, a ja poczekam na Żenję. Niestety, J i A zdążyły wrócić, było po 11, a Kazacha nadal nie było. Nasze zdenerwowanie sięgało zenitu i daliśmy mu deadline do 12. Jak można się spodziewać w południe też się nie zjawił i zaczekaliśmy ostatnie pół godziny. Miał szczęście, zdążył w ostatniej chwili. W udawanych dobrych humorach pojechaliśmy w stronę Kanionu Szaryńskiego.

Nie powiem, jazda po mieście przyprawiała mnie o szybsze bicie serca, nie jestem przyzwyczajony do wciskania się między samochody i ciągłego trąbienia. Z czasem szło mi coraz lepiej, zacząłem wyprzedzać, omijać dziury lewy pasem i czuć się pewniej. Niestety ciągłość jazdy była co chwilę przerywana przez słaby pęcherz towarzysza. W ostatniej wiosce przed Kanionem postanowiliśmy zatrzymać się na posiłek i zakupy. Pech chciał, że w drugim kluczyku bateria była bardzo słaba i samochód zamknął się bez nas w środku i włączył! Gwoli wyjaśnienia, samochody w tamtym rejonie świata mają dwa kluczyki, fabryczny-nieużywany i drugi-chyba z alarmem i dodatkowymi bajerami. Właśnie ten kluczyk był powodem naszych problemów. Staliśmy wokół zamkniętego samochodu, który miał włączony silnik i nie potrafiliśmy wejść do środka. My z Żenją poszliśmy na zakupy spożywcze (owoce, pieczywo, napoje różnego rodzaju) i w poszukiwaniu baterii. J i A zostały i telefonicznie próbowały rozwiązać problem razem z Panią z wypożyczalni. Po pewnym czasie „włamały” się do środka, jednakże samochód ciągle wył. Po odczekaniu kilkunastu minut sytuacja się unormowała i dostaliśmy rozkaz używania kluczyka fabrycznego. Po tych emocjach zgłodnieliśmy i udaliśmy się na szaszłyki z baraniny i herbatę z mlekiem i solą. Wszystko było bardzo dobre i tanie (szaszłyk z baraniny 350 tenge). Po tych perturbacjach i spóźnieniu Kazacha, czas zaczął nas gonić, więc szybkim tempem udaliśmy się do Kanionu. Niestety, jak praktycznie nigdy tam nie pada, tak wtedy padał deszcz i wiał niesamowicie mocny wiatr. Mnie i Żenję utrzymywał gdy próbowaliśmy stracić równowagę, natomiast dziewczyny ledwo stały na nogach. Zostawiliśmy samochód ok. kilometr od asfaltowego parkingu i udaliśmy się doliną do rzeki i Eko Parku. Widoki bardzo ładne, jednak wiatr i deszcz uprzykrzał nam życie. Po dotarciu na miejsce nasza 3 miała plan wracać tą samą trasą ale Żenja postanowił pokazać nam „ładne widoki”. Powiem szczerze był to bardzo głupi pomysł, nie wiem dlaczego się na to zgodziliśmy. W trampkach, krótkich spodenkach, w deszczu i przy zachodzącym słońcu wspinaliśmy się po skałach Kanionu, a miało to być szybkie wyjście… Przestraszeni i wściekli na Kazacha, nie mając innego wyjścia, szliśmy za nim. Całe szczęście przeżyliśmy i z perspektywy czasu możemy powiedzieć: BYŁO WARTO. Widoki niesamowite. Z Kanionu wyjechaliśmy po 19, a ciemno robiło się po 20. Jazda po tych dziurawych i krętych drogach w nocy nie jest najprzyjemniejszą czynnością.

Całe szczęście ok 21 dotarliśmy bezpiecznie do Saty i z pomocą Żenji (zadzwonił do właściciela gueshouse) trafiliśmy do naszego celu. Na miejscu mieliśmy załatwiony nocleg z wyżywieniem (150zł na airbnb za 4 osoby) , transport nad jeziora Kaindy i Kolsai (dodatkowe 50$). Niestety okazało się, że bilety wjazdowe trzeba dodatkowo opłacić co nas bardzo zdenerwowało (dodatkowe ok.80zł). Żenja wykłócił, że nad Kolsai nie płacimy ale nad Kaindy już musieliśmy (ok.50zł za samochód i 4 osoby). Wieczorem biesiadowaliśmy do późnej nocy, a rano po śniadaniu wyruszyliśmy nad jeziora. Gdybym wiedział, że nad Kolasi jest równiutki asfalt to wzięlibyśmy tylko transport nad Kaindy. ( Kaindy 30$, a Kolsai po asfalcie 25$…) Nad pierwszym zbiornikiem wodnym byliśmy ok.2 godzin, obeszliśmy go do połowy. Bardzo ładne miejsce, ciche i mało turystów. Podczas powrotu do Saty, okazało się, że nabawiłem się dość silnego zatrucia pokarmowego. Przez nieuwagę do śniadania wypiłem wodę z butelki, którą Żenja uzupełnił z kranu. Mając na uwadze popołudniową długą trasę do Parku Narodowego Ałtyn Emel nie była to dobra wiadomość (po wyjeździe Mt do Polski, zostałem jedyną osobą z prawem jazdy). Nie chcąc tracić wycieczki nad Kaindy udałem się wraz z J, A i Żenją. Droga była trudna, nasz Duster raczej miałby ciężko. Po drodze nasz kierowca chciał do naszego UAZa załadować dodatkowo 4 osobową rodzinę, której RAV4 nie dał rady. Początkowo chcieliśmy się zgodzić ale gdy okazało się, że opłata tej 4 idzie dodatkowo do kieszeni kierowcy (plus nasze 30$), stwierdziliśmy, że jednak pojedziemy sami (i tak jechał z nami starszy Pan na doczepkę). Po ok 1.5-2h podróży i 20min spaceru dotarliśmy nad jezioro. Jest bardzo piękne i ciekawe ale nie robi takiego wrażenia jak Kolsai. Na dodatek dookoła jest niesamowicie brudno. Śmieci są dosłownie WSZĘDZIE. Zjedliśmy 2 śniadanie i udaliśmy się na obiad. Mój stan nie pozwalał na przyswojenie jakiegokolwiek posiłku więc zacząłem wcinać Enterol i pić elektrolity. Droga była długa, dziurawa i męcząca. Po drodze szukając stacji paliw z benzyną 95/98, bak robił się coraz bardziej pusty, postanowiliśmy dotankować 10 litrów 92, bo 80 to już przesada. W połowie drogi zatrzymaliśmy się w jakiejś mniejszej miejscowości w poszukiwaniu odpowiedniego paliwa (znalazło się!) i w sklepie. Tam pierwszy raz usłyszeliśmy ulubione pytania ludzi z Azji Centralnej. Ile lat? Ile dzieci? Żona/mąż jest? Niestety większość naszych odpowiedzi nie pokrywała się z oczekiwaniami i wywoływała zaskoczenie. Rekordzista w wieku 35 lat ma już 2 żony i 4 dzieci. Po 20 dotarliśmy do siedziby strażników parku. Plan zakładał spanie w guesthousie jednak wiedzieliśmy, że nasz nowy kolega nie pozwoli sobie na ten wydatek. Na dodatek wziął namiot (docelowo 5 osobowy, ledwo zmieściliśmy się tam w dwójkę. Dziewczyny spały w samochodzie). Podczas tego wieczoru okazało się, że Żenja ma przy sobie sporo środków odurzających niezbyt legalnych. Trochę nas to zdenerwowało ponieważ nie chcielibyśmy być zatrzymani przez policję, gdy on jest chodzącym sklepem z używkami.

Rano wzięliśmy mapę parku i najpierw pojechaliśmy na wydmę. Droga równa ale bez asfaltu (średnia prędkość 80km/h). Byliśmy pierwszymi gośćmi tego dnia więc na piasku nie było żadnych śladów. Upał był niesamowity więc nie mieliśmy siły żeby przejść całą wydmę szczytem. Przeszliśmy kawałek i za radą Żenji zjechaliśmy z niej na tyłkach (miało to wywołać „śpiew”). FAKTYCZNIE ZADZIAŁAŁO! Zjeżdżając wydobywał się bardzo donośny dźwięk. Po doprowadzeniu się do stanu pozwalającego na jazdę samochodem udaliśmy się w trasę do gór Aktau i Katutau. Tam niestety droga jest FATALNA. 80 km jedziemy około 3h, jeśli nie więcej. Klimatyzacja ledwo wyrabiała, a spalanie wzrosło to ponad 11l/100km. Błędem było nie zatankowanie do pełna przed parkiem, ze strachu przed pustym bakiem, dotarliśmy tylko do jednych gór (tych znajdujących się dalej, w tym momencie wyjdę na ignoranta, ale nie mogę sobie przypomnieć czy były to Aktau czy Katutau). Po dotarciu na miejsce pospacerowaliśmy dnem wyschniętej rzeki, porobiliśmy parę zdjęć, zjedliśmy w wiacie i uciekliśmy w drogę powrotną (upał okrutny, ja mam astmę i źle znoszę upały, a J po prostu źle znosi upały). Na tę część podróży zamieniłem się miejscem z A, stwierdziliśmy, że policja raczej tutaj nas nie złapie. Po wyjechaniu na asfalt wróciłem za kółko i popędziliśmy do Ałmaty drogą przez Kapszagaj (jest tam PŁATNA autostrada...2zł).

O 20 dotarliśmy do myjni, którą polecił nam Żenja ( niecałe 30zł za mycie z zewnątrz i w środku) i poszliśmy coś zjeść. Na oddanie samochodu byliśmy umówieni dzień później rano ale postanowiliśmy załatwić wszystko dzisiaj. Pożegnaliśmy się z Kazachem i napisaliśmy do wypożyczalni czy możemy oddać samochód o 21. Odpowiedź była pozytywna więc z zadowoleniem czekaliśmy na odbiór. Niestety okazało się, że dopiero o 21.30 będziemy mogli wyjechać z myjni. Drugi raz napisaliśmy do Pani z zapytaniem czy 22 będzie ok. Odpowiedź kolejny raz była pozytywna. Okazało się, że znalezienie stacji i jazda po ciemku w Kazachstanie nie należy do łatwych, więc do hotelu Astana dotarliśmy dopiero ok 22.30 (nie informowaliśmy o spóźnieniu bo wyszliśmy z założenia, że skoro każdy z nich ma luźne poczucie czasu to i my raz możemy). Pod hotelem okazało się, że Duster jest BARDZO porysowany. Cale drzwi, zderzaki, itd. Pan jednak stwierdził, że „wsjo haraszo, spasiba”. Kaucja po tygodniu wpłynęła na konto więc nie mamy więcej pytań. Nocleg mieliśmy przy głównej ulicy Dostyk (koło Craft baru) w hostelu Asia. Standard 5/10, osobno pokoje męskie i żeńskie, ale cena 10zł rekompensuje wszystko. Po kąpieli i próbie lokalnego koniaku okazało się, że mamy scyzoryk Żenji. Szybki kontakt i zostałem wytypowany do pójścia z nim na piwo (skorzystałem, a dziewczyny poszły spać). Biesiadowaliśmy do 4.30 rano i na odchodne dostałem papierosy Kazachstan (jakby ktoś z nas palił i ulubiony serek A na kanapki, miły gest). Pobudka była zaplanowana na 6.30 więc niezbyt miałem czas żeby się wyspać. Taksówką (po drodze złapała nas policja za przejazd na wczesnym czerwonym) udaliśmy się na marszrutę do Biszkeku. Po 2 godzinach na dworcu (nie wiedzieć czemu żadna marszruta nie jechała), poznaniu kolegi z Izraela, rosnącej frustracji i szukania alternatywy prywatnym samochodem, kasa się otworzyła i po ok 4 godzinach bez większych przygód dostaliśmy się do Biszkeku. Tego dnia mieliśmy jeszcze w planie zjeść coś i załatwić transport do Kochkor, gdzie załatwiliśmy sobie 3 dniową jazdę konną nad jezioro Song Kol…

(część zdjęć robiona jest analogiem, stąd taka jakość)

Rozdział III wkrótce


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 12 Sie 2019 21:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Sty 2012
Posty: 2228
złoty
Nie masz zbliżenia kierowcy uaza? Mam wrażenie, że z nim jechałem :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 13 Sie 2019 16:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
@wtak Niestety nie mam.
Góra
 Relacje PM off
wtak uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 14 Sie 2019 01:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
Rozdział III

Po wylądowaniu na dworcu zachodnim w Biszkeku zrobiliśmy mały rekonesans dotyczący transportu do Kochkor. Prywatny samochód po negocjacjach kosztował ok 1300-1800 somów natomiast busik ok. 370/os. Postanowiliśmy tym razem nie korzystać z dobrodziejstw tanich taksówek i wybraliśmy marszrutkę. Najpierw jednak udaliśmy się do znalezionej w internecie chińskiej restauracji. Porcję były NIESAMOWICIE duże, jednakże sama jakość niezbyt wygórowana. Rachunek wraz z napojami zamknął się w okolicach 1200 somów (co z perspektywy czasu było głupie, mogliśmy zainwestować w taksówkę i zjeść w Kochkor…), a część jedzenia wzięliśmy na kolację. Po drodze na dworzec staliśmy się niespodziewanie małą atrakcją. Młody Kirgiz bardzo chciał zrobić sobie z nami zdjęcie (które wykonał), a następnie przez parę chwil szedł przed nami robiąc relacje live znajomym, że idzie przed nami i nas nagrywa. Następnie starszy pan zapytał skąd jesteśmy (myślał, że z Francji), na odpowiedź, że z Polski usłyszeliśmy Guten Tag :)))

Dygresja 1: Nie wiem skąd skojarzenie, że jesteśmy z Francji, ale zarówno w Kazachstanie, Kirgistanie jak i Uzbekistanie, większość osób myślała, że właśnie z tego kraju pochodzimy.

Po krótkim spacerze kupiliśmy bilety i zadomowiliśmy się w wysłużonym Sprinterze. Nikt z nas nie spodziewał się, że będziemy siedzieć w środku 1.5 godziny… Dopiero po takim czasie kierowca wyruszył. (W sumie się nie dziwie, zmieścić kilkanaście osób, a do tego: telewizor, krzesełka dziecięce, kojec, 10 kartonów ciastek, łopatę, taboret, stolik i bagaże to wielka sztuka). Podróż mijała całkiem przyjemnie, droga była dwupasmowa w obie strony! Niestety nad moją głową przez całą drogę wisiało dziecko, co skutecznie utrudniało oparcie się o fotel. Po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek i WC, a pod koniec jazdy rozpętała się straszna burza, nic nie było widać i lało ja z cebra. Byliśmy pierwszymi osobami, które opuściły busik i podziwiam kierowcę, że chciało mu się wyładować cały ekwipunek podróżnych, żeby wydobyć nasze 3 plecaki (były na samym dnie).
Na „dworcu” w Kochkor zrobiliśmy szybkie zakupy (zapas wody, orzechy i przekąski) i poszliśmy do Happy Hostel, którego właścicielem jest firma Kyrgyz Nature Travel. Na miejscu przyjął nas brat właściciela i było naprawdę przyjemnie, nawet pomimo braku prądu przez pewien czas.

Dygresja 2: Za 3 dniowy horse trekking zapłaciliśmy 110$ za osobę. W tej cenie były 2 dni jazdy konnej, 3 posiłki dziennie (poczęstunek jeszcze ciepłym samogonem w cenie :)), transport z jeziora Song Kol do Kochkor samochodem i transport z Kochkor do Kyzart również samochodem. Za jedną noc w hostelu zapłaciliśmy ok. 25 zł/os.

Rano szybkie śniadanie i razem z naszymi nowymi kompanami z Azji (Taj, Tajka i Chińczyk), udaliśmy się 7 osobowym Fordem Galaxy do miejscowości Kyzart skąd miała zacząć się nasza przygoda. Na miejscu zjedliśmy solidny obiad u rodziny właściciela koni i po „nauce jazdy” ruszyliśmy w drogę. Nauka wyglądała następująco:

-Wiesz jak jest po rosyjsku lewo i prawo?
-Tak
-No to jedziemy

To by było na tyle. Warto nadmienić, że nikt z nas jeździectwem się nie zajmuje i samo obcowanie z końmi było ciekawym doświadczeniem. Dziwne natomiast było to, że J dostała największego ogiera z całej grupy. Jak się później okazało, był nie do ogarnięcia. Kopał i gryzł inne konie, przepychał się i nie chciał się słuchać (chylę czoła i podziwiam J za to, że dotarła bezpiecznie na miejsce ponieważ czasami koń miał bardzo, bardzo głupie i niebezpieczne pomysły). Sama jazda przebiegała raczej bezproblemowo, czasami zwierzęta nie chciały słuchać poleceń typu: jedź, stój ale od razu pomagali nam przewodnicy. Momentami było naprawdę bardzo stromo. Po dotarciu na najwyższy punkt przeprawy nad jezioro (jeśli dobrze pamiętam 3600m.n.p.m), dostaliśmy 30 minut przerwy na zdjęcia i odpoczynek. Do tego momentu nasze tyłki i nogi raczej nie odczuły jazdy, dopiero podczas zjeżdżania ze szczytu zrobiło się boleśnie i nieprzyjemnie. Sama jazda zajęła nam ok 5.5-6 godzin (docelowo miało to być maksymalnie 4, a może tylko 2.5!). Pogoda było nieprzyjemna, zimno dawało się we znaki, a po pewnym czasie zaczęło mocno padać. Całe szczęście od momentu przyjazdu do nocy biesiadowaliśmy wraz ze wszystkimi mieszkańcami 4 jurt, więc nawet nie odczuliśmy brzydkiej pogody. Problem zaczynał się gdy mieliśmy ochotę na spacer albo na skorzystanie z toalety ale nie takie rzeczy człowiek znosił.
Nasza trójka miała docelowo własną jurtę, tak samo jak Azjaci, jednakże po zobaczeniu, że w środku nie ma łóżek, tylko pojedyncze materace, a pod nimi goła ziemia, stwierdziliśmy, że śpimy w 6 w jednej pod czymkolwiek się da. W nocy było BARDZO zimno. Naprawdę nikt z nas nie spodziewał się, że będzie aż taka niska temperatura. Rano ciężko było wstać ale słońce zachęcało do wynurzenia nosów spod kołder. Po śniadaniu mieliśmy zaplanowaną szybką jazdę (ok.2h) do następnego skupiska jurt (okazało się, że to będzie dosłownie SZYBKA jazda).Trasa przebiegała wzdłuż jeziora i była bardzo malownicza, problem stanowiło jednak tempo przewodników, którzy doskonale się bawili zmuszając nasze konie do szybkiej jazdy. Koniec końców każdy był zadowolony bo trochę adrenaliny nikomu nigdy nie zaszkodziło. (muszę jednak przyznać, że więcej w życiu na konia nie wsiądę)
Kolejne jurty były już zdecydowanie bardziej przystosowane pod turystów. Były łóżka, prąd, boiska do siatkówki i piłki nożnej. Niestety brakowało trochę tej atmosfery z poprzedniego obozowiska. Mając przed sobą cały dzień i połowę następnego spacerowaliśmy po okolicznych pagórkach i wzdłuż jeziora, bawiliśmy się z dziećmi (jedna z dziewczynek miała urodziny) i poznaliśmy drugie słowo po kirgisku: Kapkatu (tzn. wyżej, dzieci ciągle to krzyczały gdy huśtałem się z nimi na huśtawce. Pierwszym poznanym słowem było Rahmat (dziękuję)).

Dygresja 3: Nigdzie w życiu nie spało mi (nam?) się lepiej niż tam. Zero zasięgu, ciemno o 21 i duże zmęczenie powodowało, że spaliśmy po 10 godzin. Bardzo fajne uczucie.

3 dnia rano po śniadaniu przyjechał po nas kierowca i odwiózł do hostelu (podróż trwała ok 2 godzin) gdzie czekał na nas obiad. (oczywiście plov, jakbyśmy nie jedli go od kilku dni na praktycznie każdy posiłek, na zmianę z zupą z mantami) Obiad zjedliśmy w biegu gdyż postanowiliśmy w 6 osób wziąć taksówkę do Biszkeku. Po krótkich negocjacjach stanęło na 1200 somów na 6 osób! Bardzo dobra cena jak na mój gust. Na miejscu zameldowaliśmy się ok 17, po drodze kierowca musiał parę razy się zatrzymać i odwieźć naszych Azjatów tam gdzie chcieli. My natomiast mieliśmy załatwiony nocleg w hotelu kapsułowym gdzie czekał na nas Mt, który przyleciał z Polski przez Pragę i Stambuł do Biszkeku, żeby kontynuować z nami podróż. Sam „hotel” był bardzo fajny, noc kosztowała ok.40zł, była pralka więc czego więcej chcieć. Był tylko jeden problem, w kapsułach po zamknięciu drzwi nie dało się oddychać. Ktoś zdecydowanie czegoś nie przemyślał. Mając w zanadrzu wieczór i połowę następnego dnia (o 16 mieliśmy lot do Osz) szwędaliśmy się po stolicy. Niestety za wiele do zaoferowania nie miała. Zjedliśmy obiad i udaliśmy się na poszukiwania złocistego trunku i dobrego wina. Wszystko co chcieliśmy zostało odnalezione więc z czystym sumieniem poszliśmy spać. Następnego dnia byliśmy umówieni z Tajem, że załatwimy Yandexa na 6 osób i weźmiemy go po drodze na lotnisko. Cała operacja się powiodła, a taksówkarzowi, który chciał od nas dodatkowe opłaty, najpierw za bagaże, a potem w sumie stwierdził żebyśmy po prostu dali jakieś pieniądze, zostawiliśmy w prezencie 10 litrów wody. Dopiero na lotnisku dorwaliśmy pamiątkowe magnesy (ja i J zbieramy) i pocztówki, w mieście jedyny sklep z suwenirami był w godzinach otwarcia ZAMKNIĘTY. Zapomniałem powiedzieć, że odkryliśmy fenomenalną knajpę Chicken Star, gdzie za ok 15 zł są fantastyczne zestawy obiadowe (np. sushi, kurczak, sałatka, kalmary i frytki na jednym talerzu), zdecydowanie polecam jeśli ma ktoś akurat ochotę na coś innego niż manty, plov, szaszłyk lub słodycze (oczywiście zawsze wszystko nam smakowało). Samolot linii Air Manas wystartował o czasie i wyruszyliśmy w naszą 3 podróż samolotem do przygranicznego miasta Osz…

IV rozdział niebawem


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
marcino123 uważa post za pomocny.
 
 
#6 PostWysłany: 14 Sie 2019 08:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Sty 2012
Posty: 2228
złoty
Skarpetki w jajka nasz fajne :)
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 14 Sie 2019 10:15 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 2418
Loty: 168
Kilometry: 266 754
Dzięki za wiele cennych informacji zawartych w relacji.
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 14 Sie 2019 10:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
W razie jakichkolwiek pytań z chęcią odpowiem lub pomogę. Starałem się zawrzeć jak najwięcej informacji, ale jak wiadomo, niemożliwe jest przypomnieć sobie od ręki o wszystkim.







.
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 14 Sie 2019 10:46 

Rejestracja: 10 Lip 2015
Posty: 5
Widoki obłędne, zdjęcia boskie!
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 14 Sie 2019 14:29 

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 439
Loty: 63
Kilometry: 202 612
srebrny
Na tej samej huśtawce bujałem się jakiś miesiąc temu :)
Fajna relacja, dobrze się czyta.
_________________
Image

Moje relacje:
USA - Roadtrip z namiotem na dachu
Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!
Islandia - lodowe góry i maskonury (pisze się)
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 18 Sie 2019 17:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
Rozdział IV

Za co szanuję linie lotnicze Air Manas? Za wygodę i komfort lotu? Nie, było tak jak wszędzie indziej. Za szybką i sprawną odprawę? Nie, było tak jak wszędzie i jeszcze kazali ściągać buty. Za duży bagaż podręczny? TAK! 10Kg dla każdego i dodatkowo bagaż rejestrowany, tak to ja mogę jeździć! Po drodze na lotnisko zgarnęliśmy naszego przyjaciela Taja, na miejscu Pan Taksówkarz najpierw chciał dużo pieniędzy dopłaty za każdy bagaż ( zamawialiśmy Yandex więc nie miał takiego prawa), potem chciał dostać cokolwiek więcej, a stanęło na tym, że zostawiliśmy mu, zbywające nam, dwa baniaki wody. Lotnisko pełne było babć, pań i ciotek, a każda z nich wyglądała jakby jednym z tych lecących co 30 minut samolotów do Osz miała zrobić zakupy na bazarze i wrócić na wieczór zrobić kolację. Samej podróży samolotem nie mam nic do zarzucenia, może tylko fakt, iż ludzie pchali się jakby ktoś zaraz miał im zająć wyznaczone miejsce. A może to u nich normalne, przecież tutaj nie obowiązują kolejki (swoją drogą ciekawe czy do gabinetu lekarza też pierwszy wchodzi ten kto się wepcha). Podczas trwającej całe, zniewalające 35 minut podróży, z okien widać było zaśnieżone szczyty wysokich na kilka tysięcy metrów gór. Mt nie pozwolił nikomu z nas zasnąć cobyśmy na pewno zobaczyli wszystko. Na lotnisku w Osz rozdawano darmowe karty SIM (mam kilka na zbyciu jakby ktoś chciał) toteż wzięliśmy je z myślą, iż może uda nam się zdobyć internet bez rejestracji i wpłaty jednak, niestety, tak to nie działa. Znaleźliśmy taksówkarza, który zgodził się zawieźć nas do hostelu za dogodną dla siebie i dla nas cenę (niestety Uber i Yandex tracą tutaj swoje zasięgi i powrócimy do nich dopiero w Kazachstanie).

Zatrzymaliśmy się w bardzo, bardzo miłym hosteliku. Niekoniecznie ze względu na warunki sypialne (4 łóżka, 4 szefeczki i jedno małe okno, klimatyzacji brak) ale ze względu na strefę wypoczynku. Były tutaj kanapy, sofy, pufy, wszystko to (+kontakty) dostępne na zadaszonym patio oraz piłkarzyki, bilard, dart i pin-pong. Dziewczyny miały problem nas stamtąd odciągnąć. Tego samego wieczoru zjedliśmy w pobliskiej knajpie (jedzenie średnie i dość drogie) i poszliśmy bliżej przyjrzeć się miastu. Niestety A poczuła się gorzej i wraz z J wróciły do hostelu podczas gdy Mt i ja poszliśmy zdobyć świętą górę w Osz. Na szczycie, na który wbiegaliśmy żeby zdążyć na zachód słońca, zaczepiły nas jakieś młodzieniaszki. Zapytali skąd my, czy umiemy coś po Kirgisku i czy mamy Instagrama. Oczywiście zrobili sobie z nami kilka zdjęć, porozmawialiśmy o piłce nożnej i wróciliśmy do dziewczyn. Wieczór spędziliśmy z lokalnym piwem i winem, które zamiast być wytrawnym było najsłodszym w moim życiu. Kolejny dzień rozpoczęliśmy przed świtem, A bardzobardzo nalegała (czyt. zmusiła) abyśmy weszli na tę górkę jeszcze raz. Kobiecie się nie odmawia toteż o 5:30, ciesząc się przyjemnym chłodem (30 stopni) wyczekiwaliśmy słoneczka. Ku naszemu zdziwieniu była tam całkiem spora grupa lokalnych ludzi, a kilku z nich minęliśmy gdy wbiegali na szczyt! Chwilę musieliśmy tam spędzić otóż nikt z nas nie przewidział, iż wschód jest zza gór, więc zobaczyliśmy go dobre 15 minut później niż podają to informacje. Ciągłe wchodzenie i wychodzenie z klimatyzowanych pomieszczeń oraz przeciągi nadwyrężyły gardło J i zmuszeni byliśmy odwiedzić aptekę (kupiliśmy produkt o tej samej nazwie co w Polsce także nie było się czego bać). Spacerkiem podeszliśmy pod pomnik Lenina (znajduje się on tuż przy głównej drodze) skąd udaliśmy się tam, gdzie wszyscy wiemy, że powinniśmy się udać, na bazar. Pech chciał, iż dotarliśmy przed 9, a stoiska otwierają się o 9, co oznaczało dokładnie tyle, że o 9 wciąż wiało tam pustkami. Dziewczyny prawie kupiły tam spodnie, jednak byliśmy nieco zawiedzeni. Udało nam się spróbować ich dziwnych, mlecznych (kefirowych??) napojów. Zrobiliśmy to tylko raz i szczerze nawet nie chcę wracać w te ciemne zakątki pamięci które mogłyby pomóc mi opisać ten smak. Po prostu nie. Zebraliśmy rzeczy z hostelu i, wymieniwszy wcześniej pieniądze na walutę uzbecką, pojechaliśmy do granicy. (Dostaliśmy dwa worki pieniędzy) Okazało się to być znacznie bliżej niż lotnisko.

Granica Kirgisko- Uzbecka w Osz jest niezwykle tłoczna. Wszędzie kolejki. Całe szczęście jako turyści mieliśmy osobne bramki i wszędzie traktowano nas priorytetowo. Nie było nawet konieczności wypełniania karteczek migracyjnych, bo nasze zasoby pieniężne nie przekraczały 2000$ na łeb (heh tyle to na całą podróż poszło!). No i tak dotarliśmy do kraju upałów,gorąca i chevroletów

Rozdział V niebawem


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
SPLDER lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 19 Sie 2019 23:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
Rozdział V

TAXI NADA?? CHEAP TAXI MY FRIEND!!!!!, NOT EXPENSIVE TAXI MY FRIEND!!!! DJENGI NADA?? MONEY!!!, MONEY!!!, SOM, RUBEL, DOLLAR!!!

Po przejściu granicy zostajemy wręcz zaatakowani przez taksówkarzy i cinkciarzy. Pomyśleć wtedy o czymkolwiek oprócz „a dajcie nam spokój, idziemy na nogach” jest niebywale ciężkie. Mimo wszystko postanowiliśmy zacząć się targować coby nie jechać marszrutką. Moje zdolności negocjacyjne na wyjeździe poszybowały aż do chmur więc to ja zacząłem nierówną walkę z taksówkarzami. Początkowa oferta 40000som za osobę wzbudziła nasz uśmiech politowania (kierowca poważnie myślał, że się zgodzimy). Zaproponowałem 40000 som ale za cały samochód. (tutaj uśmiech politowania powędrował w naszym kierunku). Koniec końców ustaliliśmy cenę 65000 za 4 osoby do Andijan lub 70000 pod hotel. (nikt chyba nie wątpi, że wybraliśmy ofertę 2zł droższą). Samochód był klimatyzowany i po niespełna godzinie dotarliśmy pod Orient Hotel, 300m od dworca kolejowego (skąd mieliśmy pociąg do Taszkientu). Sam hotel bardzo, bardzo przyjemny. Klimatyzacja, chłodna woda, lodówka. Internet niestety tragiczny i łazienka się zalewała ale w ogólnym rozliczeniu było bardzo dobrze. 68$ ( 2 pokoje dwuosobowe) zapłaciliśmy w somach, w banknotach 1000. Było tego 2 reklamówki. Młodzi ludzie w recepcji dzielnie liczyli pieniądze i nawet znaleźli małe braki. Musieliśmy dołożyć ok. 5000 som dodatkowo bo tyle brakowało w naszych kupkach zawiniętych gumkami recepturkami. Po szybkiej kąpieli i odpoczynku Mt i Ja udaliśmy się w poszukiwaniu banku i karty sim. Wymiana dolarów przebiegła bezproblemowo, kurs ok 8650 za 1$. (w Uzbekistanie dostaliśmy trochę większe nominały, najwięcej 5000 i 10000, tak czy tak pieniędzy było multum). W banku mili pracownicy zagadali do nas, skąd jesteśmy, jakie plany i w ogóle. Pokierowali nas też do salonu beeline. Na miejscu okazało się, że jako obywatele kraju innego niż Uzbekistan nie mogą nam dać numeru w ŻADNYM punkcie, oprócz głównej siedziby firmy. (Sprawdziliśmy w kilku miejscach, tak to niestety prawda).

Dygresja 1: Po Uzbekistanie poruszaliśmy się DOSŁOWNIE WSZĘDZIE taksówkami, są niebywale tanie (od 4000som za przejazd) i łatwo je złapać nawet jeśli nie mamy lokalnych aplikacji. (my kilka wypróbowaliśmy ale najlepiej i tak stać na ulicy i łapać)


Tak więc udaliśmy się taksówką, którą zamówiła nam pani w punkcie beeline, do głównej siedziby. Po pokonaniu formalności, kolejki i wydaniu, jeśli dobrze pamiętam, 40000som, mieliśmy kilka gigabajtów internetu i rozmowy (smsów brak). Jako że byliśmy już strasznie głodni poprosiliśmy taksówkarza żeby zawiózł nas do restauracji Taszkient, która znajdowała się w okolicach hotelu. Jakież było nasze zdziwienie gdy zostaliśmy wywiezieni poza centrum, do przybytku o takiej samej nazwie! Zdenerwowani i głodni udaliśmy się do miejsca, które nam wskazano. Niestety wyszliśmy szybciej niż weszliśmy gdyż okazało się, że menu niet i w sumie to nawet nie mamy się jak dogadać. Zlokalizowaliśmy na mapie uprzedni cel i pieszo (w ponad 40 stopniowym upale) wędrowaliśmy do Taszkient premium restaurant. Po drodze uzupełniliśmy zapasy wody i gdy dotarliśmy na miejsce znów czekała nas niemiła niespodzianka. Knajpa owszem istnieje ale była to sala weselna. Miły pan pokazał nam włości ale my już nawet nie mieliśmy sił na dalszy spacer ani łapanie taksówki. Wtedy poprosiliśmy właściciela (albo kierownika, w sumie nie wiadomo) o to żeby zamówił nam taksówkę do JAKIEJKOLWIEK restauracji gdzie można COKOLWIEK zjeść. Żółty matiz wywiózł nas do Istambul restaurant, która była przedstawiana jako super miejsce z doskonałym jedzeniem, a był to niestety marnej jakości lokal, z równie marnej jakości potrawami. (nie żebyśmy narzekali, w podróży próbujemy wszystkiego, ale w tamtym momencie mieliśmy ochotę na coś PEWNEGO i DOBREGO. Żałuję, że nie zjedliśmy na ulicy tak jak często to bywało). Miłym akcentem był młody taksówkarz, który nie pozwolił nam, pomimo prób, zapłacić. Do tego powiedział, że nigdy nie był w Polsce ale, że widzimy się niebawem u nas! Po posiłku poszliśmy na małe zakupy, targ i do hotelu, coby mieć siłę na wieczorną eksplorację. Kilka rundek w uno, kilka butelek złotego trunku i wina, uzmysłowiło nam, że jesteśmy głodni i trzeba by udać się do centrum zobaczyć jak miasto wygląda. Wygląda całkiem ok, dużo światełek, pomników, ładny park, pokaz kolorowych fontann z muzyką. (Tak, chyba mają tam za dużo wody) Tak w sumie to tyle. Na kolacje zjedliśmy pizzę w centrum handlowym (sic!). Byliśmy po prostu ciekawi jak to wygląda. W środku zastaliśmy totalny armaggedon. Multum ludzi, dzieci, głośna muzyka, ciuchcie, zabawki. Pan ochroniarz (paradoksalnie ochraniający ruchome schody) zrobił sobie z nami zdjęcie i wspominał, że dokładnie w tym miejscu ma zdjęcie również z Polakami.
Późnym wieczorem za 15000 pojechaliśmy do hotelu gdyż następnego dnia rano o 6.18 mieliśmy pociąg do Taszkientu. Andijan bardzo się nam spodobało, było widać (tak jak w Osz) całkiem inne podejście do spraw religijnych i czuć było muzułmański klimat. Praktycznie każda kobieta była okryta od stóp do głów. W późniejszym czasie dowiedzieliśmy się właśnie, że Osz i Andijan to najbardziej konserwatywne z miast w obu państwach.

Po pokazaniu biletów w punkcie kontroli przed dworcem, przeskanowaniu bagażu i dostaniu pieczątki wpakowaliśmy się do pociągu. Ku naszemu zaskoczeniu był to całkiem przyjemny pojazd. Wagony otwarte, bez przedziałów, jako taka wentylacja i 6 godzinna podróż zleciała szybko. Po drodze mili panowie (siedziałem przy 4 osobowym stoliku) zaproponowali mi posiłek ale podziękowałem i zamieniłem się z ich przyjacielem miejscem coby on mógł się posilić. J oczywiście przespała CALUTKĄ podróż, nie wiem jak ona to robi, ale wystarczy, że wsiądzie do czegoś co się porusza i momentalnie zasypia. Bardzo ciekawym elementem w kolei uzbeckiej są telewizory. Jest w nich dosłownie wszystko. Od miłosnej telenoweli przez teleturniej i stand-up po śmieszne reklamy i informacje jak zachować się gdy przyjadą saperzy na dworzec. W Taszkiencie przywitał nas taki upał, że głowa mała. Do tego kochani taksówkarze po raz kolejny myśleli, że trafili na jeleni i za bagatela 40 euro (!!) jeden z nich chciał nas zawieźć do mieszkania.

Dygresja 2: Mieliśmy zamówiony bardzo ładny apartament w „bogatym gettcie” i właściciel miał nam załatwić transport pod mieszkanie. Niestety pomylił godziny i byliśmy zdani na siebie. Za pomocą yandexa sprawdziliśmy stawkę, która trzeba wytargować (ok. 15000-20000 som za 6 kilometrów). Niestety taksówkarz był nieugięty i sobie poszedł (no gdzież za 40 euro proszę pana!)

Przyjechał Yandex i nawet nie zdążyliśmy się rozsiąść, a już złapała nas policja (prawdopodobnie za nieprawidłowe zatrzymanie). Nie wiem jak to się skończyło ale koniec końców pojechaliśmy w stronę kwatery, która nawet nie miała adresu (były to świeżo wybudowane bloki i całe osiedle).
Po przybyciu na miejsce doznaliśmy „delikatnego” szoku. To było w dosłownym znaczeniu nowobogackie getto. Dookoła mur, szlaban, a dalej rozpadające się chałupki. Po miłym przyjęciu i przekazaniu mieszkania ( był ojciec z synem, który pełnił rolę tłumacza) i wielkich przeprosinach, że nie ma zimnej wody pitnej (po 10 minutach przynieśli całą reklamówkę), siedzieliśmy przez chwilę w szoku jakie mieszkanie się nam trafiło. Klimatyzacja to nic, były ogromne żyrandole, dywany, dwie łazienki, 2 duże pokoje, piękna kuchnia i ogromny przedpokój. Zadowoleni postanowiliśmy chwilę odpocząć i wyprać ubrania. W międzyczasie, ja szukając taksówki do centrum i miejsca gdzie możemy zjeść, odkryłem uzbeckiego „uber eatsa”. Przez przypadek (Mt, J, A naprawdę to był przypadek!) złożyłem zamówienie na burgera, więc zadecydowaliśmy, że dzisiaj na obiad jemy uzbeckie burgery. Po ok. 15 minutach zadzwoniła pani z restauracji czy się nie pomyliłem gdyż są dwa zamówienia w to samo miejsce, całe szczęście dogadaliśmy i zrozumieliśmy, a dostawca przyjechał z dwoma zamówieniami. Za posiłek zapłaciłem grubym plikiem banknotów, którego nawet nie przeliczył. Jedzenie było bardzo dobre więc szczęśliwi udaliśmy się do miasta na zwiedzanie. Niestety centrum było wyłączone z jakiegokolwiek ruchu pieszego gdyż prezydent miał jakiś event. Poszliśmy zatem obejrzeć hotel Uzbekistan i okoliczne atrakcje, wypiliśmy po lemoniadzie i milkshake’u (pomyliłem go z shakiem z mcdonalds i niestety byłem niezadowolony). Wieczorem centrum zostało odblokowane więc spacerowaliśmy po głównym parku, widzieliśmy bibliotekę, parlament i inne tego typu budynki, a na sam koniec udaliśmy się na koło widokowe w wesołym miasteczku (było tam sporo atrakcji dla dzieci i miniaturki najsłynniejszych budowli Uzbekistanu). Przez przypadek zakupiliśmy kabinę VIP za 20000som za osobę.(wersja normalna 10000som) Chyba było warto, wygodne fotele, klimatyzacja i piękny widok na zachodzące słońce nad stolicą Uzbekistanu. Było już późno więc po chwili szwendania pojechaliśmy do mieszkania. Wieczorem zastała nas chęć na jakieś uzbeckie trunki alkoholowe. NIESTETY w stolicy nie da się praktycznie nabyć alkoholu w normalnych sklepach. Byliśmy w kilku i możliwe było kupienie jedynie piwa 0%. Mt i Ja jako męska część grupy, postanowiliśmy o 22, pojechać na drugi koniec miasta do sklepu alkoholowego (jest kilka w mieście i tylko tam, nie licząc jakiś lewych transakcji, można kupić alkohol). Ubożsi o ok 25000 za taksówkę w dwie strony, stratni godzinę ale bogatsi o uzbecki koniak i wódkę o nazwie minus 40 wróciliśmy z tarczą do dziewczyn. Wieczorem graliśmy w uno i pisaliśmy pamiętnik.

Rankiem następnego dnia ze szczegółowym planem zwiedzania udaliśmy się na targ. Był wspaniały, ilość towarów, różnorodność i życzliwość przypadła nam do gustu. Kupiliśmy magnesy, kurkumę i szafran, a przy wyjściu arbuza i szaszłyka. Następnym celem był Biały Meczet. Niestety dziewczyny nie zostały wpuszczone. My dopełniliśmy obowiązku i weszliśmy do środka. Kolejnym przystankiem był najsłynniejszy plov w Azji Centralnej (w Plov Center Tashkent). Faktycznie był to najpyszniejszy plov jaki kiedykolwiek jedliśmy! Faktycznie, robią go w ogromnych garach i faktycznie, je go mnóstwo osób. (porcje były ogromne, zostało nawet na potem) Bardzo, bardzo polecamy. My jedliśmy 3 rodzaje: 2 zwykłe, jeden z koniną i jeden z jajkiem. Po kilku godzinach w ponad 40 stopniowym upale pojechaliśmy odpocząć do mieszkania aby nabrać sił przed wieczornymi przechadzkami. W trakcie jazdy stwierdziliśmy, że złocisty płyn bardzo by nam teraz się przydał. Powiedzieliśmy taksówkarzowi żeby zawiózł nas do jakiegoś sklepu z alkoholem, niestety ten, który odwiedziliśmy był zamknięty, więc ustawiliśmy GPS na ten sam przybytek co zeszłego wieczoru. Pani od razu nas rozpoznała i przypomniała sobie, że rozproszona dyskusją i doradzaniem nam, zapomniała policzyć 2 piw. Uregulowaliśmy zaległy rachunek i nabyliśmy parę nowych butelek,z uśmiechem żegnając się z miłą ekspedientką.

Dygresja 3: To wcale nie było śmieszne ale w pewnym momencie J poczuła jak podeszwy jej butów topią się!

Gdy słońce chowało się za horyzontem, zjedliśmy szybką kolację i metrem udaliśmy się znów do centrum. Widzieliśmy wieżę telewizyjną i mnóstwo pomników i memoriałów nad rzeką. (bardzo przyjemne miejsce polecamy!) Mt jako jedyny z nas nie jeździł na koniu, więc postanowił za 5000som, przejechać się po asfalcie w samym centrum Taszkientu, na białym rumaku. Śmiechu było co niemiara ale mógł odhaczyć kolejną aktywność. Na sam koniec udaliśmy się głównym deptakiem (ciągnie się od Hotelu Uzbekistan) zobaczyć jak ludzie spędzają wieczór. Zaskoczyła nas ilość osób, imprez, muzyki, atrakcji. Był nawet koncert Dja i multum młodzieży. W pewnym momencie zaczepiła nas uzbecka telewizja i przeprowadziła z nami wywiad. Dowiedzieliśmy się, że państwo zezwala raz w tygodniu młodym ludziom na wolność i mogą przedstawiać swoje talenty i zainteresowania. Miejsce to nazywają Broadway’em. Tym miłym akcentem zakończyliśmy dzień i poszliśmy spać gdyż o 6 rano oddawaliśmy mieszkanie (właściciele dostarczyli nam karteczki meldunkowe), a o 8.55 mieliśmy pociąg do Samarkandy.

Dygresja 4: Taszkient to bardzo przyjemne i ciekawe miasto. Samo centrum jest bardzo ale to bardzo zadbane, wszędzie są zraszacze trawy (poza centrum trawa jest wypalona do samej ziemi). Pomniki i wszelkie budowle również się nie sypią. Jest co robić, jest co zobaczyć i jest gdzie usiąść i odpocząć. Zdecydowanie warto było zostać na dłużej niż 1 dzień, tak jak my to zrobiliśmy.

Rozdział VI niebawem


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#13 PostWysłany: 22 Sie 2019 20:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
Rozdział VI

Jeśli tylko jest taka możliwość wybieramy nocne albo poranne pociągi, ten do Samarkandy niestety wyjeżdżał przed południem. Pomimo, iż robiło się na zewnątrz coraz cieplej, z pozytywnymi doświadczeniami z poprzednich podróży czekaliśmy na dworcu. Nie było tam niczego takiego jak tablica odjazdów, a informacja  podawana była przez radiowęzeł po uzbecku, jednakże panowie ochroniarze (a właściwie mogli być to wojskowi) sami do nas podeszli i pokazali gdzie mamy się udać (taka sama sytuacja przytrafiła nam się potem jeszcze kilkukrotnie więc tam chyba po prostu tak jest- turysto nie szwędaj się).
Żółta lampka alarmowa zaświeciła się u nas gdy, przechodząc w poszukiwaniu naszego wagonu, zaczepił nas konduktor z 1klasy i zaproponował, że za dopłatą dostaniemy lepsze miejsca. Upał, zgiełk i ciężkie plecaki nawet nie pozwoliły nam zastanowić się nad tą decyzja, a co dopiero targować. Wsiedliśmy chwile przed czasem, nasz wagon był jeszcze prawie pusty ale i nagrzany. No nic, klima się pewnie włączy gdy ruszymy. Jedyne co się włączyło po starcie to bardzo głośny telewizor z programem typu allin1 (disco, kabaret, reklamy, tak jak poprzednio) oraz bardzo głośna wycieczka szklona (może kolonie).

Zmordowani w południe dotarliśmy na dworzec gdzie powitało nas słoneczko i oczywiście taryfiarze. Nie ma sensu z nimi się targować toteż udaliśmy się nieco dalej  na skrzyżowanie skąd biały chevrolet (kierowca chyba nowy w branży) zabrał nas do hostelu. Taksówkarze nie jeżdżą tutaj z użyciem mapy mimo, iż ich telefony na to pozwalają, po drodze najczęściej telefonują do znajomych albo, tak jak w naszym przypadku, pod numer do hostelu i od nich dowiadują się jaką trasę wybrać, który skręt w lewo wybrać i gdzie się zatrzymać.
Nasz hostel mieścił się w starej części miasta (ok.800m od Registanu), co wiązało się z labiryntem wąskich, nierównych i, czego sami niejednokrotnie doświadczyliśmy, ślepych uliczek. Pani z hostelu była bardzo bardzo miła, czekała na nas woda, wiatrak i arbuz. Dodatkowo mieszkanie miało patio, do którego bardzo nas zachęcano i nieomieszkaliśmy skorzystać.

Dygresja 1: Guest House FAYZI, bo tak brzmiała jego nazwa, był chyba najlepszym noclegiem w Uzbekistanie. Za 32$ mieliśmy 4 osobowy pokój w samym centrum ze śniadaniem. Dodatkowo zostaliśmy obdarowani dwukrotnie arbuzem i wodą. Można też zamówić obiad ale trzeba dać znać rano (my niestety poprosiliśmy za późno). Jest to nowy hostel i prawdopodobnie byliśmy pierwszymi gośćmi spoza Uzbekistanu gdyż zaraz po wyjeździe nasze zdjęcia jako jedyne pojawiły się na bookingu. Z całego serca polecamy!

Jest około 13, oczeń żarko, a my głodni. Cóż robić, kapelusze na głowy i idziemy. Pomimo wielu uliczek trasa do centrum była stosunkowo krótka i łatwa do zapamiętania więc tylko za pierwszym razem włączyliśmy mapy. Okolica przyjemna, całkiem sporo sklepików spożywczych i to takich z piwem!
Obiad zjedliśmy w polecanej restauracji Bibikhanum teahouse (chyba jednak jej nie polecimy), gdzie obsługiwał nas 11 może 13 letni chłopczyk i tylko dlatego tak nam smakował, iż zdecydowaliśmy się tu przyjść dnia kolejnego (wtedy to nie jemu trafił się nasz stolik i jedzenie wcale nie było smaczne). Wróciliśmy do hostelu i wieczorem poszliśmy pod Registan.

Przepiękny, naprawdę przepiękny! J to miasto podobało się najbardziej ze wszystkich. Ogrom tych budynków, kolory i wykonanie zachwycały. Chcieliśmy przyjść tu na zachód słońca gdy wszystko to jest podświetlane jednak nie udało nam się. Zobaczyliśmy natomiast Park im. Amira Temura, Go’r Amir Maqbarasi oraz pospacerowaliśmy po mieście żeby poczuć klimat poza centrum. Na kolację kukurużka (polecam serdecznie, świeże, ciepłe, tanie, a jakie smaczne!)
Następnego dnia śniadanie mieliśmy wykupione w hostelu, ależ ono było smaczne. Naleśniki, jajka, miód, chlebek, kiełbaski, słodycze, owoce, słowem wszystko czego dusza zapragnie. Miła Pani pozwoliła nam zostać prawie cały jeden dzień więcej w oczekiwaniu na pociąg i nie chciała za to ani grosza, mimo, iż próbowaliśmy jej wcisnąć.

Poszliśmy zwiedzać drugą część centrum w co wchodził między innymi Kryptę Prezydenta oraz cmentarz pełen bogato zdobionych krypt (Shah-i-Zinda) Przeszliśmy go najpierw , przez przypadek, od strony zwykłego cmentarza, i schodząc ze wzniesienia mieliśmy piękny widok na cały kompleks. (Jeśli komuś nie widzi się płacić za wstęp polecam tę opcję, bo rzeczywiście widać prawie wszystko). Później jednak za namową A kupiliśmy bilety i jak na prawdziwych turystów przystało poświęciliśmy 30 minut na przechadzkę po Shah-i-Zinda. W drodze powrotnej do hostelu Mt i Ja mieliśmy nieodpartą ochotę na zimną Coca-Colę w szklanej butelce (tam, jakież to piękne, wszędzie jest dostępna i niesamowicie tania). Zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym sklepie. Kasjerki nie było, za to było bardzo dużo dzieci, które najpierw nas obsłużyły, a potem wypytywały skąd jesteśmy, jak mamy na imię itd. Na wieść, że jesteśmy z Polski wymienili tylu piłkarzy, że nawet ja, a trochę się interesuję, byłem zawstydzony. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, pożegnaliśmy i piechotą poszliśmy w stronę Fayzi.

Do Buchary jechaliśmy szybkim, hiszpańskim pociągiem Talgo. Faktycznie był szybki, odległość ponad 200km pokonaliśmy w około 2h10minut. Do tego klimatyzacja, prowadnicy, pełna klasa i kultura. Nawet kupiliśmy sobie coś do jedzenia.
Jako, iż był środek nocy umówiliśmy się z hostelem, iż wyślą po nas taksówkę (warto nadmienić, że dworzec znajduje się w odległości 13km od centrum) Wszystkie bilety kupiliśmy online jednak na dwóch widniała informacja o konieczności wymienienia ich na normalny. Nie byłoby w tym nic złego gdyby gdziekolwiek była informacja o tym gdzie tego dokonać. Bilety te należy więc wymienić w kasie na dworcu, z którego jest odjazd. Ze względu na to, iż następny pociąg mieliśmy o 4 rano, a nauczyliśmy się już nie wierzyć w informacje, że jak coś jest całodobowe to będzie otwarte cały czas, a jak od 9 to będzie od 9, wymieniliśmy bilety zaraz po przyjeździe. Oczywiście tutaj też nikt nie słyszał o kolejce więc dzielna A wepchała się gdzie trzeba i po około 40 minutach mogliśmy jechać.

Hostel Mekhtarin heh, śmieszna sprawa. Na bookingu mam geniusa poziom 2 więc miałem niższą cenę, pracownik jednak chce więcej. Co robić, prosimy o kierownika. Jako, iż nas rosyjski jest średni, dla wyrównania mówimy tylko po angielsku i udajemy, że nic nie paniemaju. Okazało się, iż pomimo podatku naliczanego przez booking oni chcą jeszcze jeden w kwocie 2,5$ za osobę za noc(czyli 20$, a sam hostel kosztował 44$ za 2 noce ze śniadaniem). NO CHYBA NIE. Siedzący obok Słoweńcy powiedzieli, że oni też byli zdziwieni ale zapłacili, wspierali nas potem w kłótni z menagerem, że faktycznie jest to nie fair (w tej cenie moglibyśmy mieć 4porządny hotel w centrum). Po około godzinie, gdzie żaden z nas nie chciał ustąpić (kierownik nawet napisał do booking.com!) zdecydowaliśmy się, iż wystąpimy z bezkosztową prośbą o anulację noclegu, którą on przyjmie. Gdy już to zrobiliśmy musiał albo zorientować się, ze faktycznie pójdziemy, albo booking mu odpisał, iż nie ma racji ale wykrzyknął radośnie, że skoro mamy geniusa to nie musimy tego jednak płacić (tak jakby to cokolwiek miało do rzeczy). Idąc za ciosem w ramach rekompensaty J załatwiła nam darmową taksówkę na dworzec (tę na pociąg do Chiwy) i zamieniła wliczone w koszt śniadanie na lunch. W końcu mogliśmy zrzucić z siebie plecaki, wypić piwka (kup 2 i dostaniesz 3 za darmo hehe) i pójść spać (przez wszystkie perturbacje dopiero ok.3 rano)

Dygresja 2: Okazało się, że nie tylko my mieliśmy taki problem z tym hostelem. W internecie jest masa osób, które zostały oszukane w ten sposób. Nie można się na to zgodzić gdyż to są jakieś „”dodatkowe” opłaty, których oni sami nawet nie potrafią wytłumaczyć.

Zdecydowaliśmy się wstać około 6 rano żeby zdążyć zobaczyć miasto przed najgorszym upałem. O takiej godzinie mijaliśmy się tylko z mleczarzami. Wróciliśmy na śniadanie, które, no cóż, było tak na jeden ząb. Wyszliśmy więc szybko i w drodze na mury kupiliśmy po somsie.
Zabytki Buchary nas zawiodły, nie dość, iż na wszystko trzeba płacić drogi wstęp (inna cena dla swoich i kilkukrotnie wyższa dla turystów) to jeszcze naprawdę nic tam nie było (Oczywiście nie dosłownie). Mury, które ciągnęły się przez kilkaset metrów, ograniczały się do zwiedzania pomieszczeń z narzędziami za witryną. Nawet nie było widać stamtąd miasta. Dobrze, że podczas porannego spaceru weszliśmy do otwartej bramy w centrum i mogliśmy przejść się po krużgankach, bo po śniadaniu było to już wejście płatne. Zwiedziliśmy też meczet Kalan wraz z minaretem, Chor minor ( to akurat było bardzo klimatyczne i niezadeptane miejsce) i parę innych lokacji. Niestety byliśmy ogromnie rozczarowani tym miastem mając w pamięci jak wspaniała była Samarkanda. Oczywiście trzeba oddać Bucharze, że jest w centrum bardzo zadbana, że jest jako taki, w porównaniu do Samarkandy żaden, klimat i wielka historia stoi za każdym z budynków ale z bólem serca przyznajemy, że nie polubiliśmy się.
A kupiła sobie ręcznej roboty plecaczek i krętymi, zdecydowanie bardziej zawiłymi uliczkami niż w Samarkandzie, wróciliśmy na lunch. Kolejne godziny spędziliśmy w patio grając w karty, czytając i czekając, aż upał minie.
Jako, że Mt to miłośnik parków udaliśmy się do parku Mirzo Ulugbeka. Znaczy koło poczty skąd wysyłaliśmy kartki (kupiliśmy je w Samarkandzie ale w poniedziałki poczta nie pracowała) złapaliśmy matiza. Kierowa nie do końca nas zrozumiał, bo najpierw zawiózł nas do centrum ale poprawił swój błąd, do tego raczył nas historyjkami i jak zwykle nie mógł uwierzyć, że w tym wieku nie mamy swoich rodzin. Wspomniał coś o katastrofie smoleńskiej i chyba nie za bardzo lubi USA, bo Trumpowi życzył czegoś podobnego.

W parku drzewa były naszego wzrostu, a na środku stał pomnik globusa Uzbekistanu. Dosłownie globus w połowie zajęty przez Uzbekistan. W internecie znaleźliśmy knajpkę niedaleko „parku” jednak gdy zaczęliśmy się zbliżać wyłoniła się przed nami błotnista rzeka pełna półnagich dzieci i mężczyzn zażywających kąpieli. Szybko stamtąd uciekliśmy jednak okazało się, że nie ma nigdzie mostu, a wyjścia z parku są dwa toteż wróciliśmy do miejsca skąd przyszliśmy zaliczając wielkie koło. W drodze do knajpy minęliśmy tiry na europejskich tablicach, owce i kozy i w sumie nie wiedzieliśmy czy powinniśmy już czuć się niebezpiecznie. Restauracja jak się okazało była dosłownie nad tą błotnistą rzeką, do tego stopnia, że nasz stolik umiejscowiony był na mostku. Wyglądało to bardzo ładnie prócz tego, że wszystko- śmieci, resztki i brudy wrzucane były bezpośrednio w wodę. Jedzenie można określić jednym słowem- majonez. Musieliśmy jeszcze czekać na nie blisko godzinę, a do rachunku doliczono nam opłatę za muzykę (każdej osobie oddzielnie, a muzyka pochodziła z imprezy urodzinowej, która odbywała się kilka stolików dalej).
Wciąż niedokarmieni złapaliśmy taksówkę do centrum (w całkowitej ciemności). W hostelu chwilowo (całą noc) nie było wody (podobno jakiś problem w całym mieście) więc spakowaliśmy się i położyliśmy bez mycia. O 3 rano przyjechał nasz opłacony przez hostel taksówkarz i zawiózł na dworzec. Spotkaliśmy tam znajomych Słoweńców (przemierzali Uzbekistan na rowerach) i razem wsiedliśmy niestety do różnych wagonów.

Był to pierwszy w tej podróży przez Uzbekistan wagon plackartny. (A w ogóle jechała takim pierwszy raz!) Niestety nie zrobił pozytywnego wrażenia, nasze miejsca zajęły matki z dziećmi i musieliśmy zadowolić się najgorszymi na korytarzu. Mi trafiło się miejsce przy toalecie, kto widział ten wie jaki to problem dla osoby mierzącej blisko 190cm. Prowadnik niby coś przepraszał ale miał szczęście, że J nie stała najbliżej niego, bo chyba by go rozszarpała.

Rozdział VII niebawem


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
pani.k uważa post za pomocny.
 
 
#14 PostWysłany: 25 Sie 2019 23:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
Rozdział VII

Budzę się przed 8, nie mogę spać bo się nie mieszczę i każdy kto idzie do toalety szturcha mnie w nogi. Reszta ekipy nadal śpi. Rodzina siedząca obok widząc, że nie mam co ze sobą zrobić zaprasza mnie do stolika na śniadanie. Bez zastanowienia przyjmuje ofertę. Są frytki, baranina, chleb, herbata i słodycze. Nie jest to najlżejsze śniadanie w moim życiu ale było całkiem smaczne. Przez blisko 2 godziny dyskutujemy o różnicach pomiędzy Polską, a Uzbekistanem (Kolejni ludzi dziwiący się, że nie mam rodziny w takim wieku). Jako że wszyscy mamy miejsca na górze, nie mamy gdzie siedzieć. J gdy się obudziła i zrobiła poranną toaletę przyszła do mnie i staliśmy w przejściu pomiędzy wagonami z braku lepszego pomysłu.
Chiwa przywitała nas nieprawdopodobnym upałem. Naprawdę, było tak ciepło, że co kilkaset metrów robiliśmy przerwy. W sklepie chcieliśmy uzupełnić zapasy wody ale był ogromny problem z komunikacją. Pani nie mówiła ani po rosyjsku ani po angielsku więc na migi (co i tak nie za bardzo działało) tłumaczyliśmy czego potrzebujemy.
Na murach kupiliśmy bilety wstępu (mieliśmy kilka godzin więc nabyliśmy wejściówki bez wstępów do muzeów za ok. 40000 za osobę). W środku pełen kapitalizm, z każdej strony atakowani byliśmy przez sklepikarzy, muzykę i wycieczki.

Dygresja 1: Plan na Chiwę był prosty, przyjeżdżamy, spacerujemy po mieście parę godzin, jemy obiad i załatwiamy samochód do Nukus.

Zwiedzamy ścisłe stare miasto Ichon-Quala, a w nim m.in. Kalta Minor i wiele wiele innych. Bardzo przyjemnie nam się spacerowało. Budynki są wspaniałe i naprawdę warto przyjechać do Chiwy choćby na parę godzin, tak jak my to zrobiliśmy. Po spacerze zrobiliśmy się głodni, Mt zobaczył restaurację na dachu jednego z domów i stwierdził, że będzie ładny widok, więc musimy tam pójść.

Dygresja 2: Była to Terrassa cafe and restaurant, zdecydowanie możemy polecić, jedzenie smaczne, jest menu, a widok z góry wspaniały!)

Było już popołudniu więc zrobiliśmy ostatnie kółko po centrum, wymieniliśmy dolary i nabyliśmy magnesy (J i Ja nigdzie nie możemy sobie ich odpuścić).
W drodze powrotnej na dworzec, zostawiliśmy tam bagaże za symboliczną opłatą, mieliśmy mały kryzys. Było tak ciepło, że ja miałem momentami ciemno przed oczami. Niestety mam astmę i takie temperatury nie zawsze działają na mnie dobrze. U znajomej pani sklepikarki kupiliśmy więcej wody na zapas do samochodu, który Mt i Ja mieliśmy zorganizować. Dziewczyny zostały na dworcu (klimatyzowanym więc chciało się być cały czas),a my wyruszyliśmy na poszukiwania. Podczas przechodzenia przez kontrolę zapytaliśmy policjanta gdzie jest postój taksówek. Stwierdził, że on zadzwoni gdzie trzeba i załatwi nam transport do Nukus. Pierwsza cena 50$ była dla nas za wysoka ale po chwili milczenia kierowca zszedł do 40$.

Dygresja 3: Wiem, że to jest zdecydowanie zawyżona cena ale w tamtej sytuacji było nam obojętne za ile pojedziemy. Byliśmy zmęczeni i potrzebowaliśmy transportu.

Po 20 minutach pod dworcem zjawił się nasz biały (i klimatyzowany!) Chevrolet i udaliśmy się w drogę do Nukus. Po 3-4 godzinach przybyliśmy na miejsce ale był problem ze znalezieniem zamówionego hotelu o nazwie Dosliq. Nie zgadzała się ulica podana na booking gdyż adres, pod który zostaliśmy zawiezieni, okazał się być 2 kilometry od miejsca docelowego.

Dygresja 4: Nie wolno ufać mapom Google ani Maps.me. Jedna z drugą cały czas się wyklucza więc najlepiej wszystko robić według własnego uznania.

Po długim spacerze z plecakami i dotarciu na miejsce byliśmy zaskoczeni zastanymi warunkami. Za 70$ za 2 noce/4 osoby mieliśmy pokój z łazienką i lodówką. Niestety standard był bardzo niski, przypominał jakiś pensjonat z lat 70 nad Bałtykiem. W recepcji nie dało się porozumieć ani po rosyjsku ani po angielsku, jakimś cudem załatwiliśmy taksówkę do Muynaku na następny dzień za 50$ w dwie strony (tak naprawdę mieliśmy kierowcę na cały dzień i mogliśmy jechać gdzie tylko nam się marzyło). Wieczorem udaliśmy się do restauracji Neo na kolację. Nikt z nas nie spodziewał się, że będzie to, jak na tutejsze standardy, dość wysokich lotów przybytek. Wszyscy byli elegancko ubrani, a my w trampkach, koszulkach i krótkich spodenkach. Na dodatek w środku odbywała się jakaś impreza. Wiedząc, że niezbyt tam pasujemy usiedliśmy na zewnątrz. Jedzenie było smaczne, a ceny więcej niż akceptowalne. Na sam koniec tego długiego i męczącego dnia pojechaliśmy taksówką do jedynego w okolicy otwartego sklepu aby zaopatrzyć się w prowiant na wycieczkę do Muynaku.

Wcześnie rano, ok. 7, z nadzieją w serduszkach zeszliśmy do hotelowej „restauracji” na śniadanie. Niestety pozostawiało ono, tak jak sam obiekt, wiele do życzenia. Każdy coś wrzucił na ruszt i chwilę po 8 siedzieliśmy w klimatyzowanym Chevrolecie w drodze do byłego portu nad Morzem Aralskim (Tak o tym jeziorze mówią miejscowi). Droga przebiegła sprawnie i koło południa schodziliśmy po schodkach do wraków statków. Część z nich jest ustawiona w rzędzie, a dookoła został wybudowany chodnik dla wygody turystów. W zasięgu wzroku i spaceru można jednak bez problemu znaleźć luźno porozrzucane, rdzewiejące statki. Upał był dokuczliwy, więc po parunastu minutach spaceru po okolicy nasz kierowca zabrał nas do muzeum Morza Aralskiego. Bilet wstępu kosztował nas po 20000 na osobę. Chyba nie spodziewali się żadnych gości bo światło było zgaszone i specjalnie dla nas panie otworzyły wystawy. Same eksponaty są trochę nudnawe, parę tylko nas zaciekawiło, ale film o historii tego rejonu był nad wyraz interesujący (był nawet po angielsku!). Szkoda tylko, że urwał się w połowie.

Dygresja 5: To co nas bardzo zaskoczyło w Muynaku to to, że wszystko było budowane od nowa. Całe miasto jest w budowie. W internecie były informacje, że miejscowość jest na wpół wymarła. Jak się potem dowiedzieliśmy gdy prezydent przyjechał do Muynaku i zobaczył jak ludzie żyją i jak to wszystko wygląda, nakazał zbudowanie domostw i budynków od zera.

Po godzinie 14/15 udaliśmy się w drogę powrotną. Z kierowcą niestety nie potrafiliśmy się porozumieć, gdyż mówił tylko po uzbecku, ale jakież było nasze zdziwienie gdy nagle z głośników zaczęła lecieć playlista z Polskim disco polo. Nie wiem czy ktoś mu powiedział, że jesteśmy z Polski, czy po prostu tego słucha, ale nikt z nas się tego nie spodziewał. Zbliżając się do Nukus kierowca stwierdził, że pokaże nam coś wartego zobaczenia. Okazało się, że jest to specyficzny cmentarz na górce. Z głębokimi kryptami, do których się schodzi w głąb ziemi, a część grobów jest otwarta i ma na sobie tylko taką jakby drabinkę. A mówiła, że na tym stelażu kładziono zmarłych, a dalej wszystko toczyło się samo. Nie wiem, nie znam się. Oprócz nas była tam ekspedycja z Niemiec. Samego miejsca nie potrafię zidentyfikować na żadnej mapie ale było to na drodze z Muynaku do Nukus (ok. 50km od Nukus) i ok 2 km w stronę Turkmenistanu. Tym razem obiad zjedliśmy w restauracji Las Vegas (znów wyjątkowo tam nie pasowaliśmy i na dodatek byliśmy jedynymi klientami. Sama restauracja bardzo dobra) Po obiedzie i odpoczynku Mt i Ja postanowiliśmy pojechać do banku wymienić lokalną walutę na tenge gdyż za dużo pieniędzy nam zostało, a następnego dnia mieliśmy pociąg do Kazachstanu. Niestety, nigdzie nam ich nie wymieniono, dopiero na targu u cinkciarza sfinalizowaliśmy transakcję. Na sam koniec przygody z Uzbekistanem zrobiliśmy zakupy na targu, spróbowaliśmy specyficznego napoju (woda sodowa z jakimś syropem sprzedawana na szklanki) i spacerowaliśmy wzdłuż rzeki. W międzyczasie Mt i A gdy ujrzeli wrotkowisko bardzo chcieli z niego skorzystać, niestety, rozmiar buta Mt nie pozwolił na szaleństwa więc wróciliśmy do hotelu.

Pociąg odjeżdżał o 4.12 rano i do Bejneu w Kazachstanie miał dotrzeć o 19 z hakiem. Sama podróż była najgorszym, przynajmniej moim, doświadczeniem z koleją na wschodzie (a trochę nią jeździłem). Upał w pociągu był niesamowity. Od samego oddychania człowiek robił się mokry. Na domiar złego na granicy spędziliśmy 3 godziny i żołnierz pofatygował się do nas aby wypytać co my tu tak właściwie robimy i sprawdzić bagaże. Podczas dalszej podróży przyszedł do nas inny wojskowy i wypytywał o nasz cel podróży, czy mamy aparaty itd. Dodatkowo opowiadał, że krótkie spodenki i brak męża/żony w naszym wieku to nic dobrego. Nie był zbyt przyjemny,a jego pytania i odpowiedzi były podejrzane.

O mały włos nie przejechaliśmy naszej stacji Bejneu, gdyż nikt nas nie poinformował, że na nas pora, a czas na zegarkach nie zgadzał się ze stanem faktycznym. Mieliśmy dojechać po 19, a w Bejneu byliśmy o 18. Potem okazało się, że nie dość, że czas się zmienił to tak jak kiedyś w Rosji, na dworcu mamy godzinę z Astany (Nur-Sułtan), a poza dworcem miejscowy. Zamieszania było co niemiara, nie byliśmy nawet pewni o której odjeżdża nasz kolejny pociąg do Mangystau (w Aktau nad Morzem Kaspijskim nie ma stacji). Gdy wszystko ustaliliśmy, rozpoczęły się poszukiwania toalety. Było to zadanie niemożliwe do zrealizowania gdyż na dworcu ani w okolicy nie było WC. Dopiero J i Ja znaleźliśmy lokal, nazywający się restauracją, gdzie było jakiekolwiek jedzenie, toaleta i złocisty trunek. Połowy karty nie było, może nawet ¾, ale nieśmiertelny plov i lagman jest wszędzie. Pociąg odjeżdżał o 23.33 czasu Astańskiego, a na miejscu zameldowaliśmy się o 8. W taki sposób, brudni, zmęczeni i szczęśliwi dotarliśmy do Aktau. Tak w sumie to do Mangystau skąd marszrutką za 95 tenge (Yandex nie działał, a ja nie miałem ochoty się targową) pojechaliśmy do centrum, gdzie ok 150m od plaży, mieliśmy wynajęte mieszkanie na 2 noce.

Rozdział VIII niebawem


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
pani.k lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 09 Wrz 2019 20:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
Rozdział VIII

Jakiego trzeba mieć pecha żeby nad Morzem Kaspijskim trafić na zimne pływy? Pewnie porównywalnego do napotkania deszczu w kanionie Szaryńskim (:
Zaraz po przyjedzie udaliśmy się na śniadanie do lokalu tuż obok kwatery. Każdy wziął co innego w ofercie śniadaniowej i każdy był zadowolony (cena była wysoka jak na Kazachstan ale do zniesienia dla nas). Następny przystanek- Avia kasy. Nie pomyśleliśmy o tym wcześniej i dopiero w Uzbekistanie zaczęliśmy kombinować nad lotem z Aktau do NurSułtanu (ciężko stwierdzić jak to miasto nazywać, bo sami mieszkańcy różnie reagują). Ceny wahały się ale najtaniej wydawało się właśnie w Avia kasach. Jednak, ze względu na fakt, iż było to 2 dni przed wylotem ceny były porównywalne do tych w internecie.
Szybkie zakupy, targ i lecimy na plażę. Sporo kamieni i głazów ale znalazło się także miłe miejsce do rozłożenia kocyka. Na starcie zdziwiło nas, iż nikt się nie kąpie, po zanurzeniu kostek wiedzieliśmy dlaczego… woda ta miała mniej niż 10°, Bałtyk przy tym to gorące źródła. A i Mt zdołali się zanurzyć, J tylko zmoczyła strój, a ja wróciłem na koc najszybciej jak się dało. Pogoda była wspaniała, po upałach Uzbekistanu przyszedł czas na kilka stopni mniej (tylko jakieś 30) i lekką bryzę. Nie przemyśleliśmy jednakowoż, iż takie warunki sprzyjają opaleniźnie, toteż gdy po piwku w pobliskim barze i sesji zdjęciowej nad wodą udaliśmy się na obiad, prawie nie mogliśmy zgiąć kolan. Do jedzenia wybraliśmy burgery, całkiem smaczne i całkiem tanie. Droga powrotna była potworna. Weszliśmy na targ po kefir i, gdy tylko wdrapaliśmy się na 5 piętro, wzajemnie się nim okładaliśmy. J była totalnie unieruchomiona, ją najbardziej słoneczko polubiło. Wieczorem Mt, A i Ja poszliśmy jeszcze na plażę, przebrnęliśmy przez wodę i chwilę siedzieliśmy na wysepce, dopóki pewien mężczyzna nie przylazł do nas (przypominam, że byliśmy na wysepce kilkadziesiąt metrów od brzegu) twierdząc, że jest z policji. Sprawa wyglądała następująco: TUTAJ NIE WOLNO PIĆ ALKOHOLU ZARAZ PRZYJEDZIE POLICJA. Zdziwieni i pełni niedowierzania stwierdziliśmy, że się szybko ewakuujemy i siądziemy gdzie indziej. Pan szedł za nami, a po minucie na brzegu zjawił się patrol policji. Wtedy tajny agent służb specjalnych stwierdził, że jak damy mu piwo to wszystko będzie dobrze. Byliśmy niemądrzy i oddaliśmy ostatni złocisty trunek, i dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że chłop zeruje butelkę kucając w krzakach, a policja spisywała kogoś innego. Jak mogliśmy się nabrać na taki prymitywny plan, nie wiem, choć się domyślam. Na koniec wróciliśmy do knajpy, w której byliśmy przed obiadem, zamówiliśmy po szaszłyku i złotym napoju. Ja jeszcze wróciłem po J, która dogorywała w mieszkaniu. Jako, iż był tam parkiet, a my lubimy tańczyć przebawiliśmy cała noc. Średnia wieku około 50, odbywały się tam urodziny i podział ról był jasny. Mężczyźni piją wódkę przy stole, a kobiety tańczą w kółku. My się tym nie przejęliśmy i bawiliśmy się doskonale nie zważając na to, że pasujemy tam jak pięść do oka. DJ nawet puścił nam piosenkę na życzenie! Około północy najbardziej spalona ze wszystkich J zbierała się do spania więc oboje poszliśmy drogą na skróty (przez budowę) do mieszkania, pozostawiając tańczących Mt i A.

Następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać więc po powrocie włączyliśmy jeszcze pranie, posmarowaliśmy się ostatni raz kefirem i zasnęliśmy.
Nie widzieliśmy, o której właściwie mamy się wynieść, a nasz hostka nie odpisywała więc wyszliśmy na śniadanie. Nie znaleźliśmy nic śniadaniowego (znaczy znaleźliśmy ale zamknięte) więc zatrzymaliśmy się w knajpce na rogu. Każdy z nas wziął różne odmiany makaronu, dziewczyny wybrały spaghetti bolognese porcję dziecięcą ale i tak nie udało im się dojeść. Porcje były ogromne, może nie jakieś wybitne w smaku ale na pewno się nimi najedliśmy.
Hostka się odezwała, że do 14 możemy być za darmo, a potem po 1000 tenge za godzinę, toteż do 14 odpoczywaliśmy, następnie oddaliśmy klucze i udaliśmy się obczaić tutejszego Burger Kinga. Oferty może i mają korzystniejsze jednak ich dostępność pozostawia wiele do życzenia. Na zaproponowanych 7 zestawów dostępne są dwa- najtańszy i najdroższy. Jako, że nie mieliśmy nic do roboty posiedzieliśmy tam chwilę (tak ze 2h) i poszliśmy jeść dalej.
Tym razem padło na nowoczesną restauracje, już przy wejściu uderzył nas ogrom ludzi, do tego widać było, że to miejsce dla zamożniejszych w mieście. Nie specjalnie nam to przeszkadzało, a do gapiów zdążyliśmy się przyzwyczaić, więc zamówiliśmy sałatki, frytki i mięso do podziału. Mt jako fan frytek i kurczaka zaskoczył nas po raz kolejny zamawiając sałatkę z ozorów wołowych. Jedząc wpadliśmy na szalony pomysł, ażeby zdążyć na pociąg do Aktobe, spędzić tam dwa dni i stamtąd lecieć znacznie tańszym samolotem do stolicy. Do pociągu zostało 40 minut, a my byliśmy wciąż w Aktau toteż biegiem puściliśmy się z restauracji, złapaliśmy taksówkę i w 30 minut byliśmy na dworcu. Bilety samolotowe gotowe, tylko nacisnąć akceptuj na telefonie, jednak kolej nie dała za wygraną. Ja stałem w kolejce do kasy, niestety byłem na końcu. J poszła do prowadnika zagadać czy może by się coś znalazło na lewo ale wyśpiewał taką cenę, że nawet gdyby udało się zlicytować o połowę to wciąż byłoby to nieopłacalne.
Nie zostało nam nic innego jak czekać na pociąg do Aralska. Zrobiliśmy zakupy, A i Mt niejednokrotne skorzystali z płatnej 20tenge toalety (biedni, trzymało ich już któryś dzień) i czekaliśmy na dworcu. Pociąg przyjechał przed czasem, wpakowaliśmy więc nasze plecaki i gdy tylko ruszył udaliśmy się do jedynego, dostępnego dla nas, klimatyzowanego pomieszczenia czyli wagonu restauracyjnego. Piwo wcale nie było aż takie drogie, a dziewczyny postanowiły się rozgrzać, w związku z czym zamówiły 100 g dobrze schłodzonej, przeźroczystej substancji. (żart, dobrze nagrzanej substancji, wódka nie widziała lodówki) Musiały spodobać się kelnerowi, bo to co dostały to było 250 jak nic! Przygotowani do nocy wróciliśmy do wagonu i zasnęliśmy niemal od razu.

Rano budzimy się, i ku naszemu zdziwieniu, u samej góry, w miejscu gdzie zostawia się torby leży mężczyzna. Co on tam robi, jak on tam wszedł, czy prowadnik o tym wie? Zastanawiając się nad tym dostrzegliśmy, iż w każdym wolnym takim miejscu leży podobny do tego pan, a prowadnik doskonale o tym wie. Co więcej, okazało się, że nieczynny od godziny kibel to sprawka śpiącego w nim, pijanego jak bela faceta. Ponadto okazało się, że tutaj nie szanuje się przestrzeni innych i gdy tylko wstaniesz do toalety ktoś bezpardonowo może zająć twoje łóżko i nie ruszy się nawet gdy chcesz się położyć. Jednak żeby nie pokazywać kazachskich pociągów tylko w złym świetle, znalazła się także miła rodzina, która poczęstowała nas herbata i ciastkami, wypytała o Polskę (nie mogli uwierzyć, że dominują u nas usługi, a nie rolnictwo). Mt niestety schodząc z górnego łóżka ciosem kung fu zbił im czarkę do herbaty ale i tak nas lubili. Do mnie doczepił się jegomość ze złotymi zębami, który nie mógł zrozumieć co my tak właściwie tutaj robimy. PO CO? DLACZEGO? Przede wszystkim jednak SKĄD WY MACIE NA TO PIENIĄDZE???? Był niezbyt miły, natarczywy i stwierdził, że Aralsk to taki Texas w Rosji i że raczej cali nie wrócimy (tym akurat się nie przejąłem, karkołomne wydarzenia lubimy) Na koniec zapraszał mnie na alkohol ale odmówiłem, a poznana rodzina próbowała przemówić mu do rozsądku żeby dał nam spokój. (Chciałbym pana bardzo przeprosić, że podróżowałem i zostawiałem pieniądze i nie raz dałem się oszukać i naciągnąć) Po południu ponownie odwiedziliśmy wagon restauracyjny, tym razem wzięliśmy ze sobą uno. Zaczęliśmy od herbaty, następnie chcieliśmy zjeść obiad więc podano nam menu. Cóż z tego skoro jedynymi dostępnymi opcjami był podejrzliwie wyglądający kurczak i barszcz. Ale zjedliśmy i przeżyliśmy, w między czasie zdążyliśmy się dowiedzieć w jaki sposób budowano system irygacyjny, wtedy dopiero uświadomiliśmy sobie jak wielkie były te kanały i jak ogromną katastrofą jest wysychanie Jeziora Aralskiego.

Około 19 wysiedliśmy w Aralsku. Zostawiliśmy w pobliskim hostelu plecaki i poszliśmy w głąb miasta, nie było tu żywego ducha. Dopiero w porcie, a raczej czymś co kiedyś było portem, a dziś jest miejscem do wypasania wielbłądów, spotkaliśmy grających w piłkę chłopaków. Znali zarówno Lewandowskiego jak i Piątka. Posiłek zjedliśmy w jedynej otwartej tutaj stołówce, pizza była zła ale zjadliwa, a pierogi okazały się być zupa z pierogami ale i tak nie były najgorsze. Ostatnie godziny przed wyjazdem spędziliśmy w parku, pijąc drinki z plastikowych kubeczków. Po dodatkowych 2h siedzenia na dworcu w końcu przyjechał nasz pociąg, w końcu mieliśmy kupe i w końcu wyspaliśmy się tak jak lubimy. Tak sobie jadąc wesoło i konsumując zapasy żywności i napitków podczas postoju stwierdziliśmy, że chce nam się piwa i mamy ochotę na bliżej nieokreślone produkty spożywcze. Jako, że był to najdłuższy postój (prawie 50 minut) to Mt i Ja, jako męska część ekipy, poszliśmy na polowanie na dworzec. Stojąc sobie spokojnie w sklepiku i wybierając produkty (ledwie zdążyłem wybrać piwo) Mt podniósł alarm, że pewna kobieta biegnie w stronę pociągu i że my też musimy bo dziewczyny odjadą bez nas (pytanie kto miałby większy problem: my bez dokumentów i w klapkach czy dziewczyny z całym taborem). Szybko wziąłem puszki do rąk rzuciłem pani 2000 tenge na ladę i niczym czarnoskórzy sprinterzy sekundę później pędziliśmy w stronę wagonu. Jak to się skończyło? Ano tak, że 5 minut później byłem znów na dworcu kupując somsy i zupki chińskie, tym razem z A. Niestety albo stety pani w kiosku zarobila ekstra 1000 tenge ale lepiej mieć pewność, że się dojedzie razem i stracić pieniądze, niż mieć 10 zł i zostać na pustkowiu.

2 poranki później zjawiliśmy się na stołecznym dworcu. Była natomiast jedna rzecz, która zdecydowanie nam doskwierała. Ostatni prysznic wzięliśmy prawie 3 dni wcześniej. J i Ja pamiętając dworzec w Nowosybirsku gdzie można było bez problemu się umyć stwierdziliśmy, że tutaj też coś znajdziemy. Mieliśmy racje, za, jeśli dobrze pamiętam 400 tenge każdy z nas się wykąpał i nowo narodzenie pojechaliśmy autobusem do samego centrum NurSułtanu. Mieliśmy równo 12 godzin do samolotu więc plan był prosty, przejść się po centrum, zjeść i kupić magnesy. Każdy elementy wykonaliśmy perfekcyjnie, a dziewczyny nawet odwiedziły meczet!! Śniadanie zjedliśmy w znanej nam z Ałmaty restauracji Navat, jednak ta była okropna. Większości karty nie było, a samo jedzenie było słabe. Przechadzając się po głównej arterii zobaczyliśmy „przepych” w wykonaniu Kazachskim. Co można więcej o tym mieście powiedzieć? Straszna lipa i tandeta, dobrze, że nie przeznaczyliśmy na to miasto więcej czasu. Późnym popołudniem wychodząc z budynków EXPO poszliśmy zjeść i zrobić ostatnie zakupy do galerii handlowej naprzeciwko. Spędziliśmy tam ok. 2 godzin i znudzeni zamówiliśmy yandexa na lotnisko (koszt ok. 15 zł) W porcie lotniczym nie przyjęto naszego „bagażu” składającego się z 4 plecaków owiniętych linką więc musieliśmy owinąć folią plecaki. Całe szczęście w Kazachstanie nie zdzierają i taka przyjemność to tylko 15zł! Lot do Budapesztu przebiegł całkiem sprawnie nie licząc bandy pijanych Rosjan mówiących do obsługi po angielsku… Nic fajnego ale i tak nie dane było mi spać, nie licząc jednej chwili słabości. Zasnąłem i głowa opadła mi na przejście. Wtedy to, tak mówił MT, Rosjanie zaalarmowali obsługę, że chyba zemdlałem. Śmiesznie bo spałem, a sytuacji nawet nie pamiętam. Po wylądowaniu i odprawie paszportowej biegiem udaliśmy się na autobus do centrum (bilet ok 13 zł) i w środku nocy, z przestawionymi zegarkami i pustymi brzuchami udaliśmy się do mieszkania z Airbnb. O 2 Mt i A zostali oddelegowani na poszukiwanie jakiegokolwiek jedzenia, przynieśli ociekającą tłuszczem pizzę… lepsze to niż nic, więc zjedliśmy i poszliśmy spać gdyż czekały nas intensywne dni w Budapeszcie. J i Ja byliśmy już tam natomiast Mt i A nie.


Ostatni rozdział IX niebawem


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 13 Wrz 2019 20:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Maj 2016
Posty: 78
niebieski
Rozdział IX

W sumie 4 dni, jak dla mnie długo, myślałem jakby tu zakończyć relację. Teoretycznie wszystko co ciekawe, warte opowiedzenia czy najzwyczajniej w świecie piękne zostało już opowiedziane. Bo czymże jest Budapeszt czy Wiedeń, do którego można skoczyć na weekend, przy pięknych i niekoniecznie łatwo dostępnych górach Kirgistanu i miastach Uzbekistanu? Wydaje się, że raczej niczym, tym bardziej, że wszystkie 3 stolice odwiedzone na koniec są rozłożone na czynniki pierwsze przez pół internetu. Żeby nie zanudzać przejdę jednak do kontynuowania opowieści aby móc z czystym sumieniem dopełnić corocznej tradycji, publikowania relacji z „podróży”.
Wstając rano ciężko mi było ruszyć chociaż stopą. Naprawdę nie pamiętam kiedy byłem tak zmęczony. Różnica czasu to tylko 5 godzin ale jakoś to wszystko się tak poukładało, że każdy z nas czuł się jakby przejechany walcem. Wraz z J podjęliśmy demokratyczną decyzję, że po produkty spożywcze oddelegujemy ponownie Mt i A bo całkiem nieźle im poszło dzień wcześniej. Kupili rzeczy na obiad i śniadanie ale nie było ich ponad 2 godziny!! Zamiast wyjść o rozsądnej porze to wygramoliliśmy się z mieszkania około 12.

Dygresja 1: Musimy się przyznać, że popełniliśmy straszny czyn. Wpakowaliśmy się do mieszkania 3 osobowego w 4 osoby. Ja zostałem nielegalnym mieszkańcem. Aby się rozgrzeszyć powiem tyle, że powodem nie były ceny mieszkań na Airbnb czy skąpstwo, a to, że jakość noclegów w Budapeszcie jest delikatnie mówiąc słaba. Gdy znaleźliśmy to mieszkanie, które wyglądało na nowiutkie i blisko centrum, stwierdziliśmy, widząc, że są tam 2 podwójne łóżka (co samo w sobie kusi!) że podejmiemy ryzyko i rezerwujemy. Był self check-in więc nie było problemu z właścicielami, a samo mieszkanie jest w mojej opinii idealne na 4 osoby. Bardzo mi za nas wstyd ale różne decyzje się podejmuje w życiu. (he he)

Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Placu Bohaterów i zamku Vajdahunyadvar. Następnie kupiliśmy bilety 24 godzinne na komunikację i najstarszą częścią metra pojechaliśmy nad Dunaj. (Śmieszna sprawa bo to stare metro jest takie malutkie, że Mt i Ja w wagoniku dotykaliśmy głową sufitu) Spacerując wokół Parlamentu i i Dunaju postanowiliśmy nabyć porządną (nie drogą a dużą!) butlę wina i pójść na Wyspę Małgorzaty. Rekreując się i odpoczywając snuliśmy plany na ten i następny dzień. Z internetu dowiedzieliśmy się, że w ramach 24 godzinnego biletu możemy pływać tramwajem wodnym, więc nie zastanawiając się długo ruszyliśmy do przystani. Fantastyczna atrakcja i widoki, polecamy każdemu! Jako, że było już popołudniu wróciliśmy na chwilę do mieszkania aby zjeść obiad. (Pierwszy raz od miesiąca jedliśmy coś zrobionego samodzielnie) Wyszło smacznie i wieczorem mieliśmy w planie wejść na Wzgórze Gellerta oglądać zachód słońca. Jak zwykle było warto! Siedząc na Wzgórzu i popijając wino z plastiku wspominaliśmy miłe chwile ale też żyliśmy chwilą (żeby nie było, że zrobiło się nostalgicznie!)

Dygresja 2: Było nam z J bardzo miło móc MT i A pokazać Budapeszt gdyż byliśmy w nim już wcześniej. Z tym wiąże się inna historia, mianowicie spaliśmy w namiocie na Wzgórzu Gellerta. Muszę przyznać, że ze wszystkich noclegów w moim życiu ten był najwspanialszy i najpiękniejszy. Polecamy każdemu

Dość tych wszystkich wspominków. Na następny dzień plan był prosty. ZWIEDZANIE. Po przylocie nie mieliśmy sił więc trzeba było nadrobić. Jak pewnie każdy się domyśla byliśmy w każdym wartym odwiedzenia turystycznym miejscu: Zamek w Budzie, Bazylika Św. Stefana, most łańcuchowy, główną halę targową, Wielką Synagogę, Łaźnie Gellerta (z zewnątrz, był plan zażycia kąpieli ale spalił na panewce), ulicę Vaci. Ogólnie myślę, że przeciągnęliśmy Mt i A po Budapeszcie jak tylko potrafiliśmy najlepiej, w tak krótkim czasie. „Przed obiad” zjedliśmy w hali targowej, pyszne Langosze za ok 1000 forintów (plus-minus ale nie były bardzo drogie), szybkie zakupy w Aldi znajdującym się na poziomie -1 i krótka regeneracja w mieszkaniu. Obiad zjedliśmy w Frici Papa, nie powiem nic więcej o tym miejscu oprócz oceny, 6/10. Wieczorem chodziliśmy od baru do baru, gdyż następnego dnia rano, Mt i A wracali do Polski, a J i Ja kontynuowaliśmy podróż do Bratysławy i Wiednia. Było miło, przyjemnie ale tez i smutno, bo jak to tak rozstać się po miesiącu spędzonym razem? Okazało się, że wot tak, trzeba to trzeba. Wykorzystaliśmy do końca ostatnią kliszę i poszliśmy się pakować i spać gdyż o 8 rano każdy z nas miał autobus w swoją stronę.

Dygresja 3: Dziwna sprawa, odwiedziliśmy pewien bar w dzielnicy Żydowskiej, który nam bardzo podpasował. Ceny niskie, atmosfera luźna. Okazało się, że to sieciówka więc poszliśmy do kolejnego pod tym samym szyldem. Jakie było nasze zdziwienie gdy okazało się, że to samo piwo kosztuje tam prawie 3 razy więcej!

Bilet do Bratysławy kupiliśmy na stronie Omio (Eurolines) za 19.75$. W cenie ciepły napój i słuchawki, obsługa miła i bardzo przystępne ceny w autobusie innych produktów spożywczych! Pojazd nowy, ekrany dotykowe i inne niezbędne i zbędne rzeczy na pokładzie. Wyjazd z Kelenföld Vasút, myślałem, że z miejsc na dworcu będzie odjeżdżał, a wyrusza ok 100m dalej z malutkiej dróżki. Po dotarciu do Bratysławy na dworzec i wyciągnięciu euro z revoluta zastała nas ogromna ulewa. Blisko godzinę siedzieliśmy na dworcu. Gdy przestało padać poszliśmy spacerem do Hotelu. Film Hotel, okazał się drogim (50 euro za noc, 2 osobowy pokój) i mającym lata świetności za sobą miejscem. Jedynie lokalizacja go ratowała, 5-10 minut do samego centrum. Obiad zjedliśmy zaraz obok hotelu, U Majora Zemana. Jedzenie smaczne, ceny niskie (ok 13 euro za cały obiad dla 2 osób), a porcje spore. Najedzeni (czyli szczęśliwi) udaliśmy się z J na wielkie zwiedzanie BRATYSŁAWY. (Ani ona ani ja nigdy tam nie byliśmy, więc jakieś wyobrażenia i oczekiwania były). Jak opiszę Bratysławę? NUDA. Serio, spodziewałem się czegokolwiek ale nie miasta na wpół wymarłego. Poza paroma uliczkami na starym mieście i zamku na wzgórzu to ciężko spotkać drugiego człowieka. Jedyną rzeczą wartą wspomnienia,( o innych nawet nie będę mówił bo nie ma o czym, ot miasteczko ze starymi kamieniczkami i zamkiem. No dobra mają radziecki, ogromny pomnik!!!) jest most z UFO. Gdy słońce zachodziło udaliśmy się na most aby przyjrzeć się miastu z góry. Była to bardzo dobra decyzja, widok wspaniały, zdecydowanie warto. Boli jednak cena, 6 euro za osobę (dla studentów). W drodze powrotnej aby uprzyjemnić sobie choć trochę ten zimny dzień w stolicy, kupiliśmy gorzkie czekoladowe lody i poszliśmy spać. Myśleliśmy o zostaniu jeszcze połowy następnego dnia ale widząc, że całe miasto już obeszliśmy, pojechaliśmy do Wiednia o 10. (10 euro za 2 osoby liniami RegioJet. Standard taki jak w Eurolines czyli dobry). Ja w Wiedniu byłem 2 razy więc przygotowałem się porządnie do roli „oprowadzacza” gdyż J nigdy w tym pięknym mieście nie była. Czasu nie było dużo ale 2 pełne dni wystarczyły żeby obejść najważniejsze miejsca, wejść do Katedry Św. Szczepana, pojechać do Pałacu Schonbrunn, odwiedzić Prater, pokręcić się bez celu po pięknym centrum, zobaczyć MuseumsQuartier, Hundertwasserhaus, ratusz, operę i Kościół Św. Karola Boromeusza. Pojechaliśmy też nad Dunaj, gdzie J spróbowała jazdy na elektrycznej hulajnodze (chyba jej się spodobało) zjeść wursty i Wiener Schnitzel w wersji XXL w Leopoldauer Alm (był arcyogromny) Poruszaliśmy się dosłownie każdym środkiem komunikacji publicznej gdyż kupiliśmy za 8 euro na osobę bilet 24 godzinny. (Świetną mają komunikację, zazdroszczę) Nocleg mieliśmy obok stadionu Ernesta Happela, za pokój 2 osobowy, zapłaciliśmy (po zniżce -100zł) około 400zł za 2 noce więc bardzo dobra cena. Inna sprawa, że w mieszkaniu panowały dziwne zasady i atmosfera, ale było czysto i przyjemnie. (metro 5 minut od bloku). 30 lipca przed południem udaliśmy się w ostatnią podróż tego lata. Flixbusem za 60 zł na trasie Wiedeń-Bielsko-Biała. Po 5.5 godzinie zameldowaliśmy się na obiad w swoich domach. Wieczorem zdążyliśmy jeszcze się spotkać w 4 na Bielskim rynku, a potem każdy udał się w swoją stronę. A do Szkocji, Mt do Wrocławia, a J jakby jej było mało podróżowania nad Balaton.

Chciałbym napisać coś mądrego w podsumowaniu ale pisarz ze mnie żaden. Ta relacja i poprzednia powstała wraz z J. Co lepsze literacko fragmenty są napisane przez nią (heh, a te prostsze i bardziej bezpośrednie przeze mnie) Gdyby ktoś rok temu mi powiedział, po powrocie z Bajkału, że w tym roku pojadę gdzieś w 4 osoby, to popatrzyłbym na niego jak na kosmitę. Nigdy nie myślałem, że wyjazd większą grupą (hehe no 4 osoby to max) może być tak fantastyczny. Każdy wniósł tyle energii i różnorodności w podróż, że głowa mała. Każdy dawał od siebie to w czym jest dobry, a gdy coś nie szło dobrze, to zaraz inna osoba potrafiła to załatwić. Oczywiście zdarzały się sprzeczki i nieporozumienia ale wynikały one raczej z troski o współpodróżujących, a nie z egoizmu czy chęci dokuczenia. Gdyby teraz ktoś mnie zapytał czy powtórzyłbym ten wyjazd, to stałbym za minutę spakowany przed domem.
Chyba niezbyt mi wyszło to chaotyczne zakończenie ale jakoś tak zrobiło się nostalgicznie, mimo że starałem się tego uniknąć. KAŻDEMU POLECAMY WSZYSTKIE MIEJSCA, W KTÓRYCH BYLIŚMY. Są fantastyczne i warte każdej złotówki ale w Azji powinni zacząć szanować czas.


Do zobaczenia za rok.
J,A, Mt i Ja.







PS. W razie pytań, nieścisłości czy chęci dowiedzenia się czegokolwiek, z chęcią pomożemy.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 16 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 5 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group