Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 29 Wrz 2019 22:02 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 63
Loty: 37
Kilometry: 94 443
niebieski
Jako że nie wiem jak zacząć - zacznę od początku. :)
Myśli o wyjeździe do kraju liścia klonowego i tłumów niedźwiedzi pojawiły się już w zeszłym roku, jednak pierwszy wielki krok wykonaliśmy w marcu kupując bilety. Na początku chcieliśmy lecieć TAM do Calgary i Z POWROTEM z Vancouver (w górach z dnia na dzień byłoby chłodniej, więc chcieliśmy jechać tam jak najwcześniej), jednak ekonomia (a raczej żyłka do podróżniczych interesów) zwyciężyła i z racji znalezienia tańszych przelotów kupiliśmy przelot bezpośredni z Paryża do Vancouver, powrót z Calgary przez Toronto do Paryża.
Złożyliśmy wniosek o eTA (Elektroniczna Autoryzacja Podróży - do Kanady właśnie :)) i już po paru minutach mieliśmy już potwierdzenie na mailu.
Do Paryża zdecydowaliśmy się lecieć LOTem (nie chcieliśmy ryzykować z tanimi liniami, a tak lądowaliśmy bezpośrednio na CDG).
I w ten oto sposób mogliśmy rozpocząć planowanie wyjazdu - przekopaliśmy się przez dużą ilość materiału i finalnie zdecydowaliśmy, że 3 pełne dni spędzimy na Vancouver Island, a później wisienka na torcie, czyli Góry Skaliste. Dodatkowo więc zarezerwowaliśmy przelot z Vancouver do Calgary.
W międzyczasie zarezerwowaliśmy w różnych promocjach noclegi i samochody i tak oto mogliśmy spokojnie czekać na dzień wyjazdu. :)

Dzień 1 - 01.09.2019
Tak, w końcu nadszedł ten dzień! Początek Wielkiej Kanadyjskiej Przygody! Jeszcze tylko 4 lotniska i 3 loty przed nami i będziemy na miejscu! ;)
Na niecałe 2h przed lotem meldujemy się na lotnisku w Pyrzowicach. Odprawa przebiega sprawnie, jednak do samolotu wchodzimy z 20-minutowym opóźnieniem.
W tym momencie przekonaliśmy się, że warto pamiętać o zapisywaniu kart pokładowych (chociaż w formie screena) – przez opóźnienie lotu zniknęła nasza karta pokładowa na pierwszy lot, ale na szczęście bez problemu weszliśmy na pokład.
Rozsiadamy się wygodnie i tu kolejna niespodzianka - kapitan informuje pasażerów, że samolot odleci z opóźnieniem w związku z obchodami rocznicy II Wojny Światowej i wizytą głów państw w Warszawie. Jednak w stolicy mieliśmy spory zapas czasu przed kolejnym odlotem, więc spokojnie podeszliśmy do komunikatu (a uwierzcie, lubimy być na lotnisku sporo przed czasem ;)). Wystartowaliśmy z ok. 50 minutowym opóźnieniem. Drobny poczęstunek podczas lotu (Grzesiek i kubeczek wody) i ok. 14 lądujemy na Okęciu, by ok. 17 znów wzbić się w powietrze (z przyczyn operacyjnych korzystamy z samolotu linii GetJet). W cenie kawa/herbata/woda i słodka przekąska – ponownie dobry kolega Grzesiek. ;)
Nawiasem mówiąc, w podróż zdecydowaliśmy się wybrać tylko z bagażem podręcznym – duży plecak mieścił się w wadze 8 kg, ale już mała torba (czyli mały plecak) na pewno przekroczył wyznaczone przez LOT 2 kg. Jednak wszystko przebiegło pomyślnie.
W Paryżu lądujemy ok. 19.30. Nocleg znaleźliśmy jak najbliżej lotniska w „Ibis budget Roissy CDG Paris Nord 2” za rozsądną cenę – co ważne z lotniska jest darmowy bus do hotelu. Meldujemy się, zostawiamy rzeczy i ruszamy w poszukiwaniu jakiejś kolacji. Pani w recepcji powiedziała, że w pobliżu nic nie ma o tej godzinie (w sumie jak spytaliśmy o Carrefour to Pani nie zrozumiała o co nam chodzi :) lepiej nie wnikać, kto miał problem z czyim angielskim), ale jakoś w to nie wierzyliśmy (głód chyba zagłuszył wszelki głos rozsądku). Za cel obraliśmy pobliskie miasteczko. Po ok. 20 minutach spacerku nie do końca ciekawą okolicą doszliśmy do pierwszych zabudowań i tam też znaleźliśmy food tracka o wdzięcznej nazwie Pizza du Chef (dla zainteresowanych – tuż koło B&B Hotels).
Załącznik:
IMG_20190901_210430.jpg

Zamówiliśmy jedną i wróciliśmy do hotelu. Sprawdziliśmy, o której odjeżdża poranny bus na lotnisko i poszliśmy spać.

Dzień 2 - 02.09.2019
Wstajemy i ok. 6 stawiamy się na przystanku przed hotelem w oczekiwaniu na busa – który po 5 minutach zgodnie z planem podjeżdża (ok. 7 jesteśmy już na CDG). Lotnisko jest ogromne, jednak bardzo intuicyjne, szybko więc znajdujemy odprawę Air Canada i dostajemy bilety z miejscami obok siebie. Spacer do właściwego terminalu 2A zajął nam z 15 minut i czekamy na samolot. Boarding rozpoczął się punktualnie, ale Air Canada wpuszcza pasażerów w podziale na strefy (Zone) i moim zdaniem to powoduje więcej zamieszania niż korzyści. W samolocie okazało się, że mamy najlepsze miejsca z możliwych: przy rozkładzie 3-3-3 nasze miejsca były w ostatnim rzędzie, gdzie są tylko 2 fotele – więc miejsca bardzo dużo. Mimo ponad 9h lot przebiegł sprawnie, dostaliśmy obiad oraz przed lądowaniem kanapkę na ciepło plus napoje (w tym pierwsze piwo i wino kanadyjskie :)).
Załącznik:
20190902_104753.jpg

O 10.20 już czasu miejscowego lądujemy i opuszczamy samolot. Lotnisko w Vancouver zrobiło na mnie największe wrażenie z wszystkich, na których byłam. Zaraz po wyjściu z samolotu wita nas dużo zieleni, totem, canoe i dużo wody, a w tle słychać odgłosy lasów deszczowych – nie można się pomylić, gdzie wylądowaliśmy!).
Załącznik:
IMG_20190902_102945.jpg

Załącznik:
IMG_20190902_103154.jpg

W takiej atmosferze dochodzi się do automatycznej kontroli paszportowej (o dziwo jest też w języku polskim) i z wydrukiem idziemy do urzędnika. Tam szybkie 2-3 pytania o cel podróży i jej plan i tak oto jesteśmy oficjalnie w Kanadzie. :)
Idziemy do biura Alamo i odbieramy wcześniej zarezerwowany i opłacony samochód (mimo informacji z Rentalcars zablokowali nam na karcie 200 CAD) – w sumie procedura zajęła ok. 10 minut. Pani, która nas obsługiwała z początku była bardzo miła, ale gdy któryś raz z kolei poinformowaliśmy, że nie chcemy żadnego dodatkowego ubezpieczenia przestała się uśmiechać. W każdym razie dostaliśmy nowiutką Toyotę Yaris (przebieg 6 tys km).
Samochód odbieramy ok. 11:30, a prom mamy zarezerwowany na 18:15 – szybka myśl co robimy i decydujemy się jechać na wcześniejszy prom. Dojazd do przystani promowej Horseshoe Bay zajął nam niecałą godzinę. Wcześniej przeanalizowaliśmy trasę i woleliśmy jechać dłuższą trasą, ale omijającą centrum Vancouver, a co za tym idzie największy ruch.
Załącznik:
IMG_20190902_121250.jpg

Jako że nie było pełnego obłożenia promu to bez problemu udało nam się dostać na odjazd o 13:15 i ruszyliśmy w stronę Nanaimo. Przeprawa trwa trochę ponad 1,5h i sama w sobie była dla nas atrakcją.
Załącznik:
IMG_20190902_134654.jpg

Od razu wyszliśmy na górny odkryty pokład i podziwialiśmy najpierw oddalające się Vancouver a potem….. tak! Łaskawie pojawił się wieloryb! A potem kolejne (no chyba że ten jeden był bardzo ruchliwy). Co prawda trochę z oddali, ale widzieliśmy jak się wynurzają i wystrzeliwują wodę.
Dodatkową atrakcją na promie był pan opowiadający o zwierzątkach typowych dla Vancouver Island i w jaki sposób można rozróżnić je po ... hmm śladach, które zostawiają. ;) Atrakcja dla dzieci, ale czy amator podróży kiedykolwiek przestaje być dzieckiem? :)
Załącznik:
IMG_20190902_135505.jpg

Wyjazd z promu przebiegł sprawnie i w gps ustawiliśmy miejsce naszego pierwszego noclegu. Wybraliśmy przez booking „Bev & Sandy's Place B&B” - i w sumie żałowaliśmy, że w tym miejscu nie mieliśmy kolejnych noclegów. To błąd z naszej strony, a sugerowaliśmy się tym, że wymeldowanie jest po 7 rano, a prom mieliśmy dużo wcześniej. Pewnie jakbyśmy się skontaktowali z właścicielami to by to nie stanowiło problemu.
Apartament to oddzielna część prywatnego domu z osobnym wejściem składająca się pokoju, kuchni i łazienki, a w cenie śniadanie (w każdym razie coś podobnego – bo składało się z serka, jajka na twardo i jogurtu, dodatkowo owoc i domowej roboty słodka marchewkowa babeczka). Jeszcze po wylądowaniu otrzymaliśmy SMSa, że będą dużo później, a informacje potrzebne znajdują się w kopercie. Kopertę znaleźliśmy, a w niej mapa wraz z instrukcją, gdzie iść, aby znaleźć klucz do naszego pokoju - wszystko niczym poszukiwanie skarbu.
Załącznik:
20190903_070218.jpg

Właściciele zainspirowali nas mapą, na której każdy z gości zaznaczał miejsce zamieszkania (również zostawiliśmy swoją szpileczkę ;)) - po powrocie na pewno też taką zrobimy, tylko zaznaczając kierunki naszych podróży.
Załącznik:
20190903_070059.jpg

Po męczącym dniu a była dopiero 16 czuliśmy już zmęczenie. Szybka kąpiel i udaliśmy się do Walmartu. Tam zakupiliśmy niezbędne produkty spożywcze i poszukaliśmy w pobliżu sklepu, gdzie można kupić jakieś piwo. Wróciliśmy, zjedliśmy kolację, odbyliśmy krótkie, ale bardzo sympatyczne spotkanie z gospodarzami (dostaliśmy od nich mnóstwo wskazówek i materiałów o wyspie) i dosłownie padliśmy.

Dzień 3- 03.09.2019
Wstajemy z samego rana, w ogóle nie odczuwając jet lagu i ruszamy. Pierwszego dnia za cel wzięliśmy przejazd do Ucluelet – mieliśmy przed sobą prawie 200 km, na szczęście po drodze czekało nas kilka atrakcyjnych przystanków.
Pierwszy z nich to Old Country Market w Coombs – miejsce słynne z tego, że na dachu sklepu jest pastwisko, a na nim… pasące się kozy!
Załącznik:
20190903_091720.jpg

Załącznik:
20190903_090240.jpg

Jako punkt aby się zatrzymać na parę minut miejsce fajne – ma coś w sobie, ale to taka typowa atrakcja turystyczna. Za sklepem znaleźliśmy małe pastwisko dla kóz, które nawet miały swój domek. :)
Załącznik:
20190903_090653.jpg

Dodatkowo dla osób lubiących miejscowy folklor – warto zajrzeć do sklepu, oprócz magnesów na lodówkę, których szukaliśmy było tam chyba wszystko.
Załącznik:
20190903_090949.jpg

Załącznik:
20190903_091641.jpg

Kolejny punkt to Qualicum Beach – małe, urocze miasteczko nad morzem z ładną plażą.
Załącznik:
20190903_094918.jpg

Załącznik:
20190903_095307.jpg

Załącznik:
20190903_095418.jpg

Następny przystanek to Little Qualicum Falls Provincial Park, w którym jest możliwość podziwiania wodospadów na rzece Qualicum.
Załącznik:
20190903_103933.jpg

Załącznik:
20190903_103954.jpg

Załącznik:
20190903_104547.jpg

Załącznik:
20190903_105457.jpg

Była to nasza pierwsza styczność z naturą kanadyjską i byliśmy zachwyceni - miejsce jest bardzo malownicze. Spacer zajął nam ok. godziny – spokojnie starczyło na podziwianie wodospadów (Lower Falls i Upper Falls) i zrobienie serii zdjęć. :)
Załącznik:
20190903_112051.jpg

Podczas naszego pobytu świeciło słońce, co dodawało jeszcze uroku miejscu, a dodatkowo ilość ludzi była znikoma – uwielbiamy takie kameralne miejsca, jednakże wszędzie były ostrzeżenia o niedźwiedziach, więc niekoniecznie tym razem była to dla nas zaleta. :)
Załącznik:
20190903_105934.jpg

Załącznik:
20190903_110438.jpg

Załącznik:
20190903_110505.jpg

Załącznik:
20190903_110521.jpg

W tym miejscu pierwszy raz natknęliśmy się na charakterystyczne dla Kanady kosze na śmieci, ze specjalnym zabezpieczeniem przed głodnymi (lub ciekawskimi) niedźwiadkami (do otwarcia tego kosza potrzebowałam instrukcji obsługi;)).
Załącznik:
20190903_112227.jpg

A gdyby ktoś akurat miał ochotę na piknik - możemy polecić takie oto urocze miejsce. :)
Załącznik:
20190903_112311.jpg

Z Little Qualicum Falls Provincial Park udaliśmy się do kolejnego parku - MacMillan Provincial Park z główną atrakcją Cathedral Grove.
Załącznik:
20190903_115410.jpg

I tu od razu zauważyliśmy, że miejsce jest bardzo popularne, ponieważ było dużo więcej ludzi, a o miejsce na parkingach nie było łatwo (park podzielony był na dwie trasy po obu stronach drogi – jako że trasy były krótkie, rotacja ludzi również, poczekaliśmy kilka minut i miejsce się zwolniło). Zrobiliśmy szlak po lewej i po prawej stronie drogi i naprawdę warto było poświęcić tą godzinę!
Załącznik:
20190903_115703.jpg

Załącznik:
20190903_115949.jpg

Załącznik:
20190903_120345.jpg

Załącznik:
20190903_120627.jpg

Załącznik:
20190903_121147.jpg

Załącznik:
20190903_121414.jpg

Załącznik:
20190903_121626.jpg

Załącznik:
20190903_121912.jpg

W parku jest bardzo klimatycznie, promienie słoneczne ledwo przebijają się przez ogromne drzewa, wśród których dominują Douglas fir trees, czyli daglezje zielone (tako rzecze Wikipedia) - drzewa są stare (niektóre starsze niż 800 lat) i niebotycznych rozmiarów – najwyższe na ok. 75m, z obwodem nawet do 9 metrów. A kiedy zobaczyłam The Big tree, poczułam się jak Dawid w obliczu Goliata. :)
Załącznik:
20190903_121700.jpg

Załącznik:
20190903_121740.jpg

Duże wrażenie zrobił na nas także malowniczy punkt widokowy nad jeziorem Cameron - bajka. :)
Załącznik:
20190903_123630.jpg

Załącznik:
20190903_123620.jpg

Takie widoki, i to zaledwie kilka - kilkadziesiąt metrów od drogi!
Załącznik:
20190903_123940.jpg

Załącznik:
20190903_124234.jpg

Załącznik:
20190903_124256.jpg

Załącznik:
20190903_124414.jpg

Załącznik:
20190903_124731.jpg

Załącznik:
20190903_124809.jpg

Załącznik:
20190903_124849.jpg

Potem przejechaliśmy kolejne parę kilometrów, aby obejrzeć już atrakcję zrobioną ludzkimi rękami, czyli „Hole In The Wall”. Zaparkowaliśmy zgodnie ze wskazówkami przed sklepem Coombs Country Candy, przeszliśmy na drugą stronę drogi i weszliśmy w las. Do miejsca docelowego prowadzą dwa szlaki, jako że nie zauważyliśmy znaków poszliśmy w lewo 20 minut i od tej strony ta atrakcja nie zrobiła na nas za bardzo wrażenia.
Załącznik:
20190903_133745.jpg

Załącznik:
20190903_134700.jpg

Wracając już zauważyliśmy odpowiedni znak i wróciliśmy inną trasą, zaciekawieni, czy od drugiej strony wygląda lepiej.
Załącznik:
20190903_135804.jpg

Faktycznie, było ładniej. :) Jednak to miejsce na nas za dużego wrażenia nie zrobiło.
Załącznik:
20190903_140537.jpg

Stamtąd udaliśmy się już prosto do Ucluelet, nie licząc 20 minutowego czekania na przejazd podczas robót drogowych. Ciekawe jest to, że to jedyna droga która prowadzi do tego miejsca i akurat w tym roku robią remont sporego odcinka i droga jest zamykana w różnych godzinach, m.in. na noc. Korzystając z okazji utrwaliłam tak niezwykłe dla nas ostrzeżenie przed dzikimi mieszkańcami wyspy. ;)
Załącznik:
20190903_155506.jpg

Zaliczyliśmy również krótki postoj nad Wally Creek – ładne miejsce, jednak bardzo ciekawa jestem jak wygląda, kiedy poziom wody jest wyższy.
Załącznik:
20190903_151616.jpg

Załącznik:
20190903_152058.jpg

Załącznik:
20190903_152433.jpg

Zameldowaliśmy się w „West Coast Motel on the Harbour” i pieszo udaliśmy się wzdłuż wybrzeża do Big Beach, a następnie w stronę szlaku Wild Pacific Trail.
Załącznik:
20190903_180720.jpg

Załącznik:
20190903_181507.jpg

Przy wejściu na szlak widzieliśmy bardzo dużo znaków informujących, że w lesie znajdują się niedźwiedzie, pumy i wilki – sama ilość oznaczeń powoduje, że człowiek czuje się niepewnie w lesie. Szczególnie, gdy widzi taki oto zabawny zakaz. ;)
Załącznik:
20190903_185615.jpg

O tej godzinie (a było już przed 20) robiło się ciemno, ludzi nie było dużo, mieliśmy więc troszkę podniesiony poziom adrenaliny (na Vancouver Island zdecydowaliśmy się nie kupować sprayu na niedźwiedzie, gdyż i tak nie moglibyśmy go przewieźć w bagażu podręcznym do Calgary). Zrobienie pełnego kółka wraz z zdjęciami zajęło nam ok 1,5 h – było warto.
Załącznik:
20190903_184957.jpg

Załącznik:
20190903_185511.jpg

Załącznik:
20190903_185641.jpg

Załącznik:
20190903_185819.jpg

Załącznik:
20190903_185921.jpg

Załącznik:
20190903_190657.jpg

Załącznik:
20190903_191628.jpg

Załącznik:
20190903_192148.jpg

Załącznik:
20190903_195613.jpg

Już po ciemku wróciliśmy do domu (grubo po 22).
PS. Pierwszy dzień - niedźwiedzi brak. Ale przecież to dopiero początek kanadyjskiej przygody. :) Dobranoc Kanado!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
Złoty uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 06 Paź 2019 19:50 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 63
Loty: 37
Kilometry: 94 443
niebieski
Dzień 4 04.09.2019

Czując jeszcze w nogach poprzedni dzień skoro świt jedziemy na kolejny szlak - Nuu-Chah-Nulth Trail. Dojeżdżamy do parkingu, a tam pusto.. więc jesteśmy pierwsi na szlaku. Mimo że prawie w każdym miejscu na świecie bym się z tego cieszyła, mając taką atrakcję tylko dla siebie, to jednak widząc co chwilę ostrzeżenia o niedźwiedziach czułabym się raźniej, gdyby ktoś jeszcze tu był.
Rzucamy jeszcze okiem na ocean i wkraczamy na szlak.
Załącznik:
20190904_085124.jpg

Załącznik:
20190904_085348.jpg

Tak więc przez ok. 2 km idziemy i zgodnie z zaleceniami klaszczemy, głośno rozmawiamy i podziwiamy (a naprawdę jest co podziwiać!). Las niczym z baśni Andersena – drzewa porośnięte mchem, mrok i ledwo przedzierające się słońce.
Załącznik:
20190904_090714.jpg

Załącznik:
20190904_092914.jpg

Załącznik:
20190904_092447.jpg

Załącznik:
20190904_093119.jpg

Załącznik:
20190904_092736.jpg

Załącznik:
20190904_093454.jpg

Załącznik:
20190904_093458.jpg

Tak po ok. 1 h skręcamy w kierunku South Beach.
Załącznik:
20190904_093923.jpg

Załącznik:
20190904_094114.jpg

Załącznik:
20190904_094228.jpg

Robimy zdjęcia i idziemy już w kierunku Kwisitis Visitor Centre, po drodze zahaczając o kolejną plażę.
Załącznik:
20190904_095931.jpg

Załącznik:
20190904_100318.jpg

Załącznik:
20190904_100639.jpg

Załącznik:
20190904_100750.jpg

Załącznik:
20190904_101114.jpg

Załącznik:
20190904_101742.jpg

Wracamy do samochodu, ale już nie przez las tylko wzdłuż drogi zahaczając o krótki (0,8 km) szlak „Bog Trail”.
Załącznik:
20190904_104324.jpg

Załącznik:
20190904_104333.jpg

Załącznik:
20190904_104943.jpg

Po drodze spotykamy pracownika Parks Canada i małżonek korzystając z okazji spytał go, czy odchody, które są prawie wszędzie przy drodze są „made by bears” ;) – otrzymujemy potwierdzenie… czyli na drodze też nie jest bezpiecznie. :)
Wracamy na parking, a tam już nie jest tak pusto. Widzimy też pracownika parku kontrolującego, czy w samochodach są bilety wstępu do Parku Narodowego.
Następnie udajemy się na parking przy Rainforest trail.
Załącznik:
20190904_105810.jpg

Szlak podzielony jest na dwa kilometrowe ‘kółka’. Przeszliśmy jeden z nich – widać że tyle co odnowiony, wiodący wśród lasów deszczowych. Tutaj już było więcej ludzi niż na poprzednim szlaku.
Załącznik:
20190904_111036.jpg

Załącznik:
20190904_111043.jpg

Załącznik:
20190904_113831.jpg

Załącznik:
20190904_113946.jpg

Załącznik:
20190904_114611.jpg

Załącznik:
20190904_114937.jpg

Załącznik:
20190904_115413.jpg

Załącznik:
20190904_120510.jpg

Po drodze mamy przyjemność oglądać takie znaki - ciągle robią na nas wrażenie. :)
Załącznik:
20190904_120648.jpg

Moim marzeniem było przejście szlaku Schooner Cove Trial, z podobno najpiękniejszymi widokami w okolicy. Podobno, bo niestety nie dane nam było się o tym przekonać - szlak był zamknięty ze względu na zniszczenia po sztormie, czyli poprzewracane drzewa – aktualnie trwają prace naprawcze.
Po 0,5 h jedziemy do Tofino – tam też jemy obiad i trochę chodzimy po mieście. Widać, że to już miejscowość typowo turystyczna. Braliśmy pod uwagę, czy skusić się na jakiś rejs - ale i ceny nie są niskie, bo ok 130-150 CAD od osoby, a po drugie wieloryby już widzieliśmy, a przecież niedźwiedzi będzie dużo w Banff – więc odpuściliśmy.
Załącznik:
20190904_134712.jpg

Załącznik:
20190904_133558.jpg

Załącznik:
20190904_133823.jpg

Załącznik:
20190904_133950.jpg

Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze przy Chesterman Beach, na której poczułam się jak w Australii, ludzie leżą, opalają się (a nie było aż tak ciepło i naprawdę mocno wietrznie), surferów też niemało. Plaża długa i szeroka - naprawdę robiła wrażenie.
Załącznik:
20190904_140359.jpg

Załącznik:
20190904_140410.jpg

Jako że nocleg mamy w Nanaimo ruszamy w drogę powrotną zatrzymując się jeszcze w Englishman River Falls Provincial Park – tam na krótkim szlaku (ok. 30 minut) podziwiamy dwa malownicze wodospady. O 20 meldujemy się w Harbour Light Motel, gdzie spędzamy dwie noce.

Dzień 5 05.09.2019

Kochamy naturę, do miast nas nie ciągnie, niestety ja mam małą słabość (której Druga Strona nie rozumie, ale toleruje ;)) – mianowicie uwielbiam wszelkiej maści murale, graffiti, malowidła ścienne, jak zwał tak zwał, byle czymś mnie ujęły. I właśnie na Vancouver Island w kolejnym dniu nasze kanadyjskiej przygody trafiłam do miasta wręcz wymarzonego dla amatorów tego typu sztuki – mówię tu o mieście murali, Chemainus. Miasto jest małe, ale urocze i naprawdę warte zobaczenia. Historia tego miasta uchwycona jest w serii dużych malowideł namalowanych na murach i budynkach miasta. Na tą chwilę w mieście są 53 malowidła i rzeźby. Oczywiście starałam się je wszystkie obejrzeć, z drepczącym cierpliwie za mną małżonkiem, przewracającym jedynie oczami, gdy wpadłam w szał uwieczniania murali na zdjęciach. Oglądanie murali ułatwiają ślady stóp namalowane na chodnikach, prowadzące amatorów murali wręcz za rączkę. :)
Załącznik:
20190905_092458.jpg

Załącznik:
20190905_092548.jpg

Załącznik:
20190905_092612.jpg

Załącznik:
20190905_092951.jpg

Załącznik:
20190905_093033.jpg

Załącznik:
20190905_093152.jpg

Załącznik:
20190905_094444.jpg

Załącznik:
20190905_095230.jpg

Załącznik:
20190905_101423.jpg


Ale na Chemainus zwiedzanie miast się nie skończyło, ponieważ trafiliśmy też do … Miasta Totemów! :) W Duncan, kolejnym mieście, które zwiedziliśmy w Cowichan Valley, również po śladach stóp na chodnikach, ruszyliśmy tropiąc 39 kolorowych totemów. :) Totemy te zostały wykonane przez mistrzów sztuki rzeźbiarskiej rodem z ‘First Nations’ (jeden z ludów tubylczych zamieszkujący terytorium Kanady). Jeden z nich to najszerszy totem na świecie!
Załącznik:
20190905_111001.jpg

Załącznik:
20190905_111117.jpg

Załącznik:
20190905_111428.jpg

Załącznik:
20190905_112812.jpg

Załącznik:
20190905_114040.jpg

Załącznik:
IMG_20190905_112108.jpg


Po obiedzie w formie burgera z frytkami ruszamy dalej w stronę Port Renfrew. Początkowo droga jest dość ruchliwa i szeroka, jednak za Lake Cowichan wjeżdżamy na totalne pustkowie. Droga jest wąska i prawie bez ruchu, przez ponad godzinę minęły nas może 2 samochody.
Załącznik:
20190905_132446.jpg

Po drodze zatrzymujemy się przy Harris Creek Sitca Spruce, drzewo jest ok. 40 metrów obok drogi. Jako że niewielki parking był pusty i nie widzieliśmy żadnego znaku po zatrzymaniu mieliśmy wątpliwości, czy dobrze trafiliśmy. Jednak znaleźliśmy mały znak i poszliśmy zgodnie ze ścieżką - po minucie byliśmy przy tym gigancie (ok. 80 m wysokości i 4 m szerokości).
Załącznik:
20190905_135238.jpg

Załącznik:
20190905_135336.jpg

Załącznik:
20190905_135549.jpg

Załącznik:
20190905_135634.jpg


Następny punkt programu to Fairy Lake Bonsai tree – i tak jak z poprzednią atrakcją - gdyby nie mapy google to byśmy nawet nie wiedzieli, że tam jesteśmy – żadnych znaków przy drodze – po prostu przy jeziorze był mały niepozorny parking. Po chwili okazuje się, że parking ten był też bardzo zdradliwy i niebezpieczny, bo jeśli nie patrzy się pod nogi, tylko myśli o uwiecznieniu drzewka pośrodku jeziora na zdjęciu, można wręcz zginąć! ;) Biegnę podekscytowana, aby zrobić zdjęcie z najlepszego miejsca (byliśmy tam sami i do teraz zastanawiam się, po co ten pośpiech ;)) - gdy wtem do wysokości klatki piersiowej ląduję w jakiejś dziurze wisząc na łokciach prawie nad jeziorem. Wołam męża, żeby mnie wyciągnął i słyszę „daj telefon”. :) Jak widać są pewne priorytety. Jednak w drugiej turze po telefonie zostałam uratowana – na szczęście obyło się bez większych szkód, tylko parę zadrapań. Nie zrażając się zrobiłam zdjęcia. Wiedziałam, że drzewko jest małe – ale jest naprawdę malutkie – ma jednak coś w sobie (sądzę, że do opisu tego miejsca odpowiednie jest słowo ‘urocze’).
Załącznik:
20190905_142645.jpg

Dojeżdżamy do Port Renfrew. Miejscowość jest niewielka. Ogólnie jest tu bardziej dziko i swojsko niż w Ucluelet, czy tym bardziej Tofino – widzieliśmy chyba jeden mały sklep. Już sama droga z Nanaimo pokazuje, czego można się spodziewać. Zatrzymujemy się przy marinie i spacerujemy po okolicy.
Załącznik:
20190905_151130.jpg

Załącznik:
20190905_151422.jpg

Załącznik:
20190905_151547.jpg

Załącznik:
20190905_151550.jpg

Następnie jedziemy do Botanical Beach Provincial Park i idziemy szlakiem do plaży. Spotykamy pierwszych Polaków, którzy jadąc od drugiej strony z Victorii widzieli po drodze niedźwiedzia. My dalej nie uświadczyliśmy takiego spotkania pierwszego stopnia. Szlak zajmuje nam ok. godziny. Prowadzi najpierw lasem, a potem wzdłuż morza na plażę.
Załącznik:
20190905_154724.jpg

Załącznik:
20190905_154928.jpg

Załącznik:
20190905_155048.jpg

Na skałach rośnie ten sam gatunek drzewa, co wcześniej przez nas widziany Harry Creek Sitca Spruce (ponoć są też w podobnym wieku) - różnica w rozmiarze widoczna gołym okiem, prawda? :) Jest to spowodowane tym, że drzewko nad wodą ma o wiele trudniejsze warunki przetrwania.
Załącznik:
20190905_155048.jpg

Załącznik:
20190905_155326.jpg

Załącznik:
20190905_160539.jpg

Załącznik:
20190905_160544.jpg

Załącznik:
20190905_160621.jpg

Załącznik:
20190905_160640.jpg

Załącznik:
20190905_161026.jpg

Załącznik:
20190905_163013.jpg

Po 17 nadszedł czas na powrót do Nanaimo – z perspektywy czasu trochę żałujemy, że nie zaplanowaliśmy na jeden dzień dłużej pobytu na Vancouver Island. Tego właśnie jednego dnia zabrakło nam, by przejechać całe kółko, czyli Pacific Marine Circle Route. No cóż, może następnym razem. ;)
Wyruszamy więc w drogę powrotną do Nanaimo. Przez całą drogę aż do Lake Cowichan tym razem minął nas AŻ jeden samochód. Po 2 godzinach jesteśmy w hotelu, udajemy się do pobliskiego marketu po kolację i idziemy spać – kolejny dzień zaczynamy bardzo wcześnie.

Dzień 6 06.09.2019
Wstajemy ok. 5, jemy szybkie śniadanie i udajemy się na przeprawę promową, by o 6.30 punktualnie opuścić wyspę. Mimo że jest ranek i ciemno wychodzimy na pokład. Jest cieplej niż jak płynęliśmy w drugą stronę i – przede wszystkim - nie wieje. Za nasze poświęcenie dostajemy nagrodę - piękny wschód słońca.
Załącznik:
20190906_062546.jpg

Załącznik:
20190906_062820.jpg

Załącznik:
20190906_063000.jpg

Załącznik:
20190906_063533.jpg

Załącznik:
20190906_065600.jpg

Załącznik:
20190906_065701.jpg

Po niecałych 2 godzinach opuszczamy prom i mając w pamięci korki, jakie mogą być w Vancouver udajemy się na lotnisko. Mieliśmy rację: droga, która miała nam zająć niecałą godzinę trwa prawie dwie. Samochód oddajemy ok. 10 i czekamy na samolot do Calgary.
Załącznik:
20190906_141301.jpg

Lot przebiega bezproblemowo i o 17 zmierzamy do Alamo po samochód. Zamówiliśmy tak jak wcześniej najmniejszy i najtańszy samochód i liczyliśmy, że to będzie Toyota Yaris. Miły pan w Alamo tym razem nie proponuje nam żadnych dodatkowych ubezpieczeń – robi szybką blokadę na karcie (tym razem na 1 CAD) i odsyła po odbiór samochodu. Tam pani patrzy w nasze dokumenty, prowadzi nas do samochodu i… za chwilę siedzimy w Nissanie Patfinder (pani twierdzi, że mniejszego teraz nie mają). I zaczynamy naszą drugą część przygody i poszukiwania niedźwiedzia.
Zgodnie z radami z forum zakupy na najbliższe dni robimy w Walmarcie w Calgary i jedziemy do Canmore, gdzie spędzimy najbliższe 5 dni.
Załącznik:
20190906_192703.jpg

Nocleg zarezerwowaliśmy w Canmore Rocky Mountain Inn jeszcze w czerwcu w niezłej cenie jak na tamte warunki. Plusem jest to, że w cenie jest śniadanie (standardowe amerykańskie) i … degustacja wina i serów wieczorem (o czym dowiedzieliśmy się po 2 dniach :)). O 20 meldujemy się w hotelu – droga w takim pojeździe mija szybko, prawie cały czas jedziemy autostradą – jednak widzimy pierwszy minus samochodu… mimo, że to tylko 120 km wskaźnik paliwa dość mocno opadł. Jednak co nas zaskoczyło, to fakt, że ceny paliwa w Nanaimo i w Canmore znacznie się różnią – tam tankowaliśmy po 1,39 a tu za 1,09 CAD.
Kolejna niespodzianka - okazało się, że Canmore to ... miasto królików. :) To chyba pierwsze dzikie zwierzęta spotkane przez nas w Kanadzie. :) W okolicach hotelu i - jak się później okazało - w całym mieście jest ich mnóstwo.
Załącznik:
20190906_202856.jpg

Jeszcze w recepcji pytamy, gdzie można kupić w pobliżu spray na niedźwiedzie, aby jutro już nie tracić czasu – a tu miła niespodzianka, dostaliśmy cały nie używany spray, bo poprzedni goście zostawili. Zostawiamy bagaże i idziemy do pobliskiego sklepu – kupujemy przekąskę i wino i idziemy spać.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 15 Paź 2019 21:14 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 63
Loty: 37
Kilometry: 94 443
niebieski
Dzień 7 07.09.2019 r.
W kolejnym dniu budzi nas piękna pogoda, więc decydujemy się z niej skorzystać i w pełnym słońcu zobaczyć Lake Moraine i Lake Louise. Dużo czytaliśmy, że warto wybrać się tam wcześniej, aby bez problemu dojechać na miejsce, jednak to, że śniadanie jest od 6.30 i zmęczenie poprzednich dni spowodowało, że nie daliśmy rady… po prostu musieliśmy trochę pospać. Tym sposobem wyjechaliśmy o 7.30 i już wiedzieliśmy, że pierwsi nie będziemy, więc stwierdziliśmy, że nie będziemy pędzić tylko spokojnie pojedziemy trasą równoległą do autostrady - drogą 1A (a nuż uda nam się zobaczyć niedźwiedzia). Tuż po 9 jesteśmy przy Visitor Center w Lake Louise. Znaki na drodze wyświetlają, że parking jest pełny, szybko więc kombinujemy, co robić i udajemy się pomoc do informacji. Pani potwierdza – tak, parking pełny, a droga do Lake Moraine zamknięta. Busy za 6 CAD kursują, tyle że z parkingu jakieś 2-3 km oddalonego od nas. Ale jest szlak pieszy do Lake Louise, więc co nam szkodzi krótki spacerek (ok. 1,5 godz.). ;) Decydujemy się podejść do Lake Louise, a potem busem do Lake Moraine. Przechodzimy przez tory, dalej nad rzeką i wchodzimy do tych groźnych, bo pełnych niedźwiedzi lasów.
Załącznik:
20190907_094340.jpg

Po drodze nie ma nikogo – jako że to pierwszy dzień w Górach Skalistych nie czujemy się pewnie, przecież od czasu zakupu biletów czytamy o niedźwiedziach. Mamy cały czas pod ręką spray.
Jak Janusze pomału analizujemy, czy mamy czas na takie spacery i czy fizycznie potem damy radę zrobić wszystkie szlaki, które mieliśmy w planach na ten dzień. I co robi mój małżonek? – gdy przecinamy drogę do Lake Louise stara się złapać stopa – jednak po 5 minutach po moich namowach rezygnujemy i idziemy dalej. Jednak przy przechodzeniu drogi do Moraine robi podejście drugie, pomimo że droga jest zamknięta. A tu zaskoczenie - jednak ktoś jedzie i o dziwo zatrzymuje się. Okazało się, że naszymi wybawicielkami były dwie turystki z Brazylii. Jedziemy więc razem nad jezioro. :) Okazało się, że dziewczyny uprosiły obsługę parku, żeby ich wpuściła na drogę. Na parkingu dość małym jak na taką atrakcję znajdujemy jedno wolne miejsce. Umówiliśmy się, że będą za 1,5 godziny wracać to nas wezmą. Szybko wchodzimy na punkt widokowy nad jeziorem – widok wymiata (minus taki, że dość dużo ludzi).
Załącznik:
20190907_105719.jpg

Załącznik:
20190907_110007.jpg

Następnie zostało nam ponad godzinę czasu i idziemy szybko wzdłuż jeziora 30 minut i wracamy, im dalej tym spokojniej i mniej ludzi. Po jeziorze pływa parę kajaków (ceny zaporowe 120 CAD/h). To jest chyba najładniejsze miejsce, jakie w życiu widziałam. Można tam spędzić cały dzień.
Załącznik:
20190907_113050.jpg

Załącznik:
20190907_113135.jpg

Niemniej o umówionej godzinie spotykamy się na parkingu i decydujemy, że jedziemy po nasz samochód i próbujemy dostać się do Lake Louise. To była dobra decyzja – udaje nam się znaleźć miejsce parkingowe pod Lake Louise. Nad samym jeziorem, które jest naprawdę piękne czuję się jak w centrum Zakopanego – tyle turystów.
Załącznik:
20190907_130908.jpg

Szybko zmierzamy w kierunku Lake Agnes. Na szlaku jest już spokojnie, ludzie są, ale nie ma tysiąca Azjatów robiących zdjęcia.
Załącznik:
20190907_133724.jpg

40 minut zajmuje nam dojście od Lake Mirror...
Załącznik:
20190907_135459.jpg

Załącznik:
20190907_135856.jpg

... a kolejne 20 minut i jesteśmy przy Tea House przy Lake Agnes.
Załącznik:
20190907_141113.jpg

Nad jeziorem pełno ludzi, ale!!! pierwszy raz widzimy dzikiego zwierza! Ewidentnie chce się z nami zaprzyjaźnić. :)
Załącznik:
20190907_141200.jpg

Idziemy wzdłuż jeziora i okrążając go wchodzimy na szlak na Big Beehive (2270 m npm).
Załącznik:
20190907_141650.jpg

Załącznik:
20190907_142613.jpg

W sumie z Lake Louise na szczyt wraz z przystankami i zdjęciami droga zajęła nam niecałe 2 godziny. Wysiłek jest nam wynagrodzony pięknym widokiem. :)
Załącznik:
20190907_145436.jpg

Załącznik:
20190907_155238.jpg

Wracamy innym szlakiem, mniej malowniczym i bardziej stromym, ale szybko znajdujemy się ponownie przy Lake Mirror.
Załącznik:
20190907_160654.jpg

Po kolejnych 30 minutach jesteśmy już przy Lake Louise. Mimo że jest już 17 tłum nie zniknął.
Załącznik:
20190907_165416.jpg

Przechodząc przy przystanku, skąd odjeżdżają autobusy na parking cieszymy się, że zdecydowaliśmy się jednak dojechać autem (kolejka na 2-3 autobusy). O 19 wracamy do hotelu – dość zmęczeni. Szybka kąpiel i idziemy na kolację do pobliskiej indyjskiej restauracji. Ceny jak na Kanadę dobre, a porcje gigantyczne.

Dzień 8 8.09.2019 r.
Pogoda nam dopisuje, więc w kolejnym dniu ruszamy zgodnie z planem do Yoho NP. Po niecałej 1,5 godzinie drogi parkujemy pod Emerald Lake (przed 9 na małym parkingu były jeszcze wolne miejsca). W planie mamy obejście jeziora – trochę ponad 5 km po płaskim terenie.
Załącznik:
20190908_093653.jpg

Załącznik:
20190908_094346.jpg

Załącznik:
20190908_094450.jpg

Załącznik:
20190908_094912.jpg

Po jednej stronie jeziora droga wiedzie bardziej odkrytym terenem, częściowo polawinowym (droga zamknięta w zimie), natomiast druga strona wiedzie przez gęsty las składający się z cedrów, cisów i również robi wrażenie.
Załącznik:
20190908_095442.jpg

Załącznik:
20190908_095601.jpg

Załącznik:
20190908_095609.jpg

Załącznik:
20190908_095915.jpg

Załącznik:
20190908_101618.jpg

Załącznik:
20190908_102742.jpg

Załącznik:
20190908_105754.jpg

Załącznik:
20190908_111230.jpg

Załącznik:
20190908_111252.jpg

Załącznik:
20190908_113433.jpg

Spacer zajął nam niecałe 2h. Gdy doszliśmy na parking to już był pełny, a samochody stały jeszcze wzdłuż drogi na długości ok. 0,5 km.
Wracając zatrzymaliśmy się przy Natural Bridge - atrakcja jest przy samym parkingu.
Załącznik:
20190908_115528.jpg

Załącznik:
20190908_120320.jpg

Załącznik:
20190908_120847.jpg

Następny punkt wycieczki - Wapta Falls. Dojazd z głównej drogi na parking (ok. 2 km) wiedzie szutrową drogą, jednak każdy samochód jest w stanie wolno przejechać. Parking nieduży, ale chyba ta atrakcja nie cieszy się aż tak dużą popularnością, bo był prawie pusty. Szlak (2,4 km) wiedzie lasem z dużą ilością przewróconych drzew, ale generalnie płaskim terenem.
Załącznik:
20190908_130404.jpg

Po niecałych 20 minutach zaczynamy słyszeć niesamowity huk i następnie widzimy kaskady wody.
Załącznik:
20190908_131504.jpg

Załącznik:
20190908_132357.jpg

Zejście na dół prawie pod sam wodospad wiedzie stromą trasą. Schodzimy i kierujemy się na aktualnie dostępną (w związku z porą roku) wyspę bezpośrednio naprzeciwko wodospadu. Jednak nie dochodzimy bliżej niż 50 metrów, bo wiązało się to z całkowitym przemoknięciem.
Załącznik:
20190908_133419.jpg

Załącznik:
20190908_133857.jpg

Wracamy tą samą drogą, jemy na parkingu kanapki i jedziemy na kolejny wodospad – Takkakaw Falls. Droga do wodospadu w sezonie zimowym zamknięta – po przejechaniu nią nie dziwię się - wiedzie naprawdę dużymi serpentynami. Naszym dużym pożeraczem paliwa jeden zakręt musieliśmy wziąć na dwa razy, gdyż się nie zmieściliśmy. :)
Parking pod wodospadem jest ogromny, a dojście zajmuje niecałe 15 minut. Takkakaw w języku Cree znaczy „Magnificent” – i to prawda – naprawdę jest wspaniały i na każdym kroku widać jego majestat.
Załącznik:
20190908_155024.jpg

Załącznik:
20190908_160137.jpg

Załącznik:
20190908_160403.jpg

Załącznik:
20190908_161947.jpg

Tą atrakcją kończymy zwiedzanie – wracamy do hotelu i znów udajemy się na pyszną kolację do indyjskiej restauracji.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 25 Paź 2019 13:18 

Rejestracja: 20 Maj 2016
Posty: 19
Będzie ciąg dalszy?
Jeśli nie w pełnej formie to prosiłbym chociaż o listę miejsc które odwiedziliście później; w przyszłym roku wybieram się w wakacje, początek podróży właściwe pokryje się z Twoim planem, no i szukam inspiracji na kolejne dni.
Z góry dziękuję.
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 25 Paź 2019 16:31 

Rejestracja: 18 Sie 2015
Posty: 1722
platynowy
lecę za kilka dni i chętnie bym się dowiedział, czy takie ładne widoczki są dostępne także w okolicach Toronto ?
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 26 Paź 2019 22:03 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 63
Loty: 37
Kilometry: 94 443
niebieski
@looookasz będzie, będzie. :) Mam nadzieję, że jutro uda mi się dodać kolejne dni.
@kostek966 mały spojler - w Toronto spędziliśmy tylko kilka godzin, akurat tam mieliśmy międzylądowanie. Niestety o okolicach tego miasta nie mogę nic powiedzieć, natomiast samo Toronto nie zrobiło na nas wrażenia (może dlatego, że nie jesteśmy wielbicielami wielkich miast, a może dlatego, że podczas naszej kilkugodzinnej wycieczki nosiliśmy ze sobą nasz cały bagaż, a dodatkowo rozpadało się i to ostatecznie zniechęciło nas do dalszego zwiedzania - ale to tylko i wyłącznie nasza opinia!).


Ostatnio edytowany przez kasiak80, 27 Paź 2019 11:18, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
kostek966 lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 27 Paź 2019 11:18 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 63
Loty: 37
Kilometry: 94 443
niebieski
Dzień 9 9.09.2019 r.
W związku z tym, że w ciągu ostatnich dwóch dni sporo jeździliśmy, tym razem postawiliśmy na atrakcje położone bliżej naszego hotelu. A i pogoda już nie była taka rewelacyjna – pochmurno z przelotnymi opadami deszczu. Zwiedzanie zaczęliśmy od Johnston Canyon - trochę później niż w poprzednich dniach, bo mimo krótkiego dojazdu na parkingu meldujemy się po 9. Szlak spokojnie wiedzie wzdłuż rzeki nad i obok kanionu.
Załącznik:
20190909_093654.jpg

Załącznik:
20190909_094220.jpg

Załącznik:
20190909_094557.jpg

Załącznik:
20190909_094640.jpg

Załącznik:
20190909_094907.jpg

Mijamy sporą liczbę turystów – widać, że miejsce jest bardzo popularne, nic dziwnego biorąc pod uwagę urok tego miejsca, ale i łatwą trasę. Po 20 minutach osiągamy pierwszy wodospad. Podchodzimy do punktu widokowego - biorąc pod uwagę ilość osób zainteresowanych i niewielki obszar, na którym można stanąć, nie było to łatwe, ale w końcu się udało. :) Robimy zdjęcie i uciekamy, bo kolejka osób już czeka, by zająć nasze miejsce.
Załącznik:
20190909_095056.jpg

Po kolejnych 20 minutach dochodzimy do górnego wodospadu.
Załącznik:
20190909_095941.jpg

Załącznik:
20190909_100218.jpg

Załącznik:
20190909_102448.jpg

Załącznik:
20190909_102640.jpg

Jako że nam poszło szybciej niż planowaliśmy nie zrażeni zdecydowaliśmy się kontynuować marsz i weszliśmy na szlak do Inkpots (ok. 3,1 km w jedną stronę).
Załącznik:
20190909_104231.jpg

Tutaj szlak już dość ostro wspina się w górę, by podczas ostatniego kilometra gwałtownie schodzić do doliny. Droga wiedzie przez las i wielkim plusem jest to, że było mało ludzi – bez porównania do Johnston Canyon. Dojście na miejsce zajęło nam niecałą godzinę. W samej dolinie spędziliśmy sporo czasu, podziwiając nadchodzącą jesień. Same źródełka mineralne może nie zrobiły na nas takiego wrażenia, ale widok na góry w tle - bezcenny, dolina jest naprawdę piękna.
Załącznik:
20190909_111155.jpg

Załącznik:
20190909_111631.jpg

Załącznik:
20190909_111919.jpg

Załącznik:
20190909_112203.jpg

Załącznik:
20190909_112521.jpg

Załącznik:
20190909_113056.jpg

Załącznik:
20190909_114727.jpg

Załącznik:
20190909_114750.jpg

Cała wycieczka zajęła nam trochę ponad 4 godziny. Podczas powrotu przez Johnston Canyon przekonaliśmy się, że wcześniej niepotrzebnie narzekaliśmy na ilość turystów - teraz w kanionie pojawiły się tłumy, a kolejka do punktu widokowego na Lower Falls stała już na schodach.
Załącznik:
20190909_125041.jpg

Załącznik:
20190909_125641.jpg

Załącznik:
20190909_125942.jpg

Załącznik:
20190909_130141.jpg

Załącznik:
20190909_130319.jpg

Załącznik:
20190909_130442.jpg

Załącznik:
20190909_130641.jpg

Następnie pojechaliśmy nad jezioro Minnewanka. Zrobiliśmy sobie zdjęcia na słynnych czerwonych krzesłach i ruszyliśmy na zaplanowany szlak wzdłuż jeziora.
Załącznik:
IMG_20190909_144303.jpg

Załącznik:
IMG_20190909_144805.jpg

Załącznik:
20190909_144627.jpg

Załącznik:
20190909_145456.jpg

Załącznik:
20190909_150059.jpg

Załącznik:
20190909_150337.jpg

Załącznik:
20190909_150405.jpg

Załącznik:
20190909_150520.jpg

Załącznik:
20190909_150537.jpg

Załącznik:
20190909_151606.jpg

Jednak za kanionem Stewarta przeżyliśmy duże rozczarowanie – w związku z zagrożeniem atakami niedźwiedzi szlak dostępny tylko w grupach minimalnie 4 osobowych, a wejście niezgodne z przepisami zagrożone jest karą 25.000 CAD.
Załącznik:
20190909_152249.jpg

Załącznik:
20190909_155444.jpg

Cóż zrobić – wróciliśmy do samochodu i stwierdziliśmy, że spędzimy trochę czasu w Banff. Zaparkowaliśmy blisko centrum na dużym darmowym parkingu i wybraliśmy się na spacer wzdłuż głównej ulicy.
Załącznik:
20190909_170132.jpg

Załącznik:
20190909_171236.jpg

Załącznik:
IMG_20190909_173156.jpg

Dla zainteresowanych suwenirami - udało nam się kupić w normalnej cenie magnesy na lodówkę (za mniej niż 3 CAD). :) Wracając zahaczyliśmy jeszcze o market i uzupełniliśmy zapasy na kolejne dni.

Dzień 10 10.09.2019 r.
Kolejnego dnia budzimy się, a tu deszcz i temperatura w okolicach 6-8 stopni. Jednak przygotowując się do wyjazdu spodziewaliśmy się bardziej takiej pogody niż tego co mieliśmy wcześniej. Nie zrażeni ruszyliśmy wcześniej przygotowanym planem w stronę Kananaskis Country – i tu podziękowanie za natchnienie dla tego kierunku dla @JIK. Za pierwszy cel obraliśmy sobie Rawson Lake. Na parkingu jesteśmy ok. godziny 10 i byliśmy tam sami. Po doświadczeniach poprzednich dni jest to dla nas nowość. Jak do tej pory pragnęliśmy spotkać niedźwiedzia to teraz już nam nie jest tak wesoło. Wychodzimy z ciepłego samochodu – lekki deszcz – zarzucamy peleryny i trzymając pod ręką spray na niedźwiedzie ruszamy. Pierwsze 15 minut szlak wiedzie wzdłuż Upper Kananaskis Lake. Potem gwałtownie odbija w górę i jako że cały czas kropiło jest ślisko i dość dużo błota. Po godzinie marszu (dość męczącego) deszcz zmienił się w śnieg i ta wycieczka jeszcze bardziej nam się zaczęła podobać. Na całym szlaku wchodząc minęliśmy 3 osoby.
Załącznik:
20190910_104611.jpg

Załącznik:
20190910_104727.jpg

Załącznik:
20190910_104831.jpg

Załącznik:
20190910_111714.jpg

Załącznik:
20190910_112756.jpg

Załącznik:
20190910_112927.jpg

Nad jeziorem byliśmy sami. Przeszliśmy jeszcze szlakiem wzdłuż jeziora. Widoki niesamowite – jezioro samo w sobie jest położone wysoko, wokół już ośnieżone szczyty i cisza, niesamowita cisza przerywana raz na ile hukiem jakiś drobnych lawin. Naprawdę nie żałowaliśmy tego punktu wycieczki!
Załącznik:
20190910_113606.jpg

Załącznik:
20190910_113656.jpg

Załącznik:
20190910_114718.jpg

Załącznik:
20190910_115530.jpg

Załącznik:
20190910_115641.jpg

Zejście jak zawsze jest teoretycznie łatwiejsze - tym razem jednak tak nie było. Każdy krok trzeba było ostrożnie stawiać, aby nie zjechać w dół.
Załącznik:
20190910_125824.jpg

Jednak bezpiecznie dotarliśmy na parking i skierowaliśmy się ku kolejnemu jezioru Elbow Lake. To już taka bardzo spokojna i rodzinna atrakcja – dojście z parkingu zajmuje ok 15-20 minut. Jednak przy wejściu znajduje się znak ostrzegający przed niedźwiedziami wraz z informacją, że na tym szlaku w 2014 był atak grizzly na człowieka. Doszliśmy, zrobiliśmy parę zdjęć i trochę przeszliśmy się wzdłuż jeziora. Jednak byliśmy już dość zmarznięci i przemoknięci, szybko więc wróciliśmy do auta.
Załącznik:
20190910_141021.jpg

Załącznik:
20190910_141400.jpg

Załącznik:
20190910_142107.jpg

Załącznik:
20190910_142902.jpg

Załącznik:
20190910_142938.jpg

Załącznik:
20190910_144606.jpg

W związku z tym, że był to nasz ostatni dzień w Banff NP i ciągle nie widzieliśmy niedźwiedzia to zdecydowaliśmy się wracać Spray Lake Trail i…. dalej nie spotkaliśmy misia. Droga szutrowa, całkiem dobra i przyjemna pod względem widoków, ograniczenia do 80 km, a szybciej raczej ciężko jechać. Ale trzeba wziąć pod uwagę pogodę w jakiej jechaliśmy - padało albo było tuż po deszczu. W każdym razie jak wjechaliśmy do Canmore to z białego samochodu zrobił się czarno-szary, a że wstyd nam było oddać tak brudny samochód to za 9 CAD zdecydowaliśmy się na myjnię.
I tak wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy i ruszyliśmy na spokojny spacer po Canmore. Kolejnego dnia czekała nas droga do Jasper NP.

Dzień 11 11.09.2019r.
Tego dnia mieliśmy do przejechania prawie 400 km do miejscowości Hinton w pobliżu Jasper NP. Wybraliśmy tą miejscowość, bo znajduje się blisko atrakcji, które mieliśmy w planach, a ceny były zdecydowanie niższe niż w samym Jasper. W związku z tym ruszyliśmy z hotelu ok. godziny 8. Pierwszy przystanek mieliśmy na Peyto Lake – jednak do samego końca nie byliśmy pewni, czy uda nam się zobaczyć tą atrakcję, bo już na stronie Parks Canada były informacje, że punkt widokowy ma być zamknięty we wrześniu (bez dokładnych dat) w związku z remontem. Jednak na szczęście okazało się, że zamknięcie ma być dopiero od 16 września i to aż do 2021 r. Po godzinie 9 parking był już prawie pełny. Do punktu widokowego wiedzie wygodna droga zajmująca ok 10 minut. Na samym punkcie szaleństwo – człowiek na człowieku, jednak jakieś 50 metrów obok jest „nieoficjalny” i nielegalny punkt za barierkami i tam już było spokojniej. A sam widok… w słońcu robi kolosalne wrażenie.
Załącznik:
20190911_093352.jpg

Załącznik:
20190911_095829.jpg

Następnie udaliśmy się na Athabasca Glacier. Zaparkowaliśmy samochód przy samym wejściu na szlak (Athabasca Glacier Trailhead) i ruszyliśmy na 30 minutowy spacer trasą, która podchodzi prawie pod sam lodowiec. Po drodze mijamy znaki, na których można przeczytać, o ile lodowiec cofnął się przez ostatnie lata (swoją drogą – przerażające).
Załącznik:
20190911_113858.jpg

Załącznik:
20190911_115648.jpg

Załącznik:
20190911_115723.jpg

Załącznik:
20190911_120443.jpg

Załącznik:
20190911_120750.jpg

Załącznik:
20190911_121015.jpg

Dalej pojechaliśmy na Sunwapta Falls – malowniczy wodospad słynny z tego, że tuż przed nim znajduje się wyspa na środku rzeki. Ogólnie bardzo malownicze miejsce.
Załącznik:
20190911_132938.jpg

Załącznik:
20190911_133531.jpg

Załącznik:
20190911_133854.jpg

Załącznik:
20190911_134941.jpg

Następnie ruszyliśmy w dalszą drogę, aby zatrzymać się przy Athabasca Falls. W tym miejscu spędziliśmy dużo więcej czasu – wodospad i rzeka w okolicy ma bardzo dużo malowniczych miejsc i szlaków.
Załącznik:
20190911_141859.jpg

Załącznik:
20190911_142036.jpg

Załącznik:
20190911_142500.jpg

Załącznik:
20190911_142728.jpg

Załącznik:
20190911_143347.jpg

Załącznik:
20190911_144127.jpg

Dalej już pojechaliśmy prosto do hotelu, ale tuż przy samym Jasper przy drodze spotkaliśmy piękne stado Wapiti (czyli Jeleni Kanadyjskich) i to nam dało małe nadzieje na spotkanie niedźwiedzia w kolejnych dniach.
Załącznik:
20190911_154150.jpg

Co do hotelu, przyzwoity motel ze śniadaniem (ale bez szału – tylko rzeczy na słodko) i na plus to, że herbata i kawa dostępna przez 24h.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 01 Lis 2019 23:42 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 63
Loty: 37
Kilometry: 94 443
niebieski
Dzień 12 12.09.2019
Tego dnia mieliśmy jedyną opłaconą wcześniej atrakcję na całym wyjeździe - rejs po Maligne Lake. Po szybkim i niezbyt treściwym śniadaniu wyruszyliśmy ok. 8 z hotelu i tak, to był ten dzień! … W końcu okazało się, że niedźwiedzie w Kanadzie to jednak nie jest tylko i wyłącznie ‘ściema’ przyciągająca turystów! ;) Zobaczyłam pierwszego (i – uwaga – spojler! Ostatniego!) misia w Kanadzie, a raczej tylko jego szlachetną, czyli ni mniej ni więcej, tylko tylną część. Jeszcze przed granicami Jasper NP, gdy pędziliśmy ok. 100 km/h na poboczu stały dwa samochody na awaryjnych i mimo że wcześniej czytałam, że jeśli stoją samochody na poboczu to może oznaczać tylko jedno – dzikie zwierzę, to tym razem uśpiona została moja czujność i nie zdążyliśmy zareagować i przystanąć. I tak pierwszy raz i zarazem ostatni widziałam misia, czego nawet nie udało nam się uwiecznić na zdjęciach.
Pomni wcześniejszej sytuacji, gdy po paru minutach ujrzeliśmy samochody na awaryjnych od razu zatrzymaliśmy się i z bliska mogliśmy podziwiać Wapiti. :) No ok, nie aż tak bardzo z bliska, tylko z drugiej strony jezdni, bo jednak zwierzątka dzikie były i nie chciałam ich straszyć (albo, jak to mój małżonek stwierdził, sama się bałam ;)). W każdym bądź razie wrażenia niesamowite, tylko zdjęcia gorszej jakości. Mówi się trudno. :)
Załącznik:
20190912_085731.jpg

Załącznik:
20190912_085753.jpg

Następnie bez kolejnych zwierzęcych atrakcji dojechaliśmy do Maligne Lake. Po drodze jechaliśmy wzdłuż Medicine Lake i był to bardzo niestety bardzo przygnębiający widok. Las wokół jeziora jest spalony, później dowiedzieliśmy się, że to skutek pożaru sprzed 5 lat. :(
Maligne Lake położone jest na całkowitym pustkowiu – jednak na parkingu o godzinie 10 było już sporo aut. Jako że rejs mieliśmy dopiero o 10.45, więc przeszliśmy się po okolicy, odwiedziliśmy sklep z pamiątkami i punktualnie zameldowaliśmy się na statku.
Załącznik:
20190912_102323.jpg

Załącznik:
20190912_102328.jpg

Załącznik:
20190912_102509.jpg

Zajęliśmy wygodne miejsca i rozpoczęliśmy rejs.
Załącznik:
20190912_104129.jpg

Pani przewodnik całą drogę opowiadała ciekawostki na temat regionu i samego jeziora – muszę nadmienić, że robiła to naprawdę ciekawie i z pasją, a do tego z niesamowitym poczuciem humoru :) - równocześnie podziwialiśmy krajobraz.
Po około 40 minutach dopłynęliśmy do Spirit Island, gdzie udaliśmy się na 30 minutowy spacer. W związku z tym, że równocześnie były tam tylko dwa statki, a teren nie był duży, więc pobyt na zorganizowanej wycieczce nie przeszkadzał aż tak bardzo. Sama wyspa jest bardzo malownicza, ale szczerze mówiąc lepiej wygląda na zdjęciu niż w rzeczywistości.
Załącznik:
20190912_111802.jpg

Załącznik:
20190912_112624.jpg

Załącznik:
20190912_113001.jpg

Załącznik:
20190912_113844.jpg

Załącznik:
20190912_114026.jpg

Podczas powrotnego rejsu miła pani przewodnik pozwoliła nam wyjść na pokład - mimo że widoki zacne, to jednak po małej sesji fotograficznej szybko wróciłam do zamkniętej części stateczku, ponieważ temperatura nie powalała, a i prędkość była niemała.
Załącznik:
20190912_115734.jpg

Następnie pojechaliśmy do Maligne Canyon, gdzie zdecydowaliśmy się na szlak wiodący z parkingu górą do Piątego Mostu, a powrót już wzdłuż rzeki aż do Pierwszego Mostu. Cały szlak zajął nam ok. 2 godzin. Subiektywnie bardziej podobał nam się Johnston Canyon, jedynie trzy ostatnie mosty robiły duże wrażenie. Reasumując - atrakcja warta odwiedzenia będąc już w tym regionie.
Załącznik:
20190912_140012.jpg
Załącznik:
20190912_140749.jpg
Załącznik:
20190912_141606.jpg
Załącznik:
20190912_141957.jpg
Załącznik:
20190912_142656.jpg
Załącznik:
20190912_143921.jpg
Załącznik:
20190912_144258.jpg
Załącznik:
20190912_145130.jpg
Załącznik:
20190912_145333.jpg
Załącznik:
20190912_145527.jpg
Załącznik:
20190912_150812.jpg
Załącznik:
20190912_151345.jpg

Ostatnią atrakcją w tym dniu było Pyramid Lake, a dokładnie słynna wyspa z pięknym widokiem na górę Pyramid.
Załącznik:
20190912_160021.jpg
Załącznik:
20190912_160038.jpg
Załącznik:
20190912_160057.jpg
Załącznik:
20190912_160125.jpg
Załącznik:
20190912_160621.jpg
Załącznik:
20190912_161019.jpg
Załącznik:
20190912_161739.jpg

Wracając zatrzymaliśmy się w samym Jasper i zwiedziliśmy centrum oraz zakupiliśmy magnesy. Jest to naprawdę małe miasteczko, ale zrobiło na nas bardzo miłe wrażenie.
Późnym wieczorem wróciliśmy do hotelu i udaliśmy się na kolację do pobliskiej azjatyckiej restauracji.

Dzień 13 13.09.2019
Podczas naszego ostatniego pełnego dnia w Jasper NP wybraliśmy się na szlak Sulphur Skyline. Na parkingu przed wejściem na szlak zameldowaliśmy się po godzinie 9. Czekałam na ten dzień, ale również trochę się obawiałam, czy kondycyjnie dam radę, ponieważ według informacji zdobytych dzięki wujkowi Google szlak wydawał się być bardzo wymagający. Tymczasem był to bardzo przyjemny spacer z miejscami większymi podejściami, wystarczy jednak średnia kondycja, aby dojść na szczyt (różnica poziomów to ok. 700 metrów). Szlak liczy trochę ponad 4 km w jedną stronę. Droga w górę zajęła nam niecałe półtorej godziny wliczając w to przerwy na zdjęcia. Widoki z każdym metrem robiły się – jeśli to możliwe – bardziej malownicze, ale też temperatura coraz bardziej spadała. Przed samym szczytem, gdzie nie było już osłony drzew, było tak wietrznie, że musieliśmy założyć wszystkie ubrania, które mieliśmy, na szczęście jak się okazało kurtka przeciwdeszczowa spełnia też funkcję ochrony przed wiatrem. :)
Załącznik:
20190913_104759.jpg

Załącznik:
20190913_104803.jpg
Załącznik:
20190913_104946.jpg
Załącznik:
20190913_105516.jpg

Załącznik:
20190913_111659.jpg

Podczas samego wejścia spotkaliśmy raptem parę osób, a na szczycie też raczej było pusto. Spędziliśmy tam około 30 minut. Widoki ze szczytu na Góry Skaliste – zapierające dech w piersiach!
Załącznik:
20190913_111950.jpg
Załącznik:
20190913_113605.jpg
Załącznik:
20190913_113630.jpg
Załącznik:
20190913_113634.jpg
Załącznik:
20190913_113922.jpg
Załącznik:
20190913_114925.jpg
Załącznik:
20190913_115717.jpg

Mocno zmarznięci rozpoczęliśmy schodzenie z przerwą na drugie śniadanie w miłym otoczeniu kanadyjskiej przyrody. Kawałek od szczytu jest dość płaski teren, m.in. z takim ustronnym miejscem i ławeczką, na które można przysiąść i podziwiać widoki (a naprawdę jest co!).
Załącznik:
20190913_120158.jpg
Załącznik:
20190913_120708.jpg
Załącznik:
20190913_121148.jpg
Załącznik:
20190913_122627.jpg
Załącznik:
20190913_123217.jpg
Załącznik:
20190913_124300.jpg
Załącznik:
20190913_131938.jpg

Schodząc mijaliśmy już wielu turystów, w tym wycieczkę szkolną. I takie moje spostrzeżenie: w Polsce w góry rusza się ok. 6-8 godziny rano, gdy tymczasem w Kanadzie standardem jest 9-11 godzina - alby my tak po prostu trafiliśmy.
W każdym razie na parkingu byliśmy przed godziną 14, zostawiliśmy plecaki i udaliśmy się na baseny termalne Miette Hot Springs.
Załącznik:
20190913_132546.jpg

Załącznik:
20190913_132715.jpg

Załącznik:
20190913_132720.jpg

Wejście bez limitu czasowego kosztuje 7 CAD. Ośrodek składa się z czterech otwartych basenów – dwóch większych z temperaturą wody 39 i 36 stopni i dwóch małych z temperaturą 16 i 19 stopni – wypróbowaliśmy wszystkie, aczkolwiek w tym z najchłodniejszą wodą nie spędziliśmy zbyt dużo czasu. ;) Jest to bardzo fajny pomysł odpoczynku, ale relaks po trekkingu to tylko dodatek, prawdziwą wisienką na torcie basenów są otaczające to miejsce widoki!
Po odpoczynku skierowaliśmy się już bezpośrednio do hotelu, gdyż kolejnego dnia czekała nas droga do Calgary.

Dzień 14 14.09.2019
Dzień przeznaczony na dojazd do Calgary – pokonaliśmy ponad 520 km. Mieliśmy okazję jechać przez typowy rolniczy teren i kanadyjskie wioski wyjęte bezpośrednio z filmów o dzikim zachodzie. Co nas zaskoczyło: na co poniektórych ranczach były „przydomowe” rafinerie. Droga przebiegła bez problemów i szybciej niż liczyliśmy i po godzinie 17 już oddaliśmy samochód i byliśmy na lotnisku.
Załącznik:
20190914_191138.jpg

Wylot mieliśmy jednak dopiero ok. 23 – jednak nie chciało nam się już komunikacją miejską jechać do centrum i po prostu mieliśmy trochę czasu, aby odpocząć przed maratonem zwiedzania w podróży powrotnej. Odprawa (na ten i kolejny lot do Paryża) przebiegła bez problemu i wystartowaliśmy z parominutowym opóźnieniem.

Dzień 15 15.09.2019r.
Wylądowaliśmy przed godziną 4 w Toronto i udaliśmy się do kolejki dowożącej do centrum miasta. Jednak tego dnia trwał jej remont i zostaliśmy skierowani do autobusu zastępczego. Dodatkowo w cenie przejazdu dostaliśmy bilet powrotny do wykorzystania do końca dnia (standardowo na bilecie można wrócić do 7 h nie ponosząc dodatkowych kosztów). Tym sposobem po godzinie 6 już byliśmy w okolicach Union Station – dzięki czemu udało nam się zrobić ‘nocne’ zdjęcie CN Tower, jeszcze oświetlonej. O tej godzinie (a myślę że szczególnie w niedzielę) nie prezentuje się najlepiej.
Załącznik:
20190915_062335.jpg

Jedyne osoby, które przez pierwsze 30 minut spotkaliśmy to byli bezdomni. Mimo że Toronto jest zaliczane do jednych z bezpieczniejszych miast to nie czuliśmy się pewnie.
Staraliśmy się przejść po największych atrakcjach miasta oczywiście biorąc pod uwagę, że o 19:30 mieliśmy samolot powrotny i że cały „spacer” mieliśmy ze sobą bagaże na plecach.
Załącznik:
20190915_063409.jpg

Załącznik:
20190915_063914.jpg

Załącznik:
20190915_064140.jpg

Następnie udaliśmy się w stronę Berczy Park oraz pobliskiego Gooderham Building.
Załącznik:
20190915_064918.jpg
Załącznik:
20190915_070040.jpg
Załącznik:
20190915_070208.jpg
Załącznik:
20190915_070641.jpg

Niestety w niedzielę zamknięty był St. Lawrence Market, a mieliśmy tam w planach coś przekąsić.
Załącznik:
20190915_071040.jpg

Kolejnym punktem zwiedzania był Nathan Phillips Square, skąd udaliśmy się do Queens Park, gdzie swoją siedzibę ma Parlament Ontario.
Załącznik:
20190915_073208.jpg
Załącznik:
20190915_073817.jpg
Załącznik:
20190915_082315.jpg

W związku z tym, że już było ciepło odpoczęliśmy trochę na ławce w parku i ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca, gdzie można coś zjeść i napić się kawy. Wybór padł na fast food Tim Horton – jednak szybka dawka kofeiny i teiny była nam potrzebna. Po niedługich namowach ;) udało mi się skłonić męża na spacer Graffiti Alley – małą uliczką wypełnioną od dołu do góry różnymi mniej lub bardziej artystycznymi malowidłami na ścianach. Niektóre graffiti naprawdę bardzo mi się podobały!
Załącznik:
20190915_102906.jpg
Załącznik:
20190915_103241.jpg
Załącznik:
20190915_103352.jpg
Załącznik:
20190915_103631.jpg
Załącznik:
20190915_104044.jpg

Mimo że widzieliśmy w prognozie pogody że może padać liczyliśmy jednak, że i tym razem nam się uda – jednak nie. Zaczęło podać i nie widać było poprawy – narzuciliśmy peleryny, jednak podróż z plecakami w deszczu i będąc dość zmęczonym nie nastraja optymizmem, więc postanowiliśmy, mimo dalszych planów zwiedzania kierować się w stronę Union Station. Po drodze mijaliśmy jeszcze Rogers Center, gdzie akurat rozpoczynał się mecz Toronto Blue Jays z Ney York Yankess. Z ciekawości w kasie spytaliśmy się o bilety i o dziwo były (a myślałam, że dostać się na mecz MLB jest bardzo ciężko) i w przyzwoitych cenach – bo najtańszy za 30 CAD. I gdyby czas pozwolił to na pewno skorzystalibyśmy z okazji.
Załącznik:
20190915_113526.jpg
Załącznik:
20190915_114114.jpg

Subiektywnie jako że nie jesteśmy miłośnikami dużych metropolii i biorąc pod uwagę godziny w jakich byliśmy, pogodę i zmęczenie – Toronto nas nie zachwyciło, a wręcz zniechęciło dużą ilością bezdomnych, czego wcześniej w Kanadzie nie doświadczyliśmy.
Mocno już zmoknięci podmiejską kolejką dojechaliśmy na lotnisko i nie pozostało nam nic innego jak poczekać na samolot. Wystartowaliśmy punktualnie o 19:30. Po zjedzeniu posiłku i wypiciu 2-3 piw obudziliśmy się prawie podczas lądowania na CDG.

Dzień 16 16.09.2019
Wylądowaliśmy punktualnie o 8:40 w Paryżu. Tutaj duża zmiana jeśli chodzi o pogodę bo już o tej godzinie było ok. 25 stopni – szybko się przebieramy i z całym dobytkiem ruszamy metrem w stronę centrum. Nie będę się na ten temat rozpisywała, bo Paryż jest często na forum opisywany – zrobiliśmy taki szlak, na jaki w tym dniu nas fizycznie było stać: od katedry Notre Dame (a raczej jej pozostałości) do Luwru, a następnie wzdłuż Sekwany aż do Wieży Eiffle’a. Był to nasz pierwszy raz w tym mieście, oczywiście na obowiązkową sesję fotograficzną nie zabrakło mi sił, ale jakoś do opowieści o majestacie kanadyjskiej przyrody klimat francuskich pejzaży zupełnie mi nie pasuje, więc odpuszczam dodawanie fotek. :)
Ledwo żywi wpakowaliśmy się do metra i dojechaliśmy na lotnisko, gdzie spokojnie poczekaliśmy na samolot. O 22 byliśmy już w Warszawie, gdzie za godzinę mieliśmy (30 minut opóźniony) lot do Katowic.
Tak zakończyliśmy nasze Wielkie Kanadyjskie Wakacje.

Mimo że niedźwiedzie nie okazały się dla nas gościnne i nie powitały nas chlebem, solą i przyjaznym uściskiem łapy, to zakochaliśmy się w Kanadzie, jej przyrodzie, jeziorach, których koloru chyba żadne słowo nie jest w stanie oddać, górach tak majestatycznych, że prawie (prawie!) mogą stanąć w szranki z majestatem Tatr. Co bym zmieniła w tej wyprawie? Zdecydowanie byliśmy tam za krótko i tyle jeszcze pozostało do zwiedzenia! Ale widzę też w tym zaletę - jest po co wracać. ;)

Dokładnie rok temu mniej więcej o tej porze rozpoczynałam przygotowania do wyprawy do Australii. Pamiętam jak dziś, że pokusiłam się wtedy o określenie tej wycieczki jako przygody życia. Czy po odwiedzeniu Kanady nadal tak uważam? Zdecydowanie nie! Mimo że Australia to piękny kraj i wspaniali ludzie, Kanada i jej przyroda wskakuje na pierwsze miejsce w mojej własnej, subiektywnej hierarchii najpiękniejszych miejsc na ziemi. Czy na nim zostanie? Na pewno przekonam się o tym podczas kolejnych podróży!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 07 Lis 2019 09:50 

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 536
Loty: 63
Kilometry: 202 612
złoty
Miśków nie ma, ale też jest fajnie. :)
Dobrze się czyta, sporo przydatnych informacji. Mam zamiar kiedyś wybrać się na podobny wyjazd i na pewno będę czerpał z wiedzy tu przekazanej. Szkoda trochę, że zdjęcia, choć pokazują piękne miejsca, to jakościowo są nie za bardzo...
A co do pierwszych miejsc na liście, to proponuję od razu zrobić kilka list, bo ciężko porównywać ze sobą Seszele, Filipiny, Nepal, Islandię, Utah, Tanzanię i Peru. To jakby spierać się, kto jest bardziej wysportowany: dziesięcioboista, gimnastyczka artystyczna czy zawodnik MMA. :)
_________________
Image

Link do moich relacji:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan> - pisze się
Góra
 Relacje PM off
olajaw lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 01 Gru 2019 21:17 

Rejestracja: 18 Maj 2011
Posty: 15
Cześć, jak wyglądają koszty takiej wyprawy? Byłbym wdzięczny za jakieś informacje. Dzięki! :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 29 Gru 2019 14:00 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 63
Loty: 37
Kilometry: 94 443
niebieski
Jeśli chodzi o koszty wyjazdu to:
1. Loty
- bilet: CDG - Vancouver; Calgary - CDG (z stopem w Toronto na ok 12h) - 1500 pln
- bilet Vancouver - Calgary - 300 pln
2. Samochód:
Vancouver Island na 4 dni - Toyota Yaris - z rentalcars z ubezpieczeniem 900 pln
Calgary na 8 dni też najmniejsze, ale dostaliśmy Nissana Frontiera - z rentalcars z ubezpieczeniem 1700 pln
3. Noclegi:
na Vancouver Island - za 4 noce wyszło nas 420 CAD.(pokój 2osobowy) - najdrożej w Ucluelet
W Canmore - za 5 nocy z śniadaniem - 900CAD
W Hinton za 3 nocy z śniadaniem - 500 CAD
4. Z atrakcji płatnych:
rejs na Spirit Island na Maligne Lake - 149 CAD za 2 osoby
wejściówki do Parków - całoroczne - ok. 120 CAD

Na miejscu jedliśmy w różnych knajpach:
Burger lub Fish and Chips - ok 10-15 CAD - i można tym pojeść
w Canmore chodziliśmy do Indyjskiej knajpki - za bardzo solidny obiad dla 2 osób - 35-45 CAD
w Hinton pod hotelem mieliśmy Chińczyka - ok 30-40 CAD za obiad na 2 osoby
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group