Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 1 post ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 07 Sie 2016 01:05 

Rejestracja: 04 Sie 2016
Posty: 6
Celem mojej wyprawy w głąb południowej tajgi europejskiej części Rosji było dołączenie do grupy miłośników komunikacji szynowej, którzy zorganizowali wspólny przejazd kolejką, należącą do przedsiębiorstwa leśnego z siedzibą we wsi Oparino obwodu kirowskiego. Tak naprawdę to lasy te nie są do końca wiackie, bo zanim miasto Wiatka zostało przemianowane na część działacza komunistycznego Siergieja Kirowa, owe tereny należały do guberni wołogodzkiej, ale, jak kiedyś powiedziała słynna rosyjska poetka Anna Achmatowa, gdy ktoś w jej obecności wymienił nadaną dawnej moskiewskiej Bramie Rzeźniczej przez bolszewików nazwę „Brama Kirowska”, „no skądże Kirow w Moskwie może mieć bramę?!” Więc niech będą wiackie, bo wołogodzkimi już nie są, a skądże Kirow może mieć własny las nad Wiatką?

Nie wiem w sumie, czy to, że obwód kirowski jest jednym z nielicznych w Rosji, które zachowały nazwę sowiecką, jest dla jego mieszkańców powodem do dumy. Ale na pewno mogą szczycić się tym, że ten obwód graniczy z większą liczbą regionów niż jakikolwiek inny w Rosji. Nic dziwnego, jeżeli popatrzeć na jego kształt, którym trochę przypomina cierpiącą na otyłość gwiazdę morską: mimo że jej powierzchnia stanowi mniej więcej jedną trzecią Polski, to odległość pomiędzy punktami skrajnymi w kierunku wschód–zachód jest taka sama, jak od Terespola do Poznania, zaś w kierunku północ–południe jak od Gdańska do Zakopanego! Taki kształt powstał po wycięciu z dawnej guberni wiackiej włości i ujazdów na rzecz licznych terytorialnych jednostek autonomicznych dla zamieszkałych te obszary mniejszości narodowych w okresie międzywojennym i dołączeniu już w trakcie drugiej wojny światowej rejonów „nadzianych” na tak zwaną Perm-kotłaską drogę żelazną.

Właśnie w jednym z tych rejonów miał się zacząć nasz wspólny przejazd. Ale najpierw trzeba było tam się dostać z grodu Kraka.

W zasadzie na wyprawę w stronę Moskwy, która jest tak potężnym w skali Rosji węzłem transportowym, że prawie każdy wyjazd do tego kraju przebiega przez nią, mam swojego rodzaju patent, pozwalający podróżować tanio i komfortowo. Polega on na tym, żeby, po pierwsze, nie przekraczać żadnej granicy państwowej pociągiem dalekobieżnym, po drugie, noc spędzać w drodze przez Białoruś, bo cennik tamtejszej kolei jest w stanie ucieszyć nawet bardzo ubogiego turystę. Na przykład, przejazd wagonem klasy kupe (czyli kuszetką w przedziale czteroosobowym z pościelą) od Brześcia do Orszy (560 km, 8 godzin podróży – w sam raz, by się wyspać) będzie nas kosztował w przeliczeniu nieco ponad 30 złotych.

Co do zasady nieprzekraczania granic pociągami dalekobieżnymi, tu należy wyjaśnić (choć doświadczeni w podróżach na wschód na pewno to wiedzą), że w krajach poradzieckich oprócz taryfy międzynarodowej istnieje również tak zwana taryfa międzypaństwowa; ta ostatnia została wprowadzona po to, żeby odróżniać przejazdy pomiędzy krajami dawnego ZSRR od wyjazdów do „prawdziwej” zagranicy. Ceny w obu taryfach są ustalone we frankach szwajcarskich, a w związku z tym, że waluty krajów, mocno związanych gospodarczo z Rosją, w ostatnich czasach lecą na łeb na szyję, to mamy to, co mamy. Oto, moim zdaniem, najbardziej spektakularny przykład: pociąg z Anapy (popularnego rosyjskiego uzdrowiska nad Morzem Czarnym) do Mińska. Jeżeli pojedziemy tym pociągiem znad morza do ostatniej rosyjskiej stacji Złynka, to za 1920 km w kupe zapłacimy w przeliczeniu 325 złotych. Ale wystarczy kupić bilet do następnej stacji Dobrusz, położonej już na Białorusi i oddalonej od Złynki tylko o 25 km, jak cena wzrasta aż do 570 złotych!

Więc do Brześcia, który jest pierwszą dużą miejscowością za wschodnią granicą, zazwyczaj dojeżdżam pociągami z przesiadkami w Warszawie i Terespolu. W takim wypadku wychodzę z domu niezbyt wczesnym rankiem. Ale jeździłem w taki sposób tak wiele razy, że to mi się trochę znudziło — i postanowiłem w końcu zdradzić kolej z busami, korzystając z tego, że pierwszym dniem urlopu był dzień powszedni. Bo w takie dni istnieje bezpośrednie wieczorne połączenie Lublina z Terespolem przez Włodawę: przejazd drogą wzdłuż Bugu w okolicach Kuzawki, gdzie można z okna zobaczyć słup graniczny i brzeg białoruski, to przeżycie bezcenne. Co prawda, przesiadka w Lublinie była trochę nerwowa, bo miałem na nią tylko 25 minut, a bus z powodu licznych remontów drogowych spóźnił się o 20, ale w końcu zdążyłem.

Do Brześcia przyjechałem białoruskim pociągiem, przeszedłem przez odprawę celno-paszportową i od razu udałem się do kantoru, żeby kupić lokalną walutę. Była to ostatnia dla mnie możliwość zagrania w grę „Kto chcę zostać milionerem” bez konieczności odpowiadania na jakiekolwiek pytania: jedna złotówka do 1 lipca kosztowała mniej więcej pięć tysięcy tamtejszych rubli, wystarczyłoby więc wymienić 200 złotych, aby mieć milion w kieszeni. Widać, że Białorusini mają nawet pewny sentyment do tych dużych liczb: po ogłoszeniu w listopadzie 2015 roku denominacji w skali 1:10 000 w sieci zdobył popularność obrazek, przedstawiający minionki ze znanej kreskówki, tworzące zespół rockowy i trzymające napis: „Milionki. Ostatnia jesień”.

W zasadzie karty płatnicze na Białorusi są tak rozpowszechnione, że można przejechać cały kraj i ani razu po gotówkę nie sięgnąć (nawet za herbatę z torebki w barku dworcowym można bez problemu zapłacić kartą), ale, niestety, w pociągach krajowych pościel nie jest wliczona w cenę i nie ma opcji, żeby zapłacić za nią osobno podczas zakupu biletu w internecie, więc 15 tysięcy rubli musiałem mieć ze sobą.

Noc minęła szybko i spokojnie, rankiem następnego dnia znalazłem się w Orszy. Pociąg pojechał sobie dalej (co ciekawe, do Moskwy, ale z wyżej wymienionych powodów na razie było mi z nim nie po drodze). Następny etap podróży (do Smoleńska) miał się odbyć za pomocą skomunikowanych pociągów podmiejskich. Kiedyś EZT (po jednym ze stron białoruskiej i rosyjskiej) jeździły z Orszy do Smoleńska bezpośrednio, ale w końcu rozbieżność zdań na temat tego, kto, komu i ile powinien za to dopłacać, doprowadziła do obecnego stanu rzeczy: jednostka białoruska (mimo jazdy cały czas pod drutem, o dziwo, spalinowa, bo mają właśnie wolny skład z Mohylewa) dojeżdża do pierwszej rosyjskiej stacji Krasnoje, a już stamtąd rosyjska jednostka elektryczna leci przez Katyń do Smoleńska. Należało więc kupić bilet Orsza — Krasnoje za ruble białoruskie i wymienić resztę na ruble rosyjskie, bo za bilet Krasnoje — Smoleńsk, oczywiście, można zapłacić wyłącznie nimi, kasa na stacji Krasnoje przyjmuje tylko gotówkę, a żadnego bankomatu w jej okolicach nie ma. Na szczęście, w kantorze na dworcu orszańskim da się to zrobić bez problemu.

Załącznik:
mariapanna.jpg


W Smoleńsku miałem na przesiadkę godzinę i kwadrans, zjadłem sobie porządny obiad w restauracji na dworcu autobusowym i wsiadłem do bezpośredniego już busa do Moskwy. Bilet na ten bus kupiłem wcześniej w internecie, i nie powiem, że było to łatwe zadanie. Najpierw operacja nie powiodła się i, próbując znaleźć przyczynę tego niepowodzenia, zauważyłem na stronie przypis drobną czcionką, że honorowane są tylko i wyłącznie karty, wydane przez banki rosyjskie. Ale szybko się okazało, że za bilet można też zapłacić z konta rosyjskiego telefonu komórkowego. Takowy akurat miałem, więc najpierw przelałem kasę z karty na telefon (tu, ku mojej radości, wszystko przeszło sprawnie), a dopiero po tym z telefonu na konto przewoźnika. Zawsze uważałem, że życie „w demoludach” niesamowicie rozwija spryt.

Załącznik:
krasnoje.jpg


Jak się okazało, wcale nie trzeba było tak gimnastykować, bo na 18 miejsc zjawiło się tylko 8 chętnych razem ze mną, ale wolę mieć święty spokój, gdy tylko można. Co prawda, wcześniejszy zakup biletu w Rosji żadnego spokoju jednak nie gwarantuje: według rozkładu mieliśmy przybyć o 20:05 na dworzec autobusowy przy stacji metra „Tuszynskaja”, ale nasz busik przyjechał o 18:05... na dworzec Białoruski! Takie dziwne rzeczy dzieją się dlatego, że urząd, z którym trzeba uzgadniać trasę i rozkład, istnieje, ale obowiązują raczej układy nieformalne, do tego jeszcze dochodzi absurdalny przepis, który, pozwalając liniowym autobusom dalekobieżnym poruszać się z prędkością do 90 km/h, ogranicza ich prędkość handlową do 60 km/h, nie uwzględniając tego faktu, że istnieją połączenia bez przystanków pośrednich. Więc rozkład napisany dla urzędu trafia do wszystkich systemów informacyjnych, a w rzeczywistości jeździ się tak, jak woli większość stałych klientów, i nikogo to nie obchodzi. Ja na to, że byłem na miejscu o dwie godziny wcześniej, co prawda, nie mogłem narzekać, ale wyobraźcie sobie, że nie znacie Moskwy, ale macie tam kolegę, który zgodził się odebrać was z dworca autobusowego, a przyjeżdżacie z takim wyprzedzeniem, i to na dworzec kolejowy, oddalony od tamtego „właściwego” o 13 kilometrów! Dramat.

Tu można byłoby się pochwalić tym, że cała podróż z Krakowa do Moskwy w jedną stronę kosztowała mnie 190 złotych, ale wszystko wygląda tak różowo tylko wtedy, gdy ma się w kieszeni paszport rosyjski, z którym na Białorusi można przebywać na takich samych zasadach, na jakich obywatele Polski mają prawo przebywać w każdym innym państwie Unii Europejskiej. Co prawda, białoruska wiza tranzytowa nie kosztuje wiele (10 euro jednokrotna i 15 euro dwukrotna), ale jak ktoś nie mieszka w Warszawie, Gdańsku, Białymstoku albo Białej Podlaskiej, gdzie są konsulaty Białorusi, powinien doliczyć jeszcze koszty dojazdu i stracić dwa dni robocze (na złożenie i odbiór dokumentów); poza tym bilet tylko z Brześcia do Orszy pracowników konsulatu chyba raczej nie zadowoli, a biletu na pociąg podmiejski z wyprzedzeniem i w sieci, niestety, nie kupimy. Jedyne, co można byłoby tu wymyślić, to zakup biletów Brześć — Orsza i Orsza — Smoleńsk (albo nawet Moskwa), uzyskanie wizy na ich podstawie i później zwrot tego ostatniego po zakupie biletu Orsza — Krasnoje. W taki sposób w każdej chwili mamy bilet na przejazd do państwa docelowego (bo Krasnoje znajduje się już w Rosji) i nawet formalnie trudno się do tego przyczepić, bo jedziemy tą samą trasą i prawie o tym samym czasie, ale, jak powiedział jeden mój znajomy, „na Białorusi obowiązują jedynie słuszne przepisy, które zmieniają się, jak w kalejdoskopie”, więc nie mogę obiecać, że coś takiego się uda.

Zapomnijmy jednak na razie o Białorusi i przenieśmy się na dworzec główny w Kirowie, dokąd na różne sposoby docierali uczestnicy imprezy kolejowej, aby wczesnym sobotnim rankiem wsiąść do pociągu regionalnego w kierunku Oparina. Pociągowi nigdzie się nie śpieszyło (odległość 185 kilometrów pokonuje rozkładowo w 4 godziny i 39 minut), więc mieliśmy dużo czasu na pogawędki, zanim przybyliśmy na miejsce.

Załącznik:
tabor.jpg


Oparińska kolejka leśna, która stała się celem naszej wycieczki, została wybudowana w latach 1952–1955, aby ułatwić eksploatację bogactw tajgi. Wokół wąskotorówki (z klasycznym dla tego rodzaju transportu rozstawem szyn 750 mm) szybko zaczęły powstawać osady drwali: Lesorubowskij, Lesnoje, Czursja, oddalone od Oparina (siedziby przedsiębiorstwa) o odpowiednio 12, 18 i 33 km. W szczytowym okresie rozwoju całkowita długość torów wynosiła ponad 150 km, z czego 87 przypadało na główną linię. Co ciekawe, największa osada, Czursja, znajdowała się na terenie Republiki Komi, ale w roku 1969 ze względów logistycznych została podporządkowana rejonowi Oparińskiemu, tworząc swojego rodzaju Kaliningrad w skali jednej wsi (oczywiście, z tą różnicą, że na granicy regionów paszportu okazywać nie trzeba). Kolejką odbywał się głównie wywóz dłużyc, ale, oczywiście, prowadzone były również regularne przewozy pasażerskie, gdyż podróż po wąskich torach była jedynym niezawodnym sposobem do tych osad dotrzeć. Była — i nadal jest, jednak po tym, jak główna linia skurczyła się do 64 km, a z trzech osad została sama Czursja, zamiast dwóch kursów dziennie „ciuchcia” wykonuje jeden w tygodniu. Z czego, co prawda, i tak się cieszą mieszkańcy oddalonej o sześć kilometrów i należącej już do Komi wsi Wierchołuzje, skąd autobusy do siedziby rejonu kursują jeden raz... na miesiąc (i to tylko wtedy, kiedy droga jest przejezdna)! W pozostałych czasach, jak pisze lokalna prasa, żywność i towary, niezbędne do przetrwania, dowozi do sklepu wiejskiego wojskowy samochód terenowy GAZ-2330, mieszkańcy zaś wyruszają w podróż traktorem właśnie do Czursji.

Załącznik:
czursja.jpg


Po kilku godzinach (podróż wydłużyła się dzięki fotostopom przy malowniczych drewnianych mostach przez lokalne rzeczki) docieramy tam i my. Witają nas dobre wiejskie psy i niskie północne niebo. Mroczne uroki: spustoszałe ulice (obecnie miejscowość zamieszkuje około 80 osób), zamknięte na zawsze budynki szkoły i wiejskiego ośrodku kultury, samotna budka z telefonem stacjonarnym (bo komórki nie łapią tutaj zasięgu) i bezkresy tajgi, otaczające drewniane domy. Los mieszkańców jest jakby całkiem w rękach natury, ale czasem też bezmyślnych ludzi — w roku 2013 złodzieje metali całkowicie odcięli Czursję od reszty świata, bo zdołali nie tylko przywłaszczyć szyny wąskotorówki, ale i rozebrać na kłody i ukraść most przez rzekę Łuzę! Całe szczęście, że wtedy nie doszło do tragedii, bo kradzież torów udało się wykryć, zanim pociąg z pasażerami wyruszył w drogę.

Załącznik:
most.jpg


Czursja się jednak nie poddaje i umierać nie chce, chociaż podczas naszego krótkiego pobytu spotykamy tu wyłącznie osoby starsze. Młodzież mimo sentymentów do rodzinnych stron nie widzi dla siebie w tym zaścianku żadnych perspektyw i szuka szczęścia gdzie indziej. Ale miejscowi nie tracą dobrego humoru, są przyjaźni i chętnie rozmawiają z nieoczekiwanymi gośćmi o swoim życiu. I tu, otoczony tajgą, zaczynasz rozumieć, że wcale nie trzeba jechać na koniec świata, żeby uświadomić sobie, jaki ten świat jest ogromny: wystarczy znaleźć się w takim oto miejscu na kontynencie, mieszkańcy zachodniej części którego są gotowi czasem wyłożyć grubą kasę, byle znaleźć się „poza zasięgiem”, podczas gdy mieszkańcy części wschodniej w takich warunkach po prostu codziennie żyją...

Załącznik:
partia.jpg


W takim filozoficznym nastroju wróciliśmy do Oparina, pożegnaliśmy się z wąskimi torami i o dziesiątej wieczorem wsiedliśmy do pociągu do Niżnego Nowogrodu. Ktoś jeszcze postanowił przed pójściem spać na wszelki wypadek sprawdzić godzinę przyjazdu do stacji końcowej w wywieszonym w wagonie rozkładzie jazdy. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, bo to, co tam zobaczyliśmy, wprawiło nas w nastrój, no, powiedzmy, mniej filozoficzny. Okazało się, że Koleje Rosyjskie, chcąc wyjść naprzeciw oczekiwaniom turystów z zagranicy, postanowiły umieszczać w rozkładach dodatkową kolumnę z nazwami stacji, napisanymi łacińskimi literami. Pomysł był świetny, ale wykonanie zawiodło: osoba odpowiedzialna za transliterację zadanie wykonała za pomocą wujka google, całkowicie pomijając ten fakt, że niektóre nazwy stacji są w języku rosyjskim również wyrazami pospolitymi. Więc stacja Muraszy (po rosyjsku potoczna nazwa mrówek) wyglądała w odpowiedniej kolumnie jak ants, przystanek Bumażnyj (czyli dosłownie Papierowy) — jak Paper, Łuza — jak Pocket, Piesiec — jak Arctic Fox! Najwięcej szczęścia miała stacja Susołowka, która została „przetłumaczona” jako Susolovka located (wyglądało na to, że innych wymienionych w rozkładzie miejscowości google ulokować na mapie był nie w stanie).

Załącznik:
google.jpg


Po takiej „dobranocce” spało się nam świetnie, więc obudziliśmy się prawie tuż przed Niżnym Nowogrodem, skąd ja razem z większością uczestników tej wyprawy pojechałem do Moskwy pociągiem Łastoczka, czyli Jaskółka (z domu Siemens Desiro). No i tu czas w końcu przypomnieć hasło tego forum, czyli „Tanie latanie”. Okazało się, że Wizz akurat w pasujący mi dzień zaproponował bilety do Budapesztu w cenie 180 złotych, czyli po doliczeniu do tego jeszcze biletu na bezpośredni autobus do grodu Kraka wychodziło niewiele więcej, niż za podróż przez Białoruś z sześcioma przesiadkami, i o wiele szybciej i wygodniej. Lotniskiem, którego używają fioletowe samoloty w rosyjskiej stolicy, jest Wnukowo, więc była dobra okazja odwiedzić po drodze najnowszy odcinek moskiewskiego metra z „jubileuszową”, bo dwusetną, stacją Sałarjewo. Co prawda, bilet ten od WizzAir należało jeszcze „wydobyć”. Przyznaję się, że dość sceptycznie wcześniej podchodziłem do historii o tym, jak po „wyjściu bez zakupu” ze strony taniego przewoźnika przy następnej wizycie cena w wyszukiwanych wcześniej dniu i relacji rośnie, ale przekonałem się o tym na własnej skórze. Wizz po drugim wejściu (kiedy już ułożyłem sobie trasę i zdecydowałem się ostatecznie na zakup) zażądał ode mnie półtora razy więcej. Pomyślałem, że po prostu przegapiłem okazję, ale na wszelki wypadek spróbowałem wejść na stronę z innego komputera i o dziwo znalazłem tę samą cenę, co była na początku. Jeżeli ktoś myśli, że natychmiast ten bilet wykupiłem, to powiem, że nie od razu Kraków zbudowano. Po dodaniu lotu strona uprzejmie zapytała mnie, czy nie chcę zostać członkiem Discount Club. Potem — czy na pewno ja chcę podróżować tylko z małym bagażem podręcznym? Potem — czy nie skusiłbym na wybór za opłatą wygodniejszego miejsca w samolocie? Potem — czy nie chciałbym priorytetowego wejścia na pokład? Potem — czy nie byłby mi potrzebny samochód w Budapeszcie? I w końcu poproszono mnie o zalogowanie, po czym wyrzucono z powrotem na stronę wyboru lotu. Aż się zdziwiłem, że cena na tym etapie nie podskoczyła. Ale i tak konieczność przeklikiwania trzynastu stron w drodze do zakupu była chyba moim osobistym rekordem.

Załącznik:
salarjewo.jpg


Sam lot odbył się bezproblemowo, tylko że spóźniliśmy się o godzinę, ale na przesiadkę w końcu miałem trzy. Co prawda, taki czas w przypadku, gdy pierwszy segment jest wykonywany transportem lotniczym, trudno uważać za całkiem bezpieczny, więc na wszelki wypadek wykupiłem sobie za parę złotych ubezpieczenie przed spóźnieniem się na kurs — na szczęście, nie przydało się.

W autokarze podziwiałem uroki trasy E77 (wyjątkowo malowniczej, zwłaszcza na odcinku słowackim) pod akompaniament rozmowy panów kierowców o wyzyskiwaniu pracowników w branży. Ale po tym, co słyszałem w pewnym autobusie dalekobieżnym w Udmurcji, śmiem twierdzić, że polscy pracodawcy w wyzyskiwaniu są amatorami. Pan, który prowadził tamten autobus, trzymając jedną ręką kierownicę, a drugą komórkę przy uchu, mówił do kolesia tak: „Wiesz, w tamtym kierunku miałem półtorej godziny opóźnienia, bo omal nie zgubiłem po drodze tylnych kół... no mechanicy w garażu źle zakręcili, dobrze, że usłyszałem, że coś mi tak dziwnie puka, jak się rozpędzam... nie, no cóż ty, oczywiście, dziewiątki sobie nie zrobiłem, bo wysłali mnie tam zaraz po nocnym kursie, ale mam nadzieję, że jakoś nie zasnę i do domu dojadę, no...”

Tu więc dramatu nie było, i cieszyłem się, że w końcu przejechałem całą trasę z Budapesztu do stolicy Małopolski przy świetle dziennym (poza kawałkiem od Rabki, ale ten odcinek znam akurat na pamięć). I kiedy w końcu zgodnie z rozkładem dotarliśmy do dworca w blasku latarni, poczułem, że wróciłem tu jakby z zupełnie innego świata.

I nie mogę jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, który z tych światów jest tak naprawdę mój.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
marttynna uważa post za pomocny.
 
 
 [ 1 post ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group