Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 4 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 17 Lut 2019 18:16 

Rejestracja: 04 Sie 2016
Posty: 6
Marzy ci się wielogodzinny rejs zbudowanym sześćdziesiąt lat temu statkiem rzecznym w cenie kolejowej krajówki? I myślisz, że upolować taką okazję można chyba tylko gdzieś w odległych krajach tak zwanego „trzeciego świata”? Jeżeli tak, to nic bardziej mylnego! Żeby przeżyć taką przygodę, wystarczy wybrać się do kraju, który ma ponad dwieście kilometrów wspólnej granicy lądowej z Polską i „nieco” się w niego zagłębić — oczywiście, niekoniecznie dokładnie tą samą trasą, którą będę opisywał niżej (bo z różnych powodów była dość zawiła).

Po takiej zajawce muszę dodać jeszcze, że woda w tym wakacyjnym wyjeździe, o którym rzecz, naprawdę wiodła prym. I już mogę ruszać w podróż — mam nadzieję, razem z czytelnikami, tym bardziej że ci ostatni nie będą musieli wstawać o świcie i wsiadać do pociągu — nie byle jakiego, tylko intercity.

Wiadomo, że nieodłączną cechą takich pociągów są liczne spóźnienia — co najmniej na 15, a lepiej już na 30, 60 czy nawet 180 minut, bo bez tego dreszczyku emocji, bez odczuwanej przez pasażera niepewności co do tego, czy da się zdążyć na przesiadkę, czy już nie, intercity straciłoby swój niepowtarzalny urok. A więc najpierw, zgodnie z założeniami, pociąg z Krakowa do Warszawy stanął z nieznanych powodów gdzieś w szczerym polu na CMK, i uratowało mnie tylko to, że pociąg z nim skomunikowany miał dłuższy postój na stacji Warszawa Wschodnia (to znaczy, dłuższy o tyle, że zdążyliśmy tam przybyć, zanim on odjechał), a potem i tamten drugi zatrzymał się w okolicach przystanku Urle — chyba dla uczczenia pamięci hrabiego Zamoyskiego, który kiedyś był właścicielem okolicznych terenów. Na szczęście, w Białymstoku zakładałem na przesiadkę tak dużo czasu, że jedyną niedogodnością stało się to, że zamiast normalnego obiadu musiałem chwycić w kiosku przypadkowy kebab i wskoczyć z nim do podlaskiego szynobusu.

Być może zabrzmi to paradoksalnie, ale ten szynobus był właśnie pierwszym celem tak dalekiej podróży. To znaczy, sam pojazd był zwykłym SA-133 w typowo podlaskim „pikselowym” malowaniu, ale niezwykła dla mnie była jego trasa. Pociągu „Balti”, który jeździł do roku 2005 do Wilna ze zmianą wózków za pomocą słynnej technologii SUW 2000, już nie zastałem, a więc była to dla mnie pierwsza okazja dojazdu pociągiem bezpośrednim z Białegostoku do Kowna (wcześniej zdarzyło mi się jeden raz przejechać tam koleją z przesiadką w Szostakowie). Wyruszyliśmy zgodnie z rozkładem i dotarliśmy bez większych opóźnień do Trakiszek, gdzie nastąpiła „zmiana warty”, czyli zamiast załogi polskiej pojawiła się litewska, i wkrótce zaczął się ten świeżutki odcinek magistrali Rail Baltica, który rzeczywiście robi wrażenie. Pasażerów w komunikacji międzynarodowej akurat nie było dużo, i po przekroczeniu granicy w szynobusie zostali prawie sami Litwini, których zapowiedź przystanków po polsku (poprzedzona odpowiednim komunikatem w języku litewskim) doprowadzała do lekkiej ekscytacji: po każdej stacji ludzie tu i ówdzie ogadywali różnice w brzmieniu nazw tych samych miejscowości w ojczystym i obcym (dla nich) języku. Co ciekawe, jeżeli na Litwie w zapowiedziach polskich stosowano polskie nazewnictwo (Mariampol, Kozłowa Ruda, Kowno), to pomiędzy Białymstokiem a Trakiszkami (gdzie kolejność języków była, oczywiście, odwrotna) w komunikatach litewskich nikt o takie szczegóły nie dbał, i można było usłyszeć coś w rodzaju „Kita stotis – Augustów” (zamiast poprawnego po litewsku Augustavas).

Image
Dworzec w Trakiszkach

Kowieński dworzec autobusowy był wtedy jeszcze w remoncie, więc udałem się od razu po przyjeździe do centrum handlowego „Akropolis”, przy którym mieściły się stanowiska tymczasowe. Nawiasem mówiąc, zawsze dziwiła mnie decyzja władz Kowna, które postanowiły wsadzić takie coś prawie w starym mieście, i to jeszcze z wielopoziomowym parkingiem prosto nad Niemnem. Ale myślałem, że tym razem mi się przyda, bo uważałem, że właśnie w takim miejscu wieczorem jest większa szansa na znalezienie jakiegoś punktu gastronomicznego. Jednakże myliłem się: zbliżała się godzina dwudziesta druga, i wszystkie lokale w centrum powoli się zamykały. Cóż, w końcu odnalazła się jakaś czynna pizzeria w okolicy – z minimalistycznym wystrojem, ale smacznym makaronem – więc bez pośpiechu zjadłem tam kolację i wróciłem pod galerię, żeby czekać na autobus do Kłajpedy.

Image
Pomnik parowozu L-1160 w Kłajpedzie

W Kłajpedzie miałem przesiadkę na następny autobus (tym razem do Nidy) o tak nieludzkiej godzinie, że nawet przespałem najgłówniejszą atrakcje tego kursu: przepływ promem na mierzeję Kurońską. W sumie i tak czekała na mnie przeprawa z powrotem przez zalew, który ta mierzeja oddziela od Bałtyku, i to w znacznie szerszym miejscu. Bez problemu znalazłem na przystani swój statek, którego głównym zadaniem jest dowóz wczasowiczów do Minii – malowniczej wioski w delcie Niemna, mianowaną „litewską Wenecją” ze względu na sposób poruszania się po terenie tej małej miejscowości. Ja się tam nie wybierałem, więc wszedłem na pokład z biletem do Uostadvaris (tamtejsza żegluga jest na tyle zaawansowana, że pozwala kupić bilet z wyprzedzeniem przez internet). Z Nidy wypłynęliśmy dokładnie o jedenastej rano. Mniej więcej po godzinie było już widać ujście Atmaty – północnej odnogi Niemna – a po kolejnych trzydziestu minutach cumowaliśmy przy latarni w Uostadvaris.

Image
Widok na Uostadvaris z latarni

Latarnia (niewielka, ale sympatyczna) była otwarta dla zwiedzających, więc wspiąłem się na górę i zrobiłem stamtąd kilka zdjęć, po czym spokojnie poszedłem do przystanku autobusowego, gdzie czekała na mnie bardzo niemiła niespodzianka: na tabliczce przystankowej pod czasem odjazdu widniały się litery „d.d.”, czyli „darbo dienomis”, co oznaczało, że autobus kursuje tylko w dni robocze, chociaż na sprawdzanej wcześniej stronie przewoźnika nie zauważyłem żadnej o tym wzmianki – a była akurat niedziela. Po krótkim namyśle postanowiłem szybko iść na piechotę do Rusi – największej miejscowości delty, ale po pokonaniu dziesięciu kilometrów się okazało, że na jakiś transport publiczny w odpowiednim czasie nie ma co liczyć i tam. No to pomyślałem, że skoro połowa drogi do Szyłokarczmy jest już za mną, to i z drugą połową dam sobie radę, a więc przemaszerowałem w tym dniu w sumie prawie dwadzieścia kilometrów i spokojnie zdążyłem na autobus do Poniemunia. Bardzo mi zależało na tym, żeby na niego zdążyć: był to jedyny w ciągu doby regularny kurs do tego miasta – najmniejszego na Litwie (mieszka w nim zaledwie 230 osób) i, co było dla mnie najważniejsze, położonego bezpośrednio przy przejściu granicznym z Rosją.

Image
Łódź z kwiatami po drodze

Po przekroczeniu granicy państwowej przez piękny most królowej Luizy wszystko od razu poszło nie tak. Najpierw w lokalnej restauracji okazało się, że nagle przestała mi działać jedna z kart płatniczych. Zadzwoniłem na infolinię banku i dowiedziałem się, że nic dziwnego, bo za miesiąc przecież kończy się termin ważności tej poprzedniej, więc została wysłana do mnie nowa, a starą zablokowano, ale to żaden problem, bo wystarczy tylko odebrać list i dokonać aktywacji. Tak, tyle że list leży w skrzynce pocztowej, oddalonej o sześćset kilometrów w linii prostej od miejsca, gdzie akurat jestem; mało tego, przed wyjazdem w oddziale zapewnili mnie, że karta nie wygaśnie „samodzielnie”, lecz zachowa ważność do czasu aktywacji następnej! I chyba byłem tak zdenerwowany po usłyszeniu odpowiedzi z infolinii, że niechcący nacisnąłem kombinację klawiszy, blokującą telefon. No i oczywiście zapomniałem kodu PIN, a kartka, na której ten kod był zapisany, była nie bliżej, niż wspomniany wcześniej list z banku. Na dodatek telefon miał sim-locka; „dzięki” czemu rosyjska karta sim, którą tam wsadziłem, nie do końca uratowała sytuację: można było złapać publiczne WiFi i korzystać z aplikacji offline, i tyle. „Na pocieszenie” rozpoczęła się jeszcze straszna ulewa, i u progu schroniska, gdzie miałem spędzić noc, pojawiłem się mokry do szpiku kości, zmęczony z powodu wcześniejszego wielogodzinnego marszu i zły z powodu utraty dostępu do części pieniędzy i ograniczonej możliwości korzystania z usług telekomunikacyjnych, a więc przeszedłem od razu do rzeczy:

– Dzień dobry, mam tu rezerwację łóżka w pokoju sześcioosobowym, moje nazwisko to…
– Mnie to nie interesuje, jakie ma pan nazwisko i co tam pan sobie zarezerwował – szybko ucięła starsza pani na recepcji – dam panu to, co jest wolne!
– To po co jest ten formularz rezerwacyjny na waszej stronie internetowej? – nie kryłem zdumienia.
– Cholera wie, proszę pana, to chyba nasz właściciel niepotrzebnie szuka nowości. Będzie pan mieszkał w pokoju dziewięcioosobowym, a cena będzie o półtora razy wyższa, niż pan tu mi wmawia, ale niech pan się nie martwi, bo pan tam będzie sam.

Nie wiedziałem, czy się śmiać, czy płakać. Serwis, jak widać, był iście sowiecki, czyli w pełni odpowiadający nazwie miejscowości, które przed II wojną światową było znane jako Tylża, ale później Sowieci chyba uznali, że jednego Sowiecka w obwodzie kirowskim jest za mało i na mapach ma pojawić się drugi. W dzisiejszych czasach to doprowadziło do paradoksalnej sytuacji: prawdziwą „marką handlową” miasta stała niemiecka nazwa Tilsit. Są tu taksówki „Tilsit”, piekarnia „Tilsit” i nie wiadomo co jeszcze, co się kojarzy z czasami Prus Wschodnich. W sumie przyznałbym mieszkańcom rację, przecież główne wydarzenie, z którego to miasto słynie, w wersji „spotkanie cesarza Napoleona z carem Aleksandrem na tratwie naprzeciwko Sowiecka” brzmiałoby co najmniej dziwnie.

Image
Głaz z napisem „OBJAZD” na wjeździe do posesji w Sowiecku. Inne metody chyba nie działają

Jednakże nie miałem powodów zbytnio narzekać, bo wewnątrz było w końcu ciepło i sucho, a poza tym rzeczywiście byłem jedynym gościem tak olbrzymiego pokoju. Nikt mi nie zakłócał snu, i następnego dnia wczesnym porankiem wsiadłem do minibusa i wyruszyłem w drogę do Czerniachowska. Tam zdążyłem odwiedzić ruiny zamku krzyżackiego i zjeść śniadanie, po czym udałem się na dworzec kolejowy, żeby wsiąść do pociągu do Kozielska. Po 45 minutach po odjeździe dotarliśmy do rosyjskiej stacji granicznej, i tu zaczęła się zabawa. Generalnie posiadanie paszportów dwóch państw jest dla podróżnego zaletą, bo pozwala na bezwizowy wjazd do większej liczby krajów, ale w sytuacji, gdy trzeba w drodze pomiędzy dwoma kawałkami świata, dostępnymi tylko z jednym z tych dokumentów podróży, pokonać 250 kilometrów trasy na terenie, dostępnym tylko z drugim z nich, robi się wesoło, bo przy wyjeździe jesteś podejrzany dlatego, że nie ma widocznych od razu dowodów, że zostaniesz wpuszczony do sąsiadów, a przy wjeździe – dlatego, że nie wiadomo, jak ci sąsiedzi cię wypuścili. No i wszyscy pogranicznicy chcą zobaczyć wszystkie paszporty na raz, a do tego jeszcze na wszelki wypadek bilet, dowód osobisty, zawartość portfela, no i jest im przykro, że nie mam przy sobie zaświadczenia z pracy i tytułu prawnego do lokalu, bo również chętnie by to sprawdzili.

Mimo wszystko podczas tak krótkiego i zakłócanego przez różnego rodzaju formalności przejazdu przez Litwie miałem okazję nawet do obcowania ze sztuką współczesną, bowiem w okolicach wileńskiego dworca z okien pociągu było widać ogromny mural: „In the future every building will be world-famous for fifteen minutes”. Jak się okazało, był to utwór znanego angielskiego grafika ulicznego pod pseudonimem Mobstr, nawiązujący do wypowiedzi Andy’ego Warhola: „W przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut”. Muszę powiedzieć, że nieciekawy wielokondygnacyjny budynek przemysłowy, na parterze którego mieścił się jakiś serwis samochodowy, do tego muralu pasował znakomicie, bo jeżeli takie coś mogłoby mieć swój kwadrans sławy, to każdy inny gmach miałby większe szanse.

Na szczęście, Białorusini na stacji granicznej w Gudogaju już nie chcieli się bawić we wzmocnioną kontrolę i stuknęli pieczątkę bez żadnych pytań, więc mogłem się położyć i spokojnie spać aż do Kozielska. Dalsza trasa do Tuły jest swego rodzaju kolejową ciekawostką: poza sezonem, gdy nie kursuje pociąg Kaliningrad – Czelabińsk, którym właśnie tu dotarłem, linia ta, choć znajduje się, można powiedzieć, w samym sercu Rosji, nie jest obsługiwana przez żaden pociąg rosyjski! Kursuje tu całorocznie (i to tylko raz w tygodniu) skład kolei białoruskich w dość egzotycznej relacji Baranowicze – Karaganda. Sam Kozielsk, swoją drogą, jest ciekawym przykładem tego, jak odmiennie może być postrzegane miasto w zależności od kulturowo-historycznych doświadczeń życiowych. Myślę, że się nie pomylę, gdy powiem, że u zdecydowanej większości Polaków to miejsce wywołuje skojarzenia ze zbrodnią katyńską, bo właśnie tu znajdował się jeden z obozów jenieckich dla oficerów Wojska Polskiego, później rozstrzelanych pod Smoleńskiem. Jednakże jeżeli nazwę Kozielsk usłyszy przeciętny Rosjanin, to na pewno od razu przypomni sobie opowiadanie z podręczniku historii o roku 1238, kiedy to mieszkańcy miasta przez siedem tygodni bronił się przed mongolską armią Batu-chana, zabijając około czterech tysięcy żołnierzy wroga, ale po zdobyciu twierdzy zginęli wszyscy. Miasto jest jedno, obrazy zupełnie różne.

Image
Kolumna chwały wojennej w Kozielsku

Tu pozwolę sobie pominąć szczegóły pobytu w domu rodzinnym i od razu przejdę do następnej (po przepłynięciu z mierzei Kurońskiej do ujścia Niemna) wodnej części tej podróży. Zabrzmi to być może dziwnie, ale w odległości stu kilometrów od stolicy Rosji istnieje miejsce, gdzie nadal są utrzymywane regularne przewozy statkami rzecznymi. Powód? Są nim ogrody działkowe mieszkańców miasta Kołomna, położone na innym brzegu Oki, do których mimo dobrze rozwiniętej w tym regionie komunikacji samochodowej trzeba byłoby za dużo nadkładać drogi podróżując po lądzie.

Ja jeszcze chciałem „zaliczyć” najnowszy rosyjski spalinowy zespół trakcyjny DP-M wyprodukowany przez „Metrowagonmasz” (znany w Polsce jako dostawca wagonów 81-717/714 dla metra warszawskiego), więc pojechałem najpierw do Kołomny, a stamtąd wspomnianym składem do miasta Oziory. Niestety, DP-M nie pokazuje wszystkich swoich możliwości z powodu niezbyt dobrego stanu technicznego torów (na pokonanie 40 kilometrów potrzebuje godzinę i kwadrans), ale gdy nie ma, gdzie się śpieszyć, podróżuje się nim z przyjemnością. Po dotarciu na miejsce musiałem przedostać się z dworca kolejowego na autobusowy (odległość pomiędzy tymi dwoma wynosi około 2 km) i po drodze trafiłem na coś w rodzaju baru mlecznego, który zaskoczył mnie tym, że oferował klientom darmowe WiFi. Co prawda, nie udało mi się z niego skorzystać, bo przed rozpoczęciem transmisji danych trzeba było wprowadzić kod, który można było otrzymać tylko na rosyjski numer telefonu — na prowincji rosyjskiej to jest nadal dość powszechna praktyka, więc w lokalną kartę SIM warto się zaopatrzyć.

Po dotarciu na dworzec wsiadłem do autobusu linii 49 w kierunku miejscowości Siennicy, żeby odwiedzić pozostałości dworu Kellerów, w tym cerkiew Wniebowstąpienia Pańskiego, młyn wodny i park ze stawami. Ale po drodze czekała na mnie jeszcze jedna atrakcja: most pontonowy, którego nośność była tak niewielka, że wszyscy pasażerowie autobusu musieli opuścić pojazd, przejść przez rzekę Okę trzysta metrów i dopiero na przeciwnym brzegu wsiąść z powrotem! Ale po wspomnianym wcześniej dwudziestokilometrowym przemarszu na Litwie nie tylko ten pontonowy spacer, ale i przejście kolejnych 13 kilometrów z Siennic do przystani Prityka mnie nie zraziły, więc bez problemu dotarłem do celu i wkrótce po tym znalazłem się na pokładzie statku „Moskwa-108”. Prawie półtorej godziny rejsu stamtąd do Kołomny kosztowały mnie równowartość czterech złotych (linia, oczywiście, jest dotowana przez władze lokalne). Cumowaliśmy już w ciemnościach, ale na terenie miasta liczącego prawie 150 tysięcy mieszkańców, więc to, oczywiście, nie stanowiło problemu.

Image
„Moskwa-108”

Kołomna jest miastem, którego historia zawiera liczne polskie akcenty: podczas tak zwanej Wielkiej Smuty w roku 1608 zostało ono zdobyte przez Aleksandra Lisowskiego, a trzy lata później stało się ostatnim w ówczesnej Rosji kontrolowanym przez Marynę Mniszchównę, żonę atamana kozackiego Iwana Zaruckiego i obydwu samozwańców podczas Dymitriad. Na tamtejszym kremlu dotychczas zachowała się „baszta Maryny”, gdzie ta niezwykła kobieta była więziona i w roku 1615 prawdopodobnie skrytobójczo zamordowana.

Oczywiście, po zmroku było już za późno na zwiedzanie jakichkolwiek zabytków, więc poczekałem na pociąg podmiejski i udałem się do Moskwy, gdzie za parę dni miała się zacząć najważniejsza część mojej wyprawy: 45-godzinna podróż pociągiem do stacji Łabytnangi. Co ciekawe, choć cena biletu wynosiła równowartość 450 złotych, dotarłem na miejsce za darmo (nie licząc 10 złotych opłaty za pościel) dzięki programowi lojalnościowemu „RZD Bonus”. Ten program, stworzony na wzór odpowiednich produktów linii lotniczych, pozwala zbierać punkty (3 za każde wydane na bilety Kolei Rosyjskich 10 rubli), które później można wykorzystywać na podróże w wagonach klasy „kupe” i wyżej; co najważniejsze, wystarczy odbyć jedną podróż w ciągu dwóch lat kalendarzowych, żeby uchronić punkty przed wygaśnięciem, więc wszystkim pasjonatom kierunków wschodnich rejestrację w programie gorąco polecam. Wykorzystywać punkty trzeba rozsądnie, bo obowiązują specjalne tabele: za 4 tysiące punktów dojedziemy na odległość do 500 kilometrów, za 7 — do 1250, za 12 — do 2500, za 20 – do 5000, za 35 — od 5001 kilometrów wzwyż. Mądra strategia więc polega na tym, żeby szukać tras bliżej górnej granicy (bo za 2501 km oddamy tyle samo punktów, co za 5000!), odległości można sprawdzać w rozkładach konkretnych pociągów, udostępnianych przez stronę oficjalną Kolei Białoruskich (bo Rosjanie z jakiegoś powodu trzymają to w tajemnicy). Od Moskwy do Łabytnangi było akurat 2406, czyli, jak widać z powyższego zestawienia, jak najbardziej było warto.

Image
Pociągi pasażerskie na stacji Nikita

Łabytnangi to stacja znajdująca się naprzeciwko miasta Salechard, stolicy Jamalsko-Nienieckiego okręgu autonomicznego. Tyle że po drodze ze stacji do miasta trzeba jeszcze pokonać rzekę Ob, której szerokość w tym miejscu wynosi trochę powyżej dwóch kilometrów. Łabytnangi i Salechard są połączone ze sobą promem, do którego od dworca jest jeszcze sześć kilometrów drogi przez obskie terasy, więc w warunkach rosyjskiej Północy na o normalnym transporcie nie mowy. Każdy, kogo nie odbierają z dworca koledzy, jest atakowany po wyjściu z wagonu przez taksówkarzy, a ceny zaczynają się od 1200 rubli (około 75 złotych) za samochód, więc warto czasem poczekać na chętnych współpasażerów. W ogóle panuje drożyzna (jak na rosyjskie warunki), na miejsce noclegowe tańsze od 100 złotych za noc od osoby raczej nie ma co liczyć, ale ja się zgodziłem na wynajęcie prywatnego mieszkania za taką cenę bez zawahania głównie z tego powodu, że udało mi się dogadać z właścicielką, żeby kupiła dla mnie bilet na statek: takiego biletu nie da się kupić na odległość, a ilość miejsc jest ograniczona — przede wszystkim dlatego, że ów statek kursuje tylko dwa razy na miesiąc! Ale po kolei.

Za taksówkę zapłaciłem w końcu mniej niż połowę ceny, bo znalazłem współtowarzysza podróży, którego, nota bene, odprawili z kwitkiem busiarze — teoretycznie istnieje możliwość dojazdu „marszrutką” z dworca do promu, przejazd na tamtą stronę, gdzie, jak mawiają miejscowi, „pod mamutem” czeka już inny minibusik („pod mamutem” dlatego, że gości miasta właśnie po pokonaniu Obu wita pomnik tego gigantycznego zwierzęcia). Jednak obowiązują tam raczej nieformalne układy, i każdy, w kim widać osobę przyjezdną, jest skazany na skorzystanie z usług taksówki: mój pechowy „kolega” wprost dostał odmowę przyjęcia na pokład, mimo że wolnych miejsc w „marszrutce” nie brakowało! A więc pojechaliśmy samochodem osobowym bezpośrednio, tym bardziej że taksówkarz zgodził się trochę zejść z ceny, by nie szukać trzeciego pasażera. Szerokość głównego koryta Obu w tym miejscu wynosi ponad dwa kilometry, ale most byłby jednak uzasadniony ekonomicznie i logistycznie jak najbardziej, tyle że, jak nasz kierowca powiedział, obiecują go zbudować od tych czasów, jak on tu się przeprowadził, a było to już czterdzieści lat temu.

Image
Pałac urzędowy

Mój współpasażer wysiadł trochę wcześniej, więc korzystając z tego, że siedzę z tyłu, po cichemu odpaliłem mapy na smartfonie i udawałem, że doskonale wiem, na jakich światłach gdzie skręcić — w takich sytuacjach lepiej, żeby uważali cię za kogoś, kto nie jest tu po raz pierwszy w życiu i z kim próba oskubania nie przejdzie. Chociaż w tym wypadku taksówkarz nie miał chyba złych intencji, więc zapłaciłem tyle, ile się umawialiśmy, a pod blokiem już czekała na mnie właścicielka mieszkania, które dostałem do dyspozycji na dobę i na jakość którego nie miałem żadnego powodu narzekać, tym bardziej że na stoliku w pokoju leżał już bilet na wymarzony rejs.

Image
Skansen „Ostróg obdorski”

Trasa tego statku jest dość niezwykła jak na regularne połączenie: 2783 kilometry od Salechardu do Omska pokonuje on w ciągu sześciu dni, wyruszając w drogę dziewięć razy na rok (do tego dochodzi jeszcze siedem kursów w skróconej relacji do Tobolska). Przy czym to, że rejs jest w rozkładzie, niczego nie gwarantuje: jeden z moich znajomych, który zaplanował pokonanie całej trasy z dużym wyprzedzeniem i dobrał do tego odpowiednie bilety lotnicze (w dobrej cenie, ale, co za tym idzie, bezzwrotne), nagle dostał powiadomienie, że jego kurs akurat się nie odbędzie, bo armator wynajął statek na... imprezę korporacyjną, która bardziej się opłaca, a to, że średnia częstotliwość takich kursów to jeden na tydzień, nikogo nie obchodzi: to jest Rosja, i kto jest gotów czekać siedem dni, będzie w stanie na pewno poczekać i czternaście.

Image
Rzeźba przedstawiciela rdzennej ludności z książkami przy siedzibie muzeum okręgowego

U mnie obeszło się bez takich przygód, nawet dostałem miejsce w kajucie sześcioosobowej przy oknie, co było najlepszą opcją z faktycznie dostępnych (istnieją, co prawda, jeszcze kajuty dwuosobowe, ale rozchodzą się jak ciepłe bułeczki i praktycznie zwykli turyści nie mają co na nie liczyć) — właścicielka mieszkania naprawdę się postarała, chociaż to kosztowało mnie 500 rubli za pośrednictwo przy cenie biletu 740. Jednak jeżeli komuś się wydaje, że proporcję są rażące, powiem, że po pierwsze, przyjezdni i tak nie mają innego wyjścia, a po drugie, spowodowane to jest raczej niską ceną samego biletu (dotowanego przez władze lokalne): w przeliczeniu na polską walutę to będzie odpowiednio 30 i 45 złotych, i chyba nie jest to kwota, którą szkoda wydać za 40-godzinny rejs!

Image
Dworzec rzeczny

Oprócz kajut dla dwóch, sześciu czy ośmiu osób istnieją również dwie, powiem tak, sekcje na dolnym pokładzie: w mniejszej z nich znajdują się 17 pryczy, w większej — aż 50. Na dole bywa jednak różnie: tamtejsi pasażerowie trudy dalekiej podróży zalewają niekiedy mocnym alkoholem, więc jest to swego rodzaju loteria — czasem może być całkiem spokojnie i miło, ale, na przykład, w kursie poprzedzającym mój doszło nawet do tego, że jeden z podróżnych po kłótni próbował ugodzić drugiego nożem, i tylko szybka reakcja załogi (która ma odpowiednie doświadczenie i jest na takie rzeczy doskonale przygotowana) uratowała sytuację.

Image
Wnętrze kajuty sześcioosobowej

Myślę, że jest akurat dobry moment, żeby opowiedzieć trochę o samym statku. To prawdziwy rarytas, bo zbudowany został jeszcze w NRD na stoczni Warnow w sierpniu 1956 roku. Jest on jednym z dziewięciu obecnie eksploatowanych statków projektu 646 — co ciekawe, ci, którzy chcieliby się bliżej zapoznać z tym typem motorowców, wcale nie muszą się wybierać aż na Syberię, bo jeden z nich, o nazwie „Ładoga”, stał się restauracją w... Szczecinie! Z tym że, oczywiście, wnętrze „Ładogi” zostało dostosowane do potrzeb gastronomiczno-hotelarskich, a na tym statku, co nadal kursuje po Syberii, cały wystrój wygląda na autentyczny.

Image
Tabliczka znamionowa stoczni Warnow

Z powodu niskiej ceny samego przejazdu armator zastosował model biznesowy, znany z niskokosztowych linii lotniczych (czyli wszystko poza dostarczeniem pasażera z punktu A do punktu B jest dodatkowo płatne), więc zaraz po wyjściu z portu początkowego podróżni szybko ustawiają się w kolejce do kasy po bieliznę pościelową (100 rubli, czyli w dzisiejszych cenach około 6 złotych); jak ktoś płynie dłużej, w tej samej kasie może uiścić opłatę za korzystanie z prysznica (150 rubli, czyli około 9 złotych, każdorazowo). Obok jest kran z wrzątkiem (dostępnym całodobowo i za darmo), więc bardzo oszczędni mogą się zaopatrzyć przed rejsem w chińskie zupki, ale dla tych, którzy nie chcą wystawiać swego żołądku na próbę, oczywiście, funkcjonuje pokładowa jadłodajnia — ceny są nieco wyższe, niż na lądzie, ale nie uszczuplą portfela za bardzo.

W dobrą pogodę idealnym miejscem do spędzania wolnego czasu jest pokład rufowy: za umieszczonymi tutaj stolikami można, popijając kawę na świeżym powietrzu, podziwiać krajobrazy, ale i miejsca na zabawy dla dzieci też nie brakuje. Jeżeli pogoda jest zła, podróżni (zwłaszcza młodsi) chętnie okupują salonik, który, co prawda, przeznaczony jest dla pasażerów klasy pierwszej, ale na dzieciaki z planszówkami załoga patrzy z przymrużeniem oka.

Podróżni mają jeszcze możliwość skorzystania z usług biblioteki (co prawda, za tak czcigodną nazwą kryje się stopka książek w kabinie radiowej) — owa biblioteka jest czynna dwie godziny w ciągu doby, od godziny 14 do 16 czasu statkowego. Na ten czas należy zwrócić uwagę: portem macierzystym dla statku jest Omsk, a więc statek żyje według strefy, w której to miasto leży i gdzie zegary wyprzedzają moskiewskie o 3 godziny, mimo że większość (a w przypadku skróconych kursów do Tobolska nawet całość) trasy leży w obwodzie tiumeńskim, gdzie różnica ze stolicą Rosji wynosi już tylko sto dwadzieścia minut. Jakby tego zamieszania było jeszcze za mało, na sprzedawanych w Salechardzie biletach widnieje czas moskiewski, chociaż na biletach na wszystkie inne — lokalny, czyli zdarzają się sytuacje, kiedy na statku stosowane są jednocześnie dwie różne strefy czasowe (przez żadną z nich jednak nie przebiega trasa)! Chwila nieuwagi może doprowadzić do znacznie większych nieprzyjemności, niż pozostanie bez książki w podróży.

Cóż, z czasem sobie poradziliśmy i wypłynęliśmy zgodnie z rozkładem, a już wkrótce usłyszeliśmy ogłoszenie radiowe o tym, że naprzeciw nam płynie bliźniaczy „Mechanik Kałasznikow” i że każdy, kto chce go powitać, może wyjść na pokład z odpowiedniej strony i pomachać ręką! Na takim odludziu to oczywiście atrakcja — było to jedyne w tym rejsie spotkanie z tak dużym statkiem pasażerskim, choć lokalne wodoloty kilka razy nas wyprzedzały.

Image
„Meteor-281”

Dla miłośników wodolotów, muszę zauważyć, to jest prawdziwy raj. Jeżeli popatrzeć na mapę, to widać, że na odcinku mniej więcej 450 kilometrów w górę rzeki od Salechardu Ob buduje tak skomplikowany system odnóg, że przypomina on bardziej siatkę ulic w dużym mieście, niż zwykłą śródlądową arterię wodną. A więc, po pierwsze, szybki transport rzeczny jest tu jak najbardziej potrzebny, a po drugie, bogate złoża ropy i gazu w tych okolicach powodują, że regiony stać na jego utrzymanie. Dlaczego nadal kursuje ten wolniejszy statek? Nie tylko dlatego, że wodoloty są bardzo paliwożerne i nawet dotowane bilety kosztują znacznie więcej, ale przede wszystkim dlatego, że na pokład wodolotu można zabrać o wiele mniej bagażu. A należy zauważyć, że w tych okolicach jest dużo miejscowości, gdzie można się dostać tylko drogą wodną, i to nie do końca: nie brakuje wiosek, gdzie statek cumuje do przystani pływającej, skąd wysiadających pasażerów łodziami motorowymi zabierają krewni albo przyjaciele. Kiedyś z ciekawości zapytałem załogę, co by zrobili, gdyby po jakiegoś biedaczka nikt nie przypłynął, na co mi odpowiedzieli, że oczywiście nie zostawiliby go samego na środku rzeki, ale coś takiego nigdy się nie zdarzało, bo do takich wioseczek się „w ciemno” nie jeździ.

Image
Przystań pływająca Kazym-Mys

Na szczęście ja po miło spędzonych na statku czterdziestu godzinach (kapryśna syberyjska pogoda w tym wypadku dopisywała, bo burze jak na zamówienie przechodziły w nocy, a w dzień było ładnie i słonecznie) nie musiałem schodzić na ląd w tak ekstremalnych warunkach. Po drugiej nocce obudziłem się w okolicach wsi Pieriegriobnoje, która słynie z tego, że to właśnie tam Ob się dzieli na dwie główne odnogi, zdążyłem jeszcze zaparzyć sobie saszetkę rozpuszczalnej kaszy na śniadanie i w pół do jedenastej pożegnałem się ze statkiem w miejscowości Priobje. To już cywilizacja — znajduje się tutaj porządny terminal kolejowy, a nowoczesny dworzec — ba! — nawet posiada pochylnie dla osób niepełnosprawnych, tylko że na samej górze ta pochylnia się kończy… poręczami przy schodach dla tych sprawnych w pełni, przegradzającymi ją w poprzek! Jak powiedział kiedyś jeden ze znanych rosyjskich designerów, czasem szkoda, że nie obowiązuje ustawa, zgodnie z którą osoby, wymyślające coś takiego, musiałyby wjeżdżać z pełnego rozpędu w zaprojektowane właśnie przez nich poręcze, będąc przywiązanymi do wózka inwalidzkiego: być może, w kraju stałoby się o kilka niepełnosprawnych więcej, ale wszystkim innym ludziom z ograniczoną sprawnością ruchową żyłoby się lepiej.

Image
Feralna pochylnia

Nie powiem z całą pewnością, czy projektant tego budynku nie zastosował jakichś innych dziwnych rozwiązań, bo wolałem poświęcić czas raczej na zaopatrzenie się w prowiant na dziewięciogodzinną drogę do miasta Iwdel, niż na badanie mrocznych zakątków dworca. Iwdel znajduje się już nie w Jugrze, jak Priobje, tylko w obwodzie swierdłowskim i jest jego najdalej wysuniętym na północ miastem. Sama stacja jest oddalona od zabudowy miejskiej o pięć kilometrów i teoretycznie na pasażerów wieczornych pociągów mają czekać autobusy, ale ich rozkład istnieje tylko na papierze, więc podróżni mogą liczyć wyłącznie na taksówki. Jak to często w takich miejscowościach w Rosji bywa, lokalni mieszkańcy mają w komórce telefony zaufanych taksówkarzy, i na szczęście siedząca obok mnie w pociągu starsza pani jechała również do Iwdela, a nawet mieszkała gdzieś niedaleko zarezerwowanego przeze mnie hotelu, więc nie musiałem się martwić o to, żeby znaleźć transport i nie trafić na jakiegoś naciągacza, no i zaoszczędziłem trochę, bo mogliśmy podzielić koszty przejazdu.

W Iwdelu praktycznie tylko spędzam noc i z samego rana udaję się na stację autobusową, która znajduje się na północnym skrawku miasta w bezpośrednim sąsiedztwie dużej kolonii karnej. Klimaty Iwdela, jak widać, są dość mroczne, i nic w tym dziwnego: gospodarka miasta opiera się na eksploatacji złóż mineralnych, ale mieszkańcy mają z tego tylko zatrute rzeki i powietrze, pracą marzeń jest stanowisko ochroniarza w dyskoncie, więc taksówkarz, z którym jechałem z dworca do miejsca mojego noclegu, choć skarżył się na to, że w zimie, kiedy na ogrzewanie samochodu podczas postoju schodzi więcej paliwa, czasem wychodzi na minus po rozliczeniu ze służbą dyspozytorską, raczej swojego zawodu nie zmieni. Panująca bieda jest przyczyną piętnastominutowego opóźnienia naszego busa: prawie połowę pasażerów stanowią starsi ludzie, którzy muszą od czasu do czasu jeździć do oddalonego o 80 kilometrów Siewierouralska, by uzyskać potwierdzenie stopnia niepełnosprawności po upływie terminu ważności poprzedniego orzeczenia, a kierowca, żeby jego firma później dostała rekompensatę za przysługujące takim pasażerom bilety ulgowe, musi wpisać do odpowiedniego formularza numer legitymacji każdego z nich! Wyruszać zaś w podróż ci nieszczęśni ludzie muszą dlatego, że w Iwdelu rozwiązano zespół do spraw orzekania o niepełnosprawności. Czyli zaoszczędzili na świadczeniach dla członków tego zespołu, za to muszą dopłacać do biletów, państwo się cieszy nie wiadomo z czego, a pokrzywdzone przez los osoby dodatkowo się męczą.

Image
Tak zwana „wachtowka”, czyli samochód ciężarowy z „budą” dla ludzi służący do przewozu pracowników zmianowych i używany na bezdrożach Syberii lub dalekiej północy

W Siewierouralsku miałem krótką przesiadkę na autobus do Wołczańska, od którego miałem zacząć eksplorację dwóch małych systemów tramwajowych, znajdujących się w północnej części obwodu swierdłowskiego (oprócz wspomnianego Wołczanska tramwaje kursują jeszcze w oddalonym od niego o 35 kilometrów Krasnoturjinsku). Miałem — bo tramwaj w tym miasteczku, liczącym mniej niż 9 tysięcy mieszkańców, jest w stanie opłakanym i kursuje według dość egzotycznego jak na ten środek komunikacji publicznej rozkładu: co godzinę z rana od 8 do 10 i potem również co godzinę od 16 do 21, dzieję się tak dlatego, że na całą sieć jest tylko jedyny sprawny wagon, ale i on w dniu mojej wizyty w tym mieście pechowo się zepsuł i na „poranną zmianę” nie wyjechał. Na stacji autobusowej zaproponowali mi powrót do miejscowości o 16, bo mieli nadzieję, że w zajezdni coś wykombinują i co najmniej jeden kurs się odbędzie, a może i więcej, jak znów coś się nie stanie. To mi trochę popsuło plany, tym bardziej że bezpośrednich autobusów z Wołczanska do Krasnoturjinska mimo niewielkiej odległości prawie nie ma i trzeba jechać z przesiadką w położonym pomiędzy nimi Karpińsku (który, à propos, też posiadał tramwaj, zlikwidowany w roku 1994).

Tramwaj w Krasnoturjinsku ma się trochę lepiej, bo sprawnych wagonów tam jest aż dwie sztuki, ale z powodu słabej częstotliwości kursowania i złego stanu torowiska, powodującego liczne ograniczenia prędkości, dużą popularnością wśród mieszkańców się nie cieszy. Podnieść atrakcyjność tego środka transportu w mieście próbowali w dość dziwny sposób, mianowicie za pomocą darmowego dostępu do internetu dla pasażerów. W okolicach jednego z przystanków końcowych o trochę wiejskim charakterze wyglądało to niczym obraz Salvadora Dalego: wyobraźcie sobie wagon konstrukcji 1965 roku na jednotorowym szlaku w otoczeniu drewnianych chat z kurami na wolnym wybiegu, na boku którego namalowany jest znak graficzny WiFi. Nie muszę chyba dodawać, że nic takiego w tym wagonie nie działało.

Image
Ten środek lokomocji miał zapewniać darmowy internet

Krasnoturjinsk jest miastem większym od Wołczanska (liczy ponad 57 tysięcy mieszkańców), ale ma mniejszą długość sieci tramwajowej (tylko 3,5 km, gdy system w Wolcznansku — prawie 8). Dzieje się tak dlatego, że Wołczansk faktycznie składa się z dwóch osiedli, oddzielonych od siebie łąkami i tajgą, więc dużą część trasy tramwaju, który powstał właśnie po to, żeby te osiedla łączyć, przebiega prosto przez las — klimaty są niezapomniane! Dlatego niesamowicie się cieszyłem, gdy się dowiedziałem, że na stacji autobusowej mieli rację i rzeczywiście pracownikom zajezdni udało się „wskrzesić” wagon. Po odjeździe zaskoczyło mnie to, że wśród współpasażerów było dużo dzieci, które dopiero jechały do szkoły (przypominam, kurs odbywał się o godzinie 16!) — jak się okazało, w jednym z ośrodków edukacji w okresie wakacyjnym rozpoczął się gruntowny remont, w ramach którego rozebrano dach budynku, po czym się okazało, że na nowy nie ma pieniędzy, i uczniowie razem z nauczycielami musieli się przenieść do sąsiedniej szkoły, chodząc tam na trzecią zmianę! Za to na przystanku końcowym witała nas nowiutka cerkiew ze złotą kopułą, na którą kasy ewidentnie nie zabrakło. Rzeczywiście — po co się czegoś uczyć, jak można po prostu się pomodlić?

Image
Tramwaj na pętli w Wołczańsku

Muszę jednak zwrócić honor tym miastom i miasteczkom na Uralu: mimo trudnej sytuacji ekonomicznej, skutki której są jeszcze bardziej odczuwalne przez niechlujstwo władz, nie widać w nich gołym okiem odznak upadku i dewastacji. Gdzie indziej na taki tramwaj, co przewozi w ciągu dnia roboczego mniej niż 300 pasażerów, już dawno machnęliby ręką i sprzedaliby wagony na złom razem z szynami, tu zaś o to, co jest powodem do dumy, dzielnie walczą.

Image
Namalowana farbą na asfalcie reklama lombardu w jednym z miejsc Uralu, która obiecuje prezent dla... okaziciela!

A walczyć czasem trzeba z rzeczami iście absurdalnymi. Z powodu tych wszystkich zawirowań wracam do Krasnoturjinska dość późno, gdy pozostaje mi już tylko jedna możliwość dotarcia do Sierowa — miasta, gdzie mam wsiąść o trzeciej w nocy do pociągu do Moskwy — autobus przelotowy w kierunku Jekaterynburga. I tu niemiła niespodzianka: kasjerka nie chce mi sprzedać biletu.

— Ale co — pytam — ten autobus nie zatrzymuje się w Sierowie?
— Zatrzymuje się jak najbardziej, proszę Pana, ma tam oficjalny przystanek.
— To dlaczego nie mogę kupić biletu?
— No wie Pan… jak Pan sam widzi, ten autobus do Jekaterynburga jedzie, i jest dotąd 400 kilometrów, a do Sierowa zaledwie 40, no i mamy zakaz sprzedaży z powodu zbyt małej odległości!
— I jak ja mam na pociąg zdążyć?
— A o to Pan niech się wcale nie martwi! Podejdzie Pan do kierowcy, da mu Pan stówę w łapę i już… wie Pan, tutaj tak wszyscy jeżdżą.

Jak pisał w jednym ze swoich często cytowanych wierszy poeta Fiodor Tiutczew, „umysłem Rosji nie zrozumiesz”.

Na dworcu w Sierowie daje się we znaki to, że na tych terenach jest sporo zakładów karnych. Pewien pan w poczekalni, właśnie wracający do domu z jednego z takich zakładów i strasznie rozgoryczony tym faktem, że jego koleś nie kwapi się do odebrania go samochodem z dworca, zaczepia innych podróżnych, za punkt honoru wziąwszy udowodnienie im tego faktu, że w jego opinii są frajerami. Ale i to, że niektórzy przeżyli chwilę grozy po takim wyczynie, gościa nie zadowoliło, więc wyciągnął z kieszeni komórkę i zaczął ponownie kolesia poganiać, wstawiając tu i ówdzie „przedimki” na literę „k”:

— Gdzie do cholery jesteś? Co, kasy na paliwo szkoda? Rozumiesz, że jak nie pojawisz się tutaj za godzinę, to po powrocie do twojej wiochy nogi ci połamie, a z twoją babą zrobię wiadomo co? I mam to w nosie, co ze mną będzie potem, ja już tyle razy siedziałem, że nie ma dla mnie znaczenia, czy raz więcej, czy raz mniej...

Tego w końcu nie wytrzymali mundurowi że służby, która jest odpowiednikiem SOK w Polsce, wyszli ze swojego pokoju i powiedzieli, że na jego pogróżki akurat istnieje artykuł kodeksu karnego, a może i nie jeden, a więc jeżeli chce wrócić za kraty, to zaraz zadzwonią na policję, która szybko się pojawi i spełni jego marzenie. Po tej interwencji się okazało, że do więzienia ten pan nie pcha się aż tak, i w poczekalni zapanował święty spokój.

W Moskwie miałem przesiadkę z pociągu na samolot rosyjskiej taniej linii lotniczej Pobeda (niskokosztowej „córki” Aeroflotu) do Bratysławy. Myślę, że pan Michael O’Leary, który kiedyś powiedział, że gdyby mógł niszczyć konkurencję za pomocą ograniczeń ustawowych, to chętnie by to robił, mógłby uznać stanowisko dyrektora zarządzającego w tej firmie za pracę marzeń. Kiedyś w Rosji obowiązywał zakaz sprzedaży biletów bezzwrotnych, a każdy pasażer miał gwarantowane 10 kg bagażu w cenie przelotu. Na życzenie Pobedy parlament wszystkie korzystne dla pasażerów normy zniósł, a żeby przypadkiem nie powstała jakaś inna tania linia, przegłosował ustawę, zgodnie z którą każdy nowy przewoźnik miał posiadać we flocie co najmniej osiem samolotów (gwoli przypomnienia, hiszpańska Volotea, która na dzień dzisiejszy przewiozła prawie 20 milionów podróżnych, w roku 2012 zaczynała od siedmiu maszyn). A kiedy się okazało, że sam Aeroflot dzięki przelobbowanej przez niego normie prawnej, nie pozwalającej nowym liniom lotniczym latać za granicę wcześniej, niż po dwóch latach pracy na rynku wewnętrznym, stworzył dla Pobedy problemy, błyskawicznie wprowadzono regułę, zgodnie z którą ta norma nie obowiązuję, jeżeli spółka macierzysta nowej linii już wykonuje połączenia międzynarodowe. Więc Pobeda ma się dobrze, tym bardziej że regulator jest tak zajęty walką z jej konkurentami, że na obronę praw pasażerów już nie ma czasu i pozwala tej firmie robić wszystko, czego ona sobie życzy: to właśnie patentem Pobedy jest celowe rozsadzanie pasażerów podróżujących na jednym bilecie bez wykupionej rezerwacji miejsc, Ryanair to tylko podpatrzył.

Jednak ceny, fakt, mają czasem nie do pobicia, a więc Bratysława z powodu braku tanich linii latających bezpośrednio z Rosji do Polski jest jednym z dwóch (oprócz Budapesztu, gdzie króluje WizzAir) „punktów wejściowych” dla podróżnych z południowej części Rzeczypospolitej. W ogóle po tak długich wyprawach pojawia się dziwne uczucie, że jesteś w miejscu, skąd do domu już jest „rzut beretem”, chociaż znajdujesz się w stolicy innego państwa (w przypadku Budapesztu nawet nie sąsiadującego z Polską). Ale mimo faktu, że świat się kurczy, wciąż można znaleźć niezbyt daleko wiele ciekawych rzeczy. Chociaż warto się pośpieszyć z tym zwiedzaniem, bo nigdy przecież nie wiesz, czy ten statek w następnym sezonie popłynie, a tamten tramwaj przetrwa zimę.

A więc nic — tylko ponownie wyruszać w drogę!
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 18 Lut 2019 08:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 983
Loty: 58
Kilometry: 117 666
złoty
Typowa powieść drogi :D
_________________
Coito ergo sum
Góra
 Relacje PM off
cisza77 lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 18 Lut 2019 09:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Lip 2012
Posty: 3071
złoty
Świetna relacja, dzięki
_________________
Mam alergię na "witam" i "w mojej ocenie".
Image
Góra
 Relacje PM off
cisza77 lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 14 Mar 2019 10:06 
Redaktor F4F
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Lip 2011
Posty: 1012
Niebanalny kierunek, ciekawa narracja, szacunek za całą trasę. Dziękuję za ten tekst-relację ;)
_________________
╔═══════════════════════════════════════════════════╗
2b3.in ← życie to podróż. Podróżuj ze mną → ☼ felietony ☼ wywiady ☼ relacje
╚═══════════════════════════════════════════════════╝
Góra
 Relacje PM off
cisza77 lubi ten post.
 
 
 [ 4 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group