Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 45 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 22 Sty 2018 22:27 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
W ramach relacji z rejsów na statkach wycieczkowych dorzucę jeszcze jedną - tym razem z kolejnej wyprawy na Karaiby.

Mniej więcej rok temu miałem okazję być w tym rejonie i nie ukrywam, że bardzo mi się spodobało. Wtedy była to trasa z Port Everglades (Fort Lauderdale) uzupełniona o przeprawę przez Kanał Panamski. Po karaibskiej części tamtej wyprawy pozostał spory niedosyt wynikający z jednej strony z tego, że rejsowi towarzyszyły pewne turbulencje pogodowe i pierwotnego planu nie udało się w pełni zrealizować (zainteresowanych szczegółami odsyłam do relacji sprzed roku - rejs-wycieczkowy-z-florydy-karaiby,210,105646 oraz rejs-wycieczkowy-przez-kanal-panamski,210,116609 ), z drugiej zaś strony rejon ten bardzo mi się spodobał i obiecałem sobie, że muszę tutaj jeszcze wrócić.

Rejs rezerwowałem z blisko 11-o miesięcznym wyprzedzeniem i jak się okazało i jego nie ominęły turbulencje pogodowe – ale tym razem zanim się jeszcze zaczął.

W odróżnieniu od trasy sprzed roku, tym razem wybrałem rejs wyłącznie po wyspach. Zaczynam i kończę na Gwadelupie. Po drodze jest Tobago, Grenada, St. Lucia, Martynika, Curacao, Aruba oraz Bonaire. Pierwotnie trasa jednak znacznie różniła się od tej, którą ostatecznie potwierdzono – były na niej m.in. St. Marteen, St. Kitts, Tortola, Antigua oraz Dominika. Nie było natomiast Antyli Holenderskich. Zmiana trasy wynikła właśnie ze wspomnianych turbulencji czyli huraganów na Karaibach podczas ostatniego sezonu.

Rejs potrwa w sumie 14 dni i odbywa się podobnie jak ten sprzed roku na statku włoskiej linii żeglugowej Costa Crociere – tym razem na statku Costa Magica:

Image

Pełna trasa po modyfikacjach wygląda następująco:

Image

Jak widać z powyższej listy na naszej trasie dwukrotnie pojawia się Gwadelupa, Martynika oraz Grenada. Dwukrotna obecność Gwadelupy i Martyniki wynika z faktu, że Costa organizuje w tym rejonie przede wszystkim rejsy tygodniowe, które rozpoczynają się (i kończą) na jednej z tych wysp - odbywają się one jednak naprzemiennie po dwóch różnych trasach. Po połączeniu dwóch takich segmentów w jeden powstaje rejs 14-o dniowy – i stąd moja ostateczna trasa. Wyszedłem po prostu z założenia, że jak już jadę tak daleko to nie po to, żeby po tygodniu wracać do domu:-) Grenada z kolei występuje w każdym z tych segmentów ponieważ została uznana (moim zdaniem jak najbardziej słusznie-piszę tego posta właśnie z Grenady więc mam już jakieś zdanie) za szczególnie wartą zobaczenia.

Zresztą obecność akurat tych 3-ech wysp po dwa razy do jak dla mnie bardzo dobre rozwiązanie – są one bardzo atrakcyjne turystycznie i dzięki temu można będzie więcej zobaczyć:-) W związku z tym na pewno nie będę z tego powodu narzekał:-)

W odróżnieniu od poprzedniego razu, obecnie mamy w planie znacznie mniej dni na morzu a w większości portów spędzamy praktycznie całe dni. W związku z tym relacja będzie powstawała pewnie w krótszych odcinkach i większym przedziale czasu – wbrew pozorom przejrzenie i ogarnięcie zdjęć oraz napisanie czegoś zajmuje trochę czasu… Ale proszę o cierpliwość – postaram się żeby zaspokoić wszystkich zainteresowanych. Do tego dochodzi znacznie większy problem z dostępem do internetu, od którego będzie zależało kiedy będę w stanie coś wrzucić – ale to już osobna historia.

Wstęp zatem mam zaliczony:-)

W następnej części napiszę kilka słów na temat tego jak dostałem się na Gwadelupę i jak się tam w ogóle poruszać – bo wbrew pozorom wyspa wcale nie jest mała a z drugiej strony jest naprawdę atrakcyjna turystycznie. A ponieważ przed rozpoczęciem rejsu zafundowałem sobie tam jeszcze dodatkowe dwa dni, miałem okazję co nieco zobaczyć zanim wsiadłem na statek.

C.D.N.
Góra
 Profil Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
#2 PostWysłany: 25 Sty 2018 14:16 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Moja wyprawa na Karaiby rozpoczęła się na Gwadelupie – dość egzotycznym i raczej mało popularnym miejscu z naszego punktu widzenia. Jest to jednak całkiem sporych rozmiarów wyspa, jak łatwo się można domyślić położona właśnie na Karaibach. Składa się ona z dwóch bardzo różniących się od siebie części i przypomina na mapie kształt motyla.

Co jednak najciekawsze – jako terytorium zamorskie Francji, dla przybysza z Europy jest bardzo europejska. Po pierwsze, z Polski można tutaj przylecieć korzystając wyłącznie z dowodu osobistego (o ile nie wybieramy się gdzieś dalej paszport nie jest do niczego potrzebny). Obowiązującą walutą jest euro a językiem francuski (i raczej nie należy się spodziewać, że tutejsi mieszkańcy będą władali innym europejskim językiem – np. angielskim; jeśli tak będzie to spotka nas miła niespodzianka). Dzięki unijnym przepisom dotyczącym roamingu, w przypadku rozmów telefonicznych na/z Gwadelupy operatorzy komórkowi nie pobierają opłat roamingowych – obowiązuje wyłącznie stawka krajowa. Chociaż w tej ostatniej kwestii już na miejscu spotkał mnie mały zgrzyt – okazało się, że Play na Gwadelupie i Martynice w ogóle nie pozwala na korzystanie z internetu. Nie chodzi nawet o to, że pobiera za to opłaty (w świetle przepisów nie bardzo może) ale całkowicie to uniemożliwia. Już na miejscu przekonałem się, że w sieci jest sporo informacji na ten temat – nie przyszło mi wcześniej jednak do głowy, że coś takiego jest możliwe. Z tego powodu ostrzegam w tym miejscu ewentualnych klientów Playa, aby przed wybraniem się na Gwadelupę jeśli chcą korzystać z mobilnego internetu zaopatrzyli się w kartę SIM innego operatora. Ja szczęśliwie przypadkiem taką posiadałem w związku z czym problem udało się opanować:-)

Na początek kilka słów na temat podróży na tę wyspę.

Możliwości dostania się na Gwadelupę jest kilka. Pomijając przewoźników stricte turystycznych najbardziej popularne to lot Air France z przesiadką w Paryżu lub lot dowolnymi liniami do USA i stamtąd na Gwadelupę korzystając z połączeń Norwegiana lub American Airlines. Ze względu na ilość możliwych połączeń oraz ceny ja zdecydowałem się na Air France.

Warto przy tym dodać, że w przypadku połączeń liniami Air France na Karaiby (również na Martynikę), w Paryżu niezbędna jest zmiana lotniska. Samoloty z Polski przylatują na główne paryskie lotnisko de Gaulle, a samoloty na Gwadelupę odlatują z lotniska Orly. Koszt tego transferu pokrywa Air France.

Przy nadawaniu bagażu w Polsce otrzymałem od razu bilet na autobus transferowy w Paryżu (normalnie kosztowałby 21 EUR; pomiędzy lotniskami można przemieszczać się również korzystając z innych środków transportu – wtedy ceny mogłyby być niższe). Bilet transferowy wygląda podobnie jak normalna karta pokładowa na lot:

Image

W przypadku odprawy on-line bilet ten się nie generuje – trzeba go odebrać w Warszawie albo na stanowisku transferowym Air France w Paryżu. Ponieważ na tym kierunku raczej każdy podróżuje z bagażem, wizyta na stanowisku check-in w Warszawie i tak jest niezbędna, w związku z czym nie powinno to stwarzać jakichś wielkich problemów.

Sam autobus z lotniska CDG na Orly odjeżdża co około 30 minut i na lotnisku CDG zatrzymuje się na kilku przystankach przy różnych terminalach.

Warto przy tym pamiętać o bagażu – Air France nie zapewnia jego transferu pomiędzy lotniskami. W związku z tym musimy go najpierw odebrać na pierwszym lotnisku w Paryżu, zabrać ze sobą do autobusu i ponownie nadać na lotnisku Orly.

Same autobusy transferowe są oznaczone w charakterystyczny sposób:

Image

Podróż pomiędzy lotniskami zajmuje około godziny. Biorąc pod uwagę, że czas pomiędzy lotami wynosi zwykle kilka godzin, to nawet uwzględniając odbiór i nadanie bagażu oraz maksymalny czas oczekiwania na autobus jest to w zupełności wystarczające.

Samego lotniska Orly niestety nie będę wspominał najlepiej. Terminal "West", z którego odlatywał mój samolot jest podzielony na kilka niewielkich, nie połączonych ze sobą hal. Pierwsze czego doświadczyłem w "swojej" hali było przenikliwe zimno. Razem z innymi pasażerami siedziałem w niej maksymalnie opatulony oczekując na swój lot. Po drugie jakakolwiek oferta gastronomiczno-usługowa w tej hali była minimalna i przypominała lotnisko low-costowe w bardzo kiepskim wydaniu. Liczyłem też na to, że będę mógł skorzystać na Orly z saloniku – niestety byłem wyjątkowo naiwny. Okazało się, że oba saloniki dostępne w "mojej" hali nie akceptują kart PP, a ten który akceptuje wymaga wyjścia z hali (przed kontrolę bezpieczeństwa), udania się do innej hali (czyli przejścia przez kontrolę bezpieczeństwa po raz drugi) a po skorzystaniu – powrotu w ten sam sposób. Dałem sobie z tym spokój, gdy zorientowałem się, że w odstępie godziny z "mojej" hali będą odlatywały dwa duże samoloty z blisko 1000 pasażerów, którzy muszą przejść przez te wszystkie kontrole w związku z czym wysoce prawdopodobne były spore kolejki do kontroli bezpieczeństwa.

Sam lot na Gwadelupę Air France obsługuje samolotem Boening 777-300 w nietypowej i nie spotykanej na innych (tzn. nie-karaibskich) trasach konfiguracji, którą nawet na swojej stronie nazwali "karaibską". Nie ma w niej w ogóle klasy pierwszej, klasa biznes jest bardzo mała,podobnie jak klasa ekonomiczna premium. W efekcie praktycznie zdecydowana większość samolotu to fotele klasy ekonomicznej podzielonej na kilka kabin. Z dużym prawdopodobieństwem taka konfiguracja wynika ze struktury ruchu na Gwadelupę, który ma charakter głównie turystyczny a nie biznesowy. Zapewne podobnie jak w przypadku lotów na Martynikę.

W efekcie wspomniany samolot mieści ok. 470 miejsc czyli niewiele mniej niż skonfigurowany zupełnie inaczej ale zdecydowanie większy dwupokładowy Airbus 380 latający również dla linii Air France (516 pasażerów). Pomimo tego poza sporym tłokiem w terminalu oraz długim czasem oczekiwania na wejście na pokład, ilość miejsca na nogi w samolocie oraz komfort podróży okazały się w zupełności wystarczające.

Jeśli chodzi o odprawę przy bramce na Orly to muszę przyznać, że takiego chaosu dawno nie widziałem, a na locie maszyną takich rozmiarów to w ogóle sobie nie przypominam.

Początek zapowiadał się standardowo – tablica przy bramce informowała o locie bez zastrzeżeń:

Image

Samo wejście na pokład teoretycznie też było zaplanowane sensownie: w grupach wg miejsc w rzędach patrząc od tyłu samolotu (najpierw ostatnie 5 rzędów, później kolejne 5 itd.). Realizacja była niestety fatalna. Po pierwsze nie słyszałem ani jednej zapowiedzi w języku angielskim a jedynie niewyraźny niemalże bełkot po francusku, który dezorientował nawet Francuzów. Co gorsza agentki obsługujące odprawę praktycznie nie władały językiem angielskim. Do tego na kartach pokładowych zostały wydrukowane nieprawidłowe oznaczenia miejsc w samolocie (moje miało na karcie oznaczenie D podczas gdy w samolocie takiego miejsca nie było – zamiast niego było E). W efekcie karty wszystkich pasażerów z miejscami D były odrzucane przy odprawie i obsługa sprawdzała dane pasażera na liście przed jego wpuszczeniem na pokład, co jak łatwo się domyślić powodowało korki przy bramce.

Na szczęście sam lot przebiegł już bardzo sprawnie i bez problemów. Po przeszło 8-u godzinach wylądowaliśmy w Pointe-a-Pitre czyli największym mieście na Gwadelupie (ale nie jej stolicy administracyjnej).

Na bagaż trzeba było chwilę poczekać i w końcu można było wyjść na zewnątrz. Pomimo wieczornej pory (było już po 19 lokalnego czasu) pierwsze uderzenie ciepła robiło nieprawdopodobne wrażenie – tym bardziej, że temperaturze (ok. 28st). towarzyszyła bardzo wysoka wilgotność. Ponieważ komunikacja autobusowa w P-a-P zamiera o zmierzchu, jedyną metodą na wydostanie się z lotniska było skorzystanie z taksówki. Zresztą komunikacja autobusowa na lotnisko sprawia w ogóle wrażenie zorganizowanej "na siłę" - autobusy jeżdżą rzadko a ich przystanek jest schowany za budynkiem wypożyczalni samochodów w pewnej odległości od terminala – pewnie wiedzą o nim głównie lokalni mieszkańcy. Widać, że lobby taksówkarskie na Gwadelupie potrafi zadbać o swoje interesy:-)

Pierwsze dwie noce po przybyciu na Gwadelupę postanowiłem spędzić z P-a-P, które samo w sobie nie jest jakąś atrakcją turystyczną ale stanowi dobrą bazę wypadową do eksploracji wyspy. Dodatkowo miałem "pod ręką" port, z którego dwa dni później miałem ruszyć w rejs. Od właścicielki hoteliku wyszukanego na booking.com znałem zwyczaje i stawki taksówek z lotniska, w związku z czym po krótkich negocjacjach uzgodniłem cenę z kierowcą i niespełna 15 minut byłem na miejscu – niedaleko placu Victorii i dosłownie 300 metrów od terminala portowego.

Do wykorzystania na Gwadelupie miałem pierwsze dwa dni – jeden w całości i drugi w zdecydowanej części (bo wejście na statek rozpoczynało się dopiero o 17). W związku z tym przegadałem moje plany z właścicielką, która nie ukrywam bardzo mi pomogła w ich doprecyzowaniu oraz zdradziła mi tajniki funkcjonowania wyspiarskiej komunikacji. Po tym wszystkim – około godz. 20 postanowiłem wybrać się "na miasto". Właścicielka uczciwie mnie uprzedzała, że w mieście o tej porze nie ma nic wartego uwagi ale nie dałem się zniechęcić…i bardzo szybko się przekonałem, że P-a-P po zmroku to miasto duchów. Wyludnione ulice, pozamykane sklepy oraz knajpy (nawet w rodzaju Mc Donaldsa czy KFC). Ograniczyłem się do szybkich zakupów u Hindusa (myślałem, że ich małe sklepiki to europejska specjalność – ale skoro Gwadelupa to "prawie" Europa to i takie europejskie specjalności tutaj dotarły) i wróciłem do pokoju.

Następnego dnia miałem w planie wyprawę do lasu deszczowego na górzystej części Gwadelupy będącej pierwszym skrzydłem wspomnianego motyla na mapie. Część ta nosi nazwę Base Terre. Dodatkowo chciałem połączyć tę wizytę z wycieczką na słynne gwadelupskie wodospady Les Chutes du Carbet. Ale o tym co z tego wynikło napiszę w kolejnej części.

C.D.N.
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
#3 PostWysłany: 25 Sty 2018 14:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Maj 2017
Posty: 654
platynowy
zapowiada się ciekawie, a że planuję Gwadelupę z Martyniką to tym chętniej poczytam :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#4 PostWysłany: 25 Sty 2018 22:44 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Na temat komunikacji publicznej na Gwadelupie trudno dowiedzieć się czegoś konkretnego z sieci. Jeśli już coś uda się znaleźć, to z reguły narzekania na brak rozkładów, złe oznaczenia przystanków oraz chaos. Moje doświadczenia pokazują, że jest w tym trochę prawdy – ale bez przesady. Po pierwsze komunikacja zbiorowa na Gwadelupie istnieje a po drugie można stosunkowo szybko zrozumieć pokrętne dla Europejczyka zasady jej funkcjonowania. W każdym razie moim zdaniem nie jest to nic strasznego. Bez względu jednak na to o której z omówionych poniżej form komunikacji będzie mowa, warto pamiętać o jednym: po zmroku komunikacja praktycznie przestaje funkcjonować i pozostaje nam wtedy wyłącznie samochód z wypożyczalni lub autostop.

Mówiąc o komunikacji w pierwszej kolejności warto powiedzieć, że w Pointe-a-Pitre istnieje całkiem sprawna komunikacja miejska, która oprócz P-a-P zapewnia połączenia z lotniskiem oraz najbliższymi miejscowościami (np. popularnym Le Gosier). Odpowiada za to firma Karulis, której autobusy są z reguły oznaczone w dość jednolity sposób:

Image

Mapka linii Karulisa oraz ich rozkłady są dostępne na stronie internetowej - http://karulis.com/toutes-les-lignes.html. Przystanki Karulisa są bardzo dobrze oznaczone i nie powinno być problemu z ich zidentyfikowaniem – ale rozkładów jazdy częściej na nich nie ma niż są. Na niektórych jednak zamiast rozkładów są wyświetlacze informujące o planowanych najbliższych odjazdach (widziałem je tylko w kilku miejscach ale być może z czasem pojawią się na większej liczbie przystanków):

Image

Tak jak wspomniałem rozkładów na przystankach nie należy się spodziewać a co do punktualności tego co jest w sieci trudno mi cokolwiek powiedzieć. Jeśli chodzi o rozkład to czasami zdarza się niespodzianka jak na poniższym zdjęciu ale to raczej wyjątek niż reguła:

Image

Z rozmowy z moją gospodynią wynika, że komunikacja Karulisa funkcjonuje sprawnie i jeśli zdarzają się opóźnienia to wynikają one głównie z korków (trudno w to uwierzyć ale potrafią być naprawdę spore). W mieście w każdym razie autobusy Karulisa można zobaczyć praktycznie na każdym kroku.

Po drugie, oprócz Karulisa na wyspie funkcjonuje całkiem rozwinięta sieć komunikacji autobusowo-mikrobusowej. Zasadniczo obsługują one dalsze trasy (tzn. poza siecią Karulisa) zatrzymując się w mieście i w jego pobliżu również na jakichś przystankach – z reguły tych samych, z których korzysta Karulis. Autobusy te są obsługiwane przez różne firmy – nie mają ani jednolitego wyglądu ani oznaczeń.

Chcą wybrać się poza P-a-P należy skorzystać z jednego z dwóch dworców autobusowych (można znaleźć je również w google maps), pomiędzy które zostały podzielone obsługiwane kierunki. Oczywiście możemy jechać tam również wspomnianym Karulisem-o ile jest położona blisko P-a-P i Karulis ją obsługuje. Wtedy nie trzeba iść na żaden dworzec tylko znaleźć właściwy przystanek Karulisa i poczekać na autobus.

Pierwszym dworcem jest Bergevin obsługujący połączenia z P-a-P w kierunku miejscowości położonych na "skrzydle" Basse-Terre. Tak wygląda on w realu:

Image

Poniższe zdjęcie pokazuje wykaz linii dostępnych na Bergevin, przy czym mają one przebieg umowny (tzn. kierowcy mogą je modyfikować w zależności od potrzeb):

Image

Drugi dworzec (Gare Routière de Darboussier) położony jest w niewielkiej odległości od głównego placu miasta i obsługuje trasy na "skrzydle" Grand Terre (np. St.Francois).

Image

Według słów mojej gospodyni tutaj autobusy kursują częściej niż na Basse Terre ze względu na to, że na tej części wyspy mieszka znaczna część jej populacji a dodatkowo to tutaj kierują się głównie turyści.

Z istotnych rzeczy - należy się przygotować na to, że poza Karulisem autobusy są z reguły niezonaczone w ogóle lub zawierają tylko tablicę z miejscowością końcową. Wystarczy jednak podejść do kierowcy i pokazać na mapie gdzie chcemy dojechać (lub napisaną na kartce nazwę miejscowości) a wskażą nam właściwy autobus lub miejsce, którego odjedzie.

Bilety kupuje się bezpośrednio u kierowcy. Przykładowo bilet z P-a-P do Capesterre kosztował mnie 5,20 EUR a z P-a-P do St.Francois 4 EUR.

Co do czasu oczekiwania to moje doświadczenia z autobusami na Gwadelupie są takie, że na autobus z P-a-P do Capesterre nie czekałem w ogóle bo czekał już na peronie w Bergevin. W drodze powrotnej na przystanku (bez rozkładu oczywiście) czekałem max. 15 minut. Z kolei na autobus z P-a-P do St. Francois czekałem kilka minut. Z powrotem wracałem autostopem (popularna metoda przemieszczania się po wyspie).

Z istotnych rzeczy warto pamiętać, że w P-a-P autobus zatrzymuje się wyłącznie na wyznaczonych przystankach. Poza P-a-P autobus można zatrzymać w dowolnym miejscu machając ręką. Druga istotna kwestia jest taka, że pomimo tego, że są wyznaczone przystanki autobusowe, nie jest w ogóle obsługiwana linia z St.Francois do popularnego wśród turystów (i wartego odwiedzenia-napiszę o tym później) Pointe des Chateaux. Tam można skorzystać wyłącznie ze wspomnianego autostopa lub przejść się pieszo (chociaż to spory kawałek).

Warto jeszcze wziąć pod uwagę to, że kierowcy autobusów pokonują trasę nie do końca ściśle wytyczoną trasą, zbaczając z niej często i objeżdżając okoliczne wioski. Z tego co się dowiedziałem jest to standard, który znacząco wydłuża czas przejazdu. Dodatkowo na czas ten wpływają korki – rano i ok. 16-17 na wjeździe/wyjeździe z P-a-P. Kilkudziesięciokilometrowy odcinek z St.Francois do P-a-P w godzinach popołudniowych może zająć nawet ponad 2 godziny…

Podsumowując: na Gwadelupie można spokojnie poruszać się korzystając z komunikacji jednak warto pamiętać, że jest to forma dobra jeśli chcemy przemieścić się z punktu A do B i tam zostać, ewentualnie wracać po kilku godzinach. Jeśli ktoś chciałby w jeden czy dwa dni objechać w miarę kompleksowo całą wyspę to ten sposób raczej odradzam – ze względu na brak konkretnych rozkładów oraz brak synchronizacji odjazdów mogłoby to zająć sporo czasu.

Po tym ogólnym wstępie chciałbym płynnie przejść do mojej pierwszej wycieczki na Gwadelupie. Jej celem był Park Narodowy położony na Basse Terre, w którym chciałem przejść szlakiem przez las deszczowy do wodospadów Les Chutes du Carbet. W miarę możliwości chciałem jeszcze zobaczyć okolice jeziora Grand Etang. Zgodnie z otrzymanymi wskazówkami z samego rana udałem się na wspomniany dworzec Bergevin, wytłumaczyłem kierowcy pokazując na mapie gdzie chciałbym dojechać i wyruszyłem w trasę. Po około 40 minutach kierowca wysadził mnie na rondzie obok Capesterre:

Image

Stąd ruszyłem w kierunku widocznego w oddali lasu i gór.

C.D.N.
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
#5 PostWysłany: 26 Sty 2018 14:59 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Jeszcze kilka słów na temat pogody – tak na Gwadelupie jak również na pozostałych karaibskich wyspach. Większość przewodników wyróżnia w tym regionie porę deszczową oraz porę suchą. Po kilku dniach w tym rejonie mam wrażenie, że ktoś, kto tak prosto to zdefiniował albo w tym regionie nigdy nie był albo powiela jakiś stereotyp. Na temat pory deszczowej nie dyskutuję ponieważ nie byłem tutaj w tym czasie. Jednak jeśli chodzi o porę "suchą" uważam jej nazwę za totalne nieporozumienie. Jest ona co najwyżej mniej deszczowa – ale na pewno nie sucha:-)

Wybierając się na Karaiby dobrze jest przygotować się na deszcz, który w tym regionie jest specyficzny. Po pierwsze jest bardzo obfity – bardzo często jest to ulewa, którą u nas nazwalibyśmy "oberwaniem chmury". Po drugie ma ona charakter bardzo lokalny i krótkotrwały – kilka kilometrów dalej może okazać się, że nikt żadnego deszczu nie widział. I po trzecie – zaraz po niej wszystko zaczyna natychmiast parować i tworzy się atmosfera tropikalnej "parówki", a max. 30 min. później jezdnie i chodniki są całkiem suche. Jest to jedyna w swoim rodzaju pogoda… Coś takiego potrafi powtarzać się w ciągu dnia wielokrotnie i chyba to jest główna różnica w stosunku do pory deszczowej, kiedy jak powiedziała mi moja gospodyni potrafi padać kilka dni bez żadnej przerwy…

W związku z tym warto się również przygotować się na taką pogodę-szczególnie jeśli ktoś się planuje wyprawiać w góry albo do lasu. Najlepszym obuwiem pewnie byłyby niezastąpione w takich sytuacjach gumowce ale trudno sobie wyobrazić ich przywożenie z Polski. Jeśli chodzi o obuwie trzeba w każdym razie być przygotowanym, że zostanie bardzo szybko przemoczone – i to nie jest pytanie "czy" ale "kiedy". Poza tym dobrze wiedzieć, że peleryna przeciwdeszczowa (taka z jaką zwykle idzie się w polskie góry) jest tutaj naprawdę niezastąpiona i dużo bardziej praktyczna niż najlepszy parasol.

Powyższe uwagi nie są przypadkowe…ale zacznę od początku.

Jak wspomniałem wcześniej autobus z Pointe-a-Pitre wysadził mnie na rondzie w Capesterre przy drodze prowadzącej do 3-ego wodospadu Les Chutes du Carbet. W sumie wodpospadów składających się na ten kompleks jest trzy – dwa łatwiej dostępne oraz trzeci znacznie bardziej schowany w lesie. Ja planowałem zacząć od tego trzeciego i potem przejść na pierwsze dwa.

Droga od tego miejsca do wejścia do lasu deszczowego (w sumie ok. 4-5 km) prowadziła delikatnie pod górę obok licznych plantacji bananów oraz trzciny cukrowej. Swoją drogą pojawia się pytanie jak poprawnie przetłumaczyć na język polski popularny angielski termin "rain forest" – czy jest to las deszczowy czy też las tropikalny. Ja zamiennie posługuję się tymi dwoma terminami ale do ewentualnych specjalistów mam tutaj prośbę o komentarz i korektę:-)

Po rozpoczęciu wędrówki pojawiły się pierwsze plantacje bananów:

Image

Co ciekawe, na zawiązane kiście bananów zakładane są worki, w których banany dojrzewają aż do zbiorów:

Image

Image

A tak wyglądają niedawno zawiązane owoce bananów na drzewie:


Image

Obok plantacji bananów zaczęły się również pojawiać plantacje trzciny cukrowej:

Image

Sama produkcja bananów odbywa się tutaj w sposób bardzo zorganizowany i uporządkowany. Tak wygląda m.in. uprawa młodych bananowców:

Image

Image

Image

Na powyższych zdjęciach w tle ledwo widać zasłonięty częściowo mgłą wulkan "La Soufriere" oraz las deszczowy.

Droga do wejścia do lasu prowadziła przez zamieszkane osiedla, której granice w sporej części były wyznaczone przez mniej lub bardziej dorodne krotony, które nadają bardzo malowniczy wygląd całej trasie.

Image

Na każdym kroku można tutaj spotkać również palmy kokosowe. Ciekawe tylko, czy parkowanie bezpośrednio pod nimi nie jest zbyt ryzykowne :-) I czy ubezpieczenie pokrywa ewentualne szkody powstałe w wyniku wypadków upadku kokosów z drzewa… :-)

Image

Po ok. 40 minutach drogi dotarłem do granicy lasu. Muszę przyznać, że robi on nieprawdopodobne wrażenie. Soczysta zieleń oraz różnorodność gatunków biją wręcz po oczach. Jeśli weźmie się dodatkowo pod uwagę jak las jest gęsty w niektórych miejscach, to trudno sobie wyobrazić przejście (a raczej przedzieranie się) przez niego bez maczety.

Image

Image

Image

Image

Przy wejściu do lasu jest niewielki parking dla zmotoryzowanych – do tego miejsca jeszcze można dojechać samochodem:

Image

…po czym rozpoczyna się szlak turystyczny. Najpierw ma on kształt przypominający elegancki gościniec:

Image

Później również nie wygląda groźnie i przypomina typową ścieżkę przez las zupełnie nie zapowiadając tego co się dzieje dalej…

Image

Na początku szlaku (i w kilku miejscach już na jego trasie) można spotkać zadaszone wiaty, w których można się schronić przed deszczem. O tym jak taka wiata jest przydatna przekonałem się dosłownie 10 minut po wejściu do lasu, kiedy spadła pierwsza ulewa – tak obfita, że na polanie, gdzie deszczu nie ograniczały korony drzew widoczność była ograniczona do zaledwie kilkudziesięciu metrów.

Image

Sam szlak jest oznaczony na tyle, że trudno się na nim zgubić. Po pierwsze co jakiś czas można na nim spotkać zniszczone przez czas ale cały czas czytelne tablice informujące o kierunkach i czasie koniecznym na dotarcie do popularnych miejsc docelowych:

Image

Sam szlak ma kolor żółty i oznaczony jest w formie poziomej żółtej belki namalowanej co jakiś czas na drzewach (ewentualnie jakiegoś materiału w tym kolorze przybitego do drzewa):

Image

Po ustaniu ulewy i nie dłużej niż 10 minutach wędrówki na szlaku pojawiło się pierwsze nieśmiałe błotko:

Image

Sam las jest bardzo gęsty, jest nim wiele połamanych lub wyrwanych przez wiatr drzew, jednak praktycznie nie widać w nim ingerencji człowieka. Żadnych drwali, pił mechanicznych ani modnych u nas ostatnio harwesterów nigdzie nie widziałem ani nie słyszałem:-) Potęga przyrody w tym miejscu naprawdę powala na kolana.

Image

Sam szlak jest zresztą dość kręty, przecina dziesiątki strumyków – przez niektóre z nich prowadzą mostki jak poniższy…

Image

…inne zaś trzeba pokonywać wpław – co nie zawsze jest proste ze względu na ilość wody niesionej przez nie po deszczu.

Image

Samych strumyków rozpoczynających swój bieg w górach na Basse Terre jest kilkaset.

Image

Z czasem szlak robił się coraz bardziej błotnisty i coraz trudniej było na nim utrzymać równowagę. Wylądowanie po kostki w błotku było tylko kwestią czasu…

Image

W ciekawostek, w wielu miejscach można zobaczyć gniazda termitów na drzewach, gdzie chronią się one przed zbyt dużą ilością wody, z którą miałyby do czynienia w standardowych dla tych owadów kopcach ziemnych:

Image

Po około godzinie coraz wolniejszej wędrówki usłyszałem pierwszy wodospad Les Chutes du Carbet. W rzeczywistości był to trzeci wodospad o tej nazwie – pierwszy i drugi położone są nieco dalej i były jeszcze przede mną. Aby zobaczyć sam wodospad należało zejść po stromej ścianie, do której były przymocowane liny asekuracyjne:

Image

Image

Sam wodospad ma wysokość 20 metrów i naprawdę robi wrażenie. W jego sąsiedztwie w powietrzu unosi się mgła oraz aerozol maleńkich drobinek wody, która po kilku minutach praktycznie przesiąka wszystko – człowiek czuje się jak pod prysznicem:-)

Image

Po krótkim postoju i zrobieniu paru fotek ruszyłem w dalszą trasę. Błotko na szlaku robiło się coraz większe i jego pokonywanie było coraz trudniejsze…

Image

W niektórych miejscach większym niebezpieczeństwem niż błoto były korzenie drzew, które w wielu miejscach były dodatkowo zasłonięte przez błoto – trzeba było bardzo uważać, aby się nie pośliznąć lub nie postawić nogi w jakiejś luce między nimi i w efekcie np. nie skręcić kostki:

Image

Szlak biegnie na zboczu wzniesienia poniżej którego cały czas biegnie rzeka, na trasie której znajdują się wodospady Les Chutes du Carbet.

Image

Po kolejnych 15-20 minutach dotarłem do strumyka, który – podobnie jak wiele innych po drodze trzeba było pokonać. Po jego drugiej stronie było widać dalszy ciąg szlaku…

Image

Niestety nie było na to najmniejszych szans. Opady deszczu spowodowały, że niewinny strumyczek zamienił się w rwącą rzekę i może zdjęcie tego nie oddaje ale jego sforsowanie było niemożliwe. Nawet miejscowi, którzy prowadzili kilkuosobową grupę poddali się po stwierdzeniu, że głębokość wody przekracza w niektórych miejscach metr a nurt jest tak wartki, że na utrzymanie się w nim i przejście go wpław nie ma szans. Stwierdzili, że czasem po intensywnej ulewie się tak zdarza i trzeba poczekać około 1-2 godzin, kiedy wszystko wróci do normy. Biorąc jednak pod uwagę trasę jaką miałem jeszcze do przejścia zrezygnowałem z oczekiwania (miejscowi zresztą również), aby w lesie nie złapał mnie później zmrok i powoli wróciłem tą samą trasą do punktu wyjścia.

W związku z tym nie miałem szans zobaczyć ani wodospadu nr 1 ani nr 2 – zdecydowanie bardziej widowiskowych niż ten, który mijałem. Aczkolwiek miejscowi powiedzieli, że tego dnia prawdopodobnie i tak bym ich nie zobaczył ze względu na gęstą mgłę na wysokości, na której się znajdują – ale nie wiem czy tak było naprawdę czy tylko mnie pocieszali…

Profesjonalnie zabłocony, powoli wróciłem do Capesterre gdzie po chwili oczekiwania na przystanku przyjechał autobus do P-a-P, którym wróciłem na kwaterę.

Pomimo, że nie udało mi się zrealizować założonego planu, samą wycieczkę do lasu deszczowego mogę spokojnie polecić. Co prawda trzeba się przygotować na swojego rodzaju survival i mieć dużą akceptację dla tego, że z takiej wyprawy wrócimy porządnie zabłoceni – ale moim zdaniem warto. Widok dzikiej natury i wrażenia po drodze w mojej ocenie w pełni to rekompensują :-)

Na kolejny dzień miałem zupełnie inny plan – tym razem postanowiłem się wybrać na drugą część wyspy czyli Grand Terre i odwiedzić malownicze i popularne wśród turystów St-Francois i okolice tego miasteczka – a szczególnie urokliwy cypel Pointe des Chateaux. A po południu w planie miałem wsiąść na statek i rozpocząć rejs po Karaibach.

C.D.N.


Ostatnio edytowany przez greg2014, 27 Sty 2018 06:35, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
      
#6 PostWysłany: 27 Sty 2018 00:17 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Drugi dzień na Gwadelupie zaplanowałem trochę inaczej niż pierwszy. Częściowo również dlatego, że nie do końca mogłem sobie pozwolić na ponowną wyprawę w górzyste i leśne Base Terre – a to za sprawą przemoczonych butów:-) Sandały na wędrówki po tej części wyspy się zupełnie nie nadają.

Wejście na statek było zaplanowane dopiero od 17, w związku z tym mogłem spokojnie zaplanować na ten dzień całodniową wycieczkę po wyspie. Tym razem wybrałem Grand Terre czyli tę część wyspy, która jest praktycznie płaska i która jest najbardziej popularna wśród turystów – również ze względu na tamtejsze plaże.

W pierwszej kolejności wybrałem się do popularnej miejscowości turystycznej St.Francois. W drodze na dworzec autobusowy można minąłem najpierw tradycyjny targ warzywny:

Image

…a następnie rybny:

Image

Image

Nieco dalej ryby sprzedawano również bezpośrednio z łodzi rybackich:

Image

Z kolei obok dworca autobusowego zlokalizowany jest budynek o nazwie Memorial Act, w którym znajduje się centrum upamiętnienia niewolnictwa oraz handlu niewolnikami. Jest to obiekt o najbardziej nietypowej architekturze na wyspie jaki widziałem – zdecydowanie przyciąga uwagę:

Image

Po kilku minutach oczekiwania przyjechał autobus do St.Francois, gdzie znalazłem się po niespełna godzinie jazdy. Moim pierwszym celem podróży był cypel położony na końcu wyspy o wdzięcznej nazwie La Pointe des Chateaux.

Samo St.Francois oprócz turystyki utrzymuje się z rybołówstwa. W małym porcie położonym w centrum miasta ryby i inne owoce morza sprzedawane są prosto z łodzi. Dodatkowo obok portu znajduje się nieduży targ rybny, w którym sprzedawane są ryby już wstępnie oprawione a także kraby i inne owoce morza, z których nazwaniem miałbym spory problem:

Image

Jeśli mowa o problemach z nazywaniem owoców morza to zaraz po wyjściu z autobusu natknąłem się na stoisko, na którym sprzedawane były – no właśnie – pytanie co to jest…ani małża, ani duża ostryga. Może ktoś pomoże ?

Image

Sprzedawca na życzenie klientów specjalnym śrubokręto-hakiem otwierał muszle i wyciągał ich wnętrzności, które są główną atrakcją kulinarną:

Image

Jak widać jest to coś całkiem sporego ale szczerze mówiąc mnie to nie przekonało – tzn. musiałbym to zobaczyć może na talerzu:-) Swoją drogą puste muszle były oferowane turystom po kilka euro – intencja sprzedawcy była taka, żeby nic się nie zmarnowało:-)

Na pomostach i łódkach na swoją działkę czekały również pelikany:

Image

Sam port w St.Francois położony jest w głębokiej zatoczce, nad której wejściem przerzucony jest mostek przyciągający wędkarzy.

Image

Dopiero po wejściu na mostek widać, że prąd morski lub wiatr wpychają wody z morza do zatoczki – a wraz z nim ryby. Woda jest krystalicznie czysta w związku z czym widać było, że ich tutaj nie brakuje. Z samego mostku roztacza się widok na cały port rybacki:

Image

Ale moim celem było jak wspomniałem La Pointe des Chateaux. Po przyjeździe do St. Francois czekała na mnie niemiła niespodzianka - okazało się niestety, że aktualnie autobusy do tego urokliwego miejsca nie jeżdżą.

GPS w telefonie mnie poinformował, że do mojego celu-cypla jest 5 km więc specjalnie nie zrażony ruszyłem w trasę chcąc przy okazji zobaczyć położone po drodze plaże i zatoczki. Najpierw jednak miałem okazję zaliczyć pierwszorzędną ulewę. Nie wybierając się w tym dniu w góry nie zabrałem ze sobą ani parasola ani płaszcza przeciwdeszczowego i to był bardzo duży błąd. Przed całkowitym przemoczeniem uchroniło mnie jakieś drzewo z olbrzymimi liśćmi:-)

Na szczęście ulewa trwała tradycyjnie czyli do 15 minut. Wkrótce po niej zaczęła się równie tradycyjna "parówka" - słońce zaczęło palić niemiłosiernie a wszystkie chmurki gdzieś znikły.

Tuż po wyjściu z St.Francois miałem okazję zobaczyć pierwszą z licznych i praktycznie opustoszałych plaż:

Image

Plaże w tej części wyspy są zarówno piaszczyste jak i kamieniste – i z reguły bardzo wąskie.
Kawałek potem natknąłem się na "wysypisko " muszli po wspomnianych wcześniej małżach/ostrygach (?):

Image

Jak widać, lokalni sprzedawcy te muszle, których nie uda im sprzedać oddają morzu . Dodam tylko, że zapach w okolicy do najprzyjemniejszych nie należał – dobrze o tym wiedzieć przed zakupem takiej muszli bezpośrednio po wyjęciu z niej wnętrzności – wymaga ona chyba jeszcze poważnych zabiegów sanitarnych, aby można ją było położyć na regale:-)

Za St.Francois rozciągają się liczne zatoczki klifowe – praktycznie każda z nich jest inna:

Image

Image

W ogóle cały ten odcinek jest bardzo urokliwy. Idąc wzdłuż głównej drogi co jakiś czas skręcałem w stronę brzegu podziwiając tutejsze okoliczności przyrody.

Niestety mojemu GPS-owi chyba coś się pokręciło bo ostatecznie okazało się, że do mojego punktu docelowego jest nie 5 a 9 km – a to zasadnicza różnica. Dotarłem tam jednak w miarę sprawnie i muszę przyznać, że miejsce faktycznie warte jest wizyty.

La Pointe des Chateaux to najbardziej wysunięty na wschód przylądek Gwadelupy, gdzie można zobaczyć niesamowity morski spektakl, podczas którego morskie fale rozbijają się o dziwnie uformowane skały. Na samym przylądku został umieszczony krzyż widoczny z oddali – zarówno od strony morza jak również z plaż od strony St.Francois.

Image

Wzniesieniu z krzyżem towarzyszy kilka skał:

Image

Image

Z kolei po drugiej stronie mojego "punktu obserwacyjnego" ulokowana była piękna zatoczka z wystającymi formacjami skalnymi tworzącymi coś na wzór falochronu:

Image

Oczywiście z La Pointe des Chateaux nie miałem najmniejszej ochoty wracać pieszo. Stwierdziłem, że tym razem spróbuję podróży autostopem. Poszło bardzo szybko – pierwszy samochód zatrzymał się po kilku minutach. Okazało się, że podróżujące nim małżeństwo Francuzów przebywające tutaj na wakacjach całkiem sprawnie sobie radzi z angielskim i po krótkiej wymianie grzeczności wylądowałem na tylnym siedzeniu ich samochodu:-) Początkowo planowałem wrócić do St.Francois i stąd autobusem w stronę P-a-P ale okazało się, że jadą oni do St. Anne – kolejnej urokliwej miejscowości położonej mniej więcej w połowie drogi pomiędzy St.Francois a P-a-P. Bez problemu zgodzili się podrzucić mnie do centrum St.Anne, gdzie dotarliśmy w niespełna pół godziny.

Saint-Anne już na pierwszy rzut oka przypomina kurort turystyczny. Praktycznie w centrum miejscowości ulokowana jest całkiem spora i naprawdę ładna plaża, której towarzyszy cała masa straganów, budek, restauracji i innych atrakcji turystycznych. Sama plaża wygląda tak:

Image

Image

Image

Wzdłuż morza ciągnie się deptak-promenada, którym można przejść całkiem spory odcinek:

Image

Tuż po przejściu całej promenady zainteresował mnie lokalny cmentarz, a raczej bardzo nietypowe nagrobki przypominające mini-kapliczki:

Image

A praktycznie tuż za tym miejscem (idąc w kierunku P-a-P) pojawił się drogowskaz do drugiej – i chyba najsłynniejszej plaży w St.Anne – Caravelle. Sama plaża położona jest obok ekskluzywnego ośrodka Club Med – największego jaki w ogóle widziałem na wyspie. Ponieważ przez teren ośrodka nie można przejść, dostęp do plaży jest możliwy nieco z boku – trzeba przy tym najpierw przejść przez mniej atrakcyjny fragment brzegu aby trafić we właściwe miejsce. Ponieważ na Gwadelupie nie jest dozwolone grodzenie plaż dla celów prywatnych, każdy kto dotrze do plaży w ten sposób może na niej zostać – ale niestety nie może korzystać już z plażowych przybytków (prysznice, toalety itd.) ponieważ te leżą już na terenie wspomnianego Club Med. Mimo wszystko warto się tutaj wybrać bo miejsce jest naprawdę warte zobaczenia. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z plaży Caravelle:

Image

Image

Image

Image

Image

Po zakończeniu wizyty w St.Anne wróciłem na główną drogę prowadzącą do P-a-P, gdzie odnalazłem przystanek autobusowy. Nie czekałem na nim nawet minuty, kiedy podjechał jakiś Kreol, który spytał czy jedziemy (ja i jeszcze jedna para oczekująca na przystanku) do P-a-P. Po potwierdzeniu powiedział, że nas zabierze i w ten sposób po kolejnych 20-u minutach byłem w centrum P-a-P. Po drodze mówił, że zawsze chętnie zabiera turystów ponieważ może sobie z nimi porozmawiać i mu się nie nudzi:-) A tak w ogóle to mieszkał 14 lat w Nowym Jorku ale wrócił na Gwadelupę ponieważ nie był w stanie dłużej pracować w tempie jakiego tam od niego oczekiwano. Jak powiedział – tutaj żyje spokojnie a czas płynie wolniej :-)

W drodze do mojej kwatery po bagaże zajrzałem jeszcze na targ w centrum miasta specjalizujący się w sprzedaży lokalnych rumów i nalewek:

Image

A potem – już z bagażami – pokonałem niewielki odcinek jaki dzielił mnie od portu i dosłownie po 10-u minutach poświęconych na oddanie bagażu, kontrolę dokumentów, wykonanie zdjęcia oraz kontrolę bezpieczeństwa stałem przed trapem prowadzącym na statek:

Image

Jak się okazało większości pasażerów spodziewano się dopiero około 20 po przylocie samolotu Air France z Paryża – stąd terminal był praktycznie pusty.

Kabina już czekała w gotowości:

Image

Image

I w ten sposób zakończyła się pierwsza część mojego pobytu na Gwadelupie. Pierwsza bo będę tutaj jeszcze za tydzień i za 2 tygodnie i jakieś plany jeszcze mam. A tymczasem wieczorem wyruszamy w kierunku Tobago.

C.D.N.


Ostatnio edytowany przez greg2014 28 Sty 2018 21:31, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Profil Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
      
#7 PostWysłany: 27 Sty 2018 02:16 

Rejestracja: 25 Lut 2012
Posty: 235
Loty: 23
Kilometry: 72 725
niebieski
Z przyjemnością czyta się Twoja relację. Zdjęcia też są piękne.
Czekam na dalszy ciąg relacji.
Ta kabina to klasy biznes? :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#8 PostWysłany: 27 Sty 2018 04:06 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
:-)
Co do kabiny to zwykła kabina wewnętrzna - najmniejsza z dostępnych na statku :-)
Tylko wstawka typu owoce czy szampan są niestandardowe - dostaję je za status.
Góra
 Profil Relacje PM off
metia lubi ten post.
 
      
#9 PostWysłany: 28 Sty 2018 21:30 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Wracając jeszcze na chwilę do Gwadelupy, zainteresowanym zwiedzaniem wyspy polecam stronę http://www.randoguadeloupe.gp (jest dostępna w wersji francuskiej i angielskiej). Na dość dokładnej mapie wyspy zostały na niej zaznaczone największe jej atrakcje z naciskiem na te, które położone są na terenie Parku Narodowego na Base Terre (ale nie tylko). Każdej atrakcji towarzyszy opis ze zdjęciami i mapkami, który można ściągnąć również w formacie PDF. Są tam opisane m.in. najpopularniejsze szlaki z informacjami o czasie potrzebnym na ich przejście, interesującymi punktami po drodze itd. Moim zdaniem zostało to przygotowane naprawdę świetnie.

A wracając do mojej relacji- tak jak pisałem, w międzyczasie sprawnie i bez problemów znalazłem się na statku. Costa Magica jest całkiem sporych rozmiarów jednostką o tonażu przekraczającym 100 tys. ton i zabierającym na pokład blisko 2700 pasażerów oraz niespełna 1000 członków załogi. Statek został zwodowany w 2004 roku i od tego czasu "służy" w Costa Crociere. W miesiącach maj-wrzesień obsługuje zazwyczaj trasy w północnej Europie (Bałtyk, Fiordy Norweskie, Morze Północne), wiosną i jesienią – na Morzu Śródziemnym a mniej więcej od grudnia do marca-kwietnia przebywa na Karaibach. Zakładając taką rotację, zalicza on w ciągu roku kilka rejsów repozycyjnych. Na wiosnę z Morza Śródziemnego do któregoś z portów niemieckich/duńskich lub holenderskich, jesienią w przeciwnym kierunku oraz na przełomie listopada/grudnia z Morza Śródziemnego na Gwadelupę/Martynikę i na przełomie marca/kwietnia z powrotem. Tak przynajmniej wyglądało to w poprzednich latach.

Statek ma 13 pokładów dostępnych dla pasażerów. Jeśli kogoś interesowałby ich rozkład oraz szczegółowy plan, to jest on dostępny na stronie http://www.vacationstogo.com/deck_plans ... Magica.cfm

Jeśli chodzi o sam układ oraz sposób organizacji to statek nie wyróżnia się jakoś specjalnie od tych, na których miałem okazję być do tej pory. Na najwyższych pokładach można znaleźć miejsca do opalania oraz zorganizowane w dwóch kompleksach baseny oraz jakuzzi. Pierwszy z nich położony jest w centralnej części statku, posiada dużą zjeżdżalnię i jest odkryty:

Image

Image

Drugi położony jest w części rufowej (na tym samym pokładzie) i wyposażony w przesuwany dach, który w razie potrzeby można zamknąć.

Image

Swój kącik basenowy mają również dzieci:

Image

Dodatkowo osoby, które wykupią karnet do części wellness, mają dostęp do dodatkowego jakuzzi wewnętrznego w spa:

Image

Powyższy karnet (75 EUR/tydzień) daje również dostęp do saun oraz dedykowanej sali do wypoczynku.

Image

Oprócz basenów, sporą część najwyższych pokładów zajmują miejsca do opalania – na Costa Magica jest go naprawdę bardzo dużo. Nawet podczas dni na morzu nie było problemu ze znalezieniem miejsca – może z wyłączeniem tych położonych najbliżej basenów, które były "okupowane" od rana. Cechą charakterystyczną Costa Magica jest amfiteatralny układ w okolicach basenu tworzony przez wiele "półpięter", na których rozłożone są leżaki zwrócone w stronę basenu oraz położonej obok sceny dla artystów wykorzystywanej podczas różnego rodzaju animacji i imprez.

Również na jednym z górnych pokładów zlokalizowane jest spa oferujące płatne usługi (głównie masaże oraz usługi fryzjerskie) oraz dostępne dla każdego od rana do późnego wieczora centrum fitness:

Image

Image

…no może jednak nie dla każdego ponieważ do fitness wstęp jest dozwolony dla osób powyżej 16 lat i z tego co zauważyłem jest to dość ściśle przestrzegane (nie pomaga nawet obecność opiekuna).

Pomiędzy kompleksami basenowymi można znaleźć bufet samoobsługowy, który czynny jest przez większą część dnia zmieniając tylko posiłki. Jest w nim kilka sekcji - podczas niektórych posiłków są czynne wszystkie, podczas innych tylko część.

Image

Image

Częścią bufetu jest również położony w rufowej części (tuż przy basenie) grill. Całość uzupełniają 3 bary, które zaspokoją potrzeby każdego spragnionego – zresztą między stolikami w bufecie oraz leżakami na pokładach basenowych co jakiś czas chodzą kelnerzy zbierający zamówienia. Mówiąc krótko: być głodnym lub spragnionym na statku nie sposób :-) W trakcie rejsu woda, kawa i herbata były dostępne w bufecie całą dobę – również poza godzinami serwowania posiłków. Inne napoje można zamawiać w barze i w zależności od tego, czy ktoś wykupił "all inclusive" lub jakiś pakiet napojów, są one płatne lub zawarte w cenie rejsu.

Na najwyższych pokładach zlokalizowane są również kluby dla dzieci (w sumie jest ich trzy-dla najmniejszych, średnich oraz nastolatków):

Image

Image

W klubach tych (oraz w dyskotece) przez cały rejs są organizowane jakieś animacje, które cieszą się bardzo dużym powodzeniem. Zresztą na tym rejsie jest naprawdę dużo dzieci praktycznie w każdym wieku.

Dopełnieniem tego co można znaleźć na najwyższych pokładach jest ścieżka do joggingu, mini-boisko sportowe oraz osobna restauracja dla pasażerów korzystających z apartamentów oraz posiadających wysokie statusy w Costa Club:

Image

Największą część niższych pokładów (pokłady 1-2 oraz 6-8) zajmują kabiny dla pasażerów. Są one zresztą również na pokładach 9- 11 ale zajmują na nich niewielką - wydzieloną część.

Pomiędzy pokładami hotelowymi – na poziomach 3-5 zlokalizowane są z kolei restauracje główne, w których serwowane są śniadania, lunche oraz kolacje dla tych pasażerów, którzy wolą restaurację z obsługą kelnerską od samoobsługowego bufetu. W praktyce na śniadania i lunch uruchamiana jest tylko jedna z dwóch restauracji głównych – a czas jej otwarcia jest krótszy niż bufetu. Nie obowiązuje wtedy wówczas żadne przypisanie do stolika czy godziny – każdy przychodzi wtedy kiedy chce i zajmuje wolny stolik. Nieco inaczej jest na kolacji, na którą większość pasażerów wybiera się do jednej z restauracji. Wtedy obowiązuje już ściśle określona godzina oraz miejsce (stolik) przypisane do pasażera i widoczne na jego karcie. Nie ma przy tym jakiejś wielkiej ortodoksji – w porozumieniu z szefem sali stolik czy restaurację można zawsze zmienić co przydaje się, kiedy chcemy na przykład siedzieć wspólnie ze znajomymi albo nie odpowiada nam przypisana z automatu pora posiłku. Na tym rejsie tury kolacji były określone na 18:15/18:30 oraz 20:45/21:00 (w zależności od restauracji) ale na różnych statkach i w różnych regionach może się to wyglądać inaczej. Obie restauracje na Costa Magica są dwupoziomowe oraz podobne jeśli chodzi o wielkość – różnią się praktycznie tylko sposobem aranżacji:

Image

Oprócz restauracji, na pokładach 3-5 można znaleźć wszystkie udogodnienia, z których korzysta się głównie wieczorem i w nocy. Jest tam zatem wysoki na trzy pokłady teatr, w którym co wieczór prezentowane jest jakieś show (poza nielicznymi wyjątkami zawsze o dwóch porach – tak, aby bez względu na to, z której tury kolacji się korzysta można je było obejrzeć):

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Standardowo dużą część jednego z tych pokładów zajmuje kasyno:

Image

…oraz kilka barów, w których praktycznie każdego wieczora organizowane są jakieś imprezy z muzyką na żywo:

Image

Image

Image

Image

Jest też tutaj dyskoteka – wykorzystywana głównie jako drugie – oprócz klubów – miejsce zabaw dla dzieci:

Image

Całości dopełnia atrium z kolejnym barem, recepcją hotelową oraz biurem wycieczek a także galeria sklepów, sala z automatami dla dzieci, punkty usługowe, biblioteka, kaplica, specjalne pomieszczenie dla palaczy czy w końcu mini-szpital. Pewnie i tak o czymś zapomniałem ale podsumowując krótko: jest to całkiem spory kompleks a zarazem labirynt :-)

Podczas pierwszego dnia na morzu wybrałem się na powitalne spotkanie z kapitanem:

Image

Image

Z kolei przy basenie kucharze rozłożyli tymczasowy dodatkowy bufet – tym razem tematem przewodnim były tradycyjnie makarony oraz mięso w różnych postaciach:

Image

Image

Co ciekawe na morzu z deszczem jest trochę inaczej niż na wyspach. Nam zdarzył się kilkukrotnie w ciągu dnia ale miał bardzo łagodny przebieg (bardziej mżawka niż deszcz). Solidniej popadało tylko pierwszego dnia na morzu wieczorem – ale też nie trwało to dłużej niż 10 minut.

A tymczasem powoli dopływamy do Tobago…

C.D.N.
Góra
 Profil Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
      
#10 PostWysłany: 28 Sty 2018 23:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Wrz 2014
Posty: 1075
srebrny
Cieszę się, że jest kolejna relacja :) Bardzo lubię Twój styl pisania: uporządkowany, konkretny, z dużą ilością informacji, ale jednocześnie nie przytłaczający.

Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy!
_________________
Metia jest kobietą, powtarzam, metia jest kobietą.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#11 PostWysłany: 29 Sty 2018 00:29 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Po dwóch nocach i całym dniu na morzu dotarliśmy do Tobago. Naszym portem docelowym na tej wyspie była jej stolica – Scaraborogh.

Gdyby ktoś – na przykład zmęczony dłuższym pobytem w jednym ze statkowych barów poprzedniego dnia – miał wątpliwości gdzie dotarł, olbrzymi napis na dachu terminalu rozwieje jego wątpliwości:-)

Image

Image

Tobago to stosunkowo niewielka wyspa wchodząca w skład niewielkiego państwa o nazwie Trynidad i Tobago. Znacznie większy Trynidad położony jest zresztą w bliskiej odległości – jego zarys było widać z pobliskiego wzgórza. Najłatwiej można się tam dostać promem, który w czasie kiedy przybijaliśmy oczekiwał na pasażerów:

Image

Po przybiciu do Tobago pojawiła się pierwsza okazja, aby wykonać zdjęcie naszego statku w całości:

Image

Scaraborogh to relatywnie niewielkie i bardzo kompaktowe miasteczko (ok. 17 000 mieszkańców). Przy okazji bardzo brytyjskie. Ale warto wiedzieć, że Tobago miało spore szanse, aby zostać pierwszą polską kolonią. Przez blisko 60 lat XVII wieku, Tobago było kolonią księstwa Kurlandii, które w tym czasie było polskim lennem. Jeden z nieistniejących już fortów został wówczas nazwany "Fort Casimir" na cześć króla Jana Kazimierza a Kurlandię w nazwie można spotkać na tej wyspie do dziś w nazwach wielu miejsc czy knajp. Gdyby nie rozbiory i to co po nich nastąpiło, być może mielibyśmy tak jak Francuzi swoją "Gwadelupę" na Karaibach…

Poza tym Tobago jest jednym z rekordzistów na Karaibach jeśli chodzi o zmianę "właściciela". Według udokumentowanych przekazów przechodziło ono z rąk do rąk w sumie 33 razy. Była ona w rękach Hiszpanów, Francuzów i w końcu Brytyjczyków, od których uzyskało w końcu niepodległość.

Sam Trynidad i Tobago patrząc na statystyki jest jednym z bogatszych państw – wynika to z faktu posiadania dużych złóż ropy i gazu ziemnego. Ale mówiąc szczerze na Tobago tego nie widać – Scaraborogh jest bardzo zadbane ale pieniądze nie biją po oczach. Zapewne bogactwo koncentruje się na Trynidadzie i jego stolicy – Port of Spain.

Ze statku roztacza się widok na wzgórze, na którym położony jest Fort George – pozostałość po czasach kolonialnych.

Image

Po zejściu ze statku skierowałem się w stronę wspomnianego fortu. W pierwszej kolejności dotarłem do budynku lokalnego parlamentu:

Image

po czym minąłem trzy wypełnione po brzegi ludźmi (była niedziela) świątynie: katedrę katolicką, anglikańską oraz kościół metodystów. Wszystkie w odległości przysłowiowych 5 minut spaceru. Prawdziwy ekumenizm:-)

Tak prezentuje się katedra katolicka:

Image

A tak katedra anglikańska z otaczającym ją cmentarzem:

Image

Świątynia Metodystów położona jest najwyżej – stosunkowo blisko fortu:

Image

Idąc w stronę fortu mijałem tradycyjne domki. Większość z nich jeśli chodzi o konstrukcję nie wzbudza wielkiego zaufania – oparta raczej na drewnie a jedynie stalowe/betonowe elementy to zazwyczaj słupy/fundamenty oraz ewentualne schody. Trudno się potem dziwić, że w przypadku huraganu nie są one w stanie przetrwać – chociaż w mniejszym stopniu dotyczy to Tobago, które znajduje się już poza strefą wichur o największym natężeniu.

Image

Na Tobago nawet przekaźniki telefonii komórkowej muszą się komponować z otaczającą je naturą:

Image

…chociaż, gdy podszedłem bliżej okazało się, że palma jest metalowa a jej liście z tworzywa sztucznego:-)

Po niespełna 15 minutach dotarłem do bramy Fortu George:

Image

Na uwagę zasługuje widoczne w tle gigantyczne drzewo o niezwykle rozłożystej koronie. Niestety nie było obok niego (ani żadnego z podobnych rosnących w pobliżu) żadnej tabliczki informacyjnej ale muszę przyznać, że robi spore wrażenie.

Tak wygląda inny egzemplarz tego gatunku:-)

Image

Sam fort jest stosunkowo rozległy i utrzymany w naprawdę dobrej kondycji. Wstęp na jego teren jest bezpłatny. W pierwszej kolejności zajrzałem do fortowego więzienia:

Image

Funkcję więzienia wojskowego budynek ten pełnił stosunkowo krótko ponieważ w połowie XIX wieku garnizon brytyjski się wyprowadził – wtedy przejął go na krótko lokalny szpital a w końcu wróciło do pierwotnego przeznaczenia – ale już jako więzienie cywilne.

Od bramy do głównych budynków fortu wiedzie "palmowa aleja":

Image

Następnie przeszedłem obok ufortyfikowanego magazynu prochu:

Image

…oraz cysterny gromadzącej wodę dla potrzeb fortu:

Image

Swoją drogą trzeba powiedzieć, że całość jest dobrze zaplanowana z myślą turystach. Poszczególne obiekty są opisane i widać, że się o nie dba. Kolejne porty na mojej trasie pokażą, że wcale nie jest to standardem…

Na fortowy kompleks składa się kilka budynków, które pełniły kiedyś jakieś funkcje militarne – aktualnie znajduje się w nich muzeum oraz sklepy z pamiątkami.

Image

A to widok z góry na zatokę, w której leży Scaraborogh:

Image

Na szczycie wzgórza znajduje się również stara latarnia, której światło widoczne było z odległości ponad 50km oraz bateria armat:

Image

Image

Z tego miejsca zresztą rozpościera się przepiękny widok na wybrzeże Tobago po przeciwnej w stosunku do jego stolicy stronie:

Image

Image

W Scaraborogh wart odwiedzenia jest również ogród botaniczny znajdujący się w centrum miasta:

Image

Image

Image

Image

Image

Na ogrodzeniu ogrodu botanicznego można zobaczyć murale prezentujące teraźniejszość oraz przeszłość Tobago:

Image

Image

…a w pobliżu (chociaż w Scaraborogh w sumie prawie wszystko jest w pobliżu) mały targ owocowy:

Image

Po tym wszystkim planowałem wybrać się na Crown Point położony kilka kilometrów od Scaraborogh. Można tam zobaczyć m.in. najładniejszą plażę na Tobago, uważaną przez niektórych również za jedną z najładniejszych plaż na całych Karaibach - znana jako Pigeon Beach albo Pigeon Point. Pomimo niedzieli było tam stosunkowo łatwo się dostać za sprawą lokalnego transportu funkcjonującego pod nazwą "maxi-taxi" – mikrobusów kursujących po z grubsza wytyczonej trasie za niewielkie pieniądze – tzn. kilka dolarów trynidadzkich (1 TTS = ok. 0,50 złotego). Niestety w momencie kiedy ustaliłem, gdzie znajduje się ich przystanek, rozpoczęła się bardzo intensywna ulewa tym różniąca się od typowych (tzn. znanych mi dotychczas z Gwadelupy), że trwała nie kilka czy kilkanaście minut ale blisko godzinę. Na ten czas nie pozostało nic innego tylko udać się do baru i zakosztować lokalnego piwa o łatwej do zapamiętania nazwie "Carib". Jeśli mam być szczery to produkt ten niestety niczym mnie nie powalił – jest to typowe dzieło wielkiego browaru nie różniące się jak dla mnie niczym w porównaniu do europejskich czy polskich odpowiedników obecnych w każdym markecie.

Gdy ulewa ustała, niebo pozostało nadal zachmurzone i postanowiłem wrócić na statek – i w sumie była to chyba dobra decyzja bo niespełna godzinę później rozpoczęła się następna – o podobnej intensywności i czasie trwania. W związku z tym Crown Point i jego przyległości poczekają na moją następną wizytę w tej okolicy:-)

Wieczorem w teatrze była okazja zapoznać się z szefostwem hotelu oraz jego głównymi menadżerami:

Image

...oraz posłuchać występu tenora, który zaprezentował miły dla ucha repertuar popularny:

Image

Po jego zakończeniu, na pokładzie basenowym odbyła się tradycyjna wieczorna impreza – tym razem "White Party" – już pewnego rodzaju tradycja na statkach Costy. W jej trakcie można było m.in. zobaczyć pokaz rzeźbienia w lodzie w wykonaniu jednego ze statkowych kucharzy.

Zaczęło się od sporych rozmiarów "klocka" lodu:

Image

…po czym do akcji wkroczył odpowiednio uzbrojony kucharz:

Image

Image

W efekcie w ok. 15 minut powstała rzeźba przypominająca antyczną muzę (chociaż niektórzy widzieli w niej coś innego :-) ):

Image

Imprezie towarzyszył bardzo urozmaicony bufet owocowo-deserowy serwowany do północy:

Image

Image

Image

A my w czasie tej imprezy płynęliśmy już dalej – tym razem w stronę Grenady…

C.D.N.
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#12 PostWysłany: 29 Sty 2018 15:11 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Z samego rana przybiliśmy do Grenady. Akurat padał deszcz a pierwszy widok miasto nie wyglądał zbyt zachęcająco:

Image

Image

Do tego Play powitał mnie w dość dziwny sposób sugerując, że jestem na Jamajce:-)

Image

Stolica Grenady – St.George's okazała się jednak bardzo malowniczym miasteczkiem.

Pierwsze swoje kroki po wyjściu z portu skierowałem do bankomatu, z którego wypłaciłem lokalną walutę –dolary wschodniokaraibskie (ECS), które z tego co przeczytałem są pewniejsze w komunikacji publicznej niż np. dolary amerykańskie.

Image

Swoją drogą jest to ciekawa waluta – taki odpowiednik euro na części Karaibów. Emituje je niezależny od żadnego z wyspiarskich państewek bank centralny i stanowią one prawny środek płatniczy nie tylko na Grenadzie ale na naszej trasie także na St.Lucci – a poza tym na kilku innych wyspach. Jeden taki dolar kosztuje aktualnie ok. 1,3 złotego.

Zwiedzanie miasta zostawiłem sobie jednak na później. W pierwszej kolejności wybrałem się na zwiedzanie okolic Parku Narodowego Grand Etang. Park ten położony jest w środkowej części wyspy i stosunkowo łatwo osiągalny przy pomocy komunikacji publicznej. A trzeba powiedzieć, że ta na wyspie funkcjonuje bardzo sprawnie – jest obsługiwana przez prywatne mikrobusy, które zapewniają funkcjonowanie kilkunastu wytyczonych mniej lub bardziej precyzyjnie linii. Rozkładów jazdy nie widziałem ale w praktyce jeździły bardzo często. Ja w sumie skorzystałem z nich 4 razy i w żadnym z tych przypadków nie czekałem na busa dłużej niż 10-15 minut.

W okolice Parku Narodowego wybrałem się busem kursującym po linii nr 6. Podróż zajęła ok. 30 minut. Wysiadłem praktycznie w środku lasu; akurat zaczynało w najlepsze padać i pojawiła się całkiem spora mgła:

Image

Image

Moim pierwszym celem był wodospad (a w zasadzie kompleks wodospadów) "Seven Sisters". Po przejściu kilkuset metrów dotarłem do malowniczego domku, w którym sprzedawano bilety do wejścia na szlak prowadzący do wodospadu (ok. 5 ECS) .

Image

Zresztą okazało się, że formalnie nie są to bilety do parku narodowego ale umożliwiające przejście przez prywatne plantacje, aby można było wejść na szlak. Na ten sam szlak można było wejść bezpośrednio z terenu Parku Narodowego Grand Etang jednak droga do pokonania byłaby znacznie dłuższa (i sądząc po doświadczeniach gwadelupskich bardziej błotnista), stąd aby zaoszczędzić sobie czasu i papraniny w błocie wybrałem bardziej komfortową trasę.

Przed wejściem zostałem wyposażony w obowiązkowy kij (laskę), musiałem się wpisać do zeszytu podając namiary kontaktowe na wypadek jakichś problemów na szlaku (jak w niektórych schroniskach w polskich górach) oraz zostałem poinstruowany, abym dla własnego bezpieczeństwa pod żadnym pozorem nie wchodził do żadnej rzeki ani nie próbował jej forsować wpław. W tym dniu byłem pierwszą osobą na szlaku.

Początek szlaku zapowiadał się całkiem nieźle:

Image

Pierwszy odcinek prowadził przez niewielkie osiedle zabudowane niewielkimi drewnianymi domkami jak ten na poniższej fotce:

Image

Po około 10 minutach marszu zatrzymał mnie jakiś pracownik plantacji informując, że nie będę w stanie przejść szlaku ze względu na wielką ilość ziemi, która osunęła się na szlak czyniąc go niedostępnym. Podziękowałem za informację i stwierdziłem, że przejdę przynajmniej kawałek i jeśli faktycznie się to potwierdzi to wrócę do punktu wyjścia.

Wokół nich roztaczały się plantacje bananów, papai oraz różnego rodzaju warzyw. Tak wygląda ona z góry:

Image

Stosunkowo szybko przeszedłem tę część trasy i wszedłem do lasu, gdzie szlak się bardzo zwęził ale był cały czas bezproblemowy:

Image

Image

Niestety nic nie trwa wiecznie. Ostrzeżenie lokalnego mieszkańca się potwierdziło – szlak został zablokowany przez osuwisko ziemne:

Image

Chyba prześladuje mnie jakieś fatum – tak jak na Gwadelupie nie udało się zobaczyć ja dotąd wszystkich wodospadów Les Chutes de Carbet, tak na Grenadzie wodospadu Seven Sisters. No ale trudno – wróciłem powoli (oczywiście w totalnym deszczu) do punktu wyjścia mijając po drodze jakąś grupkę z lokalnym przewodnikiem, którzy również szli w stronę wodospadu. Gdy poinformowałem ich, że droga jest zasypana przewodnik skomentował, że to niemożliwe i że musiałem pomylić szlak…i poszli dalej:-) Około godziny później spotkaliśmy się nad jeziorem Etang, gdzie potwierdził, że faktycznie na dotarcie tą drogą do wodospadów nie było szans.

W "żółtym domku" przy wejściu na szlak przekazałem im informację o problemie. Byli bardzo zdziwieni – ale ponieważ tego dnia wchodziłem na szlak jako pierwszy powiedzieli, że to nie jest wykluczone bo poprzedniego dnia intensywny deszcz padał praktycznie bez przerwy. Pracownica zawiadująca całym interesem od razu wysłała w stronę szlaku dwóch pracowników i oznaczyła w zeszycie, że wróciłem. Ciekawe co było gdybym nie wrócił – albo poszedł szlakiem dalej aż do jeziora Etang…

Wodospad Seven Sisters położony jest w stosunkowo niedużej odległości od centrum obsługi Parku Narodowego Grand Etang i samego jeziora o tej nazwie. Dotarłem tam w około pół godziny drogą, przez którą co jakiś czas ktoś przejechał – trasa wiodła z górki w związku z czym poszło to bardzo sprawnie.

Jak widać na poniższej fotce tutaj mgła już praktycznie znikła a pogoda się przejaśniła na tyle, że trudno było uwierzyć, że pół godziny wcześniej padał ulewny deszcz.

Image

Nieco przed centrum obsługi turystów można było zobaczyć drogę prowadzącą do jeziora:

Image

Wdałem się tutaj w krótką pogawędkę z parkowym strażnikiem, który potwierdził, że ostatnie dwa dni były bardzo deszczowe i przekazał mi, że szlaki w lesie deszczowym są możliwe do przejścia ale jest to bardzo duże wyzwanie. Wcale się przy tym nie zdziwił, że droga do Seven Sisters była zasypana – stwierdził, że na długim odcinku szlak prowadzi tam tuż przy zboczu góry i że to się zdarza od czasu do czasu.

Pomimo jego koszmarnego akcentu rozmawiało nam się fajnie (był zdziwiony, że w u nas jest teraz śnieg), a gdy usłyszał, że chciałbym zobaczyć tylko jezioro i nie zamierzam wchodzić na żadne szlaki przepuścił mnie przez "bramkę" bez biletu.

Główną drogę od jeziora oddziela kilkusetmetrowy odcinek drogi sąsiadującej z gęstym lasem:

Image

Jezioro Grand Etang nie jest jakoś szczególnie rozległe-nie bardzo rozumiem skąd się w ogóle wziął przydomek "grand", który sugerował mi coś wielkiego. Co ciekawe, jezioro ma pochodzenie wulkaniczne (to krater wygasłego wulkanu). Niezłe wrażenie robiła mgła unosząca się nad jeziorem oraz las schodzący aż do jego brzegów:

Image

Image

Image

Image

Wokół jeziora prowadzi mało wymagający szlak okrężny, z którego w boki odchodzi kilka innych szlaków prowadzących m.in. do położonych w górach wodospadów. Aby wejść na szlak należy podejść nieco w górę do altanki:

Image

Samo wejście na szlak wyglądało jednak mało zachęcająco i mówiąc szczerze widząc ilość błota nie miałem nawet najmniejszej ochoty go testować.

Image

Image

Wracając do punktu wyjścia spotkałem jeszcze raz strażnika, który akurat ku uciesze turystów karmił tutejsze małpki:

Image

Image

Image

Gdy jednak podjechał busik z kolejnymi osobami, małpki przestraszyły się i uciekły do lasu…

Tą samą drogą, którą szedłem od wejście na wodospad Seven Sisters podszedłem jeszcze nieco wyżej, gdzie zlokalizowane jest centrum obsługi turystów Parku Narodowego:

Image

Roztacza się stąd widok na okolicę –a w zasadzie przede wszystkim na gęsty las deszczowy:

Image


Ruchem na parkingu kierował tam starszy policjant, którego poprosiłem o informację gdzie mogę liczyć na złapanie autobusu nr 6 w kierunku miasta. Przy okazji podpytałem jak najłatwiej dotrzeć do wodospadu Annadale (w końcu chciałem zobaczyć jakiś wodospad :-) ). Okazało się, że jest to stosunkowo proste – trzeba podjechać kawałek do ruin dawnego kościoła a stamtąd albo podejść już na piechotę do celu albo złapać autobus nr 7. Policjant powiedział, że zatrzyma dla mnie busa i że mogę sobie spokojnie gdzieś usiąść – zawoła mnie, gdy trzeba będzie – i dokładnie tak się stało:-) Muszę przyznać, że o miejscowych mieszkańcach na Grenadzie nie mogę powiedzieć złego słowa.

Po 10 minutach dojechałem do ruin wspomnianego kościoła, gdzie pożegnałem się z busem, prowadzącym go Kreolem oraz jakąś dziwną i bardzo głośną muzyką bliżej nieokreślonego gatunku (zapomniałem napisać, że to standardowy bonus w tutejszych busikach):

Image

Po kościele jak widać niewiele zostało i pewnie za kilka lat zawalą się również ostatnie ściany. Obok położony jest mały cmentarz:

Image

Moja nawigacja stwierdziła, że stąd do wodospadu Annadale jest tylko 3 km – na dodatek do pokonania w większości szosą, zatem nie czekając na następny autobus ruszyłem w trasę. Po drodze minąłem bardzo duże osuwisko, które zasypało częściowo drogę (ale była nadal przejezdna po jednym pasie), przy którym pracowali robotnicy drogowi. Wyglądało ono na bardzo świeże więc pewnie to była również pamiątka po ostatnich ulewach.

A po drodze można było zobaczyć liczne drzewa kakaowca z owocami w różnych kolorach (zielone, żółte lub czerwone). Przy jednym ze sklepików można je było obejrzeć z bliska - wyłożone były nie tylko owoce kakaowca ale również inne – a także pochodzące z nich wyroby…no i obowiązkowy rum:-)

Image

Faktycznie wodospad Annadale okazał się być bardzo blisko. Dojście do niego wymaga zakupu biletu (ok. 5 ECS) i jest bardzo łatwe – praktycznie nie wymaga żadnego wysiłku.

Image

Image

Image

Image

Po wizycie na wodospadzie i skorzystaniu z porady miejscowego policjanta podszedłem kawałek do skrzyżowania, obok którego przejeżdżają busy do miasta, przyglądając się w międzyczasie kolejnemu drzewu kakaowca:

Image

Image

Bus przyjechał po ok. 10 minutach a pół godziny później byłem z powrotem w St. George's. Dopiero teraz miałem szansę się przyjrzeć miasteczku, które już na pierwszy rzut oka jest bardzo czyste i kolorowe:

Image

Dosłownie w środku miasta pod wzgórzem, na którym położony jest fort, przechodzi tunel Sendall wybudowany jeszcze za czasów kolonialnych:

Image

Obok niego prowadzą schody, którymi można podejść na szczyt wzgórza i obejrzeć Fort George (a w zasadzie to co z niego pozostało) oraz piękną panoramę, która się z niego roztacza – a następnie zejść na przeciwną stronę miasta – tzn. położoną po drugiej stronie tunelu. Samo wejście na teren fortu jest płatne (standardowe ok. 5 ECS). Fort w najlepszej kondycji nie jest – w zasadzie to prawie ruina. Aktualnie w tym z czego da się tam korzystać znajduje się szkoła policyjna.

Image

Image

Image

Z fortu roztacza się piękna panorama na zatokę położoną po drugiej stronie tunelu Sendall, która nosi nazwę Carenage:

Image

Image

Image

W przeciwnym kierunku z kolei roztaczał się widok na terminal portowy oraz nasz statek:

Image

Warto przejść się brzegiem zatoczki. Można tu zobaczyć miejscowych rybaków, turystyczne katamarany, wielkie jachty oraz urokliwe kolorowe knajpki:

Image

Przy promenadzie przy Carenage stoi również – jak się okazało ufundowany przez Costę pomnik Chrystusa Głebin w podziękowaniu dla mieszkańców Grenady, którzy uratowali wszystkich pasażerów włoskiego statku, który zatonął w okolicy.

Image

Powoli wróciłem na statek – przechodząc przez obowiązkową na Karaibach mini-galerię handlową zintegrowaną z terminalem pasażerskim:

Image

Dodam tylko, że widok ze statku po południu był zupełnie inny niż rano – chociaż chmurki pozostały, mgła znikła a słońce już całkiem nieźle przypiekało:

Image

Podsumowując: Grenada po raz pierwszy zaliczona:-) Kolejna wizyta w tym samym miejscu za nieco ponad tydzień:-)

C.D.N.
Góra
 Profil Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
      
#13 PostWysłany: 29 Sty 2018 23:56 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
W ramach przerwy od relacjonowania tego co można zobaczyć w poszczególnych portach kilka słów o statkowym wieczornym życiu:-)

W trakcie rejsu na Costa Magica odbyła się wersja popularnego show "Voice of the …" – tym razem w wersji "Voice of the Sea".

Casting wśród pasażerów był prowadzony podczas kilku wieczornych konkursów karaoke. Trzeba przyznać, że zgłosiło się naprawdę sporo chętnych prezentujących bardzo różny poziom. Eliminacje odbywały się w jednym z barów i cieszyły bardzo dużym powodzeniem.

Image

Image

Do samego finału zostało "zakwalifikowanych" ośmiu uczestników. Odbywał się on w teatrze, w którym zostały zajęte dosłownie wszystkie miejsca. Tego rodzaju show można zobaczyć zawsze tylko o jednej godzinie – trudno sobie wyobrazić jego powtarzanie jak ma to miejsce co wieczór ze standardowymi przedstawieniami:-)

Nawet gdyby strona artystyczna była kiepska (a na szczęście nie była), przyznać muszę, że show został przygotowany naprawdę świetnie – zarówno od strony organizacyjnej jak i technicznej:

Image

Występującym na żywo w teatrze akompaniował jeden ze statkowych bandów, na co dzień występujący w Grand Barze:

Image

Szefami drużyn i jednocześnie jury byli kapitan, dyrektor hotelu oraz główna solistka występująca w teatrze.

Image


Image

Ostateczna decyzja należała do pasażerów statku, przy czym ze względów technicznych możliwość głosowania mieli wyłącznie ci, którzy zajęli miejsca na najniższym poziomie teatru.

Image

Tym razem zwycięzcą została pasażerka z Francji, która rewelacyjnie wykonała jeden z przebojów Edith Pfiaf.

Image

Oczywiście zaraz po show pojawiły się głosy, że wynik jest skutkiem tego, że na statku jest najwięcej Francuzów, którzy głosowali na "swoją"…jak widać spiskowe teorie są obecne pod każdą szerokością geograficzną :-)

Widziałem już kilka razy to show na statkach Costy ale muszę powiedzieć, że tym razem strona techniczna i organizacyjna zostały dopracowane do perfekcji a w połączeniu z niezłym poziomem występujących, efekt końcowy był naprawdę świetny.

A tymczasem na horyzoncie już widać Barbados, gdzie wybrałem się m.in. na zwiedzanie olbrzymiej jaskini Harrisona:-)

C.D.N.
Góra
 Profil Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
      
#14 PostWysłany: 30 Sty 2018 14:39 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Do Barbadosu dotarliśmy z samego rana. Statek wpłynął do portu jeszcze przed 8 i praktycznie od razu można było wyruszyć w trasę.

A to pierwszy rzut oka na Barbados ze statku:

Image

Już poprzedniego dnia w gazetce pokładowej było ostrzeżenie, że po terenie portu nie można poruszać się w strojach posiadających nadruki militarne – w szczególności prezentujące broń. Jak przekonałem się na własnej skórze, przepis ten (pomijam jego sensowność) jest bardzo szeroko interpretowany przez lokalnych strażników i moje spodenki moro zostały również uznane za "military printing" w związku z czym sprzed samego terminala zostałem zawrócony z powrotem na statek. Nie byłby to może wielki problem, gdyby nie to, że z tego powodu straciłem kluczowe 10 minut…

Moim pierwszym celem na Barbados była wizyta w jaskini Harrisona czyli Harrison Cave. Jest ona położona w odległości ok. 20 km od Bridgetown, gdzie zatrzymał się statek. Komunikacja publiczna na Barbados jest w miarę sensownie zorganizowana – niestety dla mnie okazała się również zbyt punktualna:-). Gdy dotarłem na dworzec autobusowy Princess Alice, okazało się, że mój autobus odjechał dosłownie kilka minut wcześniej czyli dokładnie tak jak miał odjechać wg rozkładu jazdy, który wcześniej znalazłem w internecie.

Sam dworzec autobusowy wygląda następująco:

Image

Na Barbadosie kursują niebieskie autobusy komunikacji publicznej:

Image

…oraz żółte mikrobusy należące do prywatnych przewoźników:

Image

Na rozkład jazdy na dworcu ani na przystankach nie ma co liczyć. Ja bazowałem na rozkładzie niebieskich autobusów, który znalazłem w sieci.

Zresztą na samym dworcu okazało się, że nikt nie potrafi odpowiedzieć, kiedy przyjedzie najbliższy autobus w interesującym mnie kierunku – ani informacja, ani inni oczekujący na peronach. Jedyne czego się dowiedziałem, to na którym peronie mam czekać:-) Co ciekawe autobus przyjechał punktualnie – tzn. zgodnie z internetowym rozkładem jazdy…

I wtedy zaczęło się pierwsze spotkanie z lokalnymi klimatami. Okazało się, że w tym dniu nie wyruszyły w trasę jakieś autobusy szkolne, a w takiej sytuacji dzieci i młodzież w mundurkach szkolnych mają pierwszeństwo w komunikacji publicznej przed innymi pasażerami. W praktyce wyglądało to tak, że konduktorka autobusu próbowała sortować pasażerów i wpuszczać najpierw tych uprzywilejowanych. Nie wiem dlaczego, ale przeszedłem selekcję pozytywnie – być może dlatego, że byłem jedynym białym na peronie…:-) Dodam tylko, że do autobusu wsiadła co najwyżej połowa oczekujących…

Jeśli chodzi o bilety i płatność w autobusie to sprawa jest bardzo prosta: wsiadając do specjalnej skrzynki-skarbonki obok kierowcy wsuwa się odliczoną kwotę (mogą być dolary amerykańskie-w takim przypadku trzeba wsunąć 1 USD/osobę), a kierowca wydaje bilet.

Pomimo, że od jaskini Harrisona dzieliło mnie zaledwie ok. 20 km, pokonanie tej trasy zajęło autobusowi prawie godzinę. Przyczyna była prozaiczna – na każdym przystanku po drodze nie bardzo ktokolwiek miał ochotę wysiadać a za to wsiąść do autobusu chciało sporo osób. Co ciekawe – pomimo tego, że w Bridgetown na peronie zostało naprawdę sporo osób a autobus wydawał się maksymalnie zapełniony, jakimś cudem po drodze do autobusu "dopakowało" się jeszcze przynajmniej ze 20 pasażerów…

Przy pomocy nawigacji i pasażerów wiedziałem z grubsza gdzie należy wysiąść. Poinstruowali mnie nawet jak dotrzeć do jaskini (nie leży przy głównej drodze). Miłe :-)

Gdy już wysiadłem, spotkało mnie ciekawe zderzenie cywilizacyjne– z jednej strony równa ulica z chodnikiem i lampami ulicznymi a z drugiej sąsiadujące z nią pola na których dosłownie brykają prosiaki, kozy czy osły… Miasto i wieś w jednym:-)

Image

W oddali można było zobaczyć również dostojnie pasące się krowy:-)

Po drodze minąłem kilkanaście malutkich drewnianych domków:

Image

Swoją drogą wyglądały one na dość liche jeśli chodzi o konstrukcję. Ciekawe bo to już kolejne miejsce, gdzie pomimo powszechnej świadomości corocznych huraganów buduje się głównie w ten sposób….

W końcu dotarłem do Harrison Cave:

Image

Budynek wejściowy jak na jaskinię wygląda dość dziwnie:

Image

Po zakupie biletu (60 dolarów barbadoskich czyli ok. 30 USD) przeszedłem dalej do bardzo widowiskowej windy (podobne zresztą mamy na statku w atrium :-)). Jak się okazało można nią zjechać na właściwy poziom, z którego wchodzi się do jaskini. Z góry roztaczał się widok na główne budynki kompleksu:

Image

A tak wyglądają windy z dołu:

Image

Zwiedzania Harrison Cave jest możliwe wyłącznie w grupach z przewodnikiem. Na zakupionym bilecie jest oznaczony numer grupy, do której jesteśmy przypisani. Będąc już na dole musimy poczekać na swoją kolej (w moim przypadku zajęło to ok. 20 minut) – poszczególne grupy wywoływane są wg numerów przez głośniki oraz pracowników krążących po całym terenie.

W międzyczasie można rozejrzeć się po okolicy. Sąsiedztwo jaskimi to przede wszystkim kompleks sklepów i punktów usługowych mających na celu zaspokoić turystów oraz mini-ogród botaniczny:

Image

Można również przyjrzeć się z bliska typowej dla lasu deszczowego roślinności a także okolicznym skałom (na tym poziomie jest się niejako w swojego rodzaju "dziurze" otoczonej skałami):

Image

W tym miejscu należy dodać, że Barbados w odróżnieniu od wszystkich pozostałych wysp na Karaibach nie ma pochodzenia wulkanicznego a koralowe czyli wapienne. Wyspa została wypiętrzona na skutek ścierania się dwóch płyt tektonicznych, a jej podstawę stanowią sprasowane osady organiczne pochodzenia koralowego, które ukształtowały skały wapienne.

Jaskinia jest naprawdę bardzo rozległa. Zwiedza się ją w wagonikach elektrycznego "tramwaju" z przewodnikiem, który po drodze omawia trasę i mijane atrakcje a także stara się zapanować nad grupą:

Image

Image

Po drodze zatrzymywaliśmy się w kilku miejscach, gdzie można było wysiąść z wagoniku oraz zrobić zdjęcia. Zazwyczaj były tam omawiane szczegółowo jakieś formacje skalne.

Jeśli chodzi o mnie to jedyne z czym jestem w stanie porównać ten obiekt (jeśli chodzi o rozmiary bo charakter skał jest zupełnie inny) to jest nim kopalnia soli w Wieliczce – z tą różnicą, że na Barbadosie trasę pokonuje się w zdecydowanej większości w wagoniku wspomnianej kolejki.

Nasz tramwaj powoli zjeżdżał coraz niżej (trzeba przyznać, że sam zjazd i wyjazd są już swojego rodzaju atrakcją):

Image

Ale największe wrażenie robią nieprawdopodobne formacje jakie można zobaczyć na miejscu – nie tylko obejmujące stalaktyty i stalagmity ale także różnego rodzaju sale, jeziora, strumyki czy wodospady – formowały się one setki tysięcy lat. Poniższe zdjęcia prezentują wybrane (co nie znaczy, że najciekawsze) fragmenty wycieczki:

Image

Image

Image

Image

Image

Uczciwie przy tym muszę przyznać, że większość zdjęć była wykonywana w ruchu (gdy jechaliśmy) oraz w kiepskich warunkach oświetlenia – w związku z tym ok. 90% z nich zupełnie nie wyszło. Piszę o tym tylko dlatego, aby powiedzieć, że to co prezentuję w niniejszej relacji to tylko marna namiastka tego, co można zobaczyć na własne oczy. Miejsce jest po prostu niesamowite.

Jaskinia składa się z dziesiątek połączonych ze sobą sal i korytarzy – z licznymi odnogami, stanowiąc niesamowity labirynt.

Tak wygląda największa sala jaskini z dołu:

Image

…a dokładnie tak wygląda ta sama sala z góry:

Image

W Harrison Cave jest ciepło (temperatura jest w zasadzie taka jak na zewnątrz) i bardzo mokro – ma się wręcz wrażenie, że ciągle pada deszcz. Można w niej również zobaczyć dziesiątki różnego rodzaju strumyczków i strumieni:

Image

Image

Image

Image

W jaskini można również zobaczyć kilka podziemnych jezior:

Image

Image

…a także mały …

Image

…i duży wodospad:

Image

Tak jak wspomniałem, kilka razy po drodze odbywają się "przerwy" w trasie połączone z możliwością wykonania fotek:

Image

Cała wycieczka po Harrison Cave zajmuje nieco ponad godzinę ale gdyby chcieć tę samą trasę obejść pieszo (taka możliwość jest dostępna raz w tygodniu) zajęłoby to pewnie ze 3-4 godziny. Jeśli dodam czas na kupno biletów, zjazd windą oraz oczekiwanie na wejście do jaskiń trzeba się liczyć, że potrzebujemy na miejscu co najmniej dwie godziny.

Przy wyjściu z jaskini oczekiwały na nas płochliwe małpki:

Image

Po opuszczeniu budynków jaskiń udałem się na lokalny przystanek autobusowy – jest on oznaczony na tyle charakterystycznie, że nie sposób byłoby go pominąć:

Image

Pojawił się dobry znak – na przystanek zaczęli docierać lokalni mieszkańcy, co zwiastowało dobrze jeśli chodzi o przyjazd autobusu:-) Zresztą żółty autobus przyjechał faktycznie w ciągu kilku minut. Wracał on do Bridgetown w dużej części inną trasą – ale najważniejsze, że dotarł do celu:-)

Tym razem wysiadłem po drodze – w centrum miasta, aby skorzystać z okazji i zobaczyć coś więcej.

Wzdłuż nabrzeża w stolicy Barbados biegnie szeroka promenada powszechnie wykorzystywana jako ścieżka piesza i rowerowa. Cumują przy nich również dziesiątki jachtów motorowych należących do bogatych operatorów.

Image

Barbados jest bardzo brytyjskie. W centrum można zobaczyć pomnik admirała Nelsona:

Image

oraz bardzo reprezentacyjny budynek parlamentu:

Image

Przez zatokę w centrum miasta przerzucony jest zabytkowy most, którego zwieńczenie stanowi monumentalna brama:

Image

…za którą rozciąga się plaża:

Image

Image

Image

Image

Same uliczki w centrum są bardzo wąskie i pełne życia:

Image

Ja niestety powoli musiałem wracać na statek. W terminalu zwracała uwagę trochę irracjonalna jak dla mnie dekoracja świąteczna: choinka w tropikalnym klimacie wygląda co najmniej dziwnie:

Image

Tymczasem na statku trwały przygotowania do imprezy karaibskiej na pokładzie basenowym:

Image

Samej imprezie jak zwykle towarzyszyła masa rekwizytów, np. model statku:

Image

…oraz figury lodowe z ostatnich tygodni (muszą je trzymać w jakiś zamrażarkach) a także liczne kompozycje z owoców i warzyw:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Sama impreza zaczęła się ok. 22 i trwała w sumie do 1 w nocy:

Image

…po czym została przeniesiona na jeden z niższych pokładów.

A my powoli zbliżamy się do kolejnej wyspy czyli St.Lucii:-)

C.D.N.
Góra
 Profil Relacje PM off
metia lubi ten post.
 
      
#15 PostWysłany: 31 Sty 2018 18:06 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Kolejny przystanek przypadł na Santa Lucii:

Image

Santa Lucia przywitała nas porządnym deszczem:

Image

Zresztą myślę, że jeśli napiszę, że w ciągu dnia padało 20 razy to na pewno nie przesadzę – nie liczyłem ale niewykluczone, że było tego nawet jeszcze więcej. Trwało to za każdym razem nie dłużej niż 10 minut ale intensywność niektórych opadów była taka, że nazwanie ich ulewą nie oddaje nawet w części tego, co się działo wokół:-)

Akurat na ten dzień zaplanowałem całodniową wycieczkę ze statku. Czytałem wcześniej kilka relacji z pobytów na St. Lucii w internecie i uznałem, że wyspa jest na tyle różnorodna a jednocześnie trudna do indywidualnego objechania w czasie postoju statku w porcie w Castries, że to optymalna w tym miejscu forma zwiedzania.

Nasza grupa liczyła 14 osób i miała charakter łączony angielsko-niemiecki z naprawdę rewelacyjną przewodniczką. Sabine pochodzi z Niemiec i przeniosła się na St.Lucię wiele lat temu-od kilku lat obwozi po wyspie wycieczki – głównie z Europy. Komentując na powitanie deszczową pogodę stwierdziła krótko, że nie pamięta na wyspie wizyty statku Costy, kiedy by nie padało, podczas gdy w inne dni potrafi być ładnie i słonecznie :-) Jak widać Costa przynosi St.Lucii brzydką pogodę:-)

Wycieczka składała się z dwóch części. Pierwsza z nich odbywała się małym busem, którym przemieściliśmy się ze stolicy St.Lucii – Castries do Soufriere zatrzymując się po drodze w kilku miejscach. Drogę powrotną pokonaliśmy z kolei katamaranem podróżując wzdłuż brzegu i odwiedzając po drodze kilka zatoczek. Całość trwała około 8 godzin.

Tytułem wstępu warto jeszcze wspomnieć, że St. Lucia to wyspa z jednej strony niewielka, z drugiej zaś bardzo "dzika" i nie zmieniona zbytnio przez człowieka. Jest bardzo górzysta a drogi są kręte i miejscami bardzo niebezpieczne – do tego w wielu miejscach w dość kiepskim stanie i słabo oznaczone. Jeździ się po lewej stronie i dość brawurowo – wyprzedzanie pod górkę i na zakrętach było czymś normalnym – po uprzedzeniu innych pojazdów klaksonem. Z tego między innymi powodu większość przewodników po Karaibach odradza wypożyczanie na St.Lucii samochodu – chociaż w Castries było to jak najbardziej możliwe. Poniższe zdjęcia w pewnym stopniu oddają to jak wyglądają drogi i jazda samochodem po tej wyspie:

Image

Image

A my tymczasem sprawnie wyjechaliśmy z Castries wyjeżdżając na wzgórze Mount Fortune górujące nad portem, mijając po drodze rezydencję gubernatora wyspy, który reprezentuje władczynię Wielkiej Brytanii:

Image

Wyspa jest niepodległym państwem i jednocześnie członkiem Bytyjskiej Wspólnoty Narodów, jednak władza królewska nad wyspą ma charakter symboliczny. Historycznie wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk – siedmiokrotnie była w rękach Francuzów i tyle samo razy w rękach Brytyjczyków.

Z czasów kolonialnych w Castries pozostały resztki fortu, które zostały zaadaptowane na potrzeby szkół i urzędów i nie przypominają aktualnie tradycyjnego obiektu obronnego – poza niszczejącym dawnym magazynem amunicji:

Image

Kierując się w stronę Soufriere mijaliśmy typowe wyspiarskie domki, z których część jest całkowicie drewniana a część posiada jakieś elementy betonowe – jedne i drugie muszą sobie co roku radzić z potęgą tutejszych huraganów:

Image

Image

Podczas pierwszego odcinka naszej podróży wielokrotnie wjeżdżaliśmy i wyjeżdżaliśmy z tutejszego lasu deszczowego, który pokrywa dużą część wyspy. Zaraz po wyjeździe z Castries droga prowadziła jednak najpierw przez liczne plantacje bananów:

Image

Kierowca wyszukał bananowca z ledwo zawiązanymi owocami po czym usłyszeliśmy wykład na temat dojrzewania bananów, skąd się bierze ich kształt, jak kwitną oraz jak są zbierane i pakowane. Na poniższym zdjęciu na świeżo zawiązaną kiść bananów nie naciągnięto jeszcze plastikowego worka, w którym rosną one aż do zbiorów:

Image

Przyczyna zakładania tych worków jest prozaiczna: większość bananów trafia na eksport a ich odbiorcy oczekują bananów idealnych jeśli chodzi o wygląd. Pozostawienie ich na drzewie bez osłony oznaczałoby gwarantowane skazy będące efektem działania ptaków i owadów a także stwarzało ryzyko, że w kiści bananów jakiś owad (np. pajączek) uwije sobie gniazdko i zostanie wyeksportowany do Europy czy Stanów co stanowiłoby poważne naruszenie przepisów fitosanitarnych. Co jakiś czas słychać zresztą o podobnych przypadkach (zwykle, gdy nie chodzi o małego pajączka ale jakiegoś groźnego pająka lub innego owada) co dowodzi, że nawet foliowe worki nie dają 100% ochrony przed takimi przypadkami.

Chwilę potem mogliśmy zobaczyć z góry przepiękną zatokę Marigot Bay z zacumowanymi jachtami możnych tego świata, których rezydencje położone są na zboczach wzgórz otaczających zatokę:

Image

Z tego samego miejsca roztaczał się również piękny widok na las deszczowy:

Image

Kierując się w stronę Soufriere, kolejny nasz postój przypadł we wiosce rybackiej Anse La Raye. Historycznie była oprócz rybactwa ośrodkiem produkcji cukru oraz rumu. Aktualnie jest popularnym celem wycieczek turystycznych, pojawiło się w niej sporo straganów i stoisk dedykowanych wyłącznie turystom, które zasłaniają tradycyjne malutkie domki tutejszych mieszkańców:

Image

Image

W Anse la Raye można znaleźć również pozostałości po starej zabudowie kolonialnej – np. opuszczoną plebanię obok kościoła:

Image

…jak również zabudowę wokół głównego placu wioski:

Image


W Anse La Raye jest również niewielka plaża – aczkolwiek służy ona bardziej jako "parking" dla łodzi niż miejsce rekreacji:

Image

Po krótkim postoju ruszyliśmy dalej i parę chwil później mogliśmy zobaczyć tę samą wioskę z góry:

Image

Po raz pierwszy pojawiła się również możliwość zobaczenia dwóch stożkowych szczytów będących symbolem St.Lucii znanych pod nazwą Pitonów. Są one pozostałością wybuchu wulkanu, bliżej położony jest niższy Petit Piton a nieco dalej Gros Piton. Mają one odpowiednio 738 oraz 786 metrów wysokości, na niższy z nich można się wspinać w zorganizowanej grupie z miejscowym przewodnikiem. Oczywiście pierwszy widok nie był idealny ale w ogóle był (wcześniej oba Pitony były zasłonięte przez mgłę) – akurat padał deszcz…

Image

A to trochę lepsze ujęcie:

Image

Kolejnym celem naszej wycieczki był wulkan La Soufriere, od którego nazwę przyjęła pobliska miejscowość. Jest to jedyne w swoim rodzaju miejsce na świecie – jak nazwała to przewodniczka "wulkan drive-in", do którego krateru można wjechać samochodem. Wynika to stąd, że podczas ostatniej poważnej erupcji jedna ze ścian wulkanu się zawaliła i powstała olbrzymia kaldera z łatwym dostępem z zewnątrz:

Image

Wulkan cały czas dymi a do tego śmierdzi siarką a raczej siarkowodorem – smród jak dla mnie nieprawdopodobny i nie zachęcający do dogłębnej eksploracji – ale być może był spotęgowany deszczem. Akurat w momencie kiedy wjechaliśmy do wulkanu rozpadała się największa tego dnia ulewa. Poczekaliśmy chwilę, aby można było zrobić kilka zdjęć wulkanicznych "dymków":

Image

Image

Image

Kolejnym punktem naszej wycieczki była rezydencja Morne Cubaril Estate będąca jednocześnie przepięknym ogrodem i plantacją:

Image

Image

Image

Image

Image

…na terenie, której położona jest również restauracja, w której zjedliśmy lunch składający się głównie z dań kreolskiej kuchni:

Image

Image

Dania miały niewątpliwie oryginalny smak. Mi w pamięci została sałatka bananowa :-)

Jako deser można było spróbować cukierków z kakaowca przyrządzanych na miejscu z kawałków pokrojonego owocu kakaowca oraz brązowego cukru:

Image

Po krótkim odpoczynku udaliśmy się na zwiedzanie plantacji, do której prowadziła urokliwa alejka:

Image

Na "starcie" czekało na nas drzewo z nie dojrzałymi jeszcze owocami mango:

Image

Image

…oraz odtworzona wioska typowych kreolskich domków – tak lekkich, że aż dziwne, że były w stanie przetrwać jakikolwiek deszcz czy burzę o typowym dla tego regionie huraganie nawet nie wspominając:

Image

Image

St. Lucia znana jest również z uprawianych tutaj przypraw. Na plantacji można zobaczyć uprawę niektórych z nich, m.in. pnącza wanilii, której uprawa akurat w tym miejscu do najprostszych nie należy ze względu na fakt, że musi być zapylana ręcznie:

Image

W dalszej części plantacji czekała na nas prezentacja a w zasadzie małe show pod tytułem "skąd się bierze czekolada"…
Punktem wyjścia są owoce kakaowca:

Image

Po otwarciu owocu można zobaczyć miękki miąższ, składający się z wielu części – jest on jednak w smaku cierpki i zupełnie nie przypomina czekolady:

Image

Do wyodrębnionych z miąższu "pestek" należy dodać wodę kokosową oraz całość wymieszać. Nam zostało to zaprezentowane w tradycyjnej formie – w wielkim garze przez pracownika plantacji:

Image

Następnie fasolki tudzież pestki (trudno tak naprawdę powiedzieć jak nazwać elementy miąższu kakaowca) poddawane są fermentacji a następnie suszeniu:

Image

…po czym pozbawia się je łupiny i ubija:

Image

To co powstaje w efekcie jak najbardziej przypomina już smak bardzo gorzkiej czekolady. Ubity półprodukt formowany jest w sztabki i odsprzedawany dalej – m.in. do producentów czekolady:

Image

Na plantacji miałem również okazję zobaczyć jak wyglądała kiedyś produkcja cukru z trzciny cukrowej. Głównym bohaterem tego z kolei przedstawienia był mały osiołek zaprzęgnięty w kierat:

Image

Następnie przeszliśmy obok okazałego domu właściciela plantacji:

Image

…i zaliczyli prezentację różnego rodzaju owoców uprawianych na St.Lucci:

Image

Muszę przyznać, że połowy nie znałem albo wydawały mi się czymś innym niż są w rzeczywistości:-) Najciekawsze były zielone, grubsze niż znane nam banany używane tutaj jako warzywo (z nich właśnie wykonana była sałatka serwowana nam w czasie lunchu) oraz papaja w wersji warzywnej.

Ostatnia część wizyty na plantacji to spotkanie z mistrzem maczety – specjalistą w otwieraniu orzechów kokosowych. Nie wiem ile orzechów otworzył ten gość ale myślę, że są to ilości idące w dziesiątki tysięcy. Jedno wprawne uderzenie i owoc jest otwarty:

Image

Miąższ, którego można było skosztować przypomina bardzo delikatny smak wiórków kokosowych:

Image

Image

Podstawa to dobra pozycja i odpowiedni sprzęt:-) :

Image

…oraz wprawne cięcie. Z otwartego orzecha wylewa się nieco mdła w smaku woda kokosowa:

Image

…i można skosztować miąższu:

Image

Jeśli popatrzeć na górę łupin kokosów zgromadzonych obok stanowiska pracy "otwieracza kokosów" to raczej nie ma wątpliwości, że ten człowiek musi mieć nieprawdopodobną wprawę w tym co robi:-)

Image

W ramach ciekawostek przyrodniczych obok można było zobaczyć jak wygląda "papajowiec":-)

Image

Tymczasem nasz pobyt na plantacji dobiegł końca – jedziemy do Soufriere, gdzie w porcie czekał już zacumowany "nasz" katamaran:

Image

C.D.N.
Góra
 Profil Relacje PM off
metia lubi ten post.
 
      
#16 PostWysłany: 01 Lut 2018 14:09 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Na pokładzie czekała już na nas druga grupa ze statku i ruszyliśmy powoli w drogę powrotną. Soufriere pozostaje za nami:

Image

Na katamaranie był bar zaopatrzony w odpowiedni zestaw napojów obsługiwany przez Kreolkę o typowym dla miejscowych imieniu Natasza:-) :

Image

Jeszcze rzut oka na monumentalne Pitony od strony morza:

Image

Po drodze minęliśmy dziesiątki mniejszych i większych plaż – niektóre z nich są dostępne wyłącznie od strony morza, inne również od strony lądu. Większość była pusta lub prawie pusta:

Image

Image

Po około pół godzinie rejsu oraz dwóch ulewach katamaran przybił do urokliwej plaży "Anse Cochon Beach":

Image

Image

Image

W głębi było widać hotel "TI Kaye". Miejsce naprawdę urocze.

Image

Załoganci rozłożyli schodki i praktycznie prostu z Katamaranu można było wyjść na plażę:

Image

Na widok katamaranu od brzegu na kajakach odbiło kilku miejscowych, których łódki pełniły funkcję pływających "sklepików" – do wyboru były owoce kokosowe, różnego rodzaju muszle, lokalna biżuteria i trudno powiedzieć co jeszcze:-)

Image

Image

Po kolejnych 40-u minutach wyruszyliśmy dalej, by wkrótce później wpłynąć do zatoki Marigot, którą oglądaliśmy wcześniej z góry. Samo miejsce oraz znajdujące się w niej plaże są po prostu bajkowe:

Image

Image

Image

Image

Image

Na wzgórzu widać rezydencje pomieszkujących tutaj od czasu do czasu gwiazd – m.in. Oprah Winfrey, Micka Jaggera oraz Georga Foremana:

Image

Na dalszym odcinku w drodze powrotnej na statek, wybrzeże zaczęło się zmieniać na coraz bardziej klifowe z licznymi jaskiniami, do których dostęp często możliwy jest wyłącznie pod wodą:

Image

Image

To, że dopływamy do Castries można było poznać po olbrzymich zbiornikach na ropę naftową oraz paliwa (St.Lucia jest jednym z większych "magazynów" produktów ropopochodnych na Karaibach):

Image

Tuż przed Castries na pożegnanie pojawiła się jeszcze tęcza – chyba nagroda za to, że przetrwaliśmy tyle ulew w ciągu jednego dnia:-) :

Image

W końcu na horyzoncie pojawił się statek (a w zasadzie dwa statki bo w porcie oprócz Costa Magica był jeszcze drugi wycieczkowiec):

Image

Image

Ostatni rzut oka na "nasz" katamaran:

Image

…i wycieczka zakończona.
Ponieważ zostało jeszcze nieco czasu do odpłynięcia statku, poszedłem na krótki spacer po Castries, aby zobaczyć miasto. Centralne miejsce zajmuje gigantyczna w porównaniu do odwiedzonych dotychczas na Karaibach katedra katolicka:

Image

Image

…a niedaleko można zobaczyć najładniejszy chyba budynek w Castries czyli bibliotekę:

Image

Niestety spacer po Castries trzeba było szybko kończyć . Na pożegnanie zaliczyłem zakupy w lokalnym sklepie, gdzie zaopatrzyłem się w tutejszy specjał – keczup bananowy:

Image

W ramach ciekawostek warto pamiętać, że na St.Lucii przy płatności jakąkolwiek kartą trzeba mieć przy sobie dowód tożsamości – przynajmniej mi sprawdzano go za każdym razem. Polski dowód osobisty wystarczył :-)

W końcu wróciłem na statek – pora była już najwyższa – akurat składano pierwszy trap:

Image

Z racji tego, że następnego dnia spora część pasażerów kończyła rejs w porcie na Martynice, wieczorem zorganizowano w restauracji symboliczne pożegnanie:

Image

I w ten oto miły sposób zakończyło się całodniowe i dość intensywne spotkanie z St.Lucią. Wyspa jest naprawdę piękna i bardzo różnorodna a trasa, którą zaliczyliśmy dała szansę sporo zobaczyć. Na pewno będę teraz pamiętał skąd się bierze czekolada i jak smakuje surowy owoc kakaowca, jak się otwiera kokosy, gdzie mieszka Mick Jagger, dlaczego banany na drzewie są w foliowym worku i pewnie jeszcze kilka innych rzeczy:-) W każdym razie to był bardzo miło spędzony dzień:-)
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#17 PostWysłany: 02 Lut 2018 15:25 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
W środku rejsu mieliśmy zaplanowany całodniowy postój na Gwadelupie. To tutaj większość pasażerów zaczyna i kończy rejs – w zależności od konfiguracji 7-o lub 14-o dniowy. Zresztą za tydzień i dla mnie tutaj skończy się wyprawa po Karaibach…

Miejsce było mi już znane – spędziłem tu nieco czasu przed wejściem na statek, w związku z czym po opuszczeniu statku sprawnie zabrałem się za realizację planu na ten dzień.

Postanowiłem ponownie powrócić na Base Terre i co prawda dałem sobie już spokój z wielkimi wodospadami Les Chutes du Carbet, chciałem jednak zobaczyć coś znacznie mniejszego ale wymienianego we wszystkich przewodnikach z Gwadelupy – wodospad Cascade aux Ecrevisses oraz okoliczny las deszczowy. Gdy podzieliłem się tym planem z moją gospodynią, u której mieszkałem przed rozpoczęciem rejsu, ze śmiechem stwierdziła, że to najbardziej oklepany punkt wycieczek po Base Terre na Gwadelupie, do którego pielgrzymują wszyscy autobusami, jej zdaniem zupełnie nie wart sławy jaka go otacza. Powiedziała zresztą, że popularność tego miejsca bierze się w 99% z jego dostępności – jest położone mniej niż 500 metrów od głównej drogi i parkingu a szlak na miejsce to wybrukowany lub wyłożony drewnem chodnik a nie normalna droga przez las. Zdecydowanie mi go odradziła zachęcając do zobaczenia położonego w pobliżu wodospadu Saut de la Lezarde. Powiedziała, że z racji tego, że miejsce to jest dużo trudniej dostępne, dociera tam mało turystów i zazwyczaj poza miejscowymi są to głównie grupki prowadzone przez lokalnych przewodników.

Stwierdziłem, że nie będę dyskutował z tymi argumentami. Zgodnie ze wskazówkami Nelly, mapą w ręku oraz kartką z nazwą miejsca, gdzie kierowca ma mnie wysadzić udałem się z samego rana na znany mi już dworzec Bergevin. Pokazałem kartkę kierowcy pierwszego busa ale ponieważ niewiele to pomogło pokazałem mu również miejsce na mapie. I wtedy zaczęło się ciekawe przedstawienie – kierowca z mapą w ręku poszedł do swoich kolegów, z którymi zorganizowali szybkie konsylium kto pojedzie w to miejsce. Okazało się, że nie leży ono na typowej trasie busa i potrzebna jest korekta standardowego kursu (normalna rzecz na Gwadelupie). W końcu szczęśliwie ustalili, do którego busa mam wsiąść. Zapłaciłem za przejazd (2 EUR) i po chwili wyruszyliśmy. Jak się okazało po drodze, moje miejsce docelowe do końca nie było dla kierowcy jasne – musiał się kilkakrotnie konsultować z pasażerami oraz osobami przy drodze (a ja dodatkowo kontrolowałem sytuację na GPS na telefonie) ale w końcu po jakichś 30 minutach szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Jakby ktoś był zainteresowany dokładniejszymi szczegółami to proszę o sygnał:-)

Z busa wysiadłem na skrzyżowaniu obok drogowskazu na Saut de la Lezarde:

Image

…i to był ostatni znak do mojego punktu docelowego jaki w tym dniu zobaczyłem:-)

Ruszyłem w drogę posiłkując się mapą i GPS jednak nie mogąc nigdzie znaleźć żadnego szlaku ani drogi odchodzącej od szosy zasięgnąłem w końcu języka u miejscowych, którzy wskazali mi jakąś ruderę mówiąc, że szlak zaczyna się po jej lewej stronie oraz, że jest całkowicie nieoznaczony.

Image

Dowiedziałem się, że powinienem cały czas podążać ścieżką, która przez większość czasu była na tyle wyraźna, że nie było wątpliwości, gdzie należy iść. W jedynym miejscu, w którym się rozwidlała kierowałem się słuchem – skręciłem w lewo bo wydawało mi się, że tam słychać jakąś rzekę (a uznałem, że skoro u celu ma być wodospad to musi też być rzeka). GPS jest w lesie średnio przydatny ponieważ ścieżka bardzo kluczy – można z jego pomocą kontrolować tylko generalny kierunek.

Jeśli chodzi o stan szlaku, początek trasy zapowiadał się całkiem nieźle – nie było na nim ani kałuż ani błota:

Image

Niestety w miarę jak szlak się zwężał, warunki na nim coraz bardziej się pogarszały.

Image

W ogóle warto dodać, że o stan tej ścieżki raczej nikt nie dba i wszystkim reguluje natura. W związku z tym w wielu miejscach można na niej spotkać wywrócone drzewa, które trzeba obchodzić – co biorąc gęstość lasu w sąsiedztwie niekoniecznie jest proste:

Image

Niestety po jakichś 20-u minutach marszu rozpoczęła się naprawdę porządna ulewa:

Image

Image

Ścieżka do wodospadu prowadziła coraz bardziej w dół a miejscami była bardzo stroma. Ale cel - sam wodospad okazał się naprawdę niezwykle widowiskowy. Ma kształt przypominający literę "U", z której środkowej części spada właściwy wodospad, a z obu boków - liczne drobne strumyczki, których prawie nie widać na zdjęciach. Wodospad położony jest w dolinie – nad nim z kolei "wisi" bardzo gęsty las – ściana zresztą jest tak stroma, że jej przejście możliwe byłoby chyba tylko z linami w stylu górskim:

Image


U podstawy wodospadu jest całkiem spory zbiornik, w którym można było zobaczyć kąpiących się turystów:

Image

Image

Przed wodospadem przez las kluczy bardzo typowa górska rzeka z kamienistym korytem, nad którą rozpościerają się bardzo nisko gałęzie drzew:

Image

Image

Przejście wzdłuż rzeki w pozycji wyprostowanej moim zdaniem było praktycznie niemożliwe.

Jeszcze jedno ujęcie wodospadu z góry:

Image

Image

Miejsce spodobało mi się na tyle, że przed dłuższy czas nie chciało mi się w ogóle stamtąd wracać.

Jeśli chodzi o okolice wodospadu, to las w tym miejscu jest naprawdę bardzo gęsty:

Image

Image

Zresztą w czasie mojej wędrówki oraz już na miejscu padał dość intensywny deszcz, który bardzo skomplikował drogę powrotną. Z góry (tzn. skąd przyszedłem) w kierunku rzeki zaczęły płynąć liczne strumyczki a moja ścieżka stała się jednym z nich. Pomijam już, że sama wędrówka pod górę do najłatwiejszych nie należała. W efekcie nie wiedząc gdzie, musiałem zboczyć ze słabo teraz widocznej ścieżki i najzwyczajniej w świecie zgubiłem się w lesie. Nie byłem chyba pierwszym, który miał ten problem ponieważ idąc bardzo powoli przed siebie widziałem w niektórych miejscach odbite ślady podeszw :-) Kierowałem się przy tym GPS-em i zdrowym rozsądkiem – tzn. nie pchałem się tam, gdzie na pierwszy rzut oka było widać, że może być problem z przejściem lub tam, gdzie było bardzo stromo. Gdyby było sucho, może i dałoby się tam przejść ale w błocie nie było na to najmniejszych szans.

W końcu (nie zajęło to długo-max. 20 minut) dotarłem do skraju drogi – tzn. na wysokości mojej szyi zobaczyłem drogę ale nie bardzo miałem jak na nią wyjść ponieważ przede mną była ponad 1,5 metrowa pionowa ściana z błota. W końcu udało mi się to jakoś obejść. W tym miejscu wyszedłem na drogę:

Image

Nie widać tego na zdjęciu, ale obok tego drzewa z dużymi liśćmi (wyglądał jak bananowiec ale nie miał owoców) jest duży usok – "stopień" w dół.

Okazało się, że jest to max. 50 metrów od skrzyżowania z drogowskazem, gdzie wysiadałem z busa. Ale w drugą stronę (tzn. z tej dziury do wodospadu) na pewno nie chciałbym iść – stromizna taka, że można by było połamać nogi…

Z reporterskiej rzetelności dodam, że buty miałem przemoczone a cały byłem naprawdę porządnie zabłocony. Dobrze, że na statku miałem możliwość skorzystania z pralni i doprowadzić moją garderobę do stanu używalności bo wizyty w lasach deszczowych (ta i poprzednie) na Karaibach mocno ograniczyły to co pozostawało mi dostępne:-)

Ta część wycieczki zajęła mi około 2 godziny z czego co najmniej 40 minut spędziłem przy samym wodospadzie a pewnie jeszcze z pół godziny próbując przeczekać największe ulewy w jakimś bezpiecznym miejscu (o to w lesie nietrudno – trzeba tylko poszukać jakiegoś drzewa z większymi liśćmi :-) ). W sumie gdyby nie deszcz to tę trasę określiłbym i tak jako niespecjalnie wymagającą – deszcz i jego skutki (przede wszystkim błoto) znacząco ją utrudniły.

Będąc w tej okolicy stwierdziłem, że zobaczę również wspomniany na wstępie wodospad Cascade aux Ecrevisses. Kierując się w jego stronę przez moment była widoczna panorama na góry Base Terre – raczej nie ma wątpliwości, że była w nich porządna ulewa:

Image

Po drodze na wodospad minąłem kilka strumieni, nad którymi przebiegała droga:

Image

Image

…i dotarłem do przystanku o nazwie Corossol, na który można dojechać również busem z dworca Bergevin. O dziwo był na nim rozkład jazdy :-)

Image

Dalej było dokładnie tak jak powiedziała Nelly. Od przystanku autobusowego (i parkingu obok) do wodospadu było nie więcej niż 500-700 metrów, którą można było pokonać spacerkiem w komfortowych warunkach. Żadnego błota ani kałuż – pomimo, że znowu porządnie się rozpadało. Tak wygląda ścieżka do wodospadu:

Image

A to pierwszy rzut oka na wodospad, u podnóża którego kąpało się właśnie kilka osób:

Image

Strumień, spadający z wodospadu wpada tuż za nim do większej rzeki. Całość robi naprawdę niezłe wrażenie:

Image

Image

Image

Dla najbardziej wygodnych turystów przy wodospadzie Cascade aux Ecrevisses został nawet zbudowany pomost widokowy, z którego można zrobić zdjęcie całości:-) To zdjęcie wykonane zostało właśnie z tego miejsca:

Image

Muszę jednak zgodzić się z moją gwadelupską gospodynią, że w porównaniu do pierwszego wodospadu, Cascade aux Ecrevisses wypada znacznie słabiej. Ale z drugiej strony Saut de la Lezarde nie jest zbyt łatwo dostępny a ścieżka do tego miejsca nie jest oznaczona, w związku z czym turystom jest tam dużo trudniej się dostać.

Ponieważ w tym momencie rozpadało się na dobre, odpuściłem sobie wycieczkę do lasu deszczowego po szlaku edukacyjnym, który zaczyna się ok. 15 minut od wodospadu. Praktycznie gdy tylko zatrzymałem się przy przystanku autobusowym, złapałem autostopa (w zasadzie zatrzymał się sam-okazało się zresztą, że jechali nimi Niemcy zwiedzający właśnie wyspę) i w mniej niż pół godziny dotarłem do P-a-P, a stamtąd po krótkiej przechadzce po mieście wróciłem na statek.

Dwie wyprawy na Base Terre na Gwadelupie pokazały mi, że jest to miejsce naprawdę warte zobaczenia. W każdym razie wszystkim lubiącym od czasu do czasu oderwać się od plaży mogę spokojnie polecić tę jej część na bliskie spotkania z nieznaną w Europie stroną natury:-) Naprawdę warto !
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
marcin.krakow uważa post za pomocny.
 
      
#18 PostWysłany: 03 Lut 2018 12:39 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Zgubiłem Martynikę…poprzedni port przed Gwadelupą:-)
Na Martynice zatrzymaliśmy się w jej stolicy – Fort-de-France. Ze statku rozpościera się widok na spore miasto z typową miejską zabudową:

Image

Jednym ze znaków rozpoznawczych Martyniki są destylarnie rumu – jedne z najbardziej znanych na Karaibach. Już przy wyjściu z portu na mapce można zlokalizować te najważniejsze:

Image

Mój plan w tym dniu obejmował jednak przede wszystkim wizytę w ogrodzie botanicznym Balata - mającym sławę najładniejszego na Karaibach. Oprócz tego planowałem zajrzeć do pobliskiego lasu deszczowego, w drodze powrotnej obejrzeć kościół Sacre-Coeur będący nieco mniejszym klonem bazyliki o tej samej nazwie zlokalizowanej w Montmartre w Paryżu. Na koniec zostawiłem sobie krótki spacer po samym mieście.

Ogród botaniczny Balata znajduje się w niewielkiej odległości od Fort-de-France. Można tam bardzo łatwo dotrzeć komunikacją miejską, która funkcjonuje w mojej ocenie naprawdę sprawnie i punktualnie. Co istotne – rozkładów jazdy na większości przystanków nie znajdziemy, jednak moje niewielkie empiryczne doświadczenia w tym miejscu pokazały, że można polegać na rozkładzie w internecie, który jest opublikowany na stronie http://www.mozaik.mq .

Do ogrodu botanicznego kursuje bezpośrednio autobus nr 25 (średnio co 30 minut), który po drodze przejeżdża obok bazyliki Sacre-Coeur. Do samej bazyliki z kolei kursuje autobus nr 20. Odległość pomiędzy bazyliką a ogrodami wynosi niespełna 4 km.

Autobus nr 25 odjeżdża z przystanku położonego obok cmentarza przy Rue Andre Aliker, gdzie można dotrzeć z portu na piechotę:

Image

Autobusy są bardzo dobrze oznaczone, czyste i z funkcjonującą z ustawioną na maksa klimatyzacją. Bilet na autobus można kupić w kiosku Mozaik, tuż za rogiem ulicy, przy której znajduje się przystanek linii nr 25 (i wielu innych linii – praktycznie cała wspomniana ulica to ciąg położonych jeden za drugim przystanków autobusowych). Kiosk podobnie jak autobusy jest oznaczony logiem firmy Mozaik odpowiadającej za komunikację miejską w FdF:

Image

Bilet kupiony w kiosku kosztuje 2,30 EUR (tam i z powrotem), można go również zakupić u kierowcy za nieco wyższą cenę (2,50 EUR).

Dojazd do ogrodu Balata zajął mi ok. 30 minut. Autobus po drodze wspina się praktycznie cały czas pod górę – w niektórych miejscach roztaczają się naprawdę ładne widoki.

Jeśli ktoś chciałby się wybrać do ogrodu botanicznego Balata to zdecydowanie polecam zrobić to z samego rana – jest tam wtedy na tyle niewielu zwiedzających, że można zarówno w spokoju obejść ogród jak również zrobić zdjęcia. Ja przyjechałem na miejsce tuż po 9 i wtedy było pod tym względem idealnie. Kiedy wychodziłem już po południu, ilość zwiedzających była naprawdę bardzo duża.

Jeśli chodzi o pogodę to była standardowa:-) To znaczy w ciągu dnia padało co najmniej z 10 razy, w tym kilka razy bardzo intensywnie. Ale zdążyłem się już przyzwyczaić i powoli zacząłem to traktować jak coś normalnego:-)

Po dojechaniu na miejsce można zobaczyć tablicę powitalną a w tle góry i las deszczowy – za mniejszą lub większą mgłą:

Image

Przed wejściem do ogrodu nie było ani tłumu ani kolejki do kasy biletowej:

Image

Bilet do ogrodu kosztuje 13,50 EUR. Przy jego zakupie warto zaopatrzyć się w mapkę ogrodu, aby optymalnie zaplanować sobie jego zwiedzanie i ewentualnie nie ominąć którejś z jego części.

Po minięciu kasy, przeszedłem przez zabytkowy domek-niegdysiejszą rezydencję założyciela ogrodu, w którym zlokalizowana jest mała ekspozycja:

Image

…a następnie wyszedłem na dziedziniec, od którego odchodzą główna alejka oraz ścieżki prowadzące w różne części ogrodu. Pierwszą uwagę przyciągają w tym miejscu liczne i bardzo hałaśliwe kolibry, dla których zawieszono tutaj kilka poidełek:

Image

Ptaszek ten co ciekawe praktycznie ani na chwilę nie przysiada i w ogóle jest niezwykle ruchliwy – z tego powodu bardzo trudno jest mu zrobić dobre zdjęcie.

Sam ogród jest absolutnie czarujący i pozytywne opinie na jego temat nie są ani odrobinę przesadzone. Tysiące gatunków drzew, krzewów, kwiatów czy różnego rodzaju traw są zaaranżowane w niesamowity sposób i bardzo zadbane. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć z tego miejsca – zapewniam przy tym, że nie oddają one wrażeń, jakie można odnieść na miejscu:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dużą atrakcją w ogrodzie Balata jest możliwość jego zwiedzania ścieżkami podwieszonymi do drzew nawet kilkadziesiąt metrów powyżej poziomu gruntu. Uprzedzam jednak, że są bardzo chybotliwe i dla osób o słabych nerwach lub lęku przestrzeni niekoniecznie może jest to najlepsze rozwiązanie – ale widoki z tego poziomu są nieprawdopodobne:

Image

Image

Image

Image

Image

Warto przy tym dodać, że na każdym odcinku pomostów mogą jednocześnie znajdować się maksymalnie dwie osoby – w związku z tym przejście tej trasy chwilę zajmuje (wg tablic powinno to zająć ok. 15 minut, w realu prawie dwa razy tyle) . Z tego powodu warto wizytę w ogrodach – szczególnie rano – zacząć właśnie od tego miejsca. Później zaczynają się formować kolejki i trzeba się liczyć z czekaniem na wejście na pomosty.

Zarówno z pomostów jak również z samego ogrodu roztacza się niesamowity widok na sąsiadujący z ogrodem las deszczowy:

Image

…który wraz z górami na przemian przykryty jest mgłą lub całkowicie odsłonięty. W ciągu dnia wielokrotnie można obserwować spektakl zasłaniania/odsłaniania lasu i gór:

Image

Image

Wizyta w ogrodzie Balata jest w mojej ocenie prawdziwym "must see" na Martynice – warta zarówno czasu jak i pieniędzy i zdecydowanie ją polecam każdemu odwiedzającemu Martynikę.

Po wyjściu z ogrodu, chciałem skorzystać z okazji, że ogród zlokalizowany jest w bezpośrednim sąsiedztwie lasu deszczowego. W związku z tym bezpośrednio po wyjściu skierowałem się w kierunku szosy, którą przyjechałem z miasta i skręciłem na niej w lewo (czyli kierunku przeciwnym niż FdF) po czym po przejściu kilkuset metrów, ukazał się drogowskaz na Absalon:

Image

Absalon to dawne, nieczynne już uzdrowisko, w którego okolicach rozpoczyna swój bieg kilka szlaków prowadzących do lasu deszczowego oraz pobliskich wodospadów. W zasadzie podstawą jest jeden szlak okrężny, którego pokonanie zajmuje ok. 2 godziny. Pozostałe szlaki odchodzą w różne strony właśnie od niego.

Droga do Absalon prowadzi początkowo wzdłuż szosy (jest to ślepa ulica w związku z tym ruch na niej był zerowy) obok bardzo gęstego lasu deszczowego:

Image

Image

Wejście na szlak okrężny trudno przeoczyć:

Image

Niestety już od początku widać, że na szlaku będzie bardzo mokro…:

Image

Szczerze mówiąc spodziewałem się tego po kilku ulewach, które miały miejsce jeszcze podczas wizyty w ogrodzie Balata, ale chciałem się przekonać co do warunków na miejscu na własnej skórze. Bardzo szybko pojawiło się również porządne błoto:

Image

Las wzdłuż szlaku przypominał ten na Gwadelupie – o ile nie był jeszcze gęstszy:

Image

Po około 20 minutach rozpoczęła się kolejna ulewa i dałem sobie spokój z dalszym forsowaniem szlaku. Nie miałem ochoty na kolejne przemoczenie butów z racji planów na Gwadelupie następnego dnia. Powoli wróciłem zatem do punktu wyjścia czyli szosy – dodam, że wcale nie było to łatwe – schodzenie z góry w błocie to spore wyzwanie.

Wracając w stronę głównej drogi przeszedłem jeszcze przez stary most Baron podwieszony bardzo wysoko nad strumykiem oraz wodospadem o tej samej nazwie:

Image

Image

…i powoli skierowałem się w stronę FdF.

Poniżej zamieszczam kilka ujęć wspomnianej już bazyliki Sacre-Coeur, do której zajrzałem po drodze. Robi naprawdę duże wrażenie, chociaż uczciwie trzeba też przyznać, że jest bardzo zaniedbana i widać, że niszczeje w bardzo szybkim tempie – zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz:

Image

Image

Sprzed platformy przed wejściem do bazyliki roztacza się natomiast piękny widok na Fort-de-France:

Image

Chwilę później przyjechał autobus, którym wróciłem do miasta.

Jeśli chodzi o samo miasto FdF to muszę przyznać, że prezentuje się bardzo dobrze – jak typowe miasto europejskie. Pointe-a-Pitre na Gwadelupie przy FdF to naprawdę ubogi i zaniedbany krewny. W mojej ocenie różnica jest olbrzymia – zarówno jeśli chodzi o sposób i intensywność zabudowy, szerokie ulice oraz widoczne na każdym kroku dbałość o czystość oraz porządek.

W pobliżu portu warto rzucić okiem na fort St.L ouis:

Image

Image

…obok, którego znajduje się niewielka plaża oraz park:

Image

Z kolei budynkiem w FdF, który przynajmniej na mnie zrobił największe wrażenie jest położona w niewielkiej odległości od fortu Biblioteka Schoelchera:

Image

Do wnętrza biblioteki jest swobodny dostęp dla każdego - można przeglądać tam księgozbiór, zatrzymać się w czytelni lub najzwyczajniej w świecie skorzystać z bardzo dobrego dostępu do internetu. Wnętrza prezentują się równie interesująco jak cały budynek z zewnątrz:

Image

Ja tymczasem pokręciłem się jeszcze po okolicznych uliczkach i wróciłem powoli na statek. Na Martynice będziemy jeszcze raz za tydzień i wtedy mam zaplanowany wyjazd nieco dalej. Ale o tym napiszę trochę później.

C.D.N.


Ostatnio edytowany przez greg2014, 03 Lut 2018 23:20, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
korad1 uważa post za pomocny.
 
      
#19 PostWysłany: 03 Lut 2018 12:46 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 760
Loty: 20
Kilometry: 36 400
złoty
Rewelacja ten spacer w powietrzu.
Pytanko, tak chodzisz po tych lasach, upaprany w błocie... nie ma tam jakiś węży lub innych zwierzątek, które mogą ci zrobić krzywdę ? ;)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#20 PostWysłany: 03 Lut 2018 14:08 

Rejestracja: 06 Gru 2015
Posty: 545
złoty
Węży ani innych groźnych gadów na Gwadelupie ani Martynice nie ma. Przynajmniej teoretycznie. Również teoretycznie podobno można tam spotkać ptasznika (pająka) ale rzadko się to zdarza. Trzeba uważać jedynie na jakieś parzące żabki (wystarczy ich nie dotykać) :-)

Z tego co pamiętam to najgorzej jest na St.Lucii, gdzie kolonizatorzy nazwozili różnych zwierzaków obcych dla tego ekosystemu i ze skutkami mieszkańcy walczą tam do dzisiaj. Mają tam np. boa dusiciela i kilka jadowitych węży wiec w lesie trzeba uważać-chociaż z tego co mówiła przewodniczka boa nie zaczepiany nie zaatakuje człowieka. Nie widziałem ani jednego ani tym bardziej nie sprawdzałem:-)
Góra
 Profil Relacje PM off
brzemia uważa post za pomocny.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 45 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group