Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 72 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 06 Lis 2016 22:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 288
srebrny
Czasami jest tak, że zaczynasz nagle czegoś pragnąć. Trudno nawet powiedzieć, skąd i dlaczego owo pragnienie się wzięło, zresztą chyba nawet nie masz ochoty go analizować. Ważne, że istnieje i że wiesz, że to jest jedyna rzecz, która cię uszczęśliwi. Zmieniasz się w egzaltowaną nastolatkę, która „musi” i „spać nie może” (to akurat takie pozytywne nie jest :D
Mniej więcej w takim stanie ducha znalazłam się jakieś pół roku temu, gdy zrozumiałam, że moje życie nigdy nie będzie pełne, jeśli nie postawię przynajmniej jednej nogi na Kinabalu, najwyższym szczycie Azji Południowo-Wschodniej (4101 m n.p.m., Borneo) :D
Kinabalu dla miejscowych plemion to miejsce święte. Jego nazwa w języku Kadazandusun, jednego z plemion Borneo, znaczy „czczone miejsce śmierci”. Podobno mieszkają tam dusze zmarłych – ze szczytu nie wolno nic zabierać, bo każdy, najmniejszy nawet kamyczek może być zamieszkany. Te wierzenia są obecne do dziś wśród miejscowej ludności. Również i to, że każdy członek plemienia Kadazandusun powinien znaleźć się na szczycie Kinabalu przynajmniej jeden raz w roku.

Image

Kinabalu – majestatyczny, magiczny szczyt, często otulony mgłą i chmurami. I ja. Trudno wyobrazić sobie mniej dobraną parę :/ Ale cóż, miłość nie wybiera :D A początki tej trudnej love story były takie przyjemne…

Zaczęło się jak zawsze – bilety z Fly4free, przeglądanie sieci w poszukiwaniu inspiracji i nagle, na jednym ze zdjęć pojawił się On. I drgnęło. Miłość od pierwszego wejrzenia :D Okazało się jednak, że jest trudny do zdobycia – zarówno w przenośni, jak i niestety w rzeczywistości :/ Żeby wejść na Kinabalu trzeba mieć zezwolenie, załatwione przez jedną z agencji turystycznych. I nie dość, że jest dosyć drogie, to jeszcze trzeba je zacząć załatwiać dużo wcześniej – ilość zezwoleń wydawanych na dzień jest mocno ograniczona. Dodatkowo sprawę utrudnia fakt, że są one wydawane na konkretną datę - i na twoje ryzyko. Jeśli 20 lipca będzie padał deszcz, to wprawdzie pieniądze raczej odzyskasz, ale niestety nigdzie nie wejdziesz. Czyli od początku była to miłość raczej z tych trudnych i obarczonych różnymi przeciwnościami :D Ale przecież zakochane kobiety dysponują całą masą różnorodnych środków – od nacisku delikatnego, pośredniego („och…bardzo bym chciała…” itp., itd.) do bezpośredniego (foch i „nie mów do mnie teraz!” – od niedawna mój ulubiony sposób wyrażania emocji :D – kolega Marcin w końcu się ugiął (tak zupełnie szczerze, to wcale nie musiał się bardzo uginać :D sam chciał tam wejść tak bardzo, jak ja) i nie wiem, jak to zrobił, ale udało mu się załatwić dwa zezwolenia na 8 sierpnia (dziękuję…). Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji cały wyjazd musieliśmy podporządkować tej jednej dacie. Wszystkie pozostałe atrakcje trzeba było dopasować do tego, z trudem zdobytego, terminu. Na cały plan naszej wycieczki padł więc cień góry…

Image

Czas pobytu : 28.07.2016 – 14.08.2016
Cena biletu : 2161 zł, China Eastern, Praga-Szanghaj, Szanghaj-Kota Kinabalu
Waluta : Ringgit (MYR). 10 zł = ok. 10,81 MYR

Do Pragi dostaliśmy się z Krakowa LuxBusem (44 zł), później RegioJetem z dworca na lotnisko i już po 18 godzinach od wyruszenia z naszego miejsca zamieszkania siedzieliśmy w samolocie :/ :D Sam lot minął niespodziewanie szybko. Może dlatego, że mieliśmy mieć dodatkową atrakcję - czekał nas trzynastogodzinny postój w Szanghaju i dzięki możliwości uzyskania darmowej wizy tranzytowej, po raz pierwszy zamierzaliśmy postawić nogi w Chinach. A ponieważ przed wyjazdem zupełnie nie było na to czasu (przecież każdą wolną chwilę spędzałam wpatrując się zakochanym wzrokiem w fotografie Kinabalu. I wzdychając :D,wróć...trenując przed wspinaczką :/ :D, w samolocie wertowaliśmy na szybko przewodnik po Szanghaju, żeby ustalić najbardziej optymalne wykorzystanie czasu.

Image
Lotnisko w Szanghaju jest naprawdę olbrzymie i na początku trudno nam było się zorientować, gdzie w ogóle powinniśmy iść. Zwłaszcza, że natychmiast otoczyły nas przemiłe panie i zaczęły zachęcać do wycieczek po mieście, najwspanialszych hoteli i innych takich...:D Na szczęście priorytetem był dla mnie bieg do popielniczki (ufff, wreszcie, po tylu godzinach lotu :D, bo inaczej, znając mnie, pewnie bym im uległa :D Przy papierosie ustaliliśmy plan działania - najpierw kantor na lotnisku. I tu, uwaga, czai się pewna pułapka. Otóż, niezależnie od wysokości wymienianej kwoty, pobierana jest opłata za transakcję - 50 yuanów (niecałe 30 zł). Niby nie tak dużo, ale warto o tym pamiętać i wymienić naraz całą przeznaczoną na to kwotę. My, za 50 euro, otrzymaliśmy 356 yuanów (ale 50 zaraz musieliśmy oddać :D

Image
Od poznanego przy papierosie pana dowiedzieliśmy się, że powinniśmy pojechać metrem nr 2. Oszczędzę Wam czytania długiego opowiadania (a sobie wstydu :D o tym, jak znaleźliśmy odpowiednie metro i jak udało się nam kupić bilety (7 yuanów). W każdym razie łatwo nie było :D Niby wszystko jest bardzo dobrze oznaczone, ale, uwierzcie, chińskie litery działają na mnie jakby trochę...onieśmielająco? :D
W każdym razie w końcu znaleźliśmy się w odpowiednio oznakowanym wagonie. Bardzo zadowoleni z siebie chłonęliśmy krajobraz za oknem, starając się nie zauważać, że pozostali pasażerowie pomalutku się od nas odsuwają :/ (pewnie duże znaczenie miał fakt, że znajdowaliśmy się już 30-tą godzinę w podróży, rozumiem). Ale gdy wszyscy nagle wstali i wysiedli, uznaliśmy, że jednak trochę przesadzają i zachowują się bardzo nietaktownie:/ :D Na szczęście (i dla nas, i dla naszego poczucia pewności siebie :D, po chwili zauważyliśmy, że wszyscy po prostu przesiadają się do innego składu (jadącego w przeciwnym kierunku i oznaczonego też numerem 2 ?) Nieco nas to zdziwiło (wiedzieliśmy wprawdzie, że mamy się przesiąść, ale miał to być numer 10 i na pewno nie na tej stacji:/). Jednak, ponieważ dla dobrego towarzystwa człowiek jest w stanie zrobić prawie wszystko, przesiedliśmy się i my. I dobrze zrobiliśmy, bo potem poszło już gładko. Jeszcze jedna przesiadka, tym razem na odpowiedniej stacji, do numeru 10, wysiadka na stacji Yuyuan Garden i już mogliśmy zacząć cieszyć się Szanghajem.

Image

Pierwszy moment do radosnych jednak nie należał. Prosto ze stacji metra weszliśmy bowiem do wnętrza rozgrzanego piekarnika. Ustawionego na najwyższą temperaturę i z włączonym termoobiegiem :/ Lekko nie było :/ :D Na szczęście stacja znajdowała się blisko nadbrzeżnej promenady Bund i liczyliśmy na to, że może przebywanie w pobliżu rzeki trochę ułatwi zwiedzanie.

Image

Rzeka Huangpu oddziela starą część miasta od nowoczesnej. Olbrzymie wrażenie podczas spaceru promenadą robi kontrast między jednym, a drugim brzegiem rzeki. Mieszanka stylów i kultur.

Image

Nie da się ukryć, z powodu upału zwiedzanie, a właściwie plątanie się bez ładu i składu, nie szło nam łatwo. Bliskość wody niezbyt pomagała, widoczność najbardziej znanych budynków, z powodu smogu, też nie była rewelacyjna. Wlekliśmy się więc, noga za nogą, po promenadzie i próbowaliśmy wymyślić, co możemy zrobić, aby zmienić nastawienie na nieco bardziej entuzjastyczne. A ponieważ podobno "Polak gdy głodny, to zły", uczepiliśmy się tego przysłowia z nadzieją i wyruszyliśmy na poszukiwanie jedzenia :D

Image
I rzeczywiście, już sam widok znacznie poprawił nam nastrój :D Za 10 yuanów można było wybrać sobie trzy potrawy z tej garkuchni, a pani dodawała jeszcze ogromny pojemnik pełen ryżu.

Image
No, dopiero teraz to można się wybrać na zwiedzanie :D

Image
Chcieliśmy odwiedzić ogród Yuyuan, który podobno jest jednym z najpiękniejszych w całych Chinach. Niestety, nasza wiedza ograniczała się do informacji, że znajduje się "gdzieś tu". Uzyskanie pomocy w pokazaniu drogi w Szanghaju niestety przekroczyło nasze możliwości, i to wyjątkowo nie z naszej winy :D Każda osoba(przysięgam, naprawdę każda jedna osoba, nie jest to zabieg mający na celu podkreślenie osamotnienia autorki w dalekich Chinach:D na pytanie o rozmowę w języku angielskim po prostu odwracała głowę i odchodziła. Nie, skłamałam :D Niektórzy czasem mówili : "No", a jeszcze inni przed odejściem się miło uśmiechali :D

Image
Musieliśmy więc szukać sami :/ I znaleźliśmy mnóstwo pięknych miejsc, klimatycznych uliczek, ale żadne z nich nie było ogrodem :/ :D

Image

Image

Znaleźliśmy w końcu coś w rodzaju parku - było tam mnóstwo ludzi, zieleni i pawilon herbaciany w samym środku. Całkiem ładny. A gdy jeszcze wypiliśmy w nim piwo (25 yuanów), byliśmy już prawie pewni, że w porządku, może ten ogród Yuyuan nie do końca wygląda, jak sobie go wyobrażaliśmy, ale przecież jest całkiem miły :/ :D

Image

Image

Image

Ciąg dalszy pałętania się bez planu i pomysłu. Upał dalej niestety dawał się we znaki, na szczęście wszystkie miejsca, w których byliśmy znajdowały się bardzo blisko Bund, więc co jakiś czas wracaliśmy na promenadę, żeby chociaż popatrzeć na wodę :D

Image

W końcu temperatura stała się nie do wytrzymania :/ Ze wstydem muszę przyznać, że zostaliśmy zmuszeni do zrobienia czegoś głupiego - postanowiliśmy iść odpocząć do McDonald'sa :/ :D Powód - świetnie działająca klimatyzacja :/

Image

Tak, zdecydowanie to było miejsce, które dodało nam sił :D (2 cole - 13,50 yuanów). Ubrania nam trochę przeschły i nawet zdążyliśmy się nieco zdrzemnąć (ale tak delikatnie :D Poszliśmy za przykładem miejscowych, którzy spali głęboko, kładąc się w lokalu po prostu na siedzeniach - widać im też doskwierał upał. My na aż taką ekstrawagancję się nie zdobyliśmy - wystarczyło nam kulturalne oparcie głów o stół :D Inna sprawa, że spędziliśmy tam pewnie ze dwie godziny. Szkoda trochę. Szkoda czasu, niewykorzystanych możliwości. Ale uwierzcie, naprawdę się nie dało...

Image
Ciekawe jak w Polsce sprawdziłyby się takie dodatki do zestawów dziecięcych:)

Powoli trzeba było zacząć się zbierać w stronę lotniska. Postanowiliśmy wrócić innymi uliczkami, żeby jeszcze choć trochę poczuć klimat Szanghaju. O atrakcje zbytnio się nie martwiliśmy - Bund obejrzeliśmy przynajmniej z pięć razy, a i ogród Yuyuan też w końcu zwiedziliśmy (choć uważam, że określenie "jeden z najpiękniejszych w Chinach" jest lekko przesadzone :D :D

Image

Image
Ten kościółek wyrastający pomiędzy dużo wyższymi budynkami był niezwykle uroczy.

Image
Szliśmy przez wąskie uliczki, wypełnione małymi sklepikami...

Image
...chłonęliśmy klimaty, których zawsze najbardziej szukamy...

Image
...podziwialiśmy jedzenie...

Image
Czyli, według niektórych, nie robiliśmy nic, a według nas - robiliśmy właśnie to, co najważniejsze.

Image
I jeszcze ostatni rzut oka na miasto ze stacji metra. Potem już wszystko było bardzo szybkie. Szybki powrót metrem na lotnisko, szaleńczy bieg przez cały budynek, bo w ostatnim momencie zmieniono bramkę i szybki sen w samolocie.

I wreszcie, po 54 godzinach od rozpoczęcia wyprawy, lotnisko w Kota Kinabalu...
Image

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda 31 Sie 2017 18:39, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
38 ludzi lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 06 Lis 2016 23:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 29 Wrz 2014
Posty: 1213
złoty
Oooo, pestycyda znowu nadaje! Nastawiam odbiornik i czekam na ciąg dalszy :)
_________________
Metia jest kobietą, powtarzam, metia jest kobietą.
Góra
 Relacje PM off
elwirka lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 06 Lis 2016 23:09 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 2429
Loty: 168
Kilometry: 266 754
no i się doczekaliśmy :) ale tym razem nie złamię się, dopóki nie zobaczę, że zakończona :P
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 06 Lis 2016 23:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1053
Loty: 203
Kilometry: 390 087
platynowy
Nareszcie! Długo kazałaś nam czekać :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 07 Lis 2016 14:14 

Rejestracja: 21 Gru 2015
Posty: 30
Super zdjęcia! Nie mogę się doczekać relacji z Borneo :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 07 Lis 2016 14:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Maj 2012
Posty: 1026
niebieski
pestycyda + Borneo = gwarantowana arcyciekawa relacja. Czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki :)
_________________
Stop making stupid people famous.
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 08 Lis 2016 17:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Mar 2014
Posty: 145
Loty: 405
Kilometry: 918 570
niebieski
Borneo jest cudne, na Kinabalu nie wszedłem, żałowałem, ale teraz po prostu czekam na kolejną wizytę :)
_________________
Ruszaj ze mną w podróż: http://www.przepodroze.pl
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 11 Lis 2016 12:37 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 3127
Jak zwykle wrzucasz zachętę, a potem każesz czekać ma więcej :)
A swoją drogą palisz fajki przed wspinaczką na górę ??? Przecież Cię zaraz tu zlinczują za to :P
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 11 Lis 2016 16:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 288
srebrny
Postaram się pisać trochę szybciej, ale oprócz grafomanii, mam jeszcze parę innych cech - np. rozwlekłość :D
marcino123 napisał(a):
dopóki nie zobaczę, że zakończona :P
nie chcę być złym prorokiem, ale...(patrz wyżej :D
Japonka76 napisał(a):
palisz fajki przed wspinaczką na górę ??? Przecież Cię zaraz tu zlinczują za to :P
Ekhmmm....ograniczyłam :D

W Kota Kinabalu wylądowaliśmy po północy. Ponieważ czas nas gonił (a góra czekała...) jeszcze w Polsce kupiliśmy bilety na lot do Tawau (Malaysia Airlines, 90 MYR). Trochę żal nam było podróży przez kraj, jednak chcieliśmy zdążyć zobaczyć jak najwięcej przed wspinaczką. Najbliższy możliwy lot był 0 7.25, czekała nas więc noc na lotnisku.

Image

Na początku nie było nawet najgorzej - Starbucks, mrożona herbata (27 MYR za dwie) - jednak, gdy rozsiedliśmy się wygodnie, okazało się, że pan właśnie zamyka :/ O 2.00 w nocy lotnisko zamiera, nieliczni pasażerowie kładą się na dość twardych ławkach i, przykrywszy się kartonami (najczęściej), próbują przetrwać do rana. Zrobiliśmy tak i my, starając się znaleźć strategiczne miejsce, jak najdalej od pozostałych ludzi. Nie myliśmy się już od 56 godzin :/ (nie, jednak wilgotne chusteczki to nie jest szczyt marzeń :D , ale główny powód naszego oddalenia był bardziej prozaiczny - chcieliśmy po prostu zjeść coś z plecaków. I pomimo, że staraliśmy się poczekać, aż wszyscy zasną i przykryliśmy się chustą (! :D) podczas jedzenia, nic to nie dało :/ W całej poczekalni unosił się zapach wieprzowych kabanosów :/ Szczyt taktu z naszej strony niestety to nie był :/ :D

Image

Jakoś doczekaliśmy do rana, szybka odprawa i ruszamy dalej. Od samego początku podróży nie mogłam się doczekać widoku Borneo z nieba. Niestety, był to widok dosyć smutny...

Image

Image
Resztki dżungli walczą o przetrwanie między olbrzymimi połaciami równiutko posadzonych palm kokosowych.

Image
Na szczęście, jakiś czas temu, Malezyjczycy zmienili politykę odnośnie ochrony przyrody i zaczynają doceniać i dbać o to, co jest ich największym skarbem - czyli o rośliny i zwierzęta. Pewnych szkód, wycięcia ogromnych obszarów lasów, nie da się już cofnąć. Jednak miejscowi zaczynają dbać o to, aby przynajmniej zminimalizować efekty uboczne. Niektóre plantacje palm kokosowych pozostawia się nie uprawiane, aby same naturalnie zarosły. I to jest nie do uwierzenia, jak dżungla sobie wyśmienicie radzi. Regularnie wyniszczana i zmniejszana, a wystarczy dać jej jeden sezon, a potrafi wyciągnąć macki i pomalutku przejmować kolejne hodowlane palmy, tworząc z nich część siebie... (dżizz, to już szczyt grafomanii, ale cóż poradzę, tak to czuję :)

Image
"Wyspę porastają lasy równikowe. Słynnym przedstawicielem zwierząt jest orangutan i słoń karłowaty, oba zagrożone wyginięciem" - źródło : Wikipedia. ........

Image
Sam lot trwał dosyć krótko. Już o 8.20 byliśmy w Tawau. Jednak nadal nie był to koniec naszej podróży. Pierwszy nocleg (a właściwie dwa) mieliśmy zarezerwowane na Mabul, wyspie znajdującej się na Morzu Celebes (łóżko! Łazienka!!! Wreszcie! :D Żeby jednak w tym łóżku wylądować, trzeba najpierw dostać się do Semporny i w porcie znaleźć kogoś, kto zgodzi się przeprawić z tobą łodzią na Mabul. Po wszystkich trudach podróży, ten ostatni etap nie wydał nam się zbyt wymagający. Właściwie, to "już byliśmy w ogródku i witaliśmy się z gąską" czy kimśtam :D I faktycznie - pod lotniskiem stał rząd minivanów z kierowcami, którzy bardzo chętnie za 25 MYR zawiozą każdego do Semporny.

Image
Podróż do Semporny trwa ok. godzinę. Szybko, wygodnie, niedrogo. Już mieliśmy w oku port, już widzieliśmy samych siebie, jak negocjujemy cenę łodzi (może być mała, byle najtańsza :D z miejscowym rybakiem, jednym z tysięcy, którzy tam będą, gdy nagle kierowca zapytał, jak zamierzamy się dostać na Mabul. Jak to jak? No coś sobie właśnie tak znajdziemy! Wtedy jednak kierowca uświadomił nas, że sprawy niekoniecznie muszą wyglądać tak, jak sobie to wyobrażaliśmy...:/ I może spróbować nam pomóc znaleźć łódź, ale musimy mieć świadomość, że przeprawa kosztuje 400 MYR. Od osoby. W jedną stronę....:/ :/

Image

Ujmę to tak - w pierwszym momencie myślałam, że się przesłyszałam :D W drugim - że to niemożliwe i na pewno chce nas naciągnąć (szybko jednak z tego podejrzenia zrezygnowałam, gdy niezbyt ochoczo sięgnął po telefon i po dość krótkiej rozmowie powiedział, że jednak nam nie pomoże, bo jego kolega z łodzią nigdzie nie popłynie). Podwiózł nas, nadal niedowierzających, pod hotel (bo kantor, wiadomo) i odjechał, życząc powodzenia :)

Image
Cóż było robić? Stanęliśmy pod hotelem ograniczając palenie ( @Japonka76 :* :D i próbując nie uderzać głupimi łbami w jego mury :D Wszystko załatwiliśmy z Polski, wszystko! Noclegi na Mabul (a nie było łatwo - tańszych noclegów na wyspie jest mało, więc trzeba było rezerwować je dużo wcześniej), bilety lotnicze po Borneo, kolejne transporty, wszystko dopięte na ostatni guzik. Zupełnie jak nie my, wyżyłowany co do minuty plan podróży. Wszystko dla góry - żeby zdążyć, żeby być...Wszystko...Nie przyszło nam jedynie do głowy sprawdzenie połączenia na Mabul. Miało być "jakoś" ("jakoś to będzie", port, setki rybaków, sami będą namawiać..:D , a wyszło jak zawsze :D Port wprawdzie był, ale jakiś taki "nie-miejscowy". Opcje też były - z tym, że każda zapytana osoba potwierdzała cenę : 400 MYR. Wiem, zazwyczaj przepłacamy, nie negocjujemy, no nie wychodzi nam z pieniędzmi :D Pewnie tym razem też by tak było, jednak ta kwota pochłonęłaby większą część naszego budżetu na CAŁY wyjazd...

Image
Sama Semporna jest dosyć turystyczna - zwłaszcza w okolicach portu. Same hotele, agencje turystyczne, centra nurkowe...Zaraz, centra nurkowe? To nas olśniło i dawało nadzieję, że może jednak będziemy dziś spać na Mabul (szczerze mówiąc, to nawet bardziej już mi chodziło o "spać", niż o "Mabul" :D Wprawdzie na wycieczki nurkowe się nie wybieraliśmy, ale na pewno wybierają się inni (zwłaszcza patrząc po ilości turystów przebywających w okolicach agencji). I może któraś z łodzi nurkowych nie będzie do końca wypełniona, a jej właściciel na tyle uprzejmy, że podrzuci nas, no nie "w okolice" :D, ale na samo Mabul? Za niewielką opłatą, oczywiście?

Image
Całe wybrzeże nie jest z piasku, przysięgam. Wszystko to muszle...

Zaczęliśmy więc długi marsz od agencji do agencji (a właściwie żebranie :D. Po wielu porażkach ("tak, ale za 400 MYR", "tak, ale jutro" itp., itd.) w końcu się udało! :)

Image
I oto nasi dobroczyńcy, wybawiciele (70 MYR od osoby, odpływamy o 14.00!) i skarbnica wiedzy. Żeby zabrać turystów na którąś z okolicznych wysp potrzebne jest coś w rodzaju zezwolenia/licencji. Takie zezwolenie załatwia agencja dla swoich pracowników, więc raczej nie ma szans na znalezienie "przypadkowego" rybaka, który podrzuci nas na wyspy. Stąd taka wysoka, wszędzie stała cena. Nie istnieją też oficjalne, turystyczne promy,z których można by skorzystać. Natomiast ośrodki na wyspach najczęściej organizują "dopływy w cenie noclegu" dla swoich gości (tak, to widziałam. Jednak ceny noclegów w takich przybytkach były też odpowiednio podwyższone :/ )

Image
No nic, grunt, że znaleźliśmy rozwiązanie :) A osobiście uważam, że problemy spowodowała nie nasza głupota, tylko cień Kinabalu. Myślę, że jest górą zazdrosną, która nie lubi się dzielić i skoro przyjechaliśmy na spotkanie z nim, to czemu mamy tracić czas na zwiedzanie jakichś mało ciekawych wysepek, zamiast siedzieć u jego podnóży i podziwiać mroczne piękno?...

Image
Zostało nam trochę czasu na jedzenie (zupa tom yum, piekielnie ostra i mrożone herbaty, sztuk dwie - 25 MYR), zakupy (podobno na Mabul ciężko dostać wodę, więc zaopatrzyliśmy się w parę butelek. Co do jedzenia, no cóż, trochę wieprzowych kabanosów nam jeszcze zostało :D i zwiedzanie. Samo centrum Semporny jest faktycznie mocno turystyczne. Natomiast skręt w którąś z bocznych uliczek pokazuje całą ukrytą urodę tego miejsca.

Image
Targ rybny.

Image
A na nim takie cuda.

Image
Choć wolałabym je oglądać w naturalnym środowisku. Ale muszę przyznać, że wielokrotnie podnosiłam szczękę z podłogi.

Image
Miejscowi posiadają własne środki transportu. Całymi rodzinami przypływali na targ ze swoich domów na wodzie...

Image
Domy na palach.

Nasza agencja była doskonale zorganizowana. Gdy przybyliśmy pod nią ponownie, czekały już tam dwie turystki, które miały płynąć razem z nami. Podpływaliśmy też pod inne agencje, zabierając kolejnych maruderów. I wreszcie w drogę.

Image

Image

Łodzie miejscowych są różne. W większości w dużym stopniu widać po nich ślady użytkowania. Trochę mnie zmroziło, gdy uświadomiłam sobie, co wcześniej planowałam zrobić ("znajdziemy jakiegoś rybaka..."). Przy moim poziomie umiejętności pływania nawet łódź agencyjna, z silnikiem i kamizelkami ratunkowymi, wydała mi się wobec morza jakaś...krucha...? :D

Płynąc na Mabul przepływa się obok wiosek na pełnym morzu. Chyba na podstawie jakiejś umowy wewnętrznej (albo ze zwykłej, ludzkiej życzliwości) wioski te omija się z daleka. Pozwala to uniknąć mieszkańcom ciekawskich spojrzeń turystów i ciągłego hałasu silników łodzi.

Image
Natomiast muszę Wam powiedzieć, że wioski robią ogromne wrażenie. Stoją na pełnym morzu. Wokół nic, tylko obłędny błękit. I pustka...

Image

Image
Ten dom stał zupełnie sam, w olbrzymiej odległości od wioski. Nie wiem dlaczego. Na pewno jednak można tu w pełni zrozumieć słowo : samotność....

Powoli zbliżamy się do Mabul...
Image

Image
Na wyspie nie ma przystani. W zależności od tego, gdzie się ma zarezerwowany nocleg, łódź wysadza przy hotelowych pomostach, albo bezpośrednio na plaży.

Image
Stara platforma wiertnicza, pod którą podobno jest najdoskonalsze miejsce do nurkowania.

Image
I wreszcie nasz ośrodek. Pierwszy "dom" po 68 godzinach...

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 02 Wrz 2017 10:28, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
24 ludzi lubi ten post.
madziaro uważa post za pomocny.
 
 
#10 PostWysłany: 11 Lis 2016 17:18 

Rejestracja: 02 Cze 2014
Posty: 411
niebieski
No ale wiesz: dziś było wolne wiec ładnie wykorzystałaś czas i nam tutaj napisałaś. Jutro i pojutrze też jest wolne...wiesz co robić... :-)
Góra
 Relacje PM off
K Marek Trusz lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 14 Lis 2016 20:49 

Rejestracja: 14 Paź 2014
Posty: 6
Uff !!!
No to w końcu udało mi się doczekać tej relacji.
Pozdrawiam i czekam na więcej.
Łoś.
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 17 Lis 2016 02:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 288
srebrny
Image

Mabul. Wreszcie! Dwa dni odpoczynku, błogiego lenistwa i nastawiania się psychicznie na spotkanie z Górą. Odetchnęliśmy z ulgą (a przynajmniej ja :D, gdy nasza łódź zacumowała przy pomoście Arung Hayat Mabul Island Lodge, jednego z tańszych ośrodków na wyspie. Podczas załatwiania formalności z dosyć wyluzowanym właścicielem, dowiedzieliśmy się jednak paru przykrych rzeczy:
1. Ośrodek, mimo, że tańszy, również organizuje "dopływy" na wyspę dla swoich klientów. I pan nam przecież pisał na ten temat maila, zaraz zaraz, kiedy to było? A, no tak, wczoraj wieczorem przecież wysłał :D (pewnie, każdy przecież sprawdza maila co pięć minut, zwłaszcza, że przez te cztery miesiące jakie minęły od rezerwacji wysłaliśmy do pana co najmniej cztery maile z tym pytaniem. Na żaden nie dostaliśmy odpowiedzi :/ :D

Image

2. Każdego dnia przy pomoście cumuje też łódź, która zabiera chętnych z wszystkich ośrodków na stały ląd. Ta informacja akurat bardzo nam poprawiła humor. Niestety, nie na długo :/ :D Dużym problemem, a właściwie tragedią, okazał się fakt, że owa łódź odpływa o 10.00 rano. Tymczasem o 10.00 rano powinniśmy już siedzieć w samolocie w Sempornie i czekać na lot do Tawau, kolejnego miejsca na naszej liście "do zwiedzenia". I może nawet moglibyśmy zignorować ten fakt i po prostu wyrzucić bilety (nie oszukujmy się - ich cena była niższa, niż cena samodzielnie organizowanej łodzi), gdyby nie nasz co do minuty rozpisany plan podróży :/ W Tawau miał na nas czekać kierowca, który musiał nas szybko przewieźć w kolejne miejsce, gdzie czekał kierowca do jeszcze innego miejsca, gdzie czekał...itp.,itd. Każde spóźnienie, zmiana planu, poskutkowałaby nawet nie ominięciem jednego miejsca. Rozerwanie tego łańcuszka zależności mogłoby poskutkować (och, nie! Nie chcę nawet o tym myśleć!) czymś znacznie gorszym - rozminięciem się z Kinabalu. Czyli wszystkim sterowała magiczna data - 8 sierpnia. Cudowny dzień, na który mieliśmy zezwolenie na wspinaczkę.

Image

3. Cena za dwie doby pobytu w ośrodku, zaakceptowana przez nas na booking.com (360 MYR), została podniesiona do 381.60, przez jakieś nie do końca zrozumiałe podatki. Ale, szczerze mówiąc, w porównaniu do naszych prawdziwych problemów, to był nic nieznaczący drobiazg (jak również fakt, że wyluzowany pan nie należy do tych, którzy kłopoczą się wydawaniem reszty :/ :D Ech, życie...:D Naprawdę, pogodziłam się już ze swoim przeznaczeniem (i na tym poprzestańmy. Inaczej musiałabym tu dodać brzydkie słowa w stylu "mało asertywna" lub jeszcze gorsze - "frajer" :D

Image

Trudno. Najważniejsze, że nareszcie dostaliśmy klucze do naszego pokoju, położonego w budynku na wodzie. I ujmę to tak - na własnej skórze doznałam, jak prawdziwe jest przysłowie "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia" :D

Image

Nie obchodzi mnie, co ktoś o tym myśli. Dla mnie to najpiękniejsza łazienka na świecie :) Euforii nie zaburzyło nawet spostrzeżenie, że woda z prysznica jest jedynie lekko ciepła (ok - to eufemizm :D , za to dosyć słona :D

Image

Właściciel natomiast chyba poczuł lekkie wyrzuty sumienia i zaproponował, że załatwi nam prywatną łódź na powrót. Trzeba tylko zapłacić 250 MYR (mówiłam. Te wyrzuty sumienia były naprawdę lekkie :D i będziemy mogli odpłynąć o 6.00 rano (o nie, nie! Czy już do końca życia w wakacje będę musiała wstawać o tak podłych godzinach? Nigdy więcej zorganizowanego planu podróży! Poważnie - znacznie przyjemniejsze i mniej stresujące jest pojawienie się w obcym kraju zupełnie spontanicznie - bez zarezerwowanych noclegów, bez planu. Nawet w nocy i bez znajomości języka. Wszystko jest lepsze, wszystko! :D

Image

Nie mieliśmy jednak wyjścia. Z resztą - 250 MYR, to i tak dużo mniej, niż 400 za osobę. Pozostało więc nam tylko cieszenie się wyspą, na którą z takim trudem udało się nam dotrzeć. Przez dwa dni nie robiliśmy nic konkretnego - po prostu cieszyliśmy się Mabul, łażąc wszędzie, gdzie się dało, zupełnie bez planu (Ha! Jednak można :D Dzięki temu dowiedzieliśmy się wielu istotnych rzeczy :
1. Cała wyspa jest bardzo mała, co zauważyliśmy, gdy zupełnie przez przypadek obeszliśmy ją wokół :/ (a zaczęło się po prostu : chodźmy kawałek w prawo, tam jeszcze nie byliśmy :D Jest też niejako podzielona na dwie części - na jednej z nich znajdują się luksusowe ośrodki wypoczynkowe, z prywatnymi wyprawami nurkowymi i meleksami, żeby się nie zmęczyć przejściem na plażę (:/ które trwa może 2 minuty :D Tam mieszkają bogaci turyści (hmm...sądząc po cenach na booking.com - baaardzo bogaci). Przechadzają się po przepięknie zagrabionych alejkach i raczej nie opuszczają "swojej" części wyspy.

Image

2. Na drugiej połowie znajduje się wioska, która aż tętni prawdziwym życiem i "nasz" ośrodek. To spostrzeżenie dostarczyło nam olbrzymiej radości, zwłaszcza, gdy okazało się, że idąc na ląd pomostem z naszego domku, wychodzi się bezpośrednio pomiędzy domami miejscowych.

Image

3. Większość naszych współmieszkańców w ogóle nie dotyka stopą lądu. Mabul jest wymarzoną wyspą dla wielbicieli nurkowania, snoorkowania i wszystkich innych sportów wodnych. Cały pobyt można spędzić przemieszczając się między ośrodkiem, pomostem i łodzią. Natomiast wieczory spędza się tak :

Image

4. Wioska jest znacznie bardziej interesująca i nastrojowa, niż turystyczna część wyspy. Było w niej coś takiego, że człowiek chciał przejść wzdłuż niej jeszcze raz i jeszcze raz, napawając się życzliwością mieszkańców i samym klimatem.

Image

Image
Malutkie sklepiki typu "mieszkańcy dla mieszkańców" z podstawowymi produktami - drobne słodycze, coca-cola rozlewana z dwulitrowej butelki i sprzedawana na kubki, dzieci oblepiające ladę i kupujące dwa żelowe cukierki "na spółę"...Cudowny, cudowny klimat...Tu bogaci turyści się nie zapędzają. W swojej części wyspy mają własne stoiska z niezbędnymi na wakacjach akcesoriami (takimi jak bermudy w palmy i jaskrawe stroje kąpielowe) - oczywiście za odpowiednio wyższą cenę.

Image

Image

5. Malezyjskie dzieci są...ech, brak mi słów...Można bawić się z nimi godzinami, rozmawiać przy pomocy uśmiechów i nigdy nie mieć dosyć...

Image

Image
I okazuje się, że chyba wszystkie dzieci na świecie kochają bańki mydlane :)

Image
Pobyt na Mabul składał się dla mnie z niesamowitych momentów i z emocji, których nie potrafię opisać... Kiedy stoisz z bańkami w gromadce umorusanych dzieci, które pchają się niemiłosiernie i z wyrazem szczęścia na buziach pokazują na siebie rączkami, krzycząc "Aku! Aku!", to...to wtedy czujesz, że naprawdę żyjesz....(wybacz, Kinabalu. W takich momentach zapominałam nawet o Tobie :)

6. Nauczyliśmy się też, że angielskie słowo "chalet" wcale nie oznacza tego, co nam się wydaje, wsłuchując się w jego brzmienie :D Była to nauka dosyć bolesna, gdy z powodów naturalnych potrzeb człowieczych stanęliśmy pod strzałką z owym napisem i przez dobrych kilkanaście minut szukaliśmy drewnianego domku z charakterystycznym serduszkiem (a było to, pech chciał, na samym środku pięknego, turystycznego ośrodka, gdzie każde źdźbło trawy jest równiutko przystrzyżone i nie ma co liczyć na żadne krzaki :D Nie było wyjścia - zostały tylko wielkie głazy nad brzegiem morza. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że ten teren był już zajęty :D

Image
A teraz wyobraźcie sobie szok, jakiego doznaje człowiek, gdy staje w pozycji dosyć bezbronnej i, no...strategicznej :D nad głazami i nagle zauważa POD sobą wielką łapę :D Między kamieniami żyło ogromne stado waranów -niektóre większe, inne całkiem malutkie. Niestety, nestor rodu nie zaszczycił nas swoim widokiem. Siedział spokojnie pod głazem, spod którego wystawiał tylko jedną łapę. Wielkości mojej głowy :/

7. A teraz porada praktyczna dla bojących się wody i nie umiejących pływać wielbicieli snoorkowania :D Jeżeli jesteś w takiej samej sytuacji życiowej, jak ja, nie martw się, snoorkowanie wcale nie jest dla ciebie stracone :D Wystarczy znaleźć odpowiedni pomost z zejściem do wody i bocznymi poprzeczkami...

Image

...upewnić się, że są solidne i mocno trzymają (to ważne :D , a następnie można się już cieszyć urokami podwodnego życia, przesuwając się wzdłuż barierek (i trzymając się ich kurczowo :D I wprawdzie kolega Marcin usilnie próbował mnie przekonać, że na końcu pomostu (o nie nie! Dobrze wiem, jak tam jest głęboko! :D są najciekawsze ryby, a przy moim miejscu tylko muł i ślimaki, to w ostatecznym rozrachunku okazało się to nieprawdą :D Bo (uwaga!uwaga! :D) w takim mule jest mnóstwo fajnych, pełnobiałkowych żyjątek i wszyscy przychodzą tam jeść :D I była nawet ośmiornica, i wąż morski (ale trochę słabo było ich widać przez zamuloną wodę :D

Jest jeszcze poziom "hard", dla wyjątkowo wymagających :D Trzeba tylko wykazać się niezłomnością i hartem ducha. Po prostu znajdujemy bardzo solidny pomost i nie zrażamy się przepasującym wejście łańcuchem z napisem "not allowed" (tu właśnie przydają się wyżej wymienione cechy :D Idziemy na sam koniec i schodzimy na wąską platformę, lekko zalewaną wodą. Tam można się położyć i zbierać szczękę z podłogi, oglądając naprawdę przepiękną rafę koralową (ale trzeba się trzymać wyjątkowo mocno barierki, bo tam jest naprawdę głęboko. Jako dowód mogę powiedzieć, że właśnie od tej strony przypływały łodzie z turystami z drugiej części wyspy, organizatorzy wkładali ich w koła ratunkowe przywiązane linami do łódki i z każdym jednym turystą do wody schodził malezyjski ratownik, trzymając swojego podopiecznego za rękę :/ :D Są jednak pewne minusy tego sposobu - deski platformy są twarde i trochę uwierają w brzuch, a gdy chce się obejrzeć inny kawałek rafy, trzeba przekładać całe ciało na drugą stronę :D Natomiast sama rafa - przecudna.
Tylko na sam koniec można się trochę zdziwić :/ Bo okazuje się, że ten zamknięty, najlepszy pomost należy do wojska :/ :D (a strasznie się zastanawiałam, dlaczego turyści z łódek nawet do niego nie podpływają :D I czasami to wojsko przybija do swojego pomostu :/ :D

Image
Na szczęście żołnierze są dosyć dobrze nastawieni do takich ekscesów (a może, jak zwykle, wzbudziliśmy po prostu litość :D i skończyło się na uśmiechach i pomachiwaniu (tak, na Mabul jest duża baza wojskowa).

Image
Według mnie - ta wyspa (a przynajmniej jej druga, wiadomo która, połowa) to prawdziwy raj...


C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 03 Wrz 2017 16:03, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
22 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 17 Lis 2016 12:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 808
Loty: 143
Kilometry: 253 891
srebrny
Na to czekałam :D I już od pierwszych zdjęć i pierwszy słów mi się mega podoba :) - jak zawsze zresztą ;)
Pisz pisz dalej kochana, nie dawaj nam za długo czekać :D
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz
i: https://www.instagram.com/ola.javv/
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 22 Lis 2016 15:52 

Rejestracja: 14 Paź 2014
Posty: 6
Uśmiechnięte dzieci i bańki mydlane stały się Twoim znakiem rozpoznawczym.
Łoś

Ps. Głupio mi spytać, ale jestem w niektórych tematach trochę ciemny - co to jest "snoorkowanie"?
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 23 Lis 2016 21:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 288
srebrny
Cały pobyt na Mabul (w sumie półtora dnia) spędziliśmy na "błogim nicnierobieniu". Myszkowaliśmy po najgłębszych zakamarkach wioski,

Image

staliśmy się niechcący główną atrakcją dla mieszkańców, kupując posiłki na miejscowych stoiskach, nieprzeznaczonych i zupełnie nieoczekujących turystycznych klientów.

Image

Jedna z najlepszych ryb, jakie jadłam w życiu. Świeżo wyłowiona przez miejscowych rybaków i upieczona przez jedną z kobiet na grillu, zrobionym z drutów. Sprzedawana za grosze (2 MYR) i polewana przed podaniem jakąś dziwną przyprawą z plastikowej torebki. Grill, który pani rozpalała pod wieczór (pewnie wtedy mąż wracał z połowu), stawał się dla wioski miejscem spotkań. Raczej każdego z mieszkańców było stać na kawałek ryby w tej cenie, a dodatkowo za 2 MYR dostawał możliwość rozmowy z sąsiadami. Trochę zaburzyliśmy tę idyllę naszym zakupem. Nieco zaskoczona pani podała nam deskę, otrzepując ją wcześniej z piachu, żebyśmy mieli gdzie usiąść. Siedzieliśmy więc tak w oparach grilla na desce (nieuprzejmością byłoby z niej zrezygnować), jedliśmy palcami i obserwowaliśmy coraz większy tłum miejscowych, którzy schodzili się, żeby poobserwować głupiutkich turystów, wolących siedzieć tu, niż w ośrodku na drugiej części wyspy. Otaczał nas krąg uśmiechniętych życzliwie twarzy, który coraz bardziej się zacieśniał. Aż w końcu zbliżyli się do nas na tyle blisko, że można było zacząć....Oczywiście! Naukę języka :D (pocieszeniem był fakt, że tym razem nikt nie chciał nauczyć mnie, jak w jego języku nazywa się bydło :D Powód był prozaiczny - na wyspie bydła nie było. Natomiast otrzymaliśmy solidne wykształcenie w postaci nazw dużej ilości gatunków ryb :D Chyba :D Cudowni, ciepli ludzie. Brak wspólnego języka (bardzo trudno tam o angielski, zwłaszcza u starszych osób) zupełnie nie utrudniał komunikacji. Gdy przyszliśmy tam kolejnego dnia, byliśmy już witani jak starzy, dobrze znani sąsiedzi.

Image
Myliliśmy wejście do naszego ośrodka, z wejściami do prywatnych domów. Nasz pomost wychodził prosto z wioski, więc trudno było go rozpoznać, szczególnie, gdy robiło się ciemniej. Dla mieszkańców nie był to żaden problem - witali się uśmiechem i wskazywali odpowiedni kierunek.

Image
Muzułmański cmentarz na wyspie.

Image
Podziwialiśmy widoki i snoorkowaliśmy (snoorkowanie - pływanie w masce z rurką i podglądanie wodnego świata, @K Marek Trusz :)
Odkryliśmy raj dla palaczy (nawet tych, którzy ograniczają :D Paczka papierosów - 5 lub 4 MYR, w zależności od gatunku (fakt, przemycane z Indonezji, ale inna sprawa, że tych z rządową akcyzą po prostu tam nie było. No dobrze, może były - ale na drugiej części wyspy :) Udało się nam też zakupić piwo - 7 MYR puszka. Ale przyznam się szczerze, że bardzo sprytnie najpierw oznajmiłam sprzedającej go pani, że muszę się wcześniej zapytać męża :D - to spotkało się z jej dużą aprobatą.

Image

Przeżyliśmy też chwilę zastanowienia się nad sobą i ludzkimi normami moralnymi, które, jak się okazuje, są jednak ruchome. Było to doświadczenie dosyć...dziwne? Obserwując bawiące się nad morzem dzieci, zauważyliśmy chłopca, który bawił się wyjątkowo dziwnie. Trzymał w ręku płaską rybę (płaską z natury, nie na skutek działalności człowieka :D i nożyczki (!). I wycinał tej rybie falbanki w jej płaskich, bocznych płetwach (:/)

Image
Doskonale znam nasze podejście do męczenia zwierząt, zazwyczaj reagujemy odruchowo i błyskawicznie (a szczególnie dobrze wie o tym pewien chłopczyk, spotkany we wrocławskim ZOO, który zamiast oglądać zwierzątka, jak Bóg przykazał, doskonale się realizował naciskając mieszkającą w oczku wodnym żabę patykiem. Ha! Przypuszczam, że do tej pory obchodzi każdą żabę z daleka i możliwe, że ma nocne koszmary :D I jestem z tego dumna :D Tym razem zareagowaliśmy jednak dziwnie łagodnie. Do tej pory nie wiem, czy chłopiec z Mabul krzywdził rybę, czy wręcz przeciwnie - może z takimi falbankami lepiej się pływa? I czy ta ryba w ogóle była żywa? Na sam koniec ryba wylądowała ponownie w wodzie (nie wiem - czy "ulepszona" wypuszczona na wolność, czy po prostu wyrzucona, bo zabawa się znudziła?). My natomiast zamyśliliśmy się nad tym, jak trudno reagować i oceniać sytuację, gdy nie zna się kultury i kontekstu...

Image

A dzieci? Dzieci na Mabul są cudowne! Wesołe, ciekawskie i w większości odważne. W naprawdę rzadkich przypadkach widzieliśmy najpierw same oczy zza rogu lub łodzi, gdzie speszony maluch postanowił się ukryć, aby po chwili jednak podejść bliżej.

Image

Image

Image

Pogoda cały czas dopisywała. Powiedziałabym nawet, że za bardzo :D (zapamiętać - nie ma snoorkowania bez koszulki :) Czasem tylko na horyzoncie widać było ścianę deszczu, gdzieś na morzu, która jednak do samej wyspy nie dochodziła.

Image

Jednym słowem - raj...
Image

Jednak w tym raju był jeden ciemniejszy punkt. Nasz pokój :D

Image

No ale to akurat nie była niczyja wina. Sami to sobie zrobiliśmy :D

Prawdziwe problemy zaczęły się pojawiać dopiero ostatniego wieczoru, gdy do ośrodka przypłynął pan, który miał nas na drugi dzień (rano! Przypominam - za rano :D zabrać na stały ląd. Przypłynął z synkiem, na oko sześcioletnim. W ośrodku mieli spędzić noc i jutro wyruszyć razem z nami w drogę powrotną. Pan nie mówił po angielsku, ale bardzo znacząco zaczął wpatrywać się w niebo. I w nadpływające coraz szybciej chmury...Kręcił głową, cmokał ostrzegawczo, aż w końcu, przez tłumacza w osobie właściciela ośrodka, przekazał nam, że jutro pogoda nie będzie najlepsza, w związku z tym, lepiej wyruszyć już o 5.00 ...:/ Patrząc na fale odbijające się od naszych platform, jakoś wyjątkowo nie zrobiła mi różnicy jeszcze wcześniejsza godzina wstawania...
Noc była jedną z gorszych...Nasz domek na palach wbitych w dno morza, skrzypiał i chwiał się od uderzeń wody. Dodatkowo szum ulewy nie pozwalał zasnąć...Więc już przed 5.00 byliśmy na pomoście, gotowi do drogi.

Image
Wiem, na zdjęciu tego dobrze nie widać, ale spróbujcie do tego obrazu dodać sobie ścianę deszczu, fale wysokie na dobry metr, świszczący wiatr, jakieś huki i trzaski i takie tam...I małą łódeczkę...I wyobraźcie sobie, że to wszystko oglądacie z chwiejącego się pomostu...Szału nie ma, prawda?
Pan obchodził łódkę z każdej strony, patrzył, jak nią rzuca na wszystkie strony, cmokał, kręcił głową, wreszcie się zadumał i poszedł obudzić właściciela ośrodka. Po krótkiej rozmowie (niezbyt wesołej), właściciel oznajmił nam, że czekamy do 6.00. Bo tak będzie bezpieczniej...Kolejna godzina na trzęsącym się pomoście nie wprawiła mnie w dobry humor. Właściwie miałam tylko dwa pomysły - albo olewamy samolot i szlag trafi cały kolejny plan wyjazdu (byłam gotowa odpuścić nawet Kinabalu, przepraszam...), albo kupujemy gdzieś odpowiednią butelkę o pojemności 0,7 l, całą dla mnie :/ :D (a należę do tych o słabej głowie :D Niezbyt widziałam inne wyjście z tej sytuacji :)

Image

O 6.00 pan jednak zarządził - płyniemy. Jedyną rzeczą, która dawała mi nikłą nadzieję na przeżycie tej podróży, był fakt, że pan zabrał ze sobą synka. A chyba przecież świadomie nie skazałby go na śmierć? :/ Uchwyciłam się tej myśli, bo tonący....eeee....tfu, tfu!!!, bo człowiek brzytwy się chwyta i, z zamkniętymi oczami, wsiadłam na łódź. Ciemno. Rzucało. Strzelało. Łódź skakała po falach. Przed deszczem i tryskającą wszędzie wodą nie było się gdzie ukryć, więc w kilka chwil byliśmy całkowicie mokrzy. Gdy zobaczyłam, że pan, nie bacząc na ustalenia, zmienia trasę i wpływa na teren wioski na morzu, byłam przekonana, że to ostatni mój widok w życiu :/ (w myślach zdążyłam ułożyć cały testament. Dla fly4free "zapisałam" wszystkie moje przewodniki i pamiątki z podróży :/ :D Kolega Marcin, bardzo odważny człowiek (mam nadzieję, że to czytasz i odpowiednia gratyfikacja mnie nie minie :D, od pewnego momentu zaczął filmować naszą łódź i podróż. Bardzo miła pamiątka. Na wszystkich ujęciach prezentuję niebywałą wręcz jasność cery (z tendencjami do białej jak ściana :D i macham figlarnie do operatora kamery paluszkiem. Środkowym :/ :D

Nie było mowy, żebyśmy dopłynęli żywi, a co dopiero zdążyli na ostatni minivan na lotnisko (o godz. 7.00, z Semporny). Jedynym, który miał na to nadzieję, był pan sternik. I wiecie co? Tego typu pomyłki są tymi, które mnie uszczęśliwiają. Punktualnie o 6.48 (co??? Dałabym sobie rękę odciąć, że ta męczarnia trwała przynajmniej cztery godziny! :D przybiliśmy do przystani w Sempornie, a pan z dumnym uśmiechem (a naprawdę miał być z czego dumny), podawał nam plecaki...

Na miejscu odjazdu mnivanów byliśmy przed 7.00. Teraz pozostał nam już tylko jeden problem, ale bardzo istotny - znalezienie minivana z plastikowymi (żadnych miękkich, łatwo nasiąkających wodą, foteli :D siedzeniami. To nawet nie to, że byliśmy mokrzy. My po prostu byliśmy wodą :D Trochę przykro byłoby zniszczyć komuś auto :/ I chyba wyczerpaliśmy limit przykrych zdarzeń (na ten dzień, oczywiście. Nie łudzę się, że w ogóle :D , bo jedyny minivan, który podjechał, miał całkowicie plastikowe wnętrze :D
25 MYR i już o 8.15 byliśmy na lotnisku w Tawau. Idealnie na czas - odlot miał być o 10.20.

Image

A po takich przeżyciach, to naprawdę nikt nie może mieć mi za złe, że musiałam się przebrać w suche (no, powiedzmy :D po prostu wyjęłam z plecaka to, co było najmniej mokre :D ubrania na samym środku lotniska w muzułmańskim kraju...:D

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 14 Wrz 2017 21:02, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 24 Lis 2016 18:49 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2014
Posty: 3127
pestycyda napisał(a):
Ale przyznam się szczerze, że bardzo sprytnie najpierw oznajmiłam sprzedającej go pani, że muszę się wcześniej zapytać męża :D - to spotkało się z jej dużą aprobatą.
Gratuluje zamążpójścia ;)

Niesamowite to jest, dzieci na całym świecie są takie same, tak samo płaczą, tak samo się bawią, są tak samo ciekawe świata bez względu na długość czy szerokość geograficzną. A potem wyrastają tacy ekstremiści, wojownicy o tę czy inną religię czy światopogląd. :cry:

Dziękuję Ci za zdjęcie wakacyjnego pokoju, nawet nie wiesz jak mnie uradowałaś :lol:
_________________
Ιαπόνκα76
Image
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 24 Lis 2016 20:51 

Rejestracja: 18 Gru 2015
Posty: 92
Loty: 50
Kilometry: 108 659
No nie - dopiero dziś zobaczyła Twoją relację. Jak zwykle wspaniała :D ;) :D ;) :D ;) :D
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 24 Lis 2016 21:40 

Rejestracja: 06 Mar 2014
Posty: 338
o mamo. a mnie zachwycaja te zdjecia z shanghaju.

boje sie tylko ze to @pestycyda kwestia Twojego talentu fotograficznego i wcale to tak pieknie nie wyglada ;-) przyznaj sie!

chiny nie sa na liscie na przyszly rok. jest nowa zeladia na marzec ( Fly4free & Thai airways! dzieki ;-) ) i czatuje na chile i argentyne na jesien.

ale.. kto wie.. ;-)
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#19 PostWysłany: 24 Lis 2016 23:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 24 Paź 2012
Posty: 480
Loty: 53
Kilometry: 142 596
niebieski
Świetna relacja i zarazem dla mnie super pomocna: w grudniu Szanghaj, Borneo w marcu 8-)

@‌pestycyda‌ Czy będzie dalsza część? :D
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
pestycyda lubi ten post.
 
 
#20 PostWysłany: 28 Lis 2016 23:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 288
srebrny
Japonka76 napisał(a):
Gratuluje zamążpójścia ;)
:D ostatnio jakoś tak wychodzi, że jestem bardzo-bardzo zamężna na wyjazdach, bo, jak się okazuje, to znacznie ułatwia wiele spraw :D

Japonka76 napisał(a):
A potem wyrastają...
.................................

Japonka76 napisał(a):
nawet nie wiesz jak mnie uradowałaś :lol:
I wzajemnie, siostro w problemie :D

sim napisał(a):
przyznaj sie!
Przyznaję się :D Nie ja robię zdjęcia. To działka kolegi Marcina :) Podzieliliśmy się obowiązkami po równo. Moją robotą jest pokrzykiwanie na niego, potrącanie, poszturchiwanie i ogólnie robienie rozgardiaszu, niestety :) udanego wyjazdu!

bozenak napisał(a):
dziękuję :* pozdrawiam gorąco :)

madziaro napisał(a):
w grudniu Szanghaj, Borneo w marcu 8-)
Ponieważ pewnie nie zdążę skończyć relacji przed Twoim wyjazdem do Szanghaju, muszę teraz dać Ci pewną tajemną radę. Otóż to, co jest na zdjęciu w pierwszym poście, to NIE JEST ogród Yuyuan :D my dowiedzieliśmy się o tym fakcie dopiero podczas drugiego pobytu w Szanghaju, wracając. Ale Ty nie musisz przecież powtarzać naszych błędów :D Prawdziwy ogród poznasz po tym, że wchodząc do niego trzeba kupić bilet (30 yuanów) i po jego urodzie oczywiście. Warto :) Udanych wyjazdów!


Image
Bilet na lot z Tawau do Sandakan kosztował 117 MYR. Samolot był dosyć mały (podejrzanie mały:/ bo czy takie maleństwo może sobie poradzić w powietrzu? :/) (chyba powinnam zacząć się zastanawiać, czemu ja w ogóle gdzieś wyjeżdżam :/ łódka - nie pasuje, bo woda, bo wieje i, uwaga uwaga, niespodzianka - bo mokro...samolot - bo za mały i pewnie też wieje :/ no zołza, po prostu :/ :D Sam lot trwał około 40 minut i, pomimo, że szkoda było odpuszczać przemieszczanie się lądem, pozwalał oszczędzić naprawdę masę czasu.

Image
I te widoki...Kinabatangan, jedna z najdłuższych rzek malezyjskiego Borneo...Przepływa przez dżunglę i właściwie jest jedynym sposobem, aby się głęboko do tej dżungli dostać - płynąc jej nurtem. A dostać się w to miejsce naprawdę warto - można, jeśli się ma szczęście, spotkać wolno żyjące orangutany, makaki, nosacze, krokodyle, zagrożone wyginięciem słonie karłowate i wiele innych zwierząt. Niesamowite są też wymarłe odnogi Kinabatangan. Czasami fragment rzeki zarasta i powstają małe jeziora, a sama rzeka spokojnie sobie przepływa inną drogą (patrz : zdjęcie :)

Bardzo chcieliśmy się tam dostać, jednak przeglądanie internetowych ofert przed wyjazdem nie nastroiło nas optymistycznie. Cena. Mnie zabijała. Średnio ok. 2000 zł za dwie/trzy noce w obozowisku w dżungli i trzy rejsy po Kinabatangan. Wprawdzie zdjęcia z tych wycieczek były genialne (i te słonie! Słonie karłowate! :* ), ale koszt był zupełnie nie do przejścia. Gdybyśmy mieli płacić za te wszystkie atrakcje, równie dobrze moglibyśmy sobie po prostu wykupić cały wyjazd w agencji turystycznej i pewnie wyszłoby to nas taniej, a na pewno wesoło (np. dodatkowe wieczorki "kulturoznawcze" i takie tam :D Postanowiliśmy więc zrobić to, w czym jesteśmy najlepsi - improwizować :D Zarezerwowaliśmy dwa noclegi w okolicy (każdy w innym ośrodku, bo nie udało się znaleźć dwóch noclegów w jednym :/ i liczyliśmy na to, że np. podczas spaceru poznamy jakiegoś rybaka (no co, to duża rzeka, na pewno tam łowią :D , potem standardowo wzbudzimy litość i ów dobry człowiek za niewielką opłatą zawiezie nas prosto na żerowisko słoni karłowatych. I będą całe dla nas :D (cóż, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że na Borneo z rybakami nam nie bardzo będzie szło :D
Ale stał się cud i jeden z ośrodków (ten droższy oczywiście :D w odpowiedzi na naszą rezerwację wysłał nam bardzo miłego maila. Sedno listu było takie : jako, że jesteśmy od teraz ich klientami, mają dla nas wspaniałą ofertę wykupienia wycieczki nad Kinabatangan : dwie noce w dżungli, wszystkie posiłki, trzy rejsy po rzece za...546 MYR od osoby. I jeszcze po nas przyjadą na lotnisko. A po wszystkim odwiozą do ośrodka (tego drugiego:/ bo, pech chciał, u nich mieliśmy nocować na samym końcu :D Nie było się więc nad czym zastanawiać :)

I tym sposobem zaraz po wyjściu z samolotu w Sandakan, zostaliśmy przejęci przez miłego pana z tabliczką, na której widniało niemiłosiernie przekręcone nazwisko Marcina :D Imię zresztą też - nie wiem dlaczego dla Malezyjczyków na zawsze został Marainą i w dodatku kobietą :D Ale liczą się chęci...:)

Image
Do Sepilok Jungle Resort (ośrodka, w którym rezerwowaliśmy wycieczkę) jechało się ok. 40 minut. Tam miało rozpocząć się dożywianie, chwila odpoczynku i dalej w drogę. Sam ośrodek wart był obejrzenia. Znajdował się jakby na skraju dżungli, na jego terenie chodziło się tylko po drewnianych mostkach i platformach, a noclegi były bardzo zróżnicowane cenowo - od tańszych miejsc w dormitorium, do drogich apartamentów (my zarezerwowaliśmy dwuosobowy pokój - 169 MYR). Już spacer do restauracji, w której wydawano wycieczkowiczom lunch, był niezłą przygodą :) Z powodu widoków i, niestety, z powodu uświadomienia sobie przykrej prawdy - nad morzem nie było tego tak czuć, a tu, z powodu bliskości dżungli, wilgoć stała się wręcz oszałamiająca...Przejście paru metrów stawało się dużym wysiłkiem (na szczęście zawsze można było się wesprzeć : "posiedźmy jeszcze chwilę w tej altance...tak tu pięknie..." :D

Image
A pięknie naprawdę było. Nic dziwnego, że ośrodek reklamował "night jungle trekking" po swoim terenie :)

Image

Lunch był w formie bufetu - dużo i smacznie. Napoje dodatkowo płatne (cola - 4,5 MYR).
Image

Image
A w restauracji takie żyjątka :) Pierwsze zetknięcie z dżunglowymi gigantami :)

W końcu ruszyliśmy dalej. Dręczyła nas tylko jedna myśl - całe plecaki, wszystkie ubrania mieliśmy mokre, po porannej, bardzo romantycznej wyprawie łódką :D a niezbyt była szansa, żeby w tej wilgoci coś wysuszyć. Owszem, skorzystaliśmy z rad doświadczonych podróżników, którzy przestrzegali, żeby do dżungli nie zabierać żadnej bawełny, nic z tych rzeczy. Same sztuczne, szybkoschnące materiały. Tylko nikt nie pouczył nas co zrobić w sytuacji, gdy wjeżdżasz do dżungli już cały przemoczony :/ :D

Image

Wilgoć...Taaak, to słowo znakomicie opisuje sytuację...Od tej pory każdy pokój, w którym mieszkaliśmy wyglądał jak środek pajęczyny - oplątany sznurkami z wiszącymi ubraniami, które nigdy nie schły...A Marcin znalazł znakomity tytuł do relacji z wyjazdu - "Wiesz, myślę, że najlepiej oddawać klimat wycieczki będą "Mokre majtki" :D (jakkolwiek by to nie brzmiało :D

Image
Nad Kinabatangan jechało się ok. 2 godziny (ekhmmm...naprawdę nie wiem, jak chcieliśmy znaleźć tego rybaka na spacerze :/ :D Po tym czasie wysiedliśmy z klimatyzowanego auta i momentalnie zrobiliśmy się mokrzy, nie, wróć, mokrzy już byliśmy :D Samochód zatrzymał się przy malutkiej przystani, gdzie czekało parę łódek.

Image

Image
Jeszcze tylko przeprawa przez rzekę i znaleźliśmy się w Bilit Adventure Lodge, miejscu, które na kolejne dwa dni miało się stać naszym domem.
Ośrodek, cały z drewna, znajdował się na skraju dżungli. Tu po całym terenie też chodziło się po drewnianych mostkach. Oprócz rozmieszczonych na dosyć dużej przestrzeni domków, znajdowała się tu również spora jadalnia, pomost i mała przystań. A jakieś 100 metrów w głąb dżungli - niewielka wioska miejscowych (około 100 osób). Ośrodek promuje ekoturystykę. Zaledwie niewielka część pracowników to przyjezdni - głównie przewodnicy. Cała reszta - rangerzy, bez których nie wejdziesz do dżungli w nocy, mały sklepik na terenie ośrodka, pralnia...- to wszystko zajęcie dla mieszkających obok ludzi. I muszę powiedzieć, że bardzo mi się to podobało. Miejscowi nie byli zatrudnieni przez ośrodek - wszystko, co zarobili, łącznie z całkowitym utargiem sklepiku, było tylko dla nich.

Image
Dokładnie na końcu tego pomostu było wejście do naszego domku. Zajmowaliśmy w nim jeden pokój, resztę zajmowali pracownicy i pomieszczenia gospodarskie.

Image
Szybkie przywitanie, herbata, przekąski i wreszcie pierwszy rejs po Kinabatangan.

Image
Wzdłuż rzeki umiejscowione są różne ośrodki o zróżnicowanym standardzie. Godziny rejsów są stałe - rejsy poranne i popołudniowe - dlatego rzeką płynie równocześnie wiele łódek. Niektóre małe, niektóre prawie jak statki wycieczkowe. Każda łódź ma swojego, znającego się na rzeczy rangera, który wypatruje zwierząt na brzegach rzeki (są naprawdę niesamowici...Potrafią wypatrzeć małego węża na drzewie rosnącym po drugiej stronie. Podczas gdy ja ledwie widziałam drzewo :/ :D i przewodnika, który o nich opowiada. Dawniej była jeszcze trzecia pora rejsów - nocna. Jednak, po paru niemiłych przypadkach (w rolach głównych ludzie, ale krótko i krokodyle), zostały one zawieszone.

Image
Z łodzi nie wolno się wychylać, wystawiać łokci, ani żadnych, zachęcających części ciała, ze względu na krokodyle właśnie. Płynący piętrowymi statkami klienci droższych ośrodków, raczej nie musieli sobie zawracać głowy tą przestrogą. My, na naszej chybotliwej łódeczce, pół metra od tafli wody, uczyniliśmy z niej swoją mantrę :D

Image
I pierwszy nosacz widziany na wolności (samica). Nie wierzyłam, że uda nam się je zobaczyć...

Image
Nie będę się mądrzyć, bo nie wiem. Ale może makak?

Image
"Z ptaków" to w ogóle jestem cienka :D

Image

Image
Fasola - olbrzymka. Jedno ziarno wielkości ludzkiej głowy...

Image

Image
Przepiękna rzeka, pełna tajemnic i magii. Im robiło się później, tym więcej dźwięków zaczynało dobiegać ze ściany dżungli. Samo wyszukiwanie zwierząt w takim otoczeniu to niesamowita atrakcja. Czujesz się jak odkrywca i nie ma znaczenia, że na twoje wskazanie palcem jakiegoś dziwnie wyglądającego konaru (z nadzieją, że to wąż :), reagują jeszcze dwie inne łódki, które masz za plecami. To nie ma najmniejszego znaczenia, bo czujesz się, jakbyś zupełnie sam odkrywał nowe lądy...Magia...

Image

Image

Trzeba przyznać, że nasz przewodnik powiedział uczciwie, że jest bardzo mała szansa zobaczenia słoni karłowatych ( :( Robił, co mógł, ale prawdopodobnie powędrowały gdzieś w górę rzeki. Więc gdy w końcu późna pora przegnała nas w stronę ośrodka, mogliśmy się tylko pocieszać nadzieją, że może wrócą przez noc, bo kolejnego dnia czekały nas jeszcze dwa takie rejsy.

Image

Image
Po kolacji (szwedzki stół) w takiej oto przepięknie położonej jadalni, czekała nas jeszcze jedna atrakcja. Nie była wliczona w cenę wycieczki, ale warto było zapłacić 10 MYR rangerom z wioski, żeby iść z nimi na nocny spacer po dżungli. Nim wyruszyliśmy z latarkami w grupie ok. 7 osób, zostaliśmy poinformowani o bezwzględnym nakazie posłuszeństwa naszym przewodnikom. Bo tak - w dżungli nie można nigdzie siadać (momentalnie obsiądą cię mrówki), prawie co drugiej (jak się okazało) rośliny nie wolno dotykać (ale to poważnie było trochę przerażające - ta z dużym liściem cię otruje, a ta z tym małym, czerwonym, tylko poparzy:/ Człowiek czuje się jak totalny ignorant - głupie, obezwładniające uczucie - możesz sobie mieć skończonych nie wiadomo ile fakultetów i doktorat nawet, a i tak nic nie wiesz o życiu. O prawdziwym życiu :/

A ono wygląda tak :
Image

Albo tak:
Image
Niesamowite... Jako entomolog-amator (albo raczej : entomofil :D czułam się tam jak w raju.

Image

Image
A to cyweta. Dała nam nawet podejść do siebie dosyć blisko.

Image
Mówiłam, że nie jestem zbyt dobra "z ptaków"? I nie robię też zdjęć. Więc gdy cała grupa stała nad tym (chyba) zimorodkiem i zachwycała się, fotografując i podziwiając...

Image
z nudów (przepraszam, rozumiem, że są osoby, które pasjonują się ptakami. Ja jednak do nich nie należę) odsunęłam się trochę do tyłu i gdy zyskałam pełny obraz sytuacji, zobaczyłam coś, co mnie niesamowicie zaskoczyło...

Image
Wąż mangrowy podczas podejścia do kolacji. Tu już trochę został zdekoncentrowany i zaczął poruszać się w stronę światła latarek. Rangerzy byli chyba jeszcze bardziej zaskoczeni, niż ja i stąd moje podejrzenia, że, być może przed wyjściem na nocny spacer, oczyszczają ten niewielki teren dżungli z groźnych zwierząt (dla bezpieczeństwa turystów). W każdym razie wąż był dla nich ogromną niespodzianką :D Miło komuś zrobić taką przyjemność :D

Image
Groźny-nie groźny, ale zobaczcie, jakie ma ustka :D Na kolacje już jednak ochoty nie miał i ptaszek został uratowany :)

Image
Może i jakoś nie znam się szczególnie na ptakach, ale trzeba przyznać, że nocą w dżungli niesamowicie mnie rozczulały :D Śpią sobie takie kulki na gałązce, wyglądają jak kłębki waty nabite na patyk i można do nich bardzo blisko podchodzić, a one nic :) Strasznie słodkie :D

Image
Spacer po dżungli trwał godzinę, a my cieszyliśmy się jak dzieci, że pomimo zmęczenia, zdecydowaliśmy się na dzisiejsze wyjście. Tak bardzo się nam podobało, że postanowiliśmy powtórzyć to kolejnego dnia :D

C.D.N.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915


Ostatnio edytowany przez pestycyda, 17 Wrz 2017 17:36, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 72 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2, 3, 4  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group