Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 71 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#41 PostWysłany: 04 Sty 2023 10:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Na koniec Nowej Zelandii pora na małe podsumowanie różnych rzeczy, które warto zapamiętać.
Byliśmy w NZ od 6.12 do 31.12, czyli ponad 3 tygodnie.

1) Jest to jednak ogromny kawał terenu do zwiedzania i odległości oraz czasy przejazdu są spore. Jak na mapce, którą załączyłem, mamy przejechane ponad 2200 km, ale to nie uwzględnia jeszcze lokalnych przejazdów do atrakcji itp, więc spokojnie tego wyszło pewnie pod 3000 km.
2) Paliwo jest w akceptowalnej cenie, jedzenie już nie. O ile wyobrażam sobie jedzenie "na mieście" gdybym był tutaj sam z żoną, o tyle wykarmienie 5 osób (a cała piątka je normalne dorosłe porcje) niestety jest poza zasięgiem finansowym (zwłaszcza, jeśli dotyczy to kilkunastu dni).
3) Wyspa Północna wydaje się być tańsza, o ile paliwo to drobna różnica, o tyle w sklepie (Countdown) jest 10-15% drożej na Południu.
4) Da się wyżywić za akceptowalne pieniądze jedzeniem z marketów - mięso, makarony, sosy, przetwory mają dobre ceny, warzywa już nie.
5) Noclegi dla 5 osób ogarnialiśmy średnio po 300zł/dzień. Zwykle drożej, ale niewiele. Oczywiście kluczem do powodzenia finansowego 25 dni w NZ było znalezienie noclegu na 8 dni za darmo w zamian za opiekę nad domem i zwierzakami (pet sitting). To nam bardzo zluzowało budżet, bo było spanie i auto gratis.
6) Po drogach jeździ się dobrze, może z wyjątkiem trasy na północy między Auckland a Tauranga - tam jeżdżą ostro i szybko i jest masa aut. Ja do jazdy po złej stronie drogi zaadaptowałem się szybko, pomógł asystent pasa ruchu w aucie który piszczał i mnie korygował przez pierwsze dni.

7) Jest to piękny kraj. Serio. Tak jak Nieśmigielska napisała, to takie nagromadzenie różnych pięknych krajów i miejsc w jednym miejscu - nie jest to wow dla kogoś kto już widział fiordy, gejzery, wulkany, klify i lodowce, ale jednak tu jest to wszystko jedno na drugim i zaraz obok siebie. To robi różnicę.
8) Ludzie są tu przemili. Generalnie 'no worries" na większość tematów, pomogą, ogarną różne tematy, zagadają, są otwarci. Przynajmniej ci wszyscy, których my spotkaliśmy.
9) Covidem (grudzień 2022) nikt tu się nie przejmuje. Nikt nie pytał o szczepienia, maseczki nosiliśmy raz, jak pojechałem z córką na pogotowie (złamany palec). Bywają ludzie spacerujący po plaży w maseczce ale to mniejszość.

Chętnie tutaj jeszcze wrócimy, ale już bez dzieci - będzie większa swoboda finansowa i organizacyjna :)

Tyle o Nowej Zelandii.
Dalsza podróż to już zupełnie inna bajka, ale spoilerując powiem że nic tak nie cieszy człowieka jak patrzenie na ceny jedzenia w Tajlandii po wcześniejszym pobycie w drogim Chile i bardzo drogiej Nowej Zelandii :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#42 PostWysłany: 06 Sty 2023 18:54 

Rejestracja: 22 Sie 2012
Posty: 663
Loty: 78
Kilometry: 201 975
niebieski
@zawiert gdzie teraz jesteście? Co macie w planach z Taj?
_________________
moje relacje:
http://www.fly4free.pl/forum/sztuka-ame ... ,212,81860
minirelacja-z-maxiwyspy-ilha-grande,212,96928&start=0
Góra
 Relacje PM off
katka256 lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#43 PostWysłany: 07 Sty 2023 15:25 

Rejestracja: 05 Mar 2017
Posty: 1264
złoty
rmk napisał(a):
Przeczytałem całość, razem z dzieciakami. Starszy, siedmiolatek, jedyne o co spytał na koniec to kiedy będzie mógł przejść na edukację domową i kiedy wyruszamy w drogę? I co ja mam mu teraz powiedzieć? Podziwiamy i czekamy na dalszy ciąg.

w sumie w każdej chwili może przejść na ED
_________________
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#44 PostWysłany: 07 Sty 2023 17:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
@ara - jesteśmy w Tajlandii, potem Indonezja, Singapur, Wietnam i do domu.
Kolejne odcinki wkrótce, muszę nadrobić najpierw zaległości na naszym blogu. :)
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
katka256 lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#45 PostWysłany: 08 Sty 2023 21:09 

Rejestracja: 09 Sty 2012
Posty: 132
niebieski
EEtam do domu. Co będziecie robić w tym domu. Zostać w drodze i pisać. Więcej pisać :)
_________________
Nie odkładaj marzeń. Odkładaj na marzenia.
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#46 PostWysłany: 08 Sty 2023 21:51 

Rejestracja: 26 Lut 2015
Posty: 4
rmk napisał(a):
Przeczytałem całość, razem z dzieciakami. Starszy, siedmiolatek, jedyne o co spytał na koniec to kiedy będzie mógł przejść na edukację domową i kiedy wyruszamy w drogę? I co ja mam mu teraz powiedzieć? Podziwiamy i czekamy na dalszy ciąg.


No ja moich chłopaków biorę na rok w podróż, młodszy przedszkole więc luz, a starszy 11 lat, będzie na edukacji domowej. Teraz normalnie chodzi do szkoły, ale już się ze szkołą dogadałem, nie ma żadnego problemu.
Zrób plan i ruszaj:)
Góra
 Relacje PM off
TIT lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#47 PostWysłany: 09 Sty 2023 14:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Podróżując po Nowej Zelandii co rusz wzdychaliśmy "o rety, jak tu pięknie".
Po przylocie do Bangkoku co rusz wzdychamy "o rety, jak tu tanio". :)

Na Tajlandię nie mieliśmy w sumie żadnego planu. Po prostu gdzieś na w połowie listopada kupiłem bilety 'na wydostanie się' z Nowej Zelandii i wyszło, że lecimy do Bangkoku. W sumie czemu nie? Tajlandię co prawda już zwiedzaliśmy 2 razy (raz z dziećmi, relacja na forum), ale dobrego tajskiego jedzenia nigdy za dość. Poza tym ani w Chile ani w Nowej Zelandii dzieciaki za dużo z morza nie pokorzystały, więc miały obiecany plażowanie w Tajlandii, z którego ostatecznie nic jednak nie wyszło.

Jak już zabraliśmy się za rezerwowanie czegoś na tajskich wyspach (Koh Lanta i okolice miały być naszym celem), okazało się, że ceny za nocleg dla nas są zasadniczo wyższe od tych, które widzieliśmy w Nowej Zelandii. No coż, rynek zrobił swoje, Tajlandia się otworzyła, masa turystów rzuciła się w tropiki (wystarczy sprawdzić jak mocno zdrożały bilety lotnicze do Tajlandii, które kiedyś spokojnie można było kupić z Polski za 2000 a teraz to i 4000 nie starczą), więc zrobiło się drogo. Trudno, niech się bujają, na Bali będzie 5x taniej.

Więc kupujemy loty na 3.01 z Bangkoku do Chiang Mai i tam przesiedzimy kolejne dni, tym razem nie będzie plażingu w Tajlandii.

Bangkok jak Bangkok, wielkie, głośne, gorące miasto, ale można się odnaleźć w swoich klimatach jak się chce. Mamy miejscówkę w dobrej lokalizacji, więc z lotniska o 3 nad ranem płacimy za duże taxi-van jedynie 500THB, pewnie nas zdarli, ale po 15h od wylotu z Auckland nie chce mi się kombinować. Immigration w Nowy Rok na lotnisku BKK wzorcowo - od wyjścia z samolotu do wejścia do taxi chyba nam 30 minut zeszło (jak porównam to do piekła na Phuket 7 lat temu gdzie staliśmy w młynie na immigration 2h to jestem super zadowolony). Mamy jakiś lokal do spania z Airbnb, okazuje się że to kilka pokoi i wspólne łazienki, ale źle nie jest, poza tym że toaleta śmierdzi strasznie (jak połowa toalet w Tajlandii). Ale jest cicho i blisko do centrum.

W niedzielny, noworoczny poranek, ruszamy w miasto i o dziwo nie jest to takie proste. Chcemy pojechać na all-you-can-eat na skraju parku Lumpini (50 THB od osoby i jesz ile dasz radę!!!), ale za te głupie 4km tuktuk woła 400 THB, taksówkarz 300 THB a GRAB nie chce przyjechać. Ostatecznie bierzemy kolejkę BTS za 150 THB i maszerujemy 2km pieszo, nie dam się im skubać tak łatwo.
Jedzenie jest pyszne, warunki bardzo polowe (stosowne do ceny). Potem siedzimy w parku, bo wszystko pozamykane, więc chillujemy się i oglądamy iguany. Na 17 idziemy do pobliskiego kościoła na mszę po angielsku i wracamy do kwatery na nocleg.

W poniedziałek robimy sobie dzień zwiedzania - jedziemy BTSem na przystań rzeczną i potem za 30THB turystyczną łódką jedziemy pod Grand Palace. Przed Grand Palace śniadanie za grosze - mango sticky rice, durian sticky rice (50 THB), padtaje o które proszą dzieciaki (50 THB). Dobrze i tanio.
Grand Palace wypada na tym tle bardzo drogo - 500 THB od osoby (Tajowie za darmo), nasza najmłodsza wchodzi za darmo (więc mamy 4 bilety opłacone) - jak na standardy z Włoch, Francji, czy USA cena za wejście do pałacu jest groszowa, ale na tajskie standardy wypada to drogo. Trudno, raz w życiu można. Tłum jest ogromny, w rejonie Szmaragdowego Buddy rzeka ludzi, ale tragedii nie ma - jak ktoś chce coś zobaczyć, to zobaczy. Zwiedzamy teren może 2h i wychodzimy na zewnątrz, skąd shuttle bus zabiera nas na pokaz tańca do pobliskiego teatru (jest to w cenie biletu do Grand Palace i koniecznie trzeba z tego dodatku skorzystać). Występ jest ładny i ciekawy, muzyka i taniec na żywo, a przede wszystkim wygodne fotele i klimatyzacja :)
Po występach wracamy pod Grand Palace (nie da się ponownie wejść do środka), i idziemy na jedzonko (losowy lokal nad rzeką, jest tanio i pysznie), a potem do Muzeum Narodowego, gdzie dzięki cynkowi od @nick z okazji Nowego Roku jest darmowy wstęp i można pooglądać jakieś różne złote cuda i cudeńka. Potem rejs pomarańczową łódeczką za grosze i powrót do domu. I cyk - jakoś ten cały dzień w Bangkoku przetrwaliśmy.

We wtorek wieczorem mamy lecieć do Chiang Mai, ale dopiero o 20, więc szukamy pomysłu na pół dnia. Gdy pomysł się pojawia, okazuje się, że nie starczy nam na niego czasu - trudno, Ancient World poczeka na inny wyjazd, a jako plan B robimy Erewan Muzeum - to dopiero odjechane miejsce na uboczu od wszystkiego. Gdy wracamy pod nasz nocleg (po bagaże), zaliczamy jeszcze Planetarium i bardzo ciekawy pokaz po tajsku (płatne 30 THB od osoby i godzina w wygodnym klimatyzowanym fotelu w cenie) i zbieramy się na lotnisko. Nie chcemy dać się zedrzeć mafii transportowej, więc tłuczemy się tak: BTS do stacji Mo Chit (40 THB/os) i dalej autobus A2 na lotnisko (30 THB/os). Dlaczego nie taxi? Bo jest nas 5 i do tego mamy duże bagaże, a tutaj każdy bagaż to wielki problem i dopłata bo przecież auto więcej pali z bagażem itp itd. Cóż, ten dojazd nie był najbardziej wygodny, ale jakoś daliśmy radę i dużo przed czasem zameldowaliśmy się na lotnisku. Lecimy Thai Lion Air, obsługa jest bardzo sprawna i mamy na każdą osobę 10kg bagażu rejestrowanego w cenie. W końcu ok 22 meldujemy się w naszym hotelu w Chiang Mai - Bangkok jeszcze zaliczymy przelotnie w drodze na Bali, ale na kolejne zwiedzanie i przygody jedzeniowe przyjdzie czas w przyszłości.


Tu mieszkamy. No w cieniu tego budynku, tak konkretnie:
Image

Jedno z setki zdjęć z Grand Palace:
Image

Zespół tańca i pieśni:
Image

National Museum:
Image

Z pomarańczowej łódki:
Image

Erawan:
Image
Image
Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#48 PostWysłany: 09 Sty 2023 16:59 

Rejestracja: 22 Sie 2012
Posty: 663
Loty: 78
Kilometry: 201 975
niebieski
Eee no nie jest tak źle na Lancie. Od miesiąca siedzimy i chyba przedłużymy pobyt 😎
_________________
moje relacje:
http://www.fly4free.pl/forum/sztuka-ame ... ,212,81860
minirelacja-z-maxiwyspy-ilha-grande,212,96928&start=0
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#49 PostWysłany: 18 Sty 2023 08:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Mam teraz trochę czasu na lotnisku, więc pora nadrobić relację.

Jeszcze przed wyjazdem kilkoro znajomych bardzo nas namawiało, aby pojechać na północ Tajlandii i był to, jak się okazało, bardzo dobry pomysł. Pogoda sprzyjała - zero chmur, codziennie poniżej 30* w dzień, w nocy chłodno tak, że klimatyzacji nie trzeba używać, komarów nie tak dużo - warunki idealne. Co prawda baseny w miejscach noclegowych miały temperaturę raczej dla tych zdeterminowanych do pływania, ale dzieciakom to jakoś nie przeszkadzało.

Pierwsze dni w Chiang Mai mieliśmy zarezerwowane w ramach Old Town (Your Space Hotel), zaraz obok jednej ze świątyń. Hotel tani i dobry - 100 zł za pokój za noc, w cenie śniadanie (do oporu i duży wybór), codziennie zmiana pościeli i ręczników - good value.
Planów na Chiang Mai nie mieliśmy za bardzo żadnych, po gonitwie w Chile i NZ, Tajlandia miała być czasem odpoczywania i jedzenia, i ten plan zaczęliśmy konsekwentnie realizować w Chiang Mai.

Z atrakcji były dwa wyjazdy do szpitala (Bangkok Hospital in Chiang Mai), naprawa zęba córki i infekcja laryngologiczna moja - wrażenie bardzo dobre (głównie chyba dzięki temu, że wszystko elegancko organizował ubezpieczyciel mojej KK PKO Mastercard). Szpital jak z tych dobrych seriali, nawet w lobby jest fortepian i umilają gościom wizytę. Co prawda 'kroją' ekstra na turystach, no bo po licho mierzyć ciśnienie krwi przed wizytą dentystyczną (i pyk 300 THB do rachuneczku), a leki (anybiotyk) mają dość drogie (4000 THB za 15 tabletek), ale skoro wszystko poszło bezkosztowo to 'why worry'.

Z poważniejszych atrakcji to jednego dnia wybraliśmy się 'na słonie', no bo przecież w każdym możliwym miejscu reklamują ten rodzaj wycieczki (a i bez reklamy bardzo nam na tym zależało). Długo szukaliśmy, żeby było to przyzwoite i akceptowalne i dla nas i dla zwierząt. Siedem lat temu byliśmy w schronisku dla słoni w Kanchanaburi więc wiedzieliśmy mniej więcej co i jak, dlatego tutaj od razu rzucało się w oczy "elephant riding" na wizytówce od taksówkarza, ale też "we don't ride elephants" na różnych ulotkach w naszym hotelu. Ostatecznie Marta po 2h godzinach śledztwa wytypowała miejsce, bilety kupiliśmy przez Klook'a i następnego dnia rano przyjechał po nas pickup. Było kilka opcji, half-day słonie a potem wodospady i full-day trip, wybraliśmy full-day i był to świetny wybór, bo przez większość czasów w tej małej wiosce, do której trafiliśmy było ok 10 słoni z opiekunami, nasza piątka i dwójka Chińczyków. Koniec. Zero tłumów, zero ganiania, czas na wszystko. Rewelacja.
Słonie były tutaj zwierzętami 'domowymi' (jak u nas konie), więc w przeciwieństwie do schroniska dla pokrzywdzonych zwierząt z Kanchanaburi, tym razem mogliśmy po prostu przebywać w ich towarzystwie ile chcemy, głaskać, przytulać, myć, karmić, bawić się z nimi - super doświadczenie, zwłaszcza, że przez cały czas byliśmy pewni, że słoniom tutaj krzywda się nie dzieje (niestety są jeszcze wioski, głownie Karenów, gdzie słonie są w klatkach, na łańcuchach, i jeszcze służą do jeżdżenia i innych głupich rozrywek).

Poza słoniami miały być pandy, bo nasza najmłodsza córka kocha te zwierzęta. Innego więc dnia wybraliśmy się do chiangmajskiego Zoo. Tajowie sprytnie sobie to pomyśleli, do zoo jest jeden bilet (zoo całkiem ok, i bilet sporo tańszy od wrocławskiego), ale pandy i akwarium są ekstra płatne (symbolicznie, ale ekstra). No więc zapłaciliśmy i poszliśmy oglądać pandę, która nie robi nic innego tylko śpi. Skubana czasem przewracała się z boku na bok, ale nic więcej. Cóż było robić, poszliśmy dalej oglądać zoo i na koniec wróciliśmy do pandy - tym razem było karmienie i panda wystąpiła w całej okazałości. Ja wiem, że różnie o tym można myślec, oglądanie zwierząt na wybiegu w zoo a nie w naturze, ale ta panda w Chiang Mai to prawie jak ich dobro narodowe. No i na świecie jest całkiem niewiele ogrodów, gdzie te zwierzaki można spotkać. Dzieci były zadowolone, zwłaszcza najmłodsza.

A przy okazji - jak z transportem w Chiang Mai? Najtaniej niby wychodzi 'red truck' albo 'czerwona ławka' (nazwy tajskiej nigdy nie zapamiętam), ale jak już trzeba przewieźć 5 osób, to 5x30 robi się drogo. Tuktuków za dużo nie ma, głównie w centrum, jechaliśmy raz do hotelu z marketu za cenę podaną przez nas, więc nie wiem czy zdzierają. Grab nas wychodził dużo taniej, i tutaj nikomu nie przeszkadza, że do małego auta wsiada na tylną kanapę mama i trzy córki - przepisy tego nie zabraniają więc luz. Kurs po mieście zwykle 100THB. Jest też opcja w Grab łapania czerwonej ławki przez aplikację, jest taniej niż płatne od osoby (ale uwaga, cash only), jednak nie zawsze oni chcą przyjechać, a nawet jak przyjadą to marudzą.

W niedzielę pojechaliśmy do świątyni Doi Suthep. Tutaj było właśnie marudzenie z transportem - po mszy w chgiangmajskiej katedrze wezwaliśmy czerwoną ławkę, którą aplikacja wyceniła na 280THB za kurs w góry do świątyni. Gość do mnie wydzwaniał przy telefon cały czas, ale ja nie odebrałem więc na miejscu po przyjeździe się okazało, że jemu się nie kalkuluje jechać w góry one-way i może za 700THB mi zrobić w dwie strony kurs. Stwierdziliśmy, że nas to nie interesuje, pojechaliśmy grabem do centrum i spróbowaliśmy jeszcze raz - ta sama akcja, tym razem cena 600THB i czeka na nas 2h na górze. Trudno, chyba inaczej się nie dało. Gdyby nas było mniej, to z bramy północnej można łapać transport za 80THB od osoby, ale z naszą piątką to i tak by się nie kalkulowało. Widzieliśmy sporo ludzi idących na nogach, ale to dwie godziny marszu przy ruchliwej drodze (przynajmniej cześciowo), więc ten spacer to chyba atrakcja słaba.

Poza tym zwiedzaliśmy bazary i jadłodajnie. Polecić możemy Friday morning market przy meczecie, za to Saturday Night market to porażka (tłok i ciasno), a największy Sunday Night market to już ogrom nie do ogarnięcia.

Jedzenie wszędzie dobre albo pyszne. Codziennie som tam (papaya salad), i różne mięska. Cena za miskę czegokolwiek zwykle 50 THB. Sporo filmików Marka Wiensa nam pomogło, jedliśmy też w sumie to co Antony Bourdain w odcinku z Chiang Mai, ale nie udało nam się trafić na Cowboy Lady.

Woskowe figury w Wat Phra Sigh:

Image
Image

I słonie:
Image
Image
Image
Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/


Ostatnio edytowany przez zawiert, 18 Sty 2023 13:29, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#50 PostWysłany: 18 Sty 2023 08:48 

Rejestracja: 05 Paź 2022
Posty: 167
zawiert napisał(a):
Wychodząc z terminala kupuję kartę sim z lokalnym internetem - do wyboru Vodafone i Spark, ale tylko ten drugi pozwala na stawianie hotspotów.


Myślałem, że hotspot to funkcja telefonu i karcie sim nic do tego? (tak jest w androidzie)
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#51 PostWysłany: 18 Sty 2023 09:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Lut 2014
Posty: 2539
Loty: 322
Kilometry: 622 643
złoty
@zawiert Czy przewiozłeś bezproblemowo drona przez wszystkie granice?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#52 PostWysłany: 18 Sty 2023 10:19 
Moderator forum

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1505
@zawiert dasz jakiś namiar na tę wioskę ze słoniami/wycieczkę?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#53 PostWysłany: 18 Sty 2023 15:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
-- 18 Sty 2023 15:09 --

@piotrkr - tak hotspot to funkcja telefonu ale provider serio ma techniczne możliwości wykrycia czy robisz hotspota czy nie. Mi się tak raz przytrafiło w USA parę lat temu, mieliśmy jakiegoś lokalnego sim'a i jak robiłem hotspota na telefonie to po paru minutach przychodziły smsy z pogróżkami od operatora, że nie wolno bo taryfa zabrania i mam przestać albo wyłączą.

W EU "customer friendly" nikt tego nawet nie spróbuje zrobić, ale inne dalekie kraje to już inna bajka, a NZ akurat cywilizacyjnie/technologicznie jest gdzieś 10 lat za Polską, więc takie cuda nie dziwią.

-- 18 Sty 2023 15:16 --

@elwirka - tak, dron cały czas w pudle w podręcznym (mavic mini fly more combo).
I tak: WRO, AMS, PTY, SCL, CJC, PNT, IAH, DFW, DMK, CEI (czyli poza EU - Chile, USA, Tajlandia) - nawet nie wyjmowałem z plecaka
Za to w NZ: AKL, DUD - plecak do kontroli po skanowaniu i jedyne co chcieli oglądać to battery pack czy akumulatorki są bezpiecznie zamocowane. Zdaje się w NZ mają na tym punkcie fisia, bo babce obok z torebki wygrzebali dwa paluszki AA luzem latające i zabrali bo to niebezpieczne i grozi zwarciem.

W Tajlandii nawet drona nie ruszyłem, teraz na Bali postaram się trochę polatać, żeby było jakieś usprawiedliwienie do targania tegoż. Zostanie jeszcze zagadka z VN, bo zdaje się będę na lotnisku w Da Nang gdzie niby się czepiają. Pożyjemy zobaczymy :)

@Gadekk - klook do rezerwacji, a miejscówka nazywa się https://kerchorelephant.com/. Mieli najlepsze oceny, a jedyne negatywne komentarze to typu "przyjechali po nas niebezpiecznym samochodem bez pasów" ;)
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#54 PostWysłany: 19 Sty 2023 15:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Drugi etap pobytu w Chiang Mai to też ciekawostka sama w sobie. Trafiliśmy do 'resortu' poza miastem, na wsi, na półzamkniętym osiedlu. Resort prowadzi Marcel, Niemiec 60+ od 35 lat mieszkający w Tajlandii. Na osiedlu jest sporo niemieckich mieszkańców, obok jest niemiecka szkoła podstawowa. Na terenie hoteliku knajpa z noodlami do której nikt poza nami nie przychodzi i szklarnia oświetlona 24/7 z wiadomo-czym. I zimny ogromny basen. Pokoi tam ma łącznie 5 - dwa zajmujemy my, w jednym jest małżeństwo z Drezna na 25. rocznicy ślubu, w jednym emerytka z Niemiec i w ostatnim jakaś parka z USA ciesząca się wieczorami z lokalnych upraw.

Ciekawie jest rozmawiać z Marcelem, jest szczery i mówi jak jest. Opowiada jak pewien wiodący portal hotelarski na literę B wymusza obniżki cen. O tym jak covid docisnął mocno branżę w mniej turystycznych okolicach (Marcel poza tym że ma hotelik to był przewodnikiem dla niemieckich wycieczek po całej Azji S-E), o tym jak tuż przed cuvidem zmarła mu żona więc już cały świat mu się walił, a w czasie covidu aby przetrwać musiał spieniężyć swoją przyszłą niemiecką emeryturę. Ale życie toczy się dalej, więc Marcel teraz ma też farmę, hoduje warzywa i kwiaty, z nową tajską 'dziewczyną' próbuje sił w różnych dziedzinach. Ciekawa osoba i ciekawe spotkanie.

Marcel zrobił nam jednego dnia wycieczkę rowerową po okolicy: zabrał do lokalnego wiejskiego ośrodka zdrowia, do lokalnej szkoły podstawowej gdzie zaprosili nas do klasy (możecie sobie wyobrazić jak egzotycznym widokiem były trzy moje blond-dziewczyny w tajskiej podstawówce), pokazał z daleka niemiecką szkołę (bo tam nas nie wpuścili). Poopowiadał też o hodowli ryżu, o tym czym tutaj w Chiang Mai zajmują się na wsi, o zwyczajach i wierzeniach (bo oczywiście i na wsi jest cała masa buddyjskich świątyń).
U Marcela i jego dziewczyny byliśmy też na cooking class i było to też miłe, relaksujące spędzenie czasu. Może smak tych rzeczy nie był tak fajny jak jedzenia z bazaru, ale trochę nam pokazali na temat gotowania po tajsku, a że my w domu umiemy i lubimy gotować, na pewno będzie to cenne doświadczenie.
Miło tak było nie robić nic przez parę dni, siedzieć, odpoczywać, pojeździć na rowerze. Dla mnie najfajniejszym wspomnieniem tego czasu jest spacer po wsi wokół farmy Marcela - akurat był koniec dnia i na zachód słońca trafiły nam się widoczki z ludźmi obsadzającymi pola ryżowe.
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#55 PostWysłany: 20 Sty 2023 05:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
(miały być fotki z Chiang Mai, ale jest jakiś problem z aplikacją tapatalk i nie mam jak wgrać, więc ciąg dalszy bez obrazków)

W końcu od Marcela i Golden Teak House pojechaliśmy na terminal autobusowy gdzie za 200THB od osoby mieliśmy bilety do Chiang Rai, na trzeci etap naszej północnorajskiej przygody.

W Chiang Mai było spokojnie, a tutaj to już spokojnie do kwadratu. Udało nam się jeszcze załapać na festiwal kwiatowy, który co prawda miał się skończyć 29.12, ale jakoś im się przedłużyło do 15.01. Było dużo jedzenia, stoisk wszelakich, jedliśmy robactwo (dzieciaki miały challenge za kasę - po 50THB za robala, 200THB za hat-trick), był tani masaż (80THB/30m, taniej nigdzie nie widzieliśmy).

W Chiang Rai jest dużo do roboty, ale często trzeba pojechać na te atrakcje.
Są wioski lokalnych plemion, w tym Karenowie i 'long neck' (nope), są wycieczki na granicę z Myanmar, są na Golden Triangle (trójstyk granic), dużo rzeczy związanych z opium itp, ale to nie nasze klimaty.
Zabraliśmy więc dzieci do White Temple (wow) i Blue Temple (też w sumie wow). I do Singha Park (cóż, mieliśmy dużo wolnego czasu, śmieszna atrakcja ale jak się okazało jazda meleksem jest najepszym wspomnieniem dzieciaków). Wszystko blisko miasta, więc transport rzędu 100-150THB za kurs spod domu Grabem, albo kierowca na kilka godzin za 300THB po okolicy. Miłe miejsce, niestety ostatniego dnia (poniedziałek) pokończyli jarmarki i było po jedzeniu i smakołykach.

A teraz siedzimy na lotnisku DMK (Bangkok), czekamy na lot do Bali. Lotnisko drogie strasznie, miska jedzenia 250THB albo lepiej, więc już tęsknimy za tanimi bazarami. Ale mamy nadzieję, że Bali też nas przyjemnie zaskoczy. (i już wiemy, że jednak nie).

Nasz ulubiony bazar:

Image

Image

Oraz pola ryżowe na wsi pod Chiang Mai:
Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#56 PostWysłany: 24 Sty 2023 08:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
W sumie nie pisałem tego wcześniej, ale chyba wypada mi przeprosić za to, jak nieregularna i chaotyczna jest ta rozległa relacja. Do tej pory pisałem po fakcie, często najpierw w wordzie a potem w odcinkach regularnie szło na forum, a tutaj to jak czas, droga, siły i nastrój pozwalają. Trudno, tak już zostanie do samego powrotu do Polski, w końcu nie będzie to żaden konkursowy reportaż, a raczej luźne notatki.

Również nie pisałem tego wcześniej, ale jeśli chodzi o zdjęcia to głównie robota mojej żony, zarówno ze strony trzymania aparatu, którego targamy przez te wszystkie kraje (Sony A7mk2), jak i późniejszej pracy w Lightroom (jeśli chodzi o zdjęcia z NZ to ta zieleń rzeczywiście taka jest a nie jakieś insta/iphone filtry na to nakładane ;))

Ale wracając do spraw podróżniczych...

Lot z DMK do DPS (czyli z Bangkoku na Bali) był koszmarny, serio. Jakoś nie przyszło nam do głowy, aby w AirAsia (wyszło najtaniej tymi liniami, ale wcale tanio to nie było) wykupić z wyprzedzeniem posiłki i nagle odkryliśmy zdziwieni, że w Bangkoku na lotnisku Don Mueang jest jedna wielka lipa. Zależało nam, aby z naszymi bagażami za bardzo nie męczyć się na lotniskach (mamy 4 większe plecaki i 2 małe, ale młodsze córki nie bardzo mogą długofalowo targać te większe bagaże), więc idealnie by było nadać bagaż w Chiang Rai, a odebrać go już na Bali. Odpadły więc wszystkie opcje kombinowane na 2 linie lotnicze, i zostaliśmy przy AirAsia i ich usłudze Fly Trough - na niektórych trasach z przesiadką w Bangkoku można mieć wszystko na 'jednym bilecie' jak w normalnych liniach - jak będzie opóźnienie, to oni pomogą, jak będzie bagaż, to oni przeniosą, no i nie trzeba dwa razy przechodzić przez security. W teorii spoko, ale jak się okazało, że bagaż kosztuje nas 2.000THB (250 PLN) od sztuki za 20kg, to stwierdziliśmy, że nie stać nas na luksusy i nadajemy jeden bagaż, a reszta 'na siebie'. (wypada powiedzieć, że w Tajlandii prognozowany budżet podróży już się wyczerpał i teraz lecimy już na minusie ;)). No więc bagaż 20kg dokładnie ważony nadaliśmy, na siebie długie spodnie, bluzy, swetry itd i jakoś pozostałe rzeczy elegancko mieściły się w limicie 7kg AirAsia (choć ostatecznie nikt tego nie ważył i nie mierzył). Dalej też było śmiesznie - w Ciang Rai na lotnisku zostaliśmy skierowani na piętro na 'international', gdzie po security opieczętowano nasze paszporty i formalnie opuściliśmy Tajlandię. Potem przesiadka w DMK jest dość podchwytliwa - bo można iść z tłumem i wyjść z lotniska nielegalnie (no bo już nie ma nas legalnie w Tajlandii). Jest co prawda obsługa na lotnisku, która wyłapuje pasażerów z naklejką C.I.Q. i pokazuje gdzie iść, ale jak ktoś się zagapi to o problemy niełatwo. Gdy jednak pójdziemy "jak trzeba", to trafiamy od razu na terminal międzynarodowy gdzie jest lipa straszna z jedzeniem i z zakupami, bo ceny robią się mocno lotniskowe (jak lecimy domestic, to przyjemnie można się obkupić w 7-Eleven, ale na international nie ma na to opcji). Z desperacji dzieci jedzą w Macu, a my jakieś pieczone kurczę za 300 THB. A na koniec tej lipy jest lipny lot, ciasno bardziej niż w Ryanair i siedzi się tak 4,5h do Denpasar, w najlepszej porze dnia - od 19:30 do 23:50. Cóż, zatęskniliśmy za amerykańskimi liniami lotniczymi podczas tego przelotu.

Po przylocie na Bali sprawa poszła zaskakująco sprawnie (mimo, że w tym samym czasie lądował duży Qatar Airways) - najpierw musieliśmy zapłacić za wizy (można w 10 walutach, albo po prostu kartą), potem z kwitkiem zapłaty odprawa paszportów i naklejka wizowa do paszportu a na koniec deklaracja celna (którą trzeba zrobić online i pokazać tylko kod QR). O Covida nikt nawet nie pytał, ani w Chiang Rai, ani w Bangkoku, ani po przylocie.

Na miejscu czekał na nas Made, nasz kierowca, aby zabrać nas do Ubud. W Ubud przywitał nas rzęsisty deszcz i stara właścicielka willi, która uprzejmie czekała do 3 nad ranem aby wpuścić nas na pokoje.
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#57 PostWysłany: 24 Sty 2023 16:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
To jeszcze trochę zaległych zdjęć z Chiang Rai.

White temple:
Image
Image
Image
Image
Image

Kibelek:

Image

White jest odjechana w środku ale był zakaz zdjęć - są malunki z zachodniej popkultury jako źródło zła (spiderman, Elvis, teminator, goku, prom kosmiczny, szczerbatek j wiele innych).

Blue:
Image
Image
Image

Chiang Rai - muzeum plemion górskich (hilltribe), festyn kwiatów i pokazy dzieci w strojach ludowych oraz fajne malowidła na dworcu autobusowym:
Image
Image
Image
Image
Image
ImageImage

A na deser Singha park, sami zgadnijcie od czego nazwa:
Image
Image
Image
Image

Dzieci miały radość z meleksa, ja za to mogłem pierwszy raz w życiu wsiąść do prawdziwego Zetora :)
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#58 PostWysłany: 28 Sty 2023 13:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
No więc jest i Bali, choć w sumie nie chce mi się pisać tego odcinka relacji. Dzieje się bowiem sporo, i do tego nie zawsze po naszej myśli. Wczoraj już prawie na koniec dnia odkryłem, że część naszego lotu powrotnego do domu SGN-DOH-FRA-KTW została skasowana (odcinek FRA-KTW), a taki piękny był to lot - wylot rano z HCMC, i tego samego dnia wieczorem w KTW (nie żeby to KTW było nam po drodze, ale wychodziło o dziwo najtaniej z całej Polski). A tu lipa, dzwonię na infolinię Qatara, szukają opcji, coś te KTW nie chcą wejść bo lufthansa zmieniła numery lotów, 30 minut i nie daje się wystawić biletu. No to pytam Pani, czy może zamiast KTW może być Wrocław, a ona na to, że w sumie to nie problem, ale dzień wcześniej bo nie ma miejsc. Bierzemy, trasa SGN-DOH-WAW-WRO, nocka w DOH i ostatni odcinek LOTem, ale za to do domu. Bilety na mailu. A po 10 minutach telefon od Pani Z., że jednak nie możemy lecieć do WRO, że WAW może być, ale WRO już nie (pewnie ktoś sprawdził co też pani Z. mi za bilety wystawiła i się czepił). Trudno, będzie WAW i będziemy łapać pociąg do Wrocławia. Byłoby idealnie, a tak będzie względnie dobrze.

Ale miało być o Bali.
Dzisiaj zajechaliśmy do trzeciej miejscówki, 11 dni już tu jesteśmy, o mały włos nie zabił mnie spadający kokos (spadł 2 kroki przede mną, palma była ogromna a kokos z gatunku ciężkich, więc mogło się skończyć tragicznie). Na spacerze właśnie z żoną, że tutaj jest jak w Indiach. No ale po kolei. (Uwaga: Bali jest już którymś z kolei krajem, który odwiedzamy, ale jesteśmy bardzo, ale to bardzo rozczarowani, więc będzie raczej negatywnie i narzekająco. Wiem, że ludzie tutaj mieszkają i jest im ok, podziwiam, ale pozwolę sobie jednak mieć swoją własną opinię)

Przylatujemy o 1 w nocy, szybko idzie na lotnisku, o dziwo, po 30 minutach jesteśmy przed terminalem i szukamy kierowcy. Miał być z kartką z imieniem, ale wśród 100 kartek mojej nie widzę. Jest upalnie i pada. Totalna odmiana po Chiang Rai.
Kierowca się znajduje, pakuje nas do najmodniejszego tutaj modelu Toyoty, oczywiście plecaki do bagażnika, a na tylne siedzenie Marta i dziewczyny w trybie kompresji. No i tłuczemy się w deszczu do Ubud. Made opowiada o różnych rzeczach, nawet dobrze zna angielski. Będzie nas obwoził po wyspie, ale to później. Na razie trzeba tylko znaleźć nasz nocleg.
Zajeżdżamy pod Manuaba Inn o 3 nad ranem. Na terenie 'kompleksu' jest kilka domków, dwa pierwsze zajmują Rosjanie, którzy o tej 3 nad ranem tutaj pracują. Myślimy sobie, że może lepiej, że siedzą tutaj niż mieliby strzelać do kogoś na Ukrainie... W końcu pojawia się starsza pani, właścicielka, prowadzi nas do pokoi. Jesteśmy wykończeni po fatalnym locie AirAsia, więc kwaterujemy dziewczyny w pierwszym (duży pokój 2+1), a my bierzemy ten drugi. Ten drugi okazuje się małą klitką 2+1, ale jest nam wszystko jedno (swoją drogą, pokoje dostaliśmy takie jak zabookowaliśmy na booking.com). Byle do rana.

Rano pierwszy widok (poza wielką psią kupą przed naszym domkiem) to śliczny ogród, palmy, wielki basen zaraz przed domkiem naszych dziewczyn. Dostajemy śniadanie - do wyboru omlet albo naleśnik (niestety to menu zostanie z nami przez wszystkie noclegi). Ogólnie jest dobrze, nawet jesteśmy zachwyceni i pierwsze wrażenie jest fenomenalne - ciepła woda, piękny basen tylko dla nas (nikt inny nie używa), cisza, zieleń. Co prawda z Martą zawyżamy średnią wieku, bo reszta gości to młodzi, piękni i niekoniecznie bogaci turyści z Niemiec i Rosji, ale co tam. Witamy na Bali.

Idę na rekonesans na miasto, muszę odwiedzić bankomat, operatora GSM Telkomsel po odbiór karty sim (zarejestrowałem się online ale na lotnisku powiedzieli, że nie da się odebrać i mam próbować w Ubud), no i sklep jakiś, kupić wodę, mydło i takie tam.
Z bankomatem idzie początkowo słabo, bo albo na bankomacie pisze 50.000 czyli wypłacam tylko 50-tkami, albo out of service. Na szczęście symbol ATM pojawia się co 25m i za trzecim razem sukces - wypłacam 3.000.000 i jeszcze raz 3.000.000, wypłata bez prowizji.
Z telefonem udaje się mniej, bo w Ubud mojej karty turystycznej zamówione online nie dostanę, mam jechać 25min do Gianyar czy jakoś, ale jak chcę to za 250.000 mogę kupić u nich 18GB danych (karta zamówiona online miała mieć 20GB za 150.000). Grzecznie mówię dziękuję i idę 15m dalej do punktu GSM wszystkich marek i telefonów, gdzie dostaję starter za 180k na którym ponoć jest 35GB (jest to pewnego rodzaju naciąganie, oni te pakiety składają z różnych typów GB i realnie jest tego mniej bo np. nie używam apki X albo Y). Po 5 minutach od spisania moich danych (w tym IMEI) karta działa.
Sklep jest, duży fajny spożywczak, owoce tanie, już obrane i paczkowane. Ceny miłe.

I z tym miłym wrażeniem wracam do obiektu noclegowego, zdaję relację z misji, mówię że ruch na drodze masakra i ciężko przejść przez ulicę, ale ogólnie fajnie i nam się spodoba.
Dwie godziny później idziemy na pierwsze jedzenie, lokal poleca nam Karolina (koleżanka Marty), która tu była jeszcze przed covidem. Lokal ładny, ceny przyjemne (tak nam się wydaje). Przychodzi jedzenie, zamówiliśmy wszystkiego po trochu, żeby popróbować. I czar pryska, choć na razie stopniowo. Jedzenie jest nijakie, bez smaku. Kawa 'mrożona' podana 'z gruntem', miałem inne wyobrażenie dot. mrożonej kawy z Tajlandii, ale cóż. Rachunek wychodzi sporo - 330k (ok 100zł), a w sumie nikt się nie najadł. No tak, ale na rachunku jest +5% service, +10% tax (ceny w karcie były bez podatku), a jak zapłacisz kartą to jeszcze +2% fee. W drodze na pokoje mijamy stragan z owocami, wszystko bezcenne oczywiście. Kupujemy 3 mangostany, pół kilo rambutana (jest sezon) i trochę chyba selaka i 65k. Nasz kierowca powie nam, że nas orżnęli 3x. Kawałek dalej nachalne stragany z ciuchami, pani przyjdzie, kup pani. Cena wyjściowa 300k za kimono, "nie dziękuję", no to 200k, "nie, dzisiaj nie kupię", no to 100k. A pewnie i to 100k to nadal z zyskiem, więc wyjściowo chcieli nas oskubać ceną 3x. Po powrocie do homestay'a czuję, że jednak może być tutaj mniej przyjemnie, no ale przecież pierwsze śliwki - robaczywki.

Nazajutrz przyjeżdża Made, aby za 600k zabrać nas na całodniową wycieczkę. Jedziemy najpierw do Monkey Forest (ale nie tego w Ubud, tylko gdzieś na zachód od Ubud) - wstęp 250k. Od razu przychodzi do nas jakiś koleś, opowiada o małpach, wabi, karmi, ustawia do zdjęć, myślę sobie że to przewodnik skoro je zna. Prawda wychodzi na koniec wycieczki, jak zaczyna się opowieść o small business, że on to foto robi, że dorabia itd, i że mam kupić. Nie kupuję. Już mnie dość za wstęp skasowali, jakbym wiedział, że to freelancer to bym go od razu odesłał. Małpy nieprzyjemne, Marta źle się czuje bo zwierzęta są nieprzewidywalne i jakieś takie niepewne. Dzieciom się podoba. Sama miejscówka fajna, można ładne zdjęcia zrobić (olać małpy), ale cena wygórowana.
Po małpach jedziemy na tarasy ryżowe Jatiluwih, ale zanim dojedziemy to jest checkpoint we wsi i opłata za wjazd 185k (nasza piątka plus kierowca). Tarasy ładne, robimy krótki spacer, kilka fotek z drona, po 40 minutach wychodzimy w innym miejscu na parking, gdzie dopada nas kolejna inkasentka i pyta czy mamy opłaconego drona. Kolejna opłata, ale kierowca coś z nią gada, i ostatecznie nie płacimy. Dalej mamy jechać na wodospad, ale po drodze robimy stop na jedzenie w knajpie w Bedugul (to tam, gdzie ta najbardziej znana świątynia). Warunki bardzo słabe, toaleta to dziura w ziemi i konewka do zlania wodą, ceny jak w Ubud, smak żaden - kurcze, co jest grane?! Po posiłku jedziemy na wodospad, parking płatny (ale to kierowca płaci, więc luz), a dalej kasa biletowa dla ludzi. My zawsze w takich miejscach na pytanie "how many people" odpowiadamy "2 adults, 3 kids". Czasem spytają o wiek dzieci i mówią, że to trudno 5 dorosłych, ale tutaj się udaje i płacimy tylko za 3 osoby po 30k, czyli łącznie 90k.
Do wodospadu idzie się kawał drogi stromo w dół, ale jest pięknie. Ludzi poza nami garstka, więc mamy sporo czasu na zdjęcia i czas dla siebie. Dziewczyny pływają w wodospadzie, my robimy zdjęcia. To będzie jeden z lepszych wodospadów na Bali, jakie spotkamy (szukajcie twin waterfall albo Banyumala). W drodze z wodospadu Made pyta, czy chcemy jeszcze jechać do tej najbardziej znanej świątyni w Begdul, ale już wiem, że mam spytać o cenę. Mówi 70k od osoby, a ja na to, że sorry. ale wracamy do domu. Budżet tego nie zniesie.

W piątek robimy sobie dzień relaksu, prania, pracy, nauki. Już wiemy, że nie wszystko działa tak jakbyśmy chcieli, no ale dajmy temu miejscu jeszcze jakąś szansę. Właścicielka naszego miejsca zaczyna się czepiać dzieci, że skaczą do basenu i za dużo chlapią. Ciężko powiedzieć komu to miałoby przeszkadzać, po poza nami na ośrodku nikogo innego nie ma. Psia kupa jak leżała, tak leży. Kosz na śmieci z resztkami owoców jak stał, tak stoi. Oj, chyba nam się po Tajlandii przewraca w głowie skoro oczekujemy, że w noclegu będzie ktoś codziennie śmieci sprzątał i zmieniał ręczniki. Idę oddać pranie, już wiem, że stawka powinna być 12-15k za kg. W pralni pierwszej od naszego noclegu cena to 15k (nigdzie nie napisana), ale babka bezczelnie waży przy mnie pranie i widzę 4.5kg, a ona wpisuje 5.8 na kwitku i wycenia za 5.8. Wychodzę, 100m dalej w następnej pralni moje pranie waży również 4.5kg i za tyle płacę. Pocieszam się dobrą kawą flat white (najlepsza kawa jaką piłem od wielu tygodni) i wracam do nauki i pracy. Z braku lepszych opcji znowu idziemy na jedzenie w to miejsce co dzień wcześniej i znowu jest tak sobie.

W sobotę Made zabiera nas na waterfall tour - chcemy odwiedzić 3 wodospady (powiedzieliśmy mu, że nie chcemy już świątyń) a potem pojechać na niedzielną mszę w sobotę wieczór do Gianyar. Wodospady tego dnia to doświadczenie nie tylko przyrodnicze, ale przede wszystkim kulturalne i estetyczne, niestety z niskiej półki. Pierwszy wodospad to Tukad Cempung (wejście 20k/os - nie ma litości, płacimy za wszystkich) - fajny, trochę klimat jak The Narrows z Zion NP, przynajmniej z początku. Potem pojawiają się nasi rodacy w składzie starszy pan fotograf, jego partnerka modelka, druga modelka i jej narzeczony niczym Radek Majdan 20 lat temu. Panie przyszły na fotki, mają na sobie prawie nic, ale jak trzeba się przebrać do sesji i nowych ujęć to po prostu zdejmują majtki i zakładają co innego. Nasze dzieci są skonsternowane, my też. Zwłaszcza, że o ile inni turyści tutaj czekają na swoją kolej pod wodospad na fotki, o tyle ekipa instagramowo-fotograficzna po prostu włazi jak na swoje nie patrząc na innych. Słabo... więc jedziemy dalej. Drugi wodospad to Kanto Lampo, cena oczywiście 5x20k. I tutaj już instagram wchodzi na całego - tłumy dzikie, kolejka do najlepszego kadru, sceny pod wodospadem niemalże łóżkowe (plus napis "nude photos not allowed, sexy yes, nude not"). Oraz lokalni "przewodnicy" z domowej roboty identyfikatorami za dobrowolną opłatą 100k robiący najlepsze fotki ever, a klientela to głownie Rosjanie. Aha, i woda mętna i śmierdzi ściekami, więc nawet do niej nie wchodzę. Na sweet-focie się nie łapiemy, robimy kilka zdjęć w mniej topowym miejscu i zbieramy się na finałowy wodospad - Tegenungan. Cena za wejście to oczywiście 5x20k i wiemy, że to jest najgorszy wodospad tego dnia. Znowu trzeba schodzić w dół, ale tym razem przy głośnym akompaniamencie utworu "Rasputin" pewnej niemieckiej grupy o swojsko brzmiącej nazwie Boney M - pewnie na specjalne zamówienie gości lokalu. Wodospad jest ogromny, ale ludzi też ogrom mimo tego, że jesteśmy pół godziny przed zamknięciem. Dobra, zaliczone, nawet do wody nie wchodzimy. Dzień kończymy mszą w Gianyar (msza po indonezyjsku, ale przynajmniej na koniec po angielsku nas przywitali no bo oczywiście byliśmy jedynymi obcymi i to w pierwszej ławce) a w drodze do domu Made zabiera nas na lokalny klasyk - Babi Guling czyli pieczone 'ssące' prosię (czyli takie, które jeszcze nie jadło normalnego pokarmu tylko mleko maciory, podobno bardzo delikatne). Wow - jedzenie ma tutaj smak, głownie ostry. Prosię jakieś takie "dojrzałe" (więc chyba suckling pig to on był 3 miesiące temu), ale w końcu okazuje się, że w nieturystycznej miejscówce można zjeść za małe pieniądze i coś, co ma smak.

W niedzielę mamy nic nie robić, tylko odpoczywać i iść na spacer po Ubud. Nasz kierowca jest umówiony z nami na poniedziałek na transfer w nowe miejsce. I gdy tak sobie o 10 rano odpoczywamy nad basem przychodzi do nas babcia właścicielka i mówi, że dzisiaj mamy check-out. Że jak? Dzisiaj? Sprawdzam w telefonie i rzeczywiście - pomyliłem dni. No nic, pakujemy się w 20 minut (mamy to przećwiczone) i w międzyczasie szukamy kierowcy na dzisiaj, bo nasz Made dzisiaj nie może. Ostatecznie 20 minut po check-out o 12:20 mamy nowego kierowcę Putu, który przez góry ma nas dostarczyć do drugiego miejsca na Bali. Mamy duże nadzieje, już wiemy, że Ubud to zupełnie nie nasz klimat, tłum i komercja, ale na północy jest "prawdziwe Bali" i nam się spodoba. Po 3 godzinach jazdy w deszczu docieramy do Tejakula. I tak, będzie tutaj zupełnie inaczej.

Aaah, zapomniał bym o finale z Ubud. Ponieważ w Manuaba Inn było tak sobie (słabo z czystością, obsługa się czepiała, nudne jedzenie), to wystawiliśmy 7.0 na Booking. W rewanżu dostałem na whatsapp od właścicielki albo jej syna kilka ekranów wyzwisk (łącznie ze f*), że jak ja śmię im taką recenzję pisać, że oni są small biznes i jak jestem taki chciwy to mam sobie iść do 5* hotelu itp itd. No chyba im się już tu całkiem przewróciło w głowie na tym Bali.

Kilka zdjęć.
Małpy (plus pan small biznes przewodnik z kijem do okładania małp):
Image
Image
Image

Pola ryżowe:
Image
Image

Wodospad bez insta:
Image

I wodospady insta:
Image

Jedni czekają a kto inny pozuje:
Image

Image
Zagadka: z jakiego kraju pochodzą fotograf i modelka ;) (Hint: przykuc)
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/


Ostatnio edytowany przez zawiert 28 Sty 2023 16:13, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#59 PostWysłany: 28 Sty 2023 14:19 

Rejestracja: 18 Sie 2015
Posty: 3606
złoty
Nigdy nie mogłem się nadziwić po co ludzie jadą do Ubud, dla mnie to tłok, hałas, smród rur wydechowych i komercja, ale jak ostatnio zobaczyłem dłuuugą kolejkę po kanapki w Rzymie to już chyba mnie nic nie zdziwi
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#60 PostWysłany: 28 Sty 2023 15:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1501
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
@kostek966 - dla jasności, ja wiem że Ubud to Zakopane/Sopot/Międzyzdroje czy jak tam zwał i wcale nie miałem jakiś tam oczekiwań, tak samo jak nie ma się oczekiwań po Khao San Rd czy innych znanych miejscach. Bali robimy bez żadnego wstępnego analizowania, zrobiliśmy 3 rezerwacje siedząc w Chiang Mai i teraz mamy co mamy :)
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 71 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group