Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 63 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#21 PostWysłany: 25 Lis 2022 01:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
@opo nie, w końcu nie ale zniechęcam się do Rych ubezpieczeń - latam mi uszkodził plecak i dwie karty premium z Polski mnie odesłały z kwitkiem (zgodnie z ouw)
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#22 PostWysłany: 28 Lis 2022 19:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Relacja się opóźnia, bo jak już mam czas, żeby coś napisać, to telefon jest tymczasowo zajęty...

Do Puerto Natales dojeżdżamy późnym wieczorem, jest jasno (22:00), zimno i pada. Miejscówkę mamy po taniości (150zł/noc), więc jakość taka sobie, ale damy radę. W nocy tak wieje, że czuję się na poddaszu naszej miejscówki jakbym spał pod namiotem w Bieszczadach i właśnie przechodziła burza...

Rano nadal wieje, nawet nie pada, więc ruszamy do Torres del Paine. Góry są raczej w chmurach, ale skoro już tu jesteśmy, to zawalczymy. Wybieramy trasę "od góry", czyli jedziemy Routa 9 ile się da - droga najpierw jest fajna - pusto, prosto, da się jechać 100 km/h i więcej, ale za Cerro Castillo droga przechodzi w tryb "autostrada w budowie" i zaczyna się szuter. I ten szuter już będzie nam wypełniał większość dnia. Góry nadal za chmurami, więc mało co widać, ale jeziorka są ok - kolory mają różne, zaczynamy od tych małych i biało-mętnych. Wiatr wieje, jest zimno, ale cóż - pojechaliśmy, to trzeba zwiedzać. Idziemy na mirador przy wodospadzie (Salto Grande) - wieje strasznie, cieżko nawet zdjęcie zrobić bo aparat z rąk wyrywa. Nawet widać "rogi" (Cuernos del Paine), więc się cieszymy myśląc, że to jest to co mamy widzieć (potem już wiemy, że "to" jest z tyłu i tego wcale nie widać). Bunkrów nie ma, ale też jest fajnie.
Zmarznięci szukamy czegoś do zjedzenia - jest przy Salto Grande budka z jedzeniem (Cafeteria Pudeto), mają kawę i zupę pomidorową, wybór mały, więc jedziemy kawałek dalej do Hosteria Pehoe - fajne miejsce, malowniczy hotel z widoczkiem, idzie się do niego na wysepkę po małym mostku. Ale hotel z potencjałem widokowym, ale podejściem niebiznesowym - o tej godzinie nie ma jedzenia i odchodzimy z kwitkiem. Wracamy więc do Cafeteria Pudeto - pomidorówka jest ok, kawa bardzo dobra jak na miejsce i ceny, majątku na szczęście nie wydajemy. Budą za to buja tak, jakby zaraz miała się rozpaść pod naporem wiatru.
Po posiłku zaczyna padać jeszcze mocniej, więc wracamy powoli szutrem do domu (droga wyjazdowa wiedzie przez ogromną, malowniczą polanę). Chmury idą coraz niżej, więc nawet na miradorach nie stajemy - nie ma to sensu.
Wieczorem robimy sobie kolację pocieszenia - idziemy do knajpy na jagnięcinę. Tanio nie jest, ale za to przysiadamy się do stolika do Claudio. Claudio jest Chilijczykiem, przyleciał tutaj w delegacji z Puerto Montt, pracuje w przemyśle łososiowym. Daje kilka wskazówek, opowiada o sytuacji w Chile.

Następny dzień chcemy znowu zaryzykować w Torres del Paine, tym razem od drugiej strony. Jedziemy więc od dołu (skręcamy w mniejszą drogę tuż za lotniskiem Puerto Natales), i jest to zdecydowanie właściwy kierunek - szczyty widać cały czas, każdy mirador wypada super, każde jezioro ma inny kolor. Jest naprawdę ekstra (jak na warunki z poprzedniego dnia). Za bramą wjazdową do parku skręcamy w lewo na Lago Grey - rozważamy wykupienie (absurdalnie drogiej) wycieczki katamaranem pod czoło lodowca Grey. Po dojechaniu na miejsce ostatecznie wycieczki nie kupujemy - można to zrobić tylko online albo w hotelu, a my zaparkowaliśmy 1km dalej i to przeważyło, że jednak nie wydamy tego 1600zł na bilety za lodowiec (tak naprawdę to nie chcieliśmy tyle kasy topić na tę atrakcję więc ostatecznie dobrze się stało). Zamiast tego - spacer plażą nad Lago Grey do miradora. Wieje strasznie. Katamaran stoi i nigdzie nie popłynie.
Spacer na mirador, z którego można oglądać lodowiec i błękitny góry lodowe to 1,5 km po kamienistej plaży (i na końcu trochę po górce przez krzaki). Część trasy 'po plaży' jest straszna (w stronę 'do') - wieje tak, że trudno się idzie, zimno, chmury, widoki ładne, ale jakoś tak strasznie (i ta myśl, że trzeba będzie wrócić). Sam mirador fajny, góry lodowe robią wrażenie, ale brakuje porządnego obiektywu (mamy 28-200) żeby zrobić takie fajowe pocztówkowe kadry. Pada hasło do powrotu, i to jest najgorsze 1000m do przejścia jakie pamiętam w ostatnich latach (już godzinny spacer po dżungli w górach obok Pereiry w rzęsistym deszczu nie był tak zły) - wieje tak, że młodsze córki trzymam mocno za rękę a mimo to je podrywa czasem nad ziemię. Kawałek dalej idzie starsza pani, którą wiatr porywa, przewraca i toczy po ziemi. Dalej widzę kogoś kto goni z wiatrem jakąś rzecz, którą mu wiatr porwał. Co gorsza, z każdą chwilą wiatr się nasila - coś siecze w twarz, i w sumie nie wiem czy to drobne kamyczki czy woda. Trasa - straszna (ale przy dobrej pogodnie na pewno piękna).
Na pocieszenie - widoczki super, bo wiatr rozwiewa chmury i można oglądać góry. Jedziemy jeszcze na kilka innych miradorów, i na każdym jest super - mimo, że wiatr wieje, to widzimy wiele niezapomnianych, bajecznych widoków górskich. Warto było, mimo tego, że momentami było strasznie. Trochę żal, że nie podeszliśmy pod Base Torres (od drugiej strony), ale nie było pogody ani czasu. Może jeszcze spróbujemy w inny dzień, a jak nie, to będzie po co wracać.
Ostatecznie dwa dni w TdP uznajemy za udane, a patrząc na prognozy pogody (ma lać cały dzień), podejmujemy spontaniczną decyzję o wynajęciu czegoś na dwie noce w Argentynie i zużyciu deszczowego dnia na transfer samochodowy.


Image
Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#23 PostWysłany: 29 Lis 2022 00:57 

Rejestracja: 18 Sie 2015
Posty: 3599
złoty
Jeśli jeszcze można wrócić do telefonu, to jak mi ukradli w Meksyku, to sprawdziłem ubezpieczenie na mojej kk w mbanku i okazało się, że to musi być wynikiem rozboju, z telefonem muszą ukraść także kk, trzeba zgłosić na policję, jest udział własny i dostanie się 300 zł max, więc szkoda czasu na takie dodatkowe pseudo ubezpieczenia
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#24 PostWysłany: 30 Lis 2022 02:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Wynajmując auto przez Whatsappa od Hansa (ostatecznie było to super doświadczenie, super auto i bezproblemowy wynajem), ustalaliśmy, że ma być opcja wjazdu do Argentyny - chcieliśmy przecież zobaczyć lodowiec Perito Moreno. Skoro więc pogoda miała się popsuć (albo, inaczej patrząc, już była kiepska), to zdecydowaliśmy na spontanie wynająć inne miejsce do spania na 2 noce i padło na El Chalten.

O Argentynie wiedzieliśmy zdecydowanie za mało (no bo nie była celem naszej podróży), a nazwa El Chalten nic mi nie mówiła, tak samo jak Fitz Roy. Cerro Torre juz prędzej, ale jakoś to wszystko ze sobą się nie spinało w mojej głowie. Po szybkim przeglądzie forum f4f miałem już pewne rozeznanie "możesz być w El Chalten 5 dni i Fitz Roya i tak nie zobaczysz", ale i tak lepsze ryzyko niż siedzenie w Puerto Natales - tym sposobem ruszyliśmy w piątkowy poranek do Argentyny.
Przejście przez granicę poszło sprawnie (akurat kolejka była na przyjazd do Chile, a wyjazd miał osobne okienka i szło szybko) - najpierw policja migracyjna, potem aduana, różne kwitki stemplowali, sprawdzali dokumenty auta itp (angielski raczej niekoniecznie znany przez obsługę graniczna), potem to samo po stronie argentyńskiej i możemy jechać. Droga była ciężka, bo wiało strasznie i rzucało autem, ale poza tym - cudowna. Ogromne przestrzenie, a jakieś 70km od Calafate wjeżdża się z płaskowyżu do ogromnej równiny (doliny?) - prawie jakbym w Wielki Kanion wjeżdżał.

Zajechaliśmy najpierw do Calafate rozeznać się w Argentynie i zdobyć gotówkę, bo nam powiedzieli, że Perito Moreno tylko za gotówkę argentyńską. No to parkuję obok banku, i mam iść do bankomatu, ale może najpierw spytam w jakiejś agencji turystycznej co i jak. Pani mi mówi, że można te bilety online, a El Chalten to bez biletów więc nawet spoko. Ale zaraz - bankomat wypłaca tylko 2000 peso arg., a wstęp do parku to 4000 od głowy... I tutaj przychodzi olśnienie, że czytałem na f4f poprzedniego wieczora coś o 'blue dolar'. Szybkie rozeznanie internetu (o dziwo na ten jeden moment zadziałała karta SIM z Movistar Chile), i wiem co i jak - że są dwa kursy, i że trzeba szukać nieoficjalnych kantorów. Przypadkiem w portfelu mam 200$ jeszcze z dawnych wycieczek do usa, więc ruszam w miasto na poszukiwania 'cambio'.
Pierwsze wrażenie - super, o ile Natales to jak jakaś odległa Alaska, to tutaj - jak w Parkach Narodowych w USA, masa ludzi, knajpy, sklepiki, ciepło, słonko świeci. Tylko kantoru brak. Gdzieś na końcu ulicy znajduję cambio i mi babka mówi z okienka, że ona tylko kurs oficjalny 1USD=162 peso (a dzięki google wiem, że blue to jakieś 300). Kręcę nosem, a pani na to, że mam wejść do restauracji obok i tam wymienić. Tak, do restauracji. No to wbijam, kelner po angielsku pyta o co chodzi, ja na to zakłopotany, że chcę wymienić dolary. "A to proszę, po schodach na górę, do biura". W biurze inny turysta wymienia, a po nim wchodzę ja - pani podaje stawki (1USD=290 peso), pyta ile chcę wymienić, odlicza kasę na maszynce do liczenia banknotów i gotowe. Z plikiem lokalnej gotówki ruszam na stację paliw, tankuję diesel premium i wychodzi 3,40PLN/l (ten tańszy wyszedł mnie później jakieś 2,70 PLN/l). Nadal nie dowierzam co się dzieje...

Ruszamy dalej do El Chalten, długa to droga i piękna (Routa 40), ale góry za chmurami. Na miejscu, w miasteczku, zupełnie inny klimat niż wszędzie gdzie byliśmy do tej pory - takie trochę większe Ustrzyki Górne, do których jedzie się w jasnym celu i nikt tam nie jest przypadkiem. Nasz host (a raczej jego ojciec), czeka na nas przed domem (nie mieliśmy internetu i nie było jak go powiadomić kiedy przyjedziemy). Wita nas *po angielsku*, opowiada co mamy robić, o swojej rodzinie, obiecuje że jutro zobaczymy góry i załatwi nam pogodę, doradza co możemy robić w czasie pobytu. Zupełnie, ale to zupełnie inne doświadczenie niż w Chile. Na koniec wysyła nas do knajpy gdzie sam chodzi jeść z wnukami - Rancho Grande, mają wołowinę i mamy zamówić dla dzieci milanese (schabowy z wołowiny) - starczy dla trójki dzieci spokojnie jedna porcja.
Idąc za rekomendacją hosta trafiamy do tej knajpy i już wiemy, że jesteśmy w raju - stek 500g z frytkami i jajkami - 3500 peso (12 USD). Pierwszy raz podczas tej podróży zamawiamy 3 dania i nie jesteśmy w stanie przejeść wszystkiego (a cała nasza rodzina kocha jeść ;)). Wracamy do domu z jeszcze bardziej rozbudzonymi nadziejami na kolejny dzień w El Chalten.

Budzę się o 5, bez budzika. Robi się jasno, odsłaniam zasłony i widzę Fitz Roy'a, wprost przed naszym domem, w kolorze moreli (jest jeszcze przed wschodem, więc to poranna zorza go tak zabarwia). Ubieram się, aparat, kamera, dron i cały szpej do auta i jadę kawałek dalej, na drogę do El Chalten, na fotki. O-MATKO-JAK-PIĘKNIE! Do czasu wyjazdu do Chile moim top widokiem był Glacier Point w Yosemite, potem chyba Torres i jeziora to pobiły, ale tutaj jest nokaut. Gapię się na te górzyska chyba z godzinę, po czym wracam, budzę Martę i jedziemy gapić się razem. Zapowiada się cudowny dzień.

Z braku czasu (musimy o 13 być w domku), idziemy tylko na mirador Fitz Roy (12km), wycieczka dalej, na właściwe widoczki pod sam szczyt będzie możliwa kiedy indziej. Ale i tak jest przepięknie. Na obiad chcemy iść do Rancho Grande, ale o 16-tej jest mecz ARG-MEX, więc nie ma w knajpie nawet miejsc stojących. Udaje nam się siąść i zamówić w połowie meczu, akurat kroję mojego cud-steka gdy Messi niestety strzela bramkę i cała knajpa wyje w ekstazie. Tylko nasza piątka coś je, reszta tylko zapatrzona w TV ogląda mecz. Po meczu - całe El Chalten śpiewa i świętuje na ulicy. Bezcenne. Na wszelki wypadek nie mówimy, że jesteśmy z Polski :)

Wieczorem jeszcze jedne widoczki na Mirador Condor, nadal pięknie, ale o świcie światło było dużo lepsze, a w drodze do domu łapiemy empanadę z mięsem z guanaco.

Cudowny, cudowny dzień. Już nie możemy doczekać się następnego dnia, bo mamy jechać na lodowiec.


Jeszcze w chmurach:

Image

Rano:
Image


Image
Image
Image
Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
brzemia uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#25 PostWysłany: 02 Gru 2022 23:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
W niedzielę musieliśmy trochę zmodyfikować plany, bo chcieliśmy pojechać na mszę i pierwsza opcja wskazywała na kaplicę w El Chalten, tak aby jeszcze trochę pozwiedzać, ale kaplica owszem jest, ale najbliższy ksiądz ma 180km do niej więc z mszy nici. W związku z tym trzeba było rano się zebrać z El Chalten i z Fitz Roy'em w lusterku ruszyć do Calafate.

Głównym celem tego dnia było odwiedzenie lodowca Perito Moreno (w zasadzie był to główny powód wjazdu do Argentyny, zanim odkryliśmy inne zalety). Na lodowiec jedzie się z El Calafate około 1h ładną, pustą, malowniczą a na końcu krętą drogą. Niestety do samego końca nie wiedzieliśmy ile nas ta zabawa będzie kosztowała - cena za dorosłego to 4000 peso (arg), a za dzieci ... no właśnie nie wiadomo bo różnie podawali. Ale na miejscu wszystko się wyjaśniło - bogaci turyści z zagranicy płacą równo - czy dorosły, czy dzieciak - 4k peso i tyle (co po dolarowemu wyszło jakieś 60 zł). Cena nie tak duża, zważywszy na wyjątkowość tego miejsca i atrakcji samej w sobie.

Na miejscu dojeżdża się a parking, skąd albo idzie się szlakiem niebieskim (pomostami) w stronę lodowca (pod górę!, ale patrzymy na lodowiec) i wraca shuttle busem, albo w odwrotną stronę. Sami nie wiemy która opcja lepsza, idąc pomostem od parkingu fajniejsze widoczki, ale trzeba się napracować na schodkach.

Lodowiec cudowny, jeden z bardziej wyjątkowych widoków jaki widzieliśmy. Nie cielił się zbyt mocno, więc nie było spektakularnych huków, ale i tak było ekstra. Aha - za kolejne 4k można wykupić rejs łódką.

Na lodowcu byliśmy jakieś 2h, potem wróciliśmy do Calafate, zatankowaliśmy po taniości i ruszyliśmy do Puerto Natales, kawał drogi.
Na granicy byliśmy jedyni, argentyńska poszła sprawnie, chilijska najpierw chcieli covid certy (mógłbym ich sobie nadrukować ile się podoba, bo nikt tego i tak nie weryfikuje, cóż, po co to wszystko człowiek się pyta), potem paszporty, potem dokumenty auta, a potem S.A.G czyli trzepanie jedzenia. Babka spytała (po angielsku, o dziwo), czy mamy jedzenie, odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą że 3 jabłka kupione w Chile 3 dni temu. Po tej odpowiedzi stwierdziła, że jabłka musi zabrać i zerknie na nasze auto (trwało to 2 minuty dosłownie) - obyło się bez większego trzepania, i ok 22:00 byliśmy już w naszej norze sypialnej w Puerto Natales.

O poniedziałku nie ma co pisać - mieliśmy jechać na Torres i iść na trek do Base Camp, ale pogoda była tragiczna, skończyło się spacerem po nabrzeżu, fotkami i spotkaniem z polską parą która jedzie autem-potworem przez obie Ameryki.

We wtorek rano tradycyjny stres, uber nie miał ochoty jechać na lotnisko, więc ruszyłem w stronę centrum szukać auta a rodzina czekała przed chatką, w której spaliśmy. Łapałem taksy z ulicy, ale dopiero 5 czy 6 była zainteresowana. Przynajmniej gość był obrotny - nie marudził, że wielkie plecaki - wrzucił do bagażnika tak że się domknął, wyjął specjalne gumy-zaczepy i jazda. O 5 pax też się nie czepiał. 20 minut i 8k peso i już byliśmy na terminalu, żegnając z żalem Patagonię.
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#26 PostWysłany: 06 Gru 2022 19:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Nie da się dorzucić zdjęć to na pożegnanie z Patagonia dodam, że lotnisko PNT ma taką nieprzyjemną praktykę konfiskowania kijków trekkingowych z podręcznego. A takie lotnisko jak SCL już z tym problemu nie ma - choć jedno i drugie obsługuje ta sama firma.

No dobra, teraz zaległe fotki.

Image
Image
Image
Image

I para pożegnalnych zdjęć z Puerto Natales:
Image

Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#27 PostWysłany: 06 Gru 2022 22:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
(spoiler alert: jesteśmy już w NZ, ale było o krok od tragedii - o tym w dalszych odcinkach)

Wybór lotów z Puerto Natales do Santiago był dość ograniczony, więc mieliśmy być przez kilka dni znowu w okolicy stolicy Chile, tak aby ze spokojem dojechać na lot do Houston, bez spiny, że opóźnienie w Patagonii rujnuje nam układankę trzech kolejnych lotów. Miasto Santiago już zaliczyliśmy po przylocie z Panamy, więc nieszczególnie nam zależało na eksplorowaniu stolicy (a kradzież w Calamie tym bardziej zniechęciła do miasta i tłoku), więc plan był taki aby pojechać Trubusem do Valparaiso i tam zostać przez parę dni.

Z Valparaiso ostatecznie zrezygnowaliśmy, bo poznani lokalsi uprzedzali nas, że różnie tam bywa z bezpieczeństwem, i zastąpiliśmy to miejsce pobliską miejscowością Renaca (zaraz za Vina del Mar). Coś jak nasz Sopot, tylko 10x większe - ogromne bloki przy plaży, apartamentowce 'ocean view' i ceny z kosmosu. Chyba najdrożej w Chile gdzie byliśmy (internet potwierdzi, że to najdroższa okolica), ale przynajmniej mieszkanie duże, względnie tanie i z widokiem na Ocean i zachody słońca.

Z Turbusa też zrezygnowaliśmy, niestety albo i nie - co innego jak jedzie 1 osoba (jak to opisywał np. @cart w relacji swojej - wtedy jest to ekonomicznie uzasadnione), a co innego jak my, w 5 osób, z plecakami itp. Zamiast tego po prostu na 2 dni przed przylotem do SCL wynająłem auto w Chilean - wybrałem jakieś małe coś (miał być Swift, dali VW Gol nówka sztuka 2000km przebiegu), finansowo wyszło to podobnie jak Turbusy, za to odpadło przesiadanie się, taksówki z/do dworca itp no i najważniejsze - dało wolność wyjazdu w miejsca, do których byśmy nigdy nie trafili w opcji "komunikacja publiczna".

W Renece mieliśmy jeden dzień chillu na naukę do egzaminów i nadgonienie tematów szkolnych. Poza tym zaliczyliśmy dwie atrakcje - wydmy w Con-Con oraz uwaga - wyspę z pingwinami.

Wydmy fajne, pierwszy raz wchodziliśmy na szczyt wydmy, normalnie fotki można robić jak na jakiejś pustyni :). Parkuje się auto w pobliskim markecie za darmo i przechodzi przez ulicę - więc dostępność 'atrakcji' świetna, ludzi mało.

Wyspa z pingwinami to też ciekawa historia - trzeba jechać ok 1h na północ od Vina del Mar (miejscowość nazywa się Cachagua) - parkujemy przy plaży i zaraz obok jest 50m od brzegu wysepka, na której jest kolonia pelikanów, kormoranów i pingwinów (dwa gatunki). Ludzi zero, pingwiny widać prawie gołym okiem, a z lornetką to już wypas. I to wszystko za darmo i dostępne z samochodu (w Punta Arenas zrezygnowaliśmy z Isla Magdalena bo rejs 2h i cena atrakcji skutecznie nas od tego odstraszyły). Wiadomo, że może to nie to samo, że nie chodziliśmy wśród tych pingwinów (ale może to i dobrze, że im się nie przeszkadza), ale za to 4free więc sukces duży. Na tyle duży, że drugiego dnia jechaliśmy tam ponownie robić zdjęcia (bo zapomnieliśmy zabrać aparatu dnia pierwszego). Przy okazji obok pingwinów ustrzeliliśmy super miejsce na jedzenie - lokalna knajpa, menu dnia za 5k, więc jak na Chile tanio.

I tyle. Po sesji zdjęciowej ruszyliśmy w stronę Santiago, zostawiliśmy auto na lotnisku i poszliśmy na nasz lot do Houston. Swoje w kolejce odstaliśmy, bo mamy wizy USA w innych paszportach niż nasze główne, więc żadna automatyzacja nie przeszła, ale ostatecznie o 23 byliśmy już w podstarzałym B767 lecącym do Houston.

Chile - udany kierunek, Patagonia przecudowna, na pewno jeszcze wrócimy bo jest masa rzeczy do odkrycia. Czy było drogo? Cóż, ostrzegano nas, że Chile jest drogie, ale po Chorwacji czy innych europejskich miejscach jakoś strasznie nie było. Co prawda częściej gotowaliśmy sami, niż jedliśmy w knajpach, ale nie było tak źle. Wyjazd na plus, poza lekkim niesmakiem związanym z kradzieżą telefonu.

Image
Image
Image
Image
Image

Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#28 PostWysłany: 07 Gru 2022 10:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Jak wiadomo chilijskie promo z Amsterdamu wymuszało powrót przez Houston (w jednej z dostępnych opcji) i tak też miała wyglądać nasza podróż.
Gdyby sytuacja na świecie uległa jakiemuś strasznemu pogorszeniu (wojny, covidy, cokolwiek), a trzeba wiedzieć, że bilety kupiliśmy w lutym 2022 i wszystko mogło się zdarzyć, to powrót do Europy był zagwarantowany z tego Houston po paru dniach zwiedzania USA. A że potem przyszło nam do głowy lecieć od razu gdzieś dalej to inna sprawa.

Nie będę tutaj opisywał perturbacji biletowych, bo to nie jest ważne. Finalnie stanęło na tym, że mieliśmy do Houston przyjechać w sobotę rano, a w niedzielę po południu lecieć dalej, do Nowej Zelandii. Aby dobrze wykorzystać ten czas, wynająłem auto w Hertz (mam tam gold'a). Samo wynajmowanie aut w USA to ciekawe doznanie, ale nie będę tutaj przynudzał, dali wygodnego SUVa w cenie sedana i tyle. Przylecieć udało nam się z Santiago 30m wcześniej, więc byliśmy pierwsi na immigration (jest to ważne, bo o tej samej porze w Houston ląduje chyba 8 rejsów z Ameryki Południowej i można kwitnąć nawet 2h). Rozmowa z border control trwała 30s, nawet pieczątek nie dali :(, szybka akcja i 5:40 byliśmy przed terminalem.
Mieliśmy zarezerwowany nocleg w jakimś hotelu, ale ostatecznie dostaliśmy zaproszenie od polonijnej rodziny, która w stanach mieszka już 50 lat i ma ogromny dom pod Houston i jeszcze większe serce. Po przylocie zjedliśmy z nimi śniadanie i pojechaliśmy do NASA.

Nie wiem czy to był najlepszy wybór z tym NASA, może trzeba było jechać do Corpus Christi na lotniskowiec, albo gdzieś indziej. Centrum fajnie zrobione, ale jednak jak ktoś był na Cape Canaveral (jak piszący te słowa), to w Houston jest biednie, niestety. Ale dzieciom się podobało, nasza Olcia popłakała się ze wzruszenia jak weszliśmy do środka głównej hali ("tu jest jak w Gwiezdnych Wojnach"). Na mnie największe wrażenie zrobił oczywiście 747 (ten jeden jedyny do przenoszenia wahadłowców) oraz Falcon9 leżący obok niego. Park rakiet jest tutaj mniej wypasiony od tego na Florydzie, ale Saturn 5 w całości w hangarze też robi wow. Natomiast na minus (albo kilka minusów) tego miejsca przemawiają: kiepska obsługa, sami młodzi ludzie z wadą wymowy, ciężko zrozumieć co opowiadają, zupełnie zabrakło byłych pracowników (jak to ma miejsce na Florydzie); drożyzna w sklepiku z pamiątkami. Ale chyba najbardziej mi szkoda tego, że tak jak uważam że Amerykanie umieją w muzea (9/11 memorial, Centrum JFK Cape Canaveral, Intrepid itd.), tak tutaj zabrakło i tego patosu (który oni potrafią dobrze sprzedać), i tej ogólnej atmosfery. Tak jakby z tego muzeum powietrze uszło.
No ale, kto nigdy w NASA nie był, niech pójdzie. Kto był na Florydzie, to na Houston szkoda kasy.

W niedzielę za to już nic nie zwiedzaliśmy.
Rano, o 8, dostałem prawie zawału serca. Poważnie. Marta mówi, że byłem blady jak kartka papieru, gdy zabrałem się za online check-in na lot AA do Auckland i wyskoczyło, że musimy mieć NZeTA, czyli taką promesę na wjazd. I że jej nie mamy.
Zenek śpiewa "jak do tego doszło, nie wiem", i to samo sobie ja powtarzałem. Przecież nawet mam specjalnego excela gdzie wszystkie kraje na naszej trasie RTW mam opisane w wymaganiach wizowych i covidowych. Wszystko sprawdzanie na stronach gov.pl i gdzie tam jeszcze. I jak byk mam - Nowa Zelandia - bez wizy. Cóż, trzeba było doczytać do końca stronę rządową, bo tam w "dodatkowe dokumenty" pisali coś o NZeTA, ale że to było "ekran poniżej", to przeoczyłem.
Atak paniki, ręce się trzęsą. Instaluję aplikację NZeTA na telefonie, klikam po kolei całą rodzinę, dane, selfie, paszport, płacę frycowe. Po 20 minutach 5 wniosków ma status PENDING. Na maila przychodzi informacja, że wniosek jest procesowany, zwykle 50% wniosków rozpatrywanych jest w 10 minut, ale czasami może to trwać do 72h. A my do odlotu mamy godzin 8. W tym samym czasie w NZ jest dopiero 4:30 rano, na szczęście poniedziałek, więc jest nadzieja, że ktoś do roboty przyjdzie niedługo i może kliknie nasze wnioski.
Godzinę później jest bez zmian, status jest pending i tyle. Kontaktuje się z AA i sprawdzam opcję przebookowania biletu na parę dni później. Jest opcja na za tydzień, kwota dopłaty 8000. Dolarów. Robi mi się słabo, chyba jednak trzeba będzie wracać do Amsterdamu z tej naszej wycieczki i szukać innego dolotu do Azji i ewentualnie NZ. Plany i marzenia zaczynają się sypać.
Na 11:00 zabierają nas na mszę do polskiej parafii. Pięknie się tutaj urządzili w tym Houston, a z racji meczu POL-FRA część ludzi przyszła na mszę w koszulkach reprezentacji. O 10:55 sprawdzam apkę NZeTA, jest approved. Można iść na kolanach do Częstochowy.

Ostatnie parę godzin w USA nadal jest nerwowe. Próbuję ogarnąć nowy (używany) telefon, bo nam ukradli w Chile, ale żeby go aktywować muszę mieć kod, który przyjdzie na inne urządzenie w Polsce, które ktoś musi znaleźć u mnie w domu. Chcę to zrobić koniecznie jeszcze przed odlotem, bo mam dobry net w USA a odtwarzanie iphone z backupu to kilkanaście GB danych. Z telefonem idzie mi kiepsko. Jedziemy na lotnisko, jest nerwowo, bo ruch na tych 8-pasmowych ulicach jest straszliwy i wiem, że jak będzie dzwon to wszystko jest na styk i z wyjazdu nici. O 15:05 zdajemy auto (nawet nikt go nie ogląda, proszę zostawić kluczyk i do widzenia). O 15:20 jesteśmy na terminalu A w Houston, próbujemy się odprawić na lot (Houston-Dallas-Auckland). Babka długo męczy się z naszymi paszportami, pada pytanie o NZeTA, pokazuję screen na telefonie, babka patrzy na niego przez pół sekundy może (nigdy nie dowiem się, czy było to gdzieś dokładniej weryfikowane). O Covidy nikt nie pyta. Drugi raz w naszej podróży mój zegarek zgłasza alarm "twoje tętno jest bardzo wysokie, ale nie trenujesz" (pierwszy raz w AMS przed pierwszym odlotem to miałem). Po 10 minutach skanowania paszportów i klepania w kółko czegoś w komputerze ostatecznie drukuje nam karty pokładowe i odbiera plecaki. Tętno zaczyna spadać.

Lot z IAH do DFW trwa tyle co nic, więc nawet picia i jedzenia nie rozwożą (można sobie podejść i poprosić). Cztery godziny później wsiadamy do Dreamlinera aby odbyć najdłuższy jak do tej pory lot w naszym życiu - 15h30m (bo musieli omijać burze) z Dallas do Auckland. Kolejny raz wychodzimy bez szwanku z potencjalnych tarapatów.

Następny wpis chcę zacząć już od Nowej Zelandii, więc dodam, że sam lot American Airlines DFW-AKL nie był taki straszny - samolot załadowany na full więc nie było opcji na wygodne spanie, ale serwis AA prima sort - obsługa starszej daty, chodzi, zagaduje, anegdotki. Jak prosisz o Colę, to daje puszkę i sam sobie otwieraj, a nie jak lufie mikro-kubeczek nalany do połowy. Posiłki w zasadzie trzy, ale że siedzieliśmy na końcu (rząd 35), to przy ostatnim jedzeniu już wyboru nie było. Ale jak na klasę ekonomiczną to ok - kocyk, podusia, jedzenie, IFE bardzo bogate. Przepaść względem Eurowings :)
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#29 PostWysłany: 09 Gru 2022 09:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Pierwsze śliwki robaczywki...

Do Auckland przylatujemy z lekkim (45m) opóźnieniem, tak aby wycisnąć jak najwięcej przyjemności z lotu B789 przez Pacyfik. Pierwszy raz w Nowej Zelandii więc też nie do końca wiemy jak to będzie wyglądało na lotnisku, ale nie jest źle - wszystko sprawne i dobrze zorganizowane. Co 5 metrów plakacik informujący ile $$$ zapłacisz jak Cię złapią z jedzeniem wwożonym do Nowej Zelandii. Rozmowa z pogranicznikiem szybka i zgoda na wjazd jest (NZeTA nikt nie sprawdził, o covidy też nikt nie pytał). Zostaje jeszcze kontrola celno-żywnościowa, i tutaj wymiękamy - stajemy w kolejce "coś wwozimy" bo mamy 3 paczki barszczu w torebce Winiary (na Wigilię), więc głupio zapłacić 400$ kary za barszcz. Pan pyta co dokładnie mamy - "czekolada i instant soup" - pieczątka, go to line '1' i tyle. Poszło szybciej niż gdybyśmy stali w kolejce "nic nie wwozimy".

Jeszcze na lotnisku w Dallas zorientowałem się, że z trudem wynajęte auto (nikt nie chciał nam wynająć auta w Auckland ze zwrotem w Wellington) będzie do odbioru nie na lotnisku, ale w centrum miasta. Znowu niedoróbka organizacyjna, trudno, ale sprawdzam w google czy jest uberXL i ile kosztuje i macham na to ręką - dojedziemy do centrum z loniska.

Wychodząc z terminala kupuję kartę sim z lokalnym internetem - do wyboru Vodafone i Spark, ale tylko ten drugi pozwala na stawianie hotspotów. Za 50GB na 3mce płacę 79 NZD (czyli jakieś 240zł), całość zajmuje mi 2 minuty. Dla porównania podobny pakiet w Chile z bólem nóg załatwiałem 2 godziny, ale zapłaciłem jakieś 30 zł. Co kraj to obyczaj, a internetowo (podobno) Nowa Zelandia jest nieco w tyle za krajami drugiego i trzeciego świata.

Z nową kartą sim zamawiam ubera (ale by się dało bez, bo internet lotniskowy nawet przed terminalem działa), i są schody bo nie ma w menu UberXL. Wiem, że nie jesteśmy u Latynosów, więc wbijanie na spontanie w osobówkę w 5 osób odpada, zostaje wezwać Ubera, pojechać po auto do centrum i wracać po dzieciaki. Przyjeżdża Mitsubishi Outlander (7-os), pytam gościa czy może zabrać 5 pasażerów, on na to, że nie, bo ichni jakiś urząd transportu stwierdził że jest za mało miejsca na nogi w trzecim rzędzie i zakazał używania siedzeń :/ Ale kierowca doradza, że z terminala są taksówki Van i shuttle van (takie latynoskie collectivo), i może tak będzie dla mnie lepiej niż tu wracać. Zmieniam w apce Uber dojazd na powrót na lotnisko, wysiadam gdzie wsiadłem i jestem bogatszy o poradę od taksówkarza i biedniejszy o 15 NZD za fatygę (Uber tyle skasował).
Sprawdzam jakie mam opcje z porady taksówkarza: collectivo chce 70 NZD od nas, myślę, że drogo, więc szukam dalej. Jest autobus miejski do centrum, ale żeby jechać trzeba kupić kartę (jak niegdyś w Londynie Oystera) i doładować na 10 NZD (karta kosztuje 5 NZD, i muszę mieć dla każdego pasażera, czyli kart 5) - wychodzi mnie za ten interes 75 NZD i sobie odpuszczam. Pojawia się też parka z Niemiec chętna na collectivo, ale akurat żadnego nie ma. Wypłacam 200 NZD z jedynego bankomatu na terminalu (prowizja 3 NZD = 9 zł, wstydźcie się chilijskie złodziejskie banki!), ogarniam collectivo i ruszamy do centrum.

Auto mam z Europcar (przez pośrednika discovercars czy jakoś, było najtaniej, co nie oznacza, że tanio). Brałem absolutne minimum czyli Suzuki Swift (wiedząc, że bagaż nie wejdzie), ale cena i tak była straszna, więc trudno. Wchodzę więc do małego biura w okolicy Harbour gdzie wita mnie miła starsza pani D..
D: "How are you today?"
R: (będzie po polsku dla wygody) "Lepiej nie pytaj, siedziałem 16h w samolocie a teraz przez mój błąd musiałem tutaj do centrum jechać z lotniska po odbiór, bo źle zaznaczyłem przy rezerwacji"
D: Oj, szkoda, a nie pytałeś u nas na lotnisku, może by ci coś dali?
R. (ups), oj, nie, wiesz, nie pomyślałem. Trudno.
D: Ok, sprawdźmy nazwisko Z..., macie Swifta... ale ile Was jest?
R: (lekko zażenowany) 5 osób, ale dzieci nie są duże, zmieścimy się, mamy plecaki i potem będziemy je trzymać w apartamencie, wiem, że swift jest mały ale...
D: No tak ale jedziecie do Wellington, więc jednak będziecie dużo jeździć. Słuchaj, mam tutaj inne większe auto, może Wam takie dać? Będzie Wam wygodniej (pokazuje nówkę sztukę Kia Stonic GT - taki kompaktowy suv).
R: yyy no tak, ale to w tej samej cenie?
D: Oczywiście!
R: chyba teraz powinienem Cię uścisnąć :)

Autko jest nówka sztuka z opcją sport, całe nasze tobołki mieszczą się idealnie do bagażnika (czyli jest większy od MG ZS w Chile), jeszcze drugi gość z wypożyczalni proponuje, że mi wyjedzie autem na ulicę w wygodniejsze miejsce żebym się nie stresował. A stres jest, bo nigdy autem z kierownicą nie po tej stronie nie jechałem :)

Wbijamy w mapę nasz cel - domek w Tauranga i ruszamy. O dziwo nie jedzie się źle, ale Kia mi bardzo pomaga, bo asystent pasa piszczy i koryguje kierownicę gdy mnie za bardzo ściąga do lewej. Zapowiada się świetny miesiąc w NZ. Gdyby tylko ci kierowcy nie jeździli jak wariaci...
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#30 PostWysłany: 12 Gru 2022 05:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
-- 12 Gru 2022 05:27 --

Mamy dzisiaj luźniejszy dzień (tj. dopadło mnie przeziębienie i nie chce nam się jeździć), więc pora nadrobić braki w relacji.

Pierwszy nocleg w Nowej Zelandii mamy w Tauranga, skąd mamy relatywnie blisko do paru atrakcji, które chcemy odwiedzić. Noclegi w NZ nie są jakoś kosmicznie drogie, w airbnb ustawiliśmy sobie kryterium ok 300zł/noc za godziwe warunki (kilka pokoi, kuchnia, pralka itp) i prawie zawsze się coś znalazło. Wprawdzie nie jest to nigdy w centrum turystycznym więc musimy dojeżdżać, ale coś za coś. W Tauranga odsypiamy lot przez ocean i zmianę czasu (oraz zgubienie jednego dnia), a następnego ranka ruszamy na poznawanie NZ.

Na pierwszy ogień - Rotorua, kolejne miasto (godzina drogi), centrum gejzerowo-geotermalne NZ. Atrakcji płatnych cała masa, my za darmoszkę idziemy do parku miejskiego z całą masą gorących źródeł. Śmierdzi niemiłosiernie, ale jako bonus są dwie 'wanny' gdzie można sobie w ciepłej wodzie pomoczyć nogi. Przy okazji robimy rezerwację na 'Maori experience' (o tym później) oraz idziemy na spacer do lasu sekwojowego.
Okazało się, że w okolicy Rotorua można spotkać sztucznie nasadzone sekwoje, takie same jak w lasach Redwood w Kalifornii. Co ciekawe, drzewa te tutaj w NZ rosną dużo szybciej niż w USA, więc okazy po 70m wysokości mają ledwie 100-120 lat. Atrakcja polega na spacerze pomostami wśród takich drzew, bilet rodzinny 2+3 kosztuje 99NZD (300zł) i uprawnia do dwóch wejść - w dzień i w nocy (niekoniecznie tego samego dnia). Drzewa bardzo fajne, żałuję, że nie mieliśmy więcej czasu na chodzenie po lesie, ale trzeba było wracać do domu i robić jedzenie.

Czy w NZ jest drogo? Cóż, z mieszkaniami nie jest tak źle. Z jedzeniem w knajpach pewnie już gorzej, kawę (dobrą, flat white najczęściej) kupuję za 5-6NZD, czyli cena jak we Wrocławiu w knajpie. Po podliczeniu budżetu naszej podróży wyszło nam, że jak mamy cokolwiek jeść w Azji, w NZ trzeba iść w low-cost, więc jedzenia w lokalach nie będzie wcale. W markecie ceny różne, niektóre rzeczy wyraźnie droższe (owoce/warzywa), mięso podobnie, masło tańsze niż w Polsce. Da się to ogarnąć jakoś bo produkty są dobrej jakości. Paliwo wychodzi taniej niż w Polsce (przynajmniej w listopadzie, kiedy ostatni raz tankowałem w PL).

Image
Image
Image
Image
Image

-- 12 Gru 2022 05:56 --

Drugi dzień zwiedzania Nowej Zelandii ma być spełnieniem jednego z naszych podróżniczych marzeń. Bilety mamy kupione już dawno, pogoda nie jest zła (nie pada), jedziemy więc do Hobbitonu.
Na forum jest kilka relacji z tego miejsca, więc nie wiem co więcej dodać. Dla nas to absolutny TOP jak się powinno robić takie atrakcje. Nie ma się poczucia, że jest to maszynka do nabijania kasy, wycieczki idą jedna za drugą, ale nie ma żadnego problem z robieniem zdjęć i czystych kadrów tam gdzie się ma na to ochotę. Spędziliśmy na planie dobre półtora godziny, mieliśmy fajnego przewodnika, który znał książki Tolkiena, anegdotki z filmu i nas o różne rzeczy odpytywał.
Największe wrażenie na nas zrobiło to, że zamiast po prostu zakonserwować tamto miejsce po kręceniu Hobbita i przewalać tylko wycieczkę za wycieczką, oni cały czas o to dbają. Trawa przycięta, kwiaty pięknie zadbana, warzywa prawdziwe w ogrodzie. Dbałość o każdy detal na najwyższym poziomie.

Z Hobbitonu ciśniemy do Rotorua, gdzie na 17:30 mamy Te Puia evening experience, czyli kolacja, pokaz kultury maoryskiej i wieczorne oglądanie gejzerów.
Cóż, tanio nie było, bo impreza nas wyszła 580NZD za naszą rodzinę. Kolacja w formie bufetu na bogato i bez limitu, jedzenie dobre i różnorodne ale takie nijakie, więc wychodzimy najedzeni ale spodziewaliśmy się po opisach czegoś więcej.
Pokaz maoryski ciekawy, niesamowita mimika twarzy Maorysów, ich tańce i śpiewy. Ale znowu niedosyt, całość trwa może 30 minut i tyle.
Na koniec wsadzili nas do pojazdu i zawieźli na gejzer i było wypasione widowisko, bo gejzer rozbujał się mocno i fajnie było to wszystko oglądać. Ale, gdyby całość kosztowała połowę mniej, wtedy byłoby to bardziej uzasadnione finansowo.

Na koniec dnia druga runda na pomostach w lesie, zdjęć brak bo w nocy słabo było coś uchwycić, ale sama atrakcja super. Znowu, gdyby nie to, że za 99NZD było podwójne wejście, to cena za atrakcję przedrożona.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image


Maorysi:

Image
Image


Gejzery:
Image

Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#31 PostWysłany: 12 Gru 2022 09:52 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 2877
srebrny
Uwielbiam !!
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#32 PostWysłany: 15 Gru 2022 01:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Jeśli w Polsce są paragony grozy, to co należy powiedzieć o Nowej Zelandii?
Tak, tanio to tu nie jest (o cenach będzie innym razem), a i pogoda nie rozpieszcza. Dalej w Tauranga, ale dzień rozpoczynamy deszczem, który pada jednocześnie pionowo i poziomo. Normalnie takie dni "zużywamy" na nadrabianie zaległości w edukacji domowej, ale nie po to tłukliśmy się aż do NZ, żeby teraz siedzieć w domu. Pakujemy się więc to auta i jedziemy znowu w stronę Hobbitonu i Rotorua (generalnie - na południe), w stronę Blue Springs - mam cichą nadzieję, że przynajmniej przestanie padać.

Rokowania początkowo są słabe, ale po godzinie jazdy w ulewie w końcu przestaje lać, potem przestaje całkiem padać a nawet wychodzi słońce, akurat na półtoragodzinny spacer wzdłuż pewnego potoku. Trasa jest bardzo ładna, kolory rzeki bajeczne i robimy tę kilkukilomterowy spacer bez deszczu i złej pogody. Co prawda jedno z dzieci włazi nam do bagna (od razu wpada po pas), ale poza mokrymi ciuchami i świadomością, że mogło się to skończyć o wiele gorzej, nic jej nie jest.
Gdy wracamy do Taurangi znowu zaczyna lać i już lać nie przestaje do naszego wyjazdu z tego miasta.

Nazajutrz (sobota), czeka nas długa przeprawa do drugiego miejsca, na południe Wyspy Północnej. Miało być Wellington, ale ceny były zabójcze, więc będzie Himatangi Beach (cokolwiek to jest), gdzie mamy całkiem przytulny domek wakacyjny 10 minut od plaży. Tłuczemy się tam prawie cały dzień, bo po drodze robimy przystanek na kolejny geotermalny park - Wai-O-Tapu. Bilet rodzinny ledwo 85 NZD, można zwiedzać gejzery i kolorowe jeziorka, czyli prawie jak Yellowstone w pigułce. Jedynie najciekawszy gejzer musimy pominąć, go gejzer 'strzela' raz dziennie o 10:30 (czyli w czasie, kiedy mu wrzucają mydło do środka żeby indukować erupcję). Ale miejsce warte odwiedzenia tak czy tak i jak ktoś ma czas, to można tam łazić kilka ładnych godzin.

Z Wai-O-Tapu jedziemy dalej na południe tzw. volcanic route, czyli dalej w linii gejzerowo-wulkanicznej, tym razem jednak z naciskiem na wulkany, aby przejechać przez Tongariro National Park. W Internecie wygląda to super, na materiałach video promocyjnych (np. Alpine Crossing treck) też jest to fajnie pokazane, ale niestety pogoda jest fatalna, leje albo 'zaraz będzie lać', więc ani stożków wulkanów nie widać, ani za bardzo nie ma gdzie łazić. W ramach przerwy robimy krótki space na 'widoczek', ale widoczku nie ma (w sumie ciężko powiedzieć do czego wytyczyli ten szlak). Klimat jak ze scen gdy Frodo i Sam idą do Mordoru (i faktycznie te sceny tutaj kręcili), szaro, buro i ponuro. Zwijamy się z parku i na jego obrzeżach szukamy jedzenia - jedyna knajpa za burgery woła 25 NZD od sztuki, więc uciekamy i ostatecznie kupujemy coś z foodtraka pośrodku niczego i jemy w aucie (bo pada) - obiad dla 5 wychodzi 41 NZD, więc taniej niż w Chorwacji :)

Do Himatangi dojeżdżamy po zmierzchu, jutro będziemy cisnąć do Wellington.

Blue Spring:
.Image


Image
Image

Wai-O-Tapu:
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Mordor i okolice:
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#33 PostWysłany: 21 Gru 2022 11:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Zaległości w pisaniu relacji jest sporo, ale albo jesteśmy w drodze, albo jak już nie jesteśmy w drodze to nie ma akurat Internetu (mamy lokalną kartę sim w sieci Spark, ale cóż z tego, skoro przez połowę czasu nie ma zasięgu...)

Himatangi Beach miał być dla nas punktem noclegowo-wypadowym, bo zwyczajnie nie było nas stać na nocleg w Wellington a to wydawało się względnie blisko. W niedzielę ruszyliśmy zatem do stolicy Nowej Zelandii z trzema punktami do odwiedzenia - po pierwsze kościół (no bo niedzielna msza), po drugie muzeum (bo podobno wypas i do tego darmowe) i po trzecie Weta Workshop (bo podobno tak samo wypas jak Hobbiton no i oni robili te wszystkie bajery do LOTR).

Kościół ciekawy, kolejny raz już trafiamy na mszę, gdzie nie ma lokalnego kapłana, tylko jest jakiś misjonarz (ten akurat poprzednio pracował w Tajlandii). W ogóle to mam takie tutaj spostrzeżenie, że 100% kościołów, w których na mszy do tej pory byliśmy (Amsterdam, Punta Arenas, El Calafate, Houston, Wellington i Greymouth) ma taki zwyczaj, że ksiądz stoi przed mszą na zewnątrz i wita ludzi, zagaduje lokalnych, pyta 'gości' co za jedni. Miłe jest to i pomaga budować więź. W kościele też jest ciekawy akcent, tablica po polsku i angielsku upamiętniająca Zbrodnię Katyńską. Ufundowana przez jedynego milionera Polaka w NZ, podobno, tak przynajmniej nam powiedziała starsza pani Polka po mszy, gdy podeszła zagadać (mówi, że bardzo rzadko słyszy się tutaj język polski). Podeszła, zagadała, odprowadziła do świateł i poszła o godzinie 12-tej w południe na kawkę do kawiarni.

Muzeum Te Papa (Museum of New Zealand) to sztos. Jest zrobione na wypasie, jak najlepsze muzea w Londynie czy NY, jest całkowicie darmowe i trzeba sobie rezerwować więcej niż ledwie 2h które tej niedzieli na nie mieliśmy. Muzeum z rodzaju, dotknij, posłuchaj, zobacz, powąchaj, przeżyj. Polecamy!

Trzeci i ostatni punkt w Wellington to Weta Workshop (można sobie wygooglować co to), i chyba ostatecznie dla nas akurat rozczarowanie. Nie można robić zdjęć (bo prawa autorskie zabraniają), wycieczka szybko przechodzi przez chyba 5 pomieszczeń, dla fanów kina coś super, ale gnają nas tam mocno i szybko oprowadzanie się kończy. Potem jest spacer do studia 2 ulice dalej na plan jakiegoś remake'a serialu animowanego z lat 60-tych, o którym nigdy nie słyszeliśmy więc nie mamy z tym żadnej radości, raczej 'boring experience' jeśli mogę tak powiedzieć. W sumie to tak jakby Amerykanina czy Anglika zaprosić do nas do studia gdzie kręcili Koralgola albo Uszatka - dla nas to och i ach i wspominki, a dla obcych to dziwny oldschool. Ogólnie wizyta w Weta wypada nam tak średnio, całość też lekko drogawa (plus duże oczekiwania po Hobbitonie tutaj zupełnie niespełnione). Jest też sklepik z gadżetami w Weta Cave, ale ceny są astronomiczne (bo te gadżety potem w drugim obiegu są sprzedawane za jeszcze więcej).

Wracamy do Himatangi i kolejny dzień (poniedziałek) marnujemy na nicnierobieniu - dopada mnie przeziębienie i jestem w fatalnym stanie, a innego kierowcy nie ma, więc dziewczyny uczą się i nadganiają szkolny materiał.

We wtorek znowu jedziemy do Wellington, ale po to aby pożegnać się z Wyspą Północną i przeprawić się na dalej. W centrum rozdzielamy się na podgrupy - Marta i dziewczyny idą do Te Papa (muzeum) na dogrywkę, a ja mam oddać auto na terminalu promowym i z bagażami czekać na nasz prom. Pech chce, że Europcar ma 'drop off' przy promie Interislander, a my mamy rezerwację na Bluebridge (w sumie to może jednak nie pech, bo Interislander tego dnia jest odwołany). Auto porzucam na parkingu, bo nikogo z obsługi nie ma, jest tylko drop off box (następnego dnia przychodzi mail, że auto ok i rozliczone poprawnie). Między terminalami jest 2km, do przejścia spokojnie z 5 razy by było bo mam lekką ręką 2h wolnego czasu, ale z 4 plecakami jest to fizycznie niewykonalne. Sprawdzam Ubera i cena 25 NZD za te 2 km mnie mocno zniechęca. Czekam więc na parkingu i patrzę co się dzieje, w końcu taksówka jakaś pusta stoi (pewnie kogoś przywiózł na prom), łapię gościa i wg licznika za 11 NZD zawozi mnie na drugi terminal. Uber vs Taxi 0:1.

Z promem zabawna sprawa, bo jest check-in jak na samolot, dostaje się boarding pass i jest możliwość oddania bagażu 'do luku'. Oddaję więc 3 z 4 plecaków i czekam na resztę rodziny. W hali 'odpływów' jest masa ulotek turystycznych, więc można od razu zapoznać się z tym, co będzie do robienia na Wyspie Południowej.

Prom rusza z 30-minutowym opóźnieniem (ale i tak trzeba się cieszyć, bo ten drugi nie rusza wcale), ludzi na promie nie ma aż tak wiele (albo siedzą w kajutach), a rejs trwa jakieś 4h. W promowej restauracji spotykamy Inkę, dziewczynę z Polski, która tutaj siedzi już 4 lata trochę jako wolny ptak :) Opowiada o różnych ciekawych pracach dla obcokrajowców, których się podejmowała: operator wyciągu orczykowego, sterujący ruchem na drodze itp. Być może spotkamy się z Inką w Święta, bo też będzie w Dunedin, naszym miejscu docelowym na Wyspie Południowej.

Po godzinie 18-tej prom przybija do Picton, ostatnia godzina rejsu jest cudna i malownicza. W Picton na przystani promowej czeka w Hertz koperta z napisem GOLD i moim nazwiskiem, a w niej kluczyki do dwuletniego Mitsubishi Outlander'a (cena w Hertzu ze zniżką moją to 60 NZD za dzień). Auto idealne dla nas, bo wszystkie bagaże się mieszczą i jest komfortowo - będzie to potrzebne bo czeka nas sporo jeżdżenia.

Kościół:
Image




Te Papa - serce Blue Whale:
Image

Weta Cave (w sklepiku można robić zdjęcia - patrzenie na ceny):
Image

Image

Przed promem i na promie:

Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#34 PostWysłany: 23 Gru 2022 11:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Po tygodniu na Wyspie Północnej zawijamy na kolejne 17 dni na Wyspę Południową i znowu początki bywają trudne.

Po odebraniu auta (Outlander, z Hertza) zjawiamy się w naszym pierwszym noclegu - tym razem Airbnb wymiękło i braliśmy co się dało z booking - padło na Pimaka Lodge. Dziwne i ciekawe to miejsce, coś pomiędzy hostelem a schroniskiem górkim w centrum miasteczka - grunt, że mamy swój pokój z łóżkiem dla nas i piętrowymi dla córek, jest czysto, woda ciepła, śniadanie w cenie i kuchnia z salonem do dyspozycji. Z gorszych spraw to okazuje się, że droga do Nelson jest zamknięta do 18 grudnia, więc albo ciśniemy nadmiarowo 4h drogą okrężną, albo musimy szukać sobie innych atrakcji.

Pada na tę drugą opcję, bo pogoda jest delikatnie mówiąc nienajciekawsza. Poza tym okazuje się, że sporo fajnych atrakcji jest dostępnych w okolicy poprzez 'water taxi', a 'water taxi' woła 20 NZD od osoby w jedną stronę, więc z naszego budżetu wypada z hukiem.

Pierwszego dnia jedziemy wzdłuż wybrzeża na północ, aby zrobić sobie spacer po Queen Charlotte Track. Szlak całościowo to kilkadziesiąt kilometrów, do tego częściowo przez tereny prywatne, więc trzeba kupić bilet (pass), kilkanaście NZD jeśli dobrze pamiętam. Na szczęście pierwsze parę kilometrów do plaży i widoczku jest 'open', więc dla nas wystarczy, zwłaszcza, że w czasie spaceru pogoda robi się naprawdę znośna i dziewczyny decydują się na spontanie popływać w zatoczce. W ten oto sposób z krótkiej wycieczki robi nam się prawie cały dzień zajęć, wieczorem wracamy na kolację do naszego hostelu.

Drugiego dnia pogoda się psuje całkiem, więc po porannej porcji piłki nożnej (w hostelu jest dwóch Czechów żywo zainteresowanych mundialem, w przeciwieństwie to Kiwi, których ten sport nie interesuje prawie zupełnie), jedziemy w drugą stronę, SH1 w kierunki Christchurch - mają być czarne wulkaniczne plaże i widok na góry. Plaże są, gór nie ma, bo chmurzyska wiszą nisko i pada mżawka. Trudno, po godzinnej jeździe w jedną stronę wracamy, aby wpaść na chwilę na lokalne lotnisko w Blenheim, gdzie lokalny aeroklub lubuje się w zabytkach latających z czasów WW2 itp. Mają też muzeum, ale akurat zamknęli nam przed nosem, a w sumie nie byłoby nas na nie stać tak czy tak. Wieczorem tłuczemy w hostelu zaległe tematy z geografii i matematyki, szkoła nie poczeka, tematy same się nie przerobią.

Trzeci dzień to transfer w nowe miejsce, tym razem kolejny ślepy traf z Airbnb - Blackball (cudowne miejsce). Właścicielka hostelu na odchodne nam mówi, że nam się spodoba to Blackball, jakby przenieść się 100 lat wstecz. Lubimy takie klimaty, więc jedziemy z dobrym nastawieniem. Po drodze chcemy zrobić pitstop w Lake Nelson National Park, mają być jeziora i góry, są jeziora i chmury i jakieś dziwne robactwo co gryzie jak szalone (później dowiemy się, że to sandfly czyli mucha piaskowa, kuzynka naszej meszki ale gryząca jak bąk/giez albo inne cholerstwo). Robimy dwa podejścia do zdjęć nad jeziorami i ciśniemy nadal na południe. W pewnym momencie wjeżdżamy na SH6, czyli West Coast Highway, cudną i widowiskową drogę nad Morzem Tasmana (spokojnie można ją porównać do tego co mamy w Kalifornii z Pacific Coast Highway 1). Pod koniec trasy zatrzymujemy się na Pancake Rocks, ale jest tam tak ładnie, że robimy powtórkę drugi raz więc o tym miejscu napiszę w kolejnym fragmencie. Tymczasem poszukam fotek w telefonie Marty i zbieram się do planowania azjatyckiej części naszej zabawy.
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#35 PostWysłany: 26 Gru 2022 04:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Drugi i trzeci odcinek naszego podróżowania przez Wyspę Południową to generalnie Alpy Południowe i okolice.
Pierwszy nocleg znaleźliśmy w Blackball, starym miasteczku niegdyś górniczym, dziś już tylko pamiętającym dawne czasy gorączki złota i węgla kamiennego. Miejsce cudne, bo domek w górach, na końcu drogi, jakby przyjechać do cioci albo do babci na wieś. Dom po prostu czekał na nas otwarty, żadnej szafki z szyfrem ani innych cudów techniki, właścicielka czasem mieszka w domu obok, ale tym razem jej nie było. Był za to piękny ogród i cisza.

Z Blackball zrobiliśmy kilka wycieczek w okolicy. Po pierwsze pojechaliśmy raz jeszcze do Punakaiki Pancake Rocks and Blowholes - ekstra miejsce, przy samej drodze nr 6. Zwiedza się formacje skalne na wybrzeżu, gdzie wapień ułożony jest w dziesiątki cienkich warstw (jak Tort Dobosz :)), a miejscami tak wyerodowany przez fale i wiatr, że tworzy kominy w których woda morska strzela ku górze wraz z napływającymi falami. Miejsce magiczne i niesamowite (rzadko się zdarza, że wracamy drugi raz po trasie w jakiś spot). Obok jest dostępna też do zwiedzania jaskinia, ale nasze czołówki były na rozładowaniu i po przejściu kilkunastu metrów wycofaliśmy się, bo było ciemno i lekko niepewnie bez dobrego oświetlenia.
Z Blackball też pojechaliśmy do starej kopalni Brunnera (https://www.doc.govt.nz/parks-and-recreation/places-to-go/west-coast/places/brunner-mine-area/things-to-do/brunner-mine-site-walk/), gdzie można przejść po fajnym mostku niegdyś używanym do transportu węgla, poczytać o historii tego miejsca i o katastrofie górniczej, która pochłonęła 65 ofiar. Nieopodal w Stillwater jest cmentarz z pamiątkową mogiłą górników. A z cmentarza już rzut beretem do miejscowości Moana i Lake Brunner, gdzie swój przystanek ma słynna (?) kolej tranzalpine (której cena jest zaporowa :/). Postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę w Moana i porobić zdjęcia pociągu na stacji, ale o dziwo pociąg na stacji nawet się nie zatrzymał, tylko swoimi oszklonymi wagonami pojechał dalej w stronę Christchurch. Przynajmniej kawa była dobra i muszki nie gryzły bardziej niż zwykle. Z Moana można zrobić fajną pętelkę wokół jeziora przez Kumara Junction i wrócić do Greymouth. Pojechaliśmy jeszcze wieczorem w jedno miejsce - to Hokitika, gdzie zupełnie za darmo można zobaczyć glow worms, czyli święcące robaczki - zupełnie niespokrewnione z naszymi świetlikami. Atrakcja oczywiście po zmroku, samo Hokitika nieciekawe, może dlatego że byliśmy tam w niedzielę po 20-tej i wszystko było zamknięte na 4 spusty poza stacją paliw, ani nie zjesz, ani nic nie zobaczysz, plaża taka sobie.
W okolicy jest sporo szlaków pieszych i rowerowych, ale czas naglił, więc po 3 noclegach ruszyliśmy dalej na południe, kontynuując drogę SH6.

Kolejny nocleg było nam bardzo ciężko znaleźć, rozsądek podpowiadał Queenstown, ale tam ceny dla naszej rodziny za 'cokolwiek' startowały od 1000zł za noc w górę, więc ostatecznie znaleźliśmy jakiś kemping Makarora Lodge, w górach, daleko od wszystkiego, ale za jedyne 450zł/noc.

Z Blackball do Makarora jest kawał drogi, do tego po górach, więc na przejazd straciliśmy prawie cały dzień. Po drodze jechaliśmy przez Franz Jozef i Fox Glacier, kultowe ponoć miejscówki, ale dla nas zupełnie nieciekawe. Franz Jozef większy, 2 kawiarnie czynne, 3 kawiarnie nieczynne, jeden sklep i 20 agencji "loty widokowe helikopterem". Trasy do wyboru do koloru, ceny od 300 NZD za jeden lodowiec, 600 NZD za pakiet all-in-one (2 lodowce i Mt. Cook). Dość powiedzieć, że pogoda była fatalna i góry w chmurach, więc nic i tak nie latało w ten dzień. Za to we Franz Jozef jest kino, gdzie za jedyne 60 NZD (za naszą rodzinę) obejrzeliśmy 40 minutowy film o tym co byśmy zobaczyli gdybyśmy ten lot helikopterem wykupili. Taki lot dla ubogich.
Zanim dojechaliśmy do Fox Glacier zrobiliśmy sobie drugi stop na spacer wokół Lake Matheson gdzie jest słynny mirror/reflection view na Mt. Cook. Niestety, o godzinie 17-tej ani nie było reflection (bo wiało), ani Mt. Cook (bo nadal chmury), ale sam spacer przyjemy, trasa wokół jeziorka to ok 1h po przyjemnej ścieżce, muszki nie gryzły nawet. Fox Glacier jeszcze mniejsze od Franz Jozef, jedna kawiarnia czynna i tyle (no są też helipady, ale mniej niż we Franz Jozef).

Z lodowcowych miejscowości dalej jedzie się wybrzeżem do Haast, gdzie chcieliśmy zrobić zakupy ale we wsi wszystkie sklepy o 19-tej były zamknięte i pocałowaliśmy klamkę. Zabraliśmy litościwie stopowicza z Kalifornii, który chciał nocować na plaży w namiocie ale muszki (sandfly) go prawie zjadły, a że nasz Mitsubishi miał w bagażniku nadmiarowe siedzenia, to jakoś się skompresowaliśmy i poratowaliśmy biedaka.

Poźniej trzeba było się wspiąć na Haast Pass, droga wiedzie cudowną doliną, można by tu filmować scenę jak Arwena przewozi Frodo do Rivendell i topi Nazguli (chociaż akurat to kręcili gdzie indziej). Doliny zacne, widoki cudne, trąci trochę Norwegią a Marta mówi, że to najpiękniejsze lasy jakie widziała. Do Makarora Lodge dojeżdżamy po zmierzchu, dostajemy trójkątny domek jak na polskich kempingach, tylko z dobudówkami. Internet jest tylko we wspólnej kuchni, zasięgu brak, ale w domku woda ciepła i ekspres do kawy. Czyli jednak nie Bieszczady.

Pancake rocks:
Image
Image
Image
Image
Image

Hokitika Gorge - polecam - błękitna woda z lodowców i mostki nad nią:
Image

I kilka fotek z drogi przez góry:
Image
Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#36 PostWysłany: 29 Gru 2022 12:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Poranek w Makarora Lodge zaczynamy od matematyki.

Dziewczyny (kl. 5, 6, 8) robią ćwiczenia z matmy i w zasadzie kończą naukę tego przedmiotu na ten rok szkolny. W Edukacji Domowej (homeschooling,ED) ma się dowolność tego jak realizujemy program, więc u nas sprawdza się metoda 'nie wszystko na raz' - we wrześniu zdaliśmy historię, potem geografię, teraz robimy matematykę a następna na kolejce będzie biologia. Po powrocie do kraju zostanie polski, angielski i dodatki z klasy 8. Tak więc dziewczyny liczą pole koła i objętość graniastosłupa, a my liczymy kilometry.

I tak - Makarora - Milford Sound - masa kilometrów, 4h jazdy w jedną stronę. Dramat, bo na nocleg trzeba wrócić do Makarora. Rezygnujemy, następnym razem w NZ zrobimy Milforda :)
Makarora - Mt. Cook - nieco mniejsza masa kilometrów, 3h jazdy one way. Też rezygnujemy, w sumie łatwiej zrezygnować bo pogoda taka średnia więc szanse na fotkę z Mt. Cook w tle mizerne.

Po wywaleniu dwóch 'atrakcji', obieramy kierunek na Queenstown i "potem się zobaczy".
Trasa z Makarora jest, cóż tu mówić, cudowna. Jedzie się pół godziny brzegiem jeziora Wanaka i wzdycha "o rety jak tu pięknie", potem droga skręca na drugą stronę grzbietu górskiego i teraz jedziemy brzegiem jeziora Hewea i znowu mówimy "jak tu pięknie". Norwegia - woda i góry. Po skończeniu trasy nad jeziorami zaczynają się miejscowości, w tym Wanaka z 'tym drzewem' (czyli podobno najbardziej fotografowanym drzewem w NZ, o którym jeszcze kilka godzin wcześniej pojęcia nie mieliśmy). W Wanaka ciepło, masa ludzi nad wodą, kajaki, supy, kite'y, rowery - normalnie Mikołajki albo inne mazurskie miejsce, tylko górki większe.

Z Wanaka jedziemy dalej 'górami', i jest jeszcze piękniej niż było, bo najpierw droga pnie się na przełęcz cudowną aleją łubinową, a potem z przełęczy zjeżdża się w dół z widokiem na kolejne gigantyczne jezioro, pas startowy i Queenstown za nim.

Queenstown cudnie, takie większe Zakopane, ale ceny to chyba bardziej szwajcarskie niż zakopiańskie. Marta znajduje polecaną wszędzie budę z fisz&chips i kolejny dzień pół-budżetowo zajadamy fryty z keczupem. Po takim posiłku ruszamy dalej na północ od Queenstown brzegiem jeziora Wakatipu ('o rany jak tu pięknie') i jedziemy do Glenorchy (nic tam nie ma poza kawiarnią i widoczkami) i przysiółka Paradise. Tam trzeba pojechać 1km po szutrowej drodze (ale po Torres del Paine nie robi to na mnie żadnego wrażenia) a w nagrodę dostaje się Isengard i Lothlorien, bo w okolicy tegoż Paradise te dwie scenerie były kręcone. Co prawda ośnieżonych szczytów gór nie widać, bo chmurzyska wiszą i nie chcą sobie pójść, ale i tak jest cudownie. Na koniec jeszcze espresso w Glenorchy na drogę powrotną i ruszamy do Makarora, na 21 mamy jakąś lekcję online więc trzeba się wyrobić z powrotem (jesteśmy na styk, ale tylko dzięki temu że ostatnie 100km droga jest absolutnie pusta i można jechać nieco szybciej i środkiem drogi).

Widokowo ten dzień określam jako najlepszy w NZ. Żal trochę fiordów, ale może kiedyś uda się tutaj wrócić i uzupełnić braki. Nie można mieć wszystkiego. Analizując ten i poprzednie dni mogę dodać, że naszym problemem jest nasza liczebność - noclegi są drogie oraz jest nas dużo, więc śpimy w różnych odległych miejscach do których na koniec dnia niestety trzeba wrócić. Cała masa turystów w NZ jeździ tutaj mini-camperami (Jucy i inni), więc mają nocleg ze sobą i nigdzie nie muszą wracać - to dużo prostsze rozwiązanie, a z pewnością też finansowo i czasowo bardziej oszczędne.

Następnego dnia rano ruszamy do naszego miejsca docelowego w NZ, gdzie spędzimy kolejny tydzień - do Dunedin. Czemu Dunedin i co to jest Dunedin? Na te pytania odpowiem przy kolejnej okazji :)
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#37 PostWysłany: 30 Gru 2022 22:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
Kolejny odcinek a na koniec zaległe fotki.

Tak więc 21.12.2022 ostatecznie zjeżdżamy do Dunedin, prawie na samym dole Wyspy Południowej. Pewien znajomy z czasów licealnych, który wyemigrował do NZ, spytał "ale po co do Dunedin, tam nic nie ma". No cóż, nie zawsze wybieramy miejsce, do którego jedziemy, czasem miejsce wybiera nas.

Jak już wiedzieliśmy, że będziemy lecieć nasze dookoła świata przez NZ, postanowiliśmy spróbować homesittingu/petsititngu. Czyli ktoś jedzie na wakacje i zostawia dom i zwierzaki pod opieką kogoś innego, a ten opiekun za to ma darmowe spanie. Taka inna wersja couchsurfingu :) W UK jest tego ogrom, w USA sporo, a w NZ było niewiele ofert, w tym jedna z Dunedin. I w ten sposób, przez platformę trustedhomesitters, znaleźliśmy Rachel i jej dwa psiaki, przeszliśmy interview przez Whatsappa (jeszcze z Polski) i mieliśmy dograne opiekowanie się Hazel i Beau oraz ich domem w Dunedin od 22 do 30 grudnia. Święta w Dunedin, zupełnie za darmo, więc czemu nie skorzystać.

Było oczywiście trochę schodów, bo auto zdawaliśmy dzień wcześniej niż 'checkin' u psiaków, bo Dunedin zimniejsze niż myśleliśmy itp, ale ostatecznie był to super czas. Co prawda mieliśmy bardziej ograniczone pole manewru, bo psy mogliśmy zostawiać bez opieki na 2-3h, ale i tak coś dało się zobaczyć. Poza tym Rachel dała nam swoje stare auto, więc w ostateczności mogliśmy jechać z psami gdzieś dalej. Były też ciekawsze atrakcje jak np. wolontariat w wigilijnej kolacji dla staruszków czy 7h spędzone na nowozelandzkim SORze z podejrzeniem złamanego palca (przy okazji: jak przytrafia się wypadek w NZ to nie trzeba mieć naszego ubezpieczenia bo ichni odpowiednik nfz - ACC - bierze to na siebie).

Z rzeczy w Dunedin i okolicy wartych do odwiedzenia:
1) Tunnel Beach - cudowne miejsce, zaraz obok Dunedin, klify i do tego tunel w skale schodzący do morza
2) Moeraki Boulders - prawie idealnie okrągłe kamloty na plaży, foki
3) Nugget Point - latarnia morska na klifach, foki, pingwiny
4) Otago Penisula - albatrosy, foki, pingwiny, lwy morskie - zaraz obok Dunedin
5) Otago Museum - fajne muzeum 'oficjalne', za darmo, do tego super planetarium (niestety płatne)
6) Beechlands Speedway - obok Dunedin, przy plaży, jest tor jak u nas do zawodów żużlowych, ale oni tam ścigają się różnymi autami, albo własnej konsturkcji, albo mustangami z odzysku. Taka Daytona dla ubogich. Super atrakcja, byliśmy tam w urodziny jednej z córek w ramach prezentu.
7) Muzeum osobliwości (?) w Dunedin - najbardziej creepy muzeum w jakim byliśmy, gość zbiera kości i inne dziwadła, zmumifikowane koty i psy, prosię z piątą nogą na głowie, jagnięta dwa z jedną wspólną głową i inne cuda, łącznie z plakatem z Putinem w amerykańskich jeansach zdobytym w ambasadzie w Wellington

Poza tym plaże, ocean, raczej chłodno (jeden upalny dzień to 27* w Dunedin, a tak to raczej ok 20*), relaks.

Na koniec poleciliśmy 30.12 do Auckland, gdzie na 1 dzień wynająłem auto z Hertza aby pojechać do hotelu i rano wrócić na lotnisko. Czemu tak? Bo tak taniej niż taksówką (!). A teraz żegnamy się z NZ i lecimy 11h do Tajpej (kurcze, myślałem, że jednak jest to bliżej), skąd po 2h ruszamy do Bangkoku.
Nowy Rok powitamy na pokładzie samolotu gdzieś w powietrzu.

A teraz obiecane fotki:

Queenstown i okolice:
Image
Image
Image
Image

Isengard czyli Paradise:
Image
Image

Dunedin i okolice:
Image
Image
Image
Image
Image

Speedway:
Image

Creepy muzeum, koniecznie przeczytajcie opis pod zdjęciem prezydenta:
Image
Image
Image
Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#38 PostWysłany: 01 Sty 2023 19:19 

Rejestracja: 26 Lut 2015
Posty: 4
zawiert napisał(a):
Kolejny odcinek a na koniec zaległe fotki.


Jak już wiedzieliśmy, że będziemy lecieć nasze dookoła świata przez NZ, postanowiliśmy spróbować homesittingu/petsititngu. Czyli ktoś jedzie na wakacje i zostawia dom i zwierzaki pod opieką kogoś innego, a ten opiekun za to ma darmowe spanie. Taka inna wersja couchsurfingu :) W UK jest tego ogrom, w USA sporo, a w NZ było niewiele ofert, w tym jedna z Dunedin. I w ten sposób, przez platformę trustedhomesitters, znaleźliśmy Rachel i jej dwa psiaki, przeszliśmy interview przez Whatsappa (jeszcze z Polski) i mieliśmy dograne opiekowanie się Hazel i Beau oraz ich domem w Dunedin od 22 do 30 grudnia. Święta w Dunedin, zupełnie za darmo, więc czemu nie skorzystać.

Było oczywiście trochę schodów, bo auto zdawaliśmy dzień wcześniej niż 'checkin' u psiaków, bo Dunedin zimniejsze niż myśleliśmy itp, ale ostatecznie był to super czas. Co prawda mieliśmy bardziej ograniczone pole manewru, bo psy mogliśmy zostawiać bez opieki na 2-3h, ale i tak coś dało się zobaczyć. Poza tym Rachel dała nam swoje stare auto, więc w ostateczności mogliśmy jechać z psami gdzieś dalej. Były też ciekawsze atrakcje jak np. wolontariat w wigilijnej kolacji dla staruszków czy 7h spędzone


6) Beechlands Speedway - obok Dunedin, przy plaży, jest tor jak u nas do zawodów żużlowych, ale oni tam ścigają się różnymi autami, albo własnej konsturkcji, albo mustangami z odzysku. Taka Daytona dla ubogich. Super atrakcja, byliśmy tam w urodziny jednej z córek w ramach prezentu.

Speedway:
Image




Cześć,

czytam relację z zainteresowaniem ponieważ ruszamy w podobną podróż za kilka miesięcy i od razu na gorąco mam kilka pytań. My co prawda ruszamy dopiero w lipcu, najpierw parę miesięcy w Azji Południowo-Wschodniej, później około grudnia/stycznia Australia i luty Nowa Zelandia - ale do brzegu:
- spędziłem trochę czasu czytając o house/petsittingu, jestem w kilku grupach na FB, rozważam również wykupienie płatnego dostępu do trustedhousesitters - mieliście wcześniej jakieś opinie na tej stronie, albo jesteście już dłużej użytkownikami czy udało się to Wam jako "świeżakom"?
Doradzisz coś na start, wrzucaliście zdjęcia ze zwierzakami itp?
Jedziemy z dwójką dzieci, chłopaki 5 i 11 lat (w momencie wyjazdu), lubią zwierzęta ale miałem obawy o samą wielkość naszej rodziny i mniejsze szanse na to że ktoś udostępni nam dom ale trochę poprawiliście mi humor:)

Napiszesz coś więcej o koszcie tego speedwayu? Już widzę że chłopaki byłyby zachwycone, a będzie to w okolicach urodzin starszego.

Pisz dalej, czytam z wypiekami, obserwujemy też z żoną Insta. Rewelacja i trzymamy kciuki za udaną podróż.
Góra
 Relacje PM off
zawiert lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#39 PostWysłany: 01 Sty 2023 23:02 

Rejestracja: 09 Sty 2012
Posty: 131
Przeczytałem całość, razem z dzieciakami. Starszy, siedmiolatek, jedyne o co spytał na koniec to kiedy będzie mógł przejść na edukację domową i kiedy wyruszamy w drogę? I co ja mam mu teraz powiedzieć? Podziwiamy i czekamy na dalszy ciąg.
_________________
Nie odkładaj marzeń. Odkładaj na marzenia.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#40 PostWysłany: 02 Sty 2023 02:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1491
Loty: 154
Kilometry: 347 723
złoty
@bizz - o pet sitting ostatnio moja żona napisała wpis na nasz blog (fivetofly.pl), tam jest chyba sporo odpowiedzi na Twoje pytanie plus link z rabatem na płatną stronę. Nie wklejam tutaj żeby nie było że afiliacje wrzucam. ;)

Speedway kosztował grosze, tzn 50NZD za bilet rodzinny. Generalnie oni mają pełno tych dziwnych torów i pewnie jakąś ligę, bo w innych miejscach też widziałem te tory (np. Greymouth), ale to był ślepy traf - siedzieliśmy w Dunedin i na mapie szukałem atrakcji w okolicy, miało być rodeo ale było za daleko więc przypadkiem kliknąlem na stadion speedway i było info że są świąteczne wyścigi itp.
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
bizz lubi ten post.
 
 
 [ 63 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group