Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 28 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#21 PostWysłany: 25 Lis 2022 01:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1421
Loty: 154
Kilometry: 347 723
srebrny
@opo nie, w końcu nie ale zniechęcam się do Rych ubezpieczeń - latam mi uszkodził plecak i dwie karty premium z Polski mnie odesłały z kwitkiem (zgodnie z ouw)
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#22 PostWysłany: 28 Lis 2022 19:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1421
Loty: 154
Kilometry: 347 723
srebrny
Relacja się opóźnia, bo jak już mam czas, żeby coś napisać, to telefon jest tymczasowo zajęty...

Do Puerto Natales dojeżdżamy późnym wieczorem, jest jasno (22:00), zimno i pada. Miejscówkę mamy po taniości (150zł/noc), więc jakość taka sobie, ale damy radę. W nocy tak wieje, że czuję się na poddaszu naszej miejscówki jakbym spał pod namiotem w Bieszczadach i właśnie przechodziła burza...

Rano nadal wieje, nawet nie pada, więc ruszamy do Torres del Paine. Góry są raczej w chmurach, ale skoro już tu jesteśmy, to zawalczymy. Wybieramy trasę "od góry", czyli jedziemy Routa 9 ile się da - droga najpierw jest fajna - pusto, prosto, da się jechać 100 km/h i więcej, ale za Cerro Castillo droga przechodzi w tryb "autostrada w budowie" i zaczyna się szuter. I ten szuter już będzie nam wypełniał większość dnia. Góry nadal za chmurami, więc mało co widać, ale jeziorka są ok - kolory mają różne, zaczynamy od tych małych i biało-mętnych. Wiatr wieje, jest zimno, ale cóż - pojechaliśmy, to trzeba zwiedzać. Idziemy na mirador przy wodospadzie (Salto Grande) - wieje strasznie, cieżko nawet zdjęcie zrobić bo aparat z rąk wyrywa. Nawet widać "rogi" (Cuernos del Paine), więc się cieszymy myśląc, że to jest to co mamy widzieć (potem już wiemy, że "to" jest z tyłu i tego wcale nie widać). Bunkrów nie ma, ale też jest fajnie.
Zmarznięci szukamy czegoś do zjedzenia - jest przy Salto Grande budka z jedzeniem (Cafeteria Pudeto), mają kawę i zupę pomidorową, wybór mały, więc jedziemy kawałek dalej do Hosteria Pehoe - fajne miejsce, malowniczy hotel z widoczkiem, idzie się do niego na wysepkę po małym mostku. Ale hotel z potencjałem widokowym, ale podejściem niebiznesowym - o tej godzinie nie ma jedzenia i odchodzimy z kwitkiem. Wracamy więc do Cafeteria Pudeto - pomidorówka jest ok, kawa bardzo dobra jak na miejsce i ceny, majątku na szczęście nie wydajemy. Budą za to buja tak, jakby zaraz miała się rozpaść pod naporem wiatru.
Po posiłku zaczyna padać jeszcze mocniej, więc wracamy powoli szutrem do domu (droga wyjazdowa wiedzie przez ogromną, malowniczą polanę). Chmury idą coraz niżej, więc nawet na miradorach nie stajemy - nie ma to sensu.
Wieczorem robimy sobie kolację pocieszenia - idziemy do knajpy na jagnięcinę. Tanio nie jest, ale za to przysiadamy się do stolika do Claudio. Claudio jest Chilijczykiem, przyleciał tutaj w delegacji z Puerto Montt, pracuje w przemyśle łososiowym. Daje kilka wskazówek, opowiada o sytuacji w Chile.

Następny dzień chcemy znowu zaryzykować w Torres del Paine, tym razem od drugiej strony. Jedziemy więc od dołu (skręcamy w mniejszą drogę tuż za lotniskiem Puerto Natales), i jest to zdecydowanie właściwy kierunek - szczyty widać cały czas, każdy mirador wypada super, każde jezioro ma inny kolor. Jest naprawdę ekstra (jak na warunki z poprzedniego dnia). Za bramą wjazdową do parku skręcamy w lewo na Lago Grey - rozważamy wykupienie (absurdalnie drogiej) wycieczki katamaranem pod czoło lodowca Grey. Po dojechaniu na miejsce ostatecznie wycieczki nie kupujemy - można to zrobić tylko online albo w hotelu, a my zaparkowaliśmy 1km dalej i to przeważyło, że jednak nie wydamy tego 1600zł na bilety za lodowiec (tak naprawdę to nie chcieliśmy tyle kasy topić na tę atrakcję więc ostatecznie dobrze się stało). Zamiast tego - spacer plażą nad Lago Grey do miradora. Wieje strasznie. Katamaran stoi i nigdzie nie popłynie.
Spacer na mirador, z którego można oglądać lodowiec i błękitny góry lodowe to 1,5 km po kamienistej plaży (i na końcu trochę po górce przez krzaki). Część trasy 'po plaży' jest straszna (w stronę 'do') - wieje tak, że trudno się idzie, zimno, chmury, widoki ładne, ale jakoś tak strasznie (i ta myśl, że trzeba będzie wrócić). Sam mirador fajny, góry lodowe robią wrażenie, ale brakuje porządnego obiektywu (mamy 28-200) żeby zrobić takie fajowe pocztówkowe kadry. Pada hasło do powrotu, i to jest najgorsze 1000m do przejścia jakie pamiętam w ostatnich latach (już godzinny spacer po dżungli w górach obok Pereiry w rzęsistym deszczu nie był tak zły) - wieje tak, że młodsze córki trzymam mocno za rękę a mimo to je podrywa czasem nad ziemię. Kawałek dalej idzie starsza pani, którą wiatr porywa, przewraca i toczy po ziemi. Dalej widzę kogoś kto goni z wiatrem jakąś rzecz, którą mu wiatr porwał. Co gorsza, z każdą chwilą wiatr się nasila - coś siecze w twarz, i w sumie nie wiem czy to drobne kamyczki czy woda. Trasa - straszna (ale przy dobrej pogodnie na pewno piękna).
Na pocieszenie - widoczki super, bo wiatr rozwiewa chmury i można oglądać góry. Jedziemy jeszcze na kilka innych miradorów, i na każdym jest super - mimo, że wiatr wieje, to widzimy wiele niezapomnianych, bajecznych widoków górskich. Warto było, mimo tego, że momentami było strasznie. Trochę żal, że nie podeszliśmy pod Base Torres (od drugiej strony), ale nie było pogody ani czasu. Może jeszcze spróbujemy w inny dzień, a jak nie, to będzie po co wracać.
Ostatecznie dwa dni w TdP uznajemy za udane, a patrząc na prognozy pogody (ma lać cały dzień), podejmujemy spontaniczną decyzję o wynajęciu czegoś na dwie noce w Argentynie i zużyciu deszczowego dnia na transfer samochodowy.


Image
Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#23 PostWysłany: 29 Lis 2022 00:57 

Rejestracja: 18 Sie 2015
Posty: 3443
złoty
Jeśli jeszcze można wrócić do telefonu, to jak mi ukradli w Meksyku, to sprawdziłem ubezpieczenie na mojej kk w mbanku i okazało się, że to musi być wynikiem rozboju, z telefonem muszą ukraść także kk, trzeba zgłosić na policję, jest udział własny i dostanie się 300 zł max, więc szkoda czasu na takie dodatkowe pseudo ubezpieczenia
Góra
 Relacje PM off  
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#24 PostWysłany: 30 Lis 2022 02:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1421
Loty: 154
Kilometry: 347 723
srebrny
Wynajmując auto przez Whatsappa od Hansa (ostatecznie było to super doświadczenie, super auto i bezproblemowy wynajem), ustalaliśmy, że ma być opcja wjazdu do Argentyny - chcieliśmy przecież zobaczyć lodowiec Perito Moreno. Skoro więc pogoda miała się popsuć (albo, inaczej patrząc, już była kiepska), to zdecydowaliśmy na spontanie wynająć inne miejsce do spania na 2 noce i padło na El Chalten.

O Argentynie wiedzieliśmy zdecydowanie za mało (no bo nie była celem naszej podróży), a nazwa El Chalten nic mi nie mówiła, tak samo jak Fitz Roy. Cerro Torre juz prędzej, ale jakoś to wszystko ze sobą się nie spinało w mojej głowie. Po szybkim przeglądzie forum f4f miałem już pewne rozeznanie "możesz być w El Chalten 5 dni i Fitz Roya i tak nie zobaczysz", ale i tak lepsze ryzyko niż siedzenie w Puerto Natales - tym sposobem ruszyliśmy w piątkowy poranek do Argentyny.
Przejście przez granicę poszło sprawnie (akurat kolejka była na przyjazd do Chile, a wyjazd miał osobne okienka i szło szybko) - najpierw policja migracyjna, potem aduana, różne kwitki stemplowali, sprawdzali dokumenty auta itp (angielski raczej niekoniecznie znany przez obsługę graniczna), potem to samo po stronie argentyńskiej i możemy jechać. Droga była ciężka, bo wiało strasznie i rzucało autem, ale poza tym - cudowna. Ogromne przestrzenie, a jakieś 70km od Calafate wjeżdża się z płaskowyżu do ogromnej równiny (doliny?) - prawie jakbym w Wielki Kanion wjeżdżał.

Zajechaliśmy najpierw do Calafate rozeznać się w Argentynie i zdobyć gotówkę, bo nam powiedzieli, że Perito Moreno tylko za gotówkę argentyńską. No to parkuję obok banku, i mam iść do bankomatu, ale może najpierw spytam w jakiejś agencji turystycznej co i jak. Pani mi mówi, że można te bilety online, a El Chalten to bez biletów więc nawet spoko. Ale zaraz - bankomat wypłaca tylko 2000 peso arg., a wstęp do parku to 4000 od głowy... I tutaj przychodzi olśnienie, że czytałem na f4f poprzedniego wieczora coś o 'blue dolar'. Szybkie rozeznanie internetu (o dziwo na ten jeden moment zadziałała karta SIM z Movistar Chile), i wiem co i jak - że są dwa kursy, i że trzeba szukać nieoficjalnych kantorów. Przypadkiem w portfelu mam 200$ jeszcze z dawnych wycieczek do usa, więc ruszam w miasto na poszukiwania 'cambio'.
Pierwsze wrażenie - super, o ile Natales to jak jakaś odległa Alaska, to tutaj - jak w Parkach Narodowych w USA, masa ludzi, knajpy, sklepiki, ciepło, słonko świeci. Tylko kantoru brak. Gdzieś na końcu ulicy znajduję cambio i mi babka mówi z okienka, że ona tylko kurs oficjalny 1USD=162 peso (a dzięki google wiem, że blue to jakieś 300). Kręcę nosem, a pani na to, że mam wejść do restauracji obok i tam wymienić. Tak, do restauracji. No to wbijam, kelner po angielsku pyta o co chodzi, ja na to zakłopotany, że chcę wymienić dolary. "A to proszę, po schodach na górę, do biura". W biurze inny turysta wymienia, a po nim wchodzę ja - pani podaje stawki (1USD=290 peso), pyta ile chcę wymienić, odlicza kasę na maszynce do liczenia banknotów i gotowe. Z plikiem lokalnej gotówki ruszam na stację paliw, tankuję diesel premium i wychodzi 3,40PLN/l (ten tańszy wyszedł mnie później jakieś 2,70 PLN/l). Nadal nie dowierzam co się dzieje...

Ruszamy dalej do El Chalten, długa to droga i piękna (Routa 40), ale góry za chmurami. Na miejscu, w miasteczku, zupełnie inny klimat niż wszędzie gdzie byliśmy do tej pory - takie trochę większe Ustrzyki Górne, do których jedzie się w jasnym celu i nikt tam nie jest przypadkiem. Nasz host (a raczej jego ojciec), czeka na nas przed domem (nie mieliśmy internetu i nie było jak go powiadomić kiedy przyjedziemy). Wita nas *po angielsku*, opowiada co mamy robić, o swojej rodzinie, obiecuje że jutro zobaczymy góry i załatwi nam pogodę, doradza co możemy robić w czasie pobytu. Zupełnie, ale to zupełnie inne doświadczenie niż w Chile. Na koniec wysyła nas do knajpy gdzie sam chodzi jeść z wnukami - Rancho Grande, mają wołowinę i mamy zamówić dla dzieci milanese (schabowy z wołowiny) - starczy dla trójki dzieci spokojnie jedna porcja.
Idąc za rekomendacją hosta trafiamy do tej knajpy i już wiemy, że jesteśmy w raju - stek 500g z frytkami i jajkami - 3500 peso (12 USD). Pierwszy raz podczas tej podróży zamawiamy 3 dania i nie jesteśmy w stanie przejeść wszystkiego (a cała nasza rodzina kocha jeść ;)). Wracamy do domu z jeszcze bardziej rozbudzonymi nadziejami na kolejny dzień w El Chalten.

Budzę się o 5, bez budzika. Robi się jasno, odsłaniam zasłony i widzę Fitz Roy'a, wprost przed naszym domem, w kolorze moreli (jest jeszcze przed wschodem, więc to poranna zorza go tak zabarwia). Ubieram się, aparat, kamera, dron i cały szpej do auta i jadę kawałek dalej, na drogę do El Chalten, na fotki. O-MATKO-JAK-PIĘKNIE! Do czasu wyjazdu do Chile moim top widokiem był Glacier Point w Yosemite, potem chyba Torres i jeziora to pobiły, ale tutaj jest nokaut. Gapię się na te górzyska chyba z godzinę, po czym wracam, budzę Martę i jedziemy gapić się razem. Zapowiada się cudowny dzień.

Z braku czasu (musimy o 13 być w domku), idziemy tylko na mirador Fitz Roy (12km), wycieczka dalej, na właściwe widoczki pod sam szczyt będzie możliwa kiedy indziej. Ale i tak jest przepięknie. Na obiad chcemy iść do Rancho Grande, ale o 16-tej jest mecz ARG-MEX, więc nie ma w knajpie nawet miejsc stojących. Udaje nam się siąść i zamówić w połowie meczu, akurat kroję mojego cud-steka gdy Messi niestety strzela bramkę i cała knajpa wyje w ekstazie. Tylko nasza piątka coś je, reszta tylko zapatrzona w TV ogląda mecz. Po meczu - całe El Chalten śpiewa i świętuje na ulicy. Bezcenne. Na wszelki wypadek nie mówimy, że jesteśmy z Polski :)

Wieczorem jeszcze jedne widoczki na Mirador Condor, nadal pięknie, ale o świcie światło było dużo lepsze, a w drodze do domu łapiemy empanadę z mięsem z guanaco.

Cudowny, cudowny dzień. Już nie możemy doczekać się następnego dnia, bo mamy jechać na lodowiec.


Jeszcze w chmurach:

Image

Rano:
Image


Image
Image
Image
Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
brzemia uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#25 PostWysłany: 02 Gru 2022 23:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1421
Loty: 154
Kilometry: 347 723
srebrny
W niedzielę musieliśmy trochę zmodyfikować plany, bo chcieliśmy pojechać na mszę i pierwsza opcja wskazywała na kaplicę w El Chalten, tak aby jeszcze trochę pozwiedzać, ale kaplica owszem jest, ale najbliższy ksiądz ma 180km do niej więc z mszy nici. W związku z tym trzeba było rano się zebrać z El Chalten i z Fitz Roy'em w lusterku ruszyć do Calafate.

Głównym celem tego dnia było odwiedzenie lodowca Perito Moreno (w zasadzie był to główny powód wjazdu do Argentyny, zanim odkryliśmy inne zalety). Na lodowiec jedzie się z El Calafate około 1h ładną, pustą, malowniczą a na końcu krętą drogą. Niestety do samego końca nie wiedzieliśmy ile nas ta zabawa będzie kosztowała - cena za dorosłego to 4000 peso (arg), a za dzieci ... no właśnie nie wiadomo bo różnie podawali. Ale na miejscu wszystko się wyjaśniło - bogaci turyści z zagranicy płacą równo - czy dorosły, czy dzieciak - 4k peso i tyle (co po dolarowemu wyszło jakieś 60 zł). Cena nie tak duża, zważywszy na wyjątkowość tego miejsca i atrakcji samej w sobie.

Na miejscu dojeżdża się a parking, skąd albo idzie się szlakiem niebieskim (pomostami) w stronę lodowca (pod górę!, ale patrzymy na lodowiec) i wraca shuttle busem, albo w odwrotną stronę. Sami nie wiemy która opcja lepsza, idąc pomostem od parkingu fajniejsze widoczki, ale trzeba się napracować na schodkach.

Lodowiec cudowny, jeden z bardziej wyjątkowych widoków jaki widzieliśmy. Nie cielił się zbyt mocno, więc nie było spektakularnych huków, ale i tak było ekstra. Aha - za kolejne 4k można wykupić rejs łódką.

Na lodowcu byliśmy jakieś 2h, potem wróciliśmy do Calafate, zatankowaliśmy po taniości i ruszyliśmy do Puerto Natales, kawał drogi.
Na granicy byliśmy jedyni, argentyńska poszła sprawnie, chilijska najpierw chcieli covid certy (mógłbym ich sobie nadrukować ile się podoba, bo nikt tego i tak nie weryfikuje, cóż, po co to wszystko człowiek się pyta), potem paszporty, potem dokumenty auta, a potem S.A.G czyli trzepanie jedzenia. Babka spytała (po angielsku, o dziwo), czy mamy jedzenie, odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą że 3 jabłka kupione w Chile 3 dni temu. Po tej odpowiedzi stwierdziła, że jabłka musi zabrać i zerknie na nasze auto (trwało to 2 minuty dosłownie) - obyło się bez większego trzepania, i ok 22:00 byliśmy już w naszej norze sypialnej w Puerto Natales.

O poniedziałku nie ma co pisać - mieliśmy jechać na Torres i iść na trek do Base Camp, ale pogoda była tragiczna, skończyło się spacerem po nabrzeżu, fotkami i spotkaniem z polską parą która jedzie autem-potworem przez obie Ameryki.

We wtorek rano tradycyjny stres, uber nie miał ochoty jechać na lotnisko, więc ruszyłem w stronę centrum szukać auta a rodzina czekała przed chatką, w której spaliśmy. Łapałem taksy z ulicy, ale dopiero 5 czy 6 była zainteresowana. Przynajmniej gość był obrotny - nie marudził, że wielkie plecaki - wrzucił do bagażnika tak że się domknął, wyjął specjalne gumy-zaczepy i jazda. O 5 pax też się nie czepiał. 20 minut i 8k peso i już byliśmy na terminalu, żegnając z żalem Patagonię.
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#26 PostWysłany: 06 Gru 2022 19:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1421
Loty: 154
Kilometry: 347 723
srebrny
Nie da się dorzucić zdjęć to na pożegnanie z Patagonia dodam, że lotnisko PNT ma taką nieprzyjemną praktykę konfiskowania kijków trekkingowych z podręcznego. A takie lotnisko jak SCL już z tym problemu nie ma - choć jedno i drugie obsługuje ta sama firma.

No dobra, teraz zaległe fotki.

Image
Image
Image
Image

I para pożegnalnych zdjęć z Puerto Natales:
Image

Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
 Temat postu: Sto dni w drodze
#27 PostWysłany: 06 Gru 2022 22:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1421
Loty: 154
Kilometry: 347 723
srebrny
(spoiler alert: jesteśmy już w NZ, ale było o krok od tragedii - o tym w dalszych odcinkach)

Wybór lotów z Puerto Natales do Santiago był dość ograniczony, więc mieliśmy być przez kilka dni znowu w okolicy stolicy Chile, tak aby ze spokojem dojechać na lot do Houston, bez spiny, że opóźnienie w Patagonii rujnuje nam układankę trzech kolejnych lotów. Miasto Santiago już zaliczyliśmy po przylocie z Panamy, więc nieszczególnie nam zależało na eksplorowaniu stolicy (a kradzież w Calamie tym bardziej zniechęciła do miasta i tłoku), więc plan był taki aby pojechać Trubusem do Valparaiso i tam zostać przez parę dni.

Z Valparaiso ostatecznie zrezygnowaliśmy, bo poznani lokalsi uprzedzali nas, że różnie tam bywa z bezpieczeństwem, i zastąpiliśmy to miejsce pobliską miejscowością Renaca (zaraz za Vina del Mar). Coś jak nasz Sopot, tylko 10x większe - ogromne bloki przy plaży, apartamentowce 'ocean view' i ceny z kosmosu. Chyba najdrożej w Chile gdzie byliśmy (internet potwierdzi, że to najdroższa okolica), ale przynajmniej mieszkanie duże, względnie tanie i z widokiem na Ocean i zachody słońca.

Z Turbusa też zrezygnowaliśmy, niestety albo i nie - co innego jak jedzie 1 osoba (jak to opisywał np. @cart w relacji swojej - wtedy jest to ekonomicznie uzasadnione), a co innego jak my, w 5 osób, z plecakami itp. Zamiast tego po prostu na 2 dni przed przylotem do SCL wynająłem auto w Chilean - wybrałem jakieś małe coś (miał być Swift, dali VW Gol nówka sztuka 2000km przebiegu), finansowo wyszło to podobnie jak Turbusy, za to odpadło przesiadanie się, taksówki z/do dworca itp no i najważniejsze - dało wolność wyjazdu w miejsca, do których byśmy nigdy nie trafili w opcji "komunikacja publiczna".

W Renece mieliśmy jeden dzień chillu na naukę do egzaminów i nadgonienie tematów szkolnych. Poza tym zaliczyliśmy dwie atrakcje - wydmy w Con-Con oraz uwaga - wyspę z pingwinami.

Wydmy fajne, pierwszy raz wchodziliśmy na szczyt wydmy, normalnie fotki można robić jak na jakiejś pustyni :). Parkuje się auto w pobliskim markecie za darmo i przechodzi przez ulicę - więc dostępność 'atrakcji' świetna, ludzi mało.

Wyspa z pingwinami to też ciekawa historia - trzeba jechać ok 1h na północ od Vina del Mar (miejscowość nazywa się Cachagua) - parkujemy przy plaży i zaraz obok jest 50m od brzegu wysepka, na której jest kolonia pelikanów, kormoranów i pingwinów (dwa gatunki). Ludzi zero, pingwiny widać prawie gołym okiem, a z lornetką to już wypas. I to wszystko za darmo i dostępne z samochodu (w Punta Arenas zrezygnowaliśmy z Isla Magdalena bo rejs 2h i cena atrakcji skutecznie nas od tego odstraszyły). Wiadomo, że może to nie to samo, że nie chodziliśmy wśród tych pingwinów (ale może to i dobrze, że im się nie przeszkadza), ale za to 4free więc sukces duży. Na tyle duży, że drugiego dnia jechaliśmy tam ponownie robić zdjęcia (bo zapomnieliśmy zabrać aparatu dnia pierwszego). Przy okazji obok pingwinów ustrzeliliśmy super miejsce na jedzenie - lokalna knajpa, menu dnia za 5k, więc jak na Chile tanio.

I tyle. Po sesji zdjęciowej ruszyliśmy w stronę Santiago, zostawiliśmy auto na lotnisku i poszliśmy na nasz lot do Houston. Swoje w kolejce odstaliśmy, bo mamy wizy USA w innych paszportach niż nasze główne, więc żadna automatyzacja nie przeszła, ale ostatecznie o 23 byliśmy już w podstarzałym B767 lecącym do Houston.

Chile - udany kierunek, Patagonia przecudowna, na pewno jeszcze wrócimy bo jest masa rzeczy do odkrycia. Czy było drogo? Cóż, ostrzegano nas, że Chile jest drogie, ale po Chorwacji czy innych europejskich miejscach jakoś strasznie nie było. Co prawda częściej gotowaliśmy sami, niż jedliśmy w knajpach, ale nie było tak źle. Wyjazd na plus, poza lekkim niesmakiem związanym z kradzieżą telefonu.

Image
Image
Image
Image
Image

Image
Image
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
piwili uważa post za pomocny.
 
 
 Temat postu: Re: Sto dni w drodze
#28 PostWysłany: 07 Gru 2022 10:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Maj 2014
Posty: 1421
Loty: 154
Kilometry: 347 723
srebrny
Jak wiadomo chilijskie promo z Amsterdamu wymuszało powrót przez Houston (w jednej z dostępnych opcji) i tak też miała wyglądać nasza podróż.
Gdyby sytuacja na świecie uległa jakiemuś strasznemu pogorszeniu (wojny, covidy, cokolwiek), a trzeba wiedzieć, że bilety kupiliśmy w lutym 2022 i wszystko mogło się zdarzyć, to powrót do Europy był zagwarantowany z tego Houston po paru dniach zwiedzania USA. A że potem przyszło nam do głowy lecieć od razu gdzieś dalej to inna sprawa.

Nie będę tutaj opisywał perturbacji biletowych, bo to nie jest ważne. Finalnie stanęło na tym, że mieliśmy do Houston przyjechać w sobotę rano, a w niedzielę po południu lecieć dalej, do Nowej Zelandii. Aby dobrze wykorzystać ten czas, wynająłem auto w Hertz (mam tam gold'a). Samo wynajmowanie aut w USA to ciekawe doznanie, ale nie będę tutaj przynudzał, dali wygodnego SUVa w cenie sedana i tyle. Przylecieć udało nam się z Santiago 30m wcześniej, więc byliśmy pierwsi na immigration (jest to ważne, bo o tej samej porze w Houston ląduje chyba 8 rejsów z Ameryki Południowej i można kwitnąć nawet 2h). Rozmowa z border control trwała 30s, nawet pieczątek nie dali :(, szybka akcja i 5:40 byliśmy przed terminalem.
Mieliśmy zarezerwowany nocleg w jakimś hotelu, ale ostatecznie dostaliśmy zaproszenie od polonijnej rodziny, która w stanach mieszka już 50 lat i ma ogromny dom pod Houston i jeszcze większe serce. Po przylocie zjedliśmy z nimi śniadanie i pojechaliśmy do NASA.

Nie wiem czy to był najlepszy wybór z tym NASA, może trzeba było jechać do Corpus Christi na lotniskowiec, albo gdzieś indziej. Centrum fajnie zrobione, ale jednak jak ktoś był na Cape Canaveral (jak piszący te słowa), to w Houston jest biednie, niestety. Ale dzieciom się podobało, nasza Olcia popłakała się ze wzruszenia jak weszliśmy do środka głównej hali ("tu jest jak w Gwiezdnych Wojnach"). Na mnie największe wrażenie zrobił oczywiście 747 (ten jeden jedyny do przenoszenia wahadłowców) oraz Falcon9 leżący obok niego. Park rakiet jest tutaj mniej wypasiony od tego na Florydzie, ale Saturn 5 w całości w hangarze też robi wow. Natomiast na minus (albo kilka minusów) tego miejsca przemawiają: kiepska obsługa, sami młodzi ludzie z wadą wymowy, ciężko zrozumieć co opowiadają, zupełnie zabrakło byłych pracowników (jak to ma miejsce na Florydzie); drożyzna w sklepiku z pamiątkami. Ale chyba najbardziej mi szkoda tego, że tak jak uważam że Amerykanie umieją w muzea (9/11 memorial, Centrum JFK Cape Canaveral, Intrepid itd.), tak tutaj zabrakło i tego patosu (który oni potrafią dobrze sprzedać), i tej ogólnej atmosfery. Tak jakby z tego muzeum powietrze uszło.
No ale, kto nigdy w NASA nie był, niech pójdzie. Kto był na Florydzie, to na Houston szkoda kasy.

W niedzielę za to już nic nie zwiedzaliśmy.
Rano, o 8, dostałem prawie zawału serca. Poważnie. Marta mówi, że byłem blady jak kartka papieru, gdy zabrałem się za online check-in na lot AA do Auckland i wyskoczyło, że musimy mieć NZeTA, czyli taką promesę na wjazd. I że jej nie mamy.
Zenek śpiewa "jak do tego doszło, nie wiem", i to samo sobie ja powtarzałem. Przecież nawet mam specjalnego excela gdzie wszystkie kraje na naszej trasie RTW mam opisane w wymaganiach wizowych i covidowych. Wszystko sprawdzanie na stronach gov.pl i gdzie tam jeszcze. I jak byk mam - Nowa Zelandia - bez wizy. Cóż, trzeba było doczytać do końca stronę rządową, bo tam w "dodatkowe dokumenty" pisali coś o NZeTA, ale że to było "ekran poniżej", to przeoczyłem.
Atak paniki, ręce się trzęsą. Instaluję aplikację NZeTA na telefonie, klikam po kolei całą rodzinę, dane, selfie, paszport, płacę frycowe. Po 20 minutach 5 wniosków ma status PENDING. Na maila przychodzi informacja, że wniosek jest procesowany, zwykle 50% wniosków rozpatrywanych jest w 10 minut, ale czasami może to trwać do 72h. A my do odlotu mamy godzin 8. W tym samym czasie w NZ jest dopiero 4:30 rano, na szczęście poniedziałek, więc jest nadzieja, że ktoś do roboty przyjdzie niedługo i może kliknie nasze wnioski.
Godzinę później jest bez zmian, status jest pending i tyle. Kontaktuje się z AA i sprawdzam opcję przebookowania biletu na parę dni później. Jest opcja na za tydzień, kwota dopłaty 8000. Dolarów. Robi mi się słabo, chyba jednak trzeba będzie wracać do Amsterdamu z tej naszej wycieczki i szukać innego dolotu do Azji i ewentualnie NZ. Plany i marzenia zaczynają się sypać.
Na 11:00 zabierają nas na mszę do polskiej parafii. Pięknie się tutaj urządzili w tym Houston, a z racji meczu POL-FRA część ludzi przyszła na mszę w koszulkach reprezentacji. O 10:55 sprawdzam apkę NZeTA, jest approved. Można iść na kolanach do Częstochowy.

Ostatnie parę godzin w USA nadal jest nerwowe. Próbuję ogarnąć nowy (używany) telefon, bo nam ukradli w Chile, ale żeby go aktywować muszę mieć kod, który przyjdzie na inne urządzenie w Polsce, które ktoś musi znaleźć u mnie w domu. Chcę to zrobić koniecznie jeszcze przed odlotem, bo mam dobry net w USA a odtwarzanie iphone z backupu to kilkanaście GB danych. Z telefonem idzie mi kiepsko. Jedziemy na lotnisko, jest nerwowo, bo ruch na tych 8-pasmowych ulicach jest straszliwy i wiem, że jak będzie dzwon to wszystko jest na styk i z wyjazdu nici. O 15:05 zdajemy auto (nawet nikt go nie ogląda, proszę zostawić kluczyk i do widzenia). O 15:20 jesteśmy na terminalu A w Houston, próbujemy się odprawić na lot (Houston-Dallas-Auckland). Babka długo męczy się z naszymi paszportami, pada pytanie o NZeTA, pokazuję screen na telefonie, babka patrzy na niego przez pół sekundy może (nigdy nie dowiem się, czy było to gdzieś dokładniej weryfikowane). O Covidy nikt nie pyta. Drugi raz w naszej podróży mój zegarek zgłasza alarm "twoje tętno jest bardzo wysokie, ale nie trenujesz" (pierwszy raz w AMS przed pierwszym odlotem to miałem). Po 10 minutach skanowania paszportów i klepania w kółko czegoś w komputerze ostatecznie drukuje nam karty pokładowe i odbiera plecaki. Tętno zaczyna spadać.

Lot z IAH do DFW trwa tyle co nic, więc nawet picia i jedzenia nie rozwożą (można sobie podejść i poprosić). Cztery godziny później wsiadamy do Dreamlinera aby odbyć najdłuższy jak do tej pory lot w naszym życiu - 15h30m (bo musieli omijać burze) z Dallas do Auckland. Kolejny raz wychodzimy bez szwanku z potencjalnych tarapatów.

Następny wpis chcę zacząć już od Nowej Zelandii, więc dodam, że sam lot American Airlines DFW-AKL nie był taki straszny - samolot załadowany na full więc nie było opcji na wygodne spanie, ale serwis AA prima sort - obsługa starszej daty, chodzi, zagaduje, anegdotki. Jak prosisz o Colę, to daje puszkę i sam sobie otwieraj, a nie jak lufie mikro-kubeczek nalany do połowy. Posiłki w zasadzie trzy, ale że siedzieliśmy na końcu (rząd 35), to przy ostatnim jedzeniu już wyboru nie było. Ale jak na klasę ekonomiczną to ok - kocyk, podusia, jedzenie, IFE bardzo bogate. Przepaść względem Eurowings :)
_________________
R.

Najnowsza LIVE relacja na Forum F4F: Sto dni dookoła świata
A bardziej na żywo, więcej obrazu, mniej tekstu: https://www.instagram.com/fivetofly/
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 28 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group