Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 103 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna
Autor Wiadomość
#81 PostWysłany: 06 Paź 2019 01:03 

Rejestracja: 16 Sty 2011
Posty: 3507
złoty
Pogoda rzeczywiście średnia (ciężkie chmury) - taka specyfika września, czy trafiłeś akurat tak?
_________________
Veni, vidi, volo
Góra
 Relacje PM off  
 
#82 PostWysłany: 06 Paź 2019 08:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Z aurą to jest tam dziwna sprawa. Zanim tam doleciałem, co jakiś czas sprawdzałem prognozy. Ciągle pokazywały ok. 19 do 23 st. C i słońce + niewielkie zachmurzenie. Dla mnie bomba. Taka kanaryjska pogoda. Na Baltrze, po wylądowaniu tak właśnie było, więc wyglądało na to, że się sprawdza. Ale na południu Santa Cruz było już tak, jak na zdjęciach, ale liczyłem na poprawę na Isabeli. Tam jednak pierwsze dwa dni też były takie sobie. Potem stopniowo się rozjaśniało, a na San Cristobal była już piękna, plażowa pogoda. W ciągu tych 6 dni było zatem tak pół na pół. Miejscowi mówili, że owszem, chmury to dość normalna sprawa, natomiast zdziwieni byli temperaturą poniżej 20 st. C (pierwszego dnia na Isabeli). Choć na zwiedzanie była taka dla mnie w sam raz.
Podejrzewam, że lokalizacja wysp czyni przewidywanie tam pogody mało efektywnym.

EDIT: Warto przy tym wspomnieć, że na Galapagos faktycznie słońce operuje kompletnie niezależnie od chmur. Wszyscy piszą zawsze o kremach z filtrem, by stosować je tam niezależnie od zachmurzenia i to jest prawda. Dostosowałem się do tej rady (mimo, że byłem do niej nastawiony dość sceptycznie) i było dobrze, ale widziałem masę ludzi, którzy dotarli również w tym pochmurnym okresie, nie smarowali się (bo po co przy takich chmurach) i wyglądali potem na mniej lub bardziej "podpalonych" na wszystkich odkrytych częściach ciała.

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
japhar uważa post za pomocny.
 
 
#83 PostWysłany: 06 Paź 2019 15:57 

Rejestracja: 16 Sty 2011
Posty: 3507
złoty
Z tymi prognozami pogody coś jest na rzeczy, o ile np. te telefoniczne praktycznie w 99% się sprawdzają w Europie, Azji czy USA, to ostatnio w Peru nijak się miały do rzeczywistości :D Prognozy sobie, a rzeczywista pogoda sobie.
_________________
Veni, vidi, volo
Góra
 Relacje PM off  
 
#84 PostWysłany: 06 Paź 2019 18:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Znowu wczesnoporanna pobudka. Śniadanie w Seymourze startuje o 6:30, ale pozwalają mi na konsumpcję przed tą godziną. Jak na hostel jest przyzwoicie: chleb tostowy, szynka, ser, banany, kawa, herbata, jakieś inne drobiazgi. Wymeldowuję się i szybkim krokiem docieram o 6:45 do przystani. Kłębi się tu już z 200 osób. Część płynie na Isabelę, a część na San Cristobal. Trzeba podejść do stoiska agencji, która sprzedała bilet, a tam dostaje się informację, na którą łódź trafimy oraz identyfikator. 

Image

Image

Potem czekam na wywołanie, żeby ustawić się do właściwej kolejki. Wszystko jest dobrze zorganizowane, choć spokojnie mogłem przyjść co najmniej kwadrans później. Nie wiadomo jednak, w jakiej kolejności będą odpływać poszczególne łodzie, więc odradzam gwiazdorzenie i stawianie się na ostatnią chwilę. 

Wywołują wreszcie i moją "Brithanny". Gęsiego idziemy do kontroli bagażu (ponownie, na obecność jedzenia, nasion, ziemi, itd.), a potem do małej łódki, która wiezie nas do tej docelowej. Za przejazd tą małą trzeba dodatkowo wyskoczyć z 50 centów. Znajduję w portfelu dwie monety z liczbą 25 i daję naszemu woźnicy. Ten, gdy już zebrał kasę od wszystkich, skrupulatnie przelicza pieniądze i na koniec wywołuje mnie, oddaje monety i prosi o USD. No tak, dałem mu brazylijską forsę :D

Image

"Brithanny I" wygląda całkiem solidnie. Część pasażerów idzie na górny pokład (ponieważ są to tylko miejscowi, zastanawiam się, czy to aby nie jakieś lepsze miejsca), a reszta na dół. Czytałem, że najlepszy jest sam tył, ale tu już usadowiła się ok. 10-osobowa grupa z Niemiec. Mają rezolutną ekwadorską przewodniczkę, która zapewne załatwiła to z agencją. Siadam bliżej środka kabiny, już pod dachem i ze ścianą za plecami. W sumie, na obu pokładach jest ok. 30 pasażerów. Ruszamy. Gdy tylko opuszczamy strefę przybrzeżną, kapitan daje z silników ile w nie fabryka wcześniej włożyła i się zaczyna... 

Łódź wypręża się pod pewnym stopniem dziobem do góry, więc wszyscy, począwszy od przodu, zaczynają zsuwać się nieco do tyłu. To jednak pikuś. Ci z tyłu, przy silnikach, nie dość że mają non stop ryk koni mechanicznych w uszach, to zalewają ich co chwilę rozbryzgi oceanu, którego fale dzielnie rozbija nasza "Brithanny". Niemcy jednak, co nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, są do tego skrupulatnie przygotowani. Nieprzemakalne kurtki z kapturami, porządne spodnie i buty trekingowe zabezpieczają ich przed tymi okolicznościami przyrody. Tu nie ma miejsca na japonki, t-shirt i "jakoś to będzie" lub "co, ja nie dam rady?" 

Image

Ale i ja nie jestem w ciemię bity. Strój, mimo że nie tak profesjonalny, jak u sąsiadów zza Odry, też daje radę, a po założeniu moich wygłuszających słuchawek i zapodaniu odpowiedniej muzyki, jestem uodporniony na hałas. Szczególnie przydatny jest Łąki Łan - prawdziwi mistrzowie mowy polskiej, którzy skupiają mą uwagę na zawiłych grach słownych np. tu:

<iframe width="560" height="315" src="


Niestety, pojawia się kolejny czynnik "uprzyjemniający". Nasz kapitan poczuł się najwyraźniej, niczym pewien Crockett z Miami i wzbija "Brithanny" coraz częściej w lot. Nie są to longhaule, ot raptem kilka metrów, ale każde lądowanie, to istne klepisko, którego nie są w stanie zneutralizować cienkie materace pod tyłkami. I tak przez bite (o ironio) 2 godziny. 

Po ok. półtorej godziny takiego lunaparku, widzę jak siedząca vis a vis Brazylijka z kilkumiesięcznym dzieckiem w nosidełku zawieszonym pod brodą zielenieje i zatrzymuje w wystarczająco pojemnej paszczy to, co chciałoby wydostać się na zewnątrz. Jej mąż podaje jej szybko worek na zawartość paszczy (a wcześniej żołądka) i stara się możliwie szybko ewakuować potomstwo ze strefy zagrożenia skażeniem. Po chwili się to udaje, a biedna matka może nareszcie przerzucić co nieco z ust do worka. O dziwo, dziecko śpi nadal w najlepsze. 

Gdy powoli tracę nadzieję, że dotrę na Isabelę i ta piekielna przejażdżka wreszcie się skończy, ktoś pokazuje palcem na majaczącą wśród fal, podkowiastą Isla Tortuga (tak, wiem, można stracić orientację z tymi wszystkimi "tortugami"). Jeszcze około kwadransa i nareszcie obroty silników łagodnieją. Jesteśmy na przystani obok Puerto Villamil. Pierwsze, co dostrzegamy, to tutejsze maleńkie pingwiny. Tym razem nie udaje mi się ich sfotografować. Niemcy mają zbyt dogodne pozycje do ataku i szybkim manewrem okrążającym tłamszą wszelkie inne siły dążące do ujęcia pingwinów (zarówno cyfrowego, jak i analogowego). 

Po chwili dobija do nas "water taxi", by umożliwić desant na wyspę (1 USD, por favor). Jeszcze tylko miejscowa opłata klimatyczna (10 USD, por favor) i dziarskim, o dziwo nie chybotliwym krokiem ruszam z moimi dwoma plecakami do hotelu Casa de Marita. Mijam ciąg pick up'ów rozwożących pasażerów (1 USD, por favor), bo hotel jest raptem jakieś 500 m stąd. Docieram tam po kilku minutach i rozpoczynam stacjonarny etap podróży. Mam tu aż 5 noclegów.

Image

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#85 PostWysłany: 07 Paź 2019 05:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2013
Posty: 620
niebieski
marek2011 napisał(a):
Z tymi prognozami pogody coś jest na rzeczy, o ile np. te telefoniczne praktycznie w 99% się sprawdzają w Europie, Azji czy USA, to ostatnio w Peru nijak się miały do rzeczywistości :D Prognozy sobie, a rzeczywista pogoda sobie.

Przepraszam za wrzucenie krótkiego OT, ale jeśli chodzi o pogodę w Limie problem wynika z tego iż stacje metereologiczne znajdują się w dzielnicy La Molina, która jest po drugiej stronie gór, które zatrzymują chmury nad Limą. Prognozy pokazują słońce, bo tam jest słonecznie, a reszta miasta cała szara i wilgotna.
EDIT:
tropikey napisał(a):
Wszyscy piszą zawsze o kremach z filtrem, by stosować je tam niezależnie od zachmurzenia i to jest prawda. Dostosowałem się do tej rady (mimo, że byłem do niej nastawiony dość sceptycznie) i było dobrze, ale widziałem masę ludzi, którzy dotarli również w tym pochmurnym okresie, nie smarowali się (bo po co przy takich chmurach) i wyglądali potem na mniej lub bardziej "podpalonych" na wszystkich odkrytych częściach ciała.

80% promieniowania UV przechodzi przez chmury. Warto pamiętać też o różnicy pomiędzy UVA i UVB, bardzo dobrze wyjaśnionej tu (ang.) Naprawdę trzeba się zabezpieczać.


Ostatnio edytowany przez billabong, 07 Paź 2019 17:05, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#86 PostWysłany: 07 Paź 2019 16:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Cze 2014
Posty: 43
Loty: 12
Kilometry: 20 374
niebieski
Dopiero teraz dotarłam do tej relacji, ale będę śledzić do końca. Bardzo fajny, trochę nietypowy pomysł na RTW. Nie tylko skakanie po lotniskach i zaliczanie kolejnych pinezek na mapie, ale i trochę zwiedzania, a nawet lenistwa. Ale muszę przyznać, że te legwany nie wyglądają zbyt przyjaźnie :lol:
_________________
Słowenia i Wenecja
Seszele
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#87 PostWysłany: 07 Paź 2019 19:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Owszem, ich uroda jest silna, niczym cios pięściarza :D
Inna sprawa, że są tak leniwe i powolne, że trudno się ich bać. Podejrzewam, że dopiero w razie jakiegoś zagrożenia potrafią nieco przyśpieszyć. Na Galapagos o takowe jednak trudno - ludzie podchodzą do nich z dystansem, choć czasem są tak zakamuflowane na ciemnych skałach wulkanicznych, że łatwo na nie nadepnąć.
Ale z jaką gracją pływają!
Mam nadzieję, że jeszcze dziś wrzucę kolejną część...
Góra
 Relacje PM off  
 
#88 PostWysłany: 08 Paź 2019 08:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 14 Maj 2015
Posty: 513
Loty: 84
Kilometry: 181 375
srebrny
@tropikey czekamy :)
_________________
Tajlandia, Malezja, Singapur

Bulgaria
Góra
 Relacje PM off
ZFR lubi ten post.
 
 
#89 PostWysłany: 08 Paź 2019 08:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Już, już, wkrótce będzie :)

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#90 PostWysłany: 08 Paź 2019 08:42 

Rejestracja: 20 Lis 2014
Posty: 1624
platynowy
Za chwilę bedziesz nam odszkodowanie płacić za opóźnioną relację. Miało być live ;)

Tapniete z telefonu
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#91 PostWysłany: 08 Paź 2019 10:16 

Rejestracja: 16 Sty 2011
Posty: 3507
złoty
Rozważamy już nawet pozew zbiorowy w tej sprawie :P
_________________
Veni, vidi, volo
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#92 PostWysłany: 08 Paź 2019 12:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Na takie dictum pozostaje sprężyć muskuły w palcach i stukać, stukać... 

Casa de Marita, to taki rodzaj gościńca (bo słowo "hotel" jakoś mi tu nie pasuje), za który warto wydać trochę więcej. Przypomina mi mocno Mayan Beach Garden w jukatańskim Punta Placer, w którym zatrzymaliśmy się jakiś czas temu na kilka dni. To też taki średnich rozmiarów obiekt prowadzony od wielu lat przez stare dobre (jak podejrzewam) małżeństwo. W Meksyku była to para ze Stanów, a tutaj właściciele to Peruwianka i Włoch. Jak łatwo się domyśleć, ta pierwsza, to Marita. Bardzo sympatyczna, dystyngowana dama, która przyszła się ze mną przywitać, gdy załatwiłem już pierwsze formalności z menadżerką hotelu, Andreą (też bardzo miłą i uczynną). Jej mąż, niby Włoch, ale takowego w ogóle nie przypomina. Wygląda raczej jak zdrobniały Papcio Chmiel z długimi włosami spiętymi w kitek. W młodszym wieku też wcale na typowego Italiańca nie wyglądał. Mówią o tym liczne zdjęcia małżonków na szafce w lobby. 

Image

Po kurtuazyjnej, ale w żadnej mierze sztywnej konwersacji z właścicielką idę do mojego pokoju. Zwie się on "Arena" (pokoje nie mają tu numerów, tylko nazwy). Jest na parterze budynku na przeciwko recepcji. Wygląda z grubsza tak. 

Image

Image

Image

Image

Image

Moja komnata jest urządzona bardzo indywidualnie, niesztampowo i z sercem. No i te urocze szlafroczki. Nieważne, że trochę na mnie kuse, podobnie, jak kimona w japońskich hotelach :D

Image

W pokoju nie ma telewizora i to jest godne powielania. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to dość głośna lodówka, która brzęczy co jakiś czas, gdy włącza się w niej  generator. Za to woda w prysznicu, marzenie... Nawet nie sądziłem, że będąc na równiku tak wielką przyjemność sprawiać mi będą gorące strumienie wody. Dlaczego? Cóż, jak się przekonam jutro i pojutrze, woda w Pacyfiku, nawet na tej szerokości geograficznej nie jest o tej porze roku wcale aż taka ciepła, nawet w piance. Nie ma nic przyjemniejszego, niż wrócić z długotrwałego moczenia się w tym Pacyfiku i wejść pod cieplutką wodę lejącą się z góry. 

Casa jest przy samej plaży, oddzielona od niej jedynie wąskim paskiem rzadkiej nadmorskiej trawy. A na plaży można oglądać baraszkujące młode lwy morskie, legwany tworzące nowe pokolenie, czy pelikany (choć te zazwyczaj tylko i po prostu są). Raz udaje mi się zobaczyć tu nawet pływającego zaraz przy brzegu pingwina. Tylko ja i pingwin. No i para Niemców (bo goście znad Renu są tu wszędobylscy). 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Niestety, żadne kody zniżkowe ani inne triki tu nie działają. I nie chodzi tylko o Casa de Marita. Na Galapagos hotelarze są cwani i ze świecą szukać tu obiektów, które pozwalają na stosowanie jakichkolwiek kodów. Pozostaje obserwować ceny. U Marity standardowa cena (przynajmniej we wrześniu), to ok. 115 - 120 USD za noc ze śniadaniem. Sporo. Zaglądałem sobie co jakiś czas na expedię (i jej klony) oraz na hotels, booking i inne trivago, ale bardzo długo nic się nie działo. Aż tu nagle, gdzieś tak na 2 miesiące przed wyjazdem cena spadła do 94 USD. Nadal sporo, ale do przełknięcia. Przy 5 nocach jest ok. stu dolców oszczędności. Na dalsze spadki nie czekałem (i tak bym się nie doczekał). 

Z grubsza rozpakowuję rzeczy, co by nie gniły w plecakach i ruszam na zwiady. Do downtownu Puerto Villamil jest stąd 5 minut na piechotę. Jest tam skwer z placem zabaw i obowiązkowym Darwinem, obok kościół (tak samo, jak w Puerto Ayora, pod wezwaniem św. Franciszka i z identyczną jego figurą przy wejściu), a wszędzie dookoła punkty oferujące wycieczki lub rowery, przetykane gastronomią.

Image

Image

Image

Do wieczora jeszcze szmat czasu. Wypożyczam rower (3 USD za godzinę, choć ponoć są też za 2,5 USD. Można też na cały dzień za 15 USD) i piaszczystą drogą jadę najpierw do centrum opieki nad żółwiami, gdzie można podpatrzeć te zwierzęta w różnym wieku, żyjące w kilkunastu zagrodach. Jest tam również miniaturowe muzeum prezentujące różne etapy ich żywota, łącznie ze scenami intymnymi.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
Image

Image

Kawałek dalej jest niewielkie rozlewisko, nad którym żyje gromada flamingów. Tempo życia mają równie fascynujące, jak odwiedzone przed chwilą żółwie, więc po kilku minutach ruszam na ścieżkę krajoznawczą prowadzącą do "muru łez" (Muro de las Lagrimas). Ponownie, przed wjazdem muszę wpisać się do księgi gości trzymanej w budce wartownika, który uprzedza, by nie jechać szybko i uważać na żółwie oraz legwany. 
Po drodze jest kilka parkingów dla rowerów, przy których zaczynają się piesze odnogi do różnych atrakcji (o różnym stopniu atrakcyjności). Raz są to gęste zarośla mangrowców nad rozlewiskiem, innym razem usiana zwierzyną "Plaża miłości", albo mocno zapadnięty tunel z lawy. 

Image

Image

Image

Image

Image

Na samej ścieżce, jadąc rowerem, faktycznie trzeba się mieć na baczności. Legwany i żółwie kompletnie się niczym nie przejmują, tak jakby doskonale wiedziały, że nie wolno im zrobić żadnej krzywdy, więc leżą lub lezą, gdzie popadnie. Jeden szalony żółw pędzi nawet na czołówkę z moim bicyklem! 

Image

Image

Z położonego przed "murem łez" punktu widokowego Cerro Orchilla rozpościera się piękna panorama wyspy. Dziś ołowiano-szmaragdowa, ale za to, jaka dramatyczna. 

Image

Image

Każde miejsce ma takie zabytki, na jakie zasłużyło sobie swoją historią. Cóż, Isabela nigdy w przeszłości nie przykuwała uwagi tych, co kreowali dzieje, więc jej zabytek - Muro de las Lagrimas - jest miejscem, które spokojnie można sobie odpuścić. Losy ludzi, którzy zbudowali to w czasie zsyłki do tutejszej kolonii karnej są na pewno przygnebiające, ale sama budowla nijak mnie nie porusza. Już bardziej działa na mnie chyba widok Niemców, tych samych, z którymi przypłynąłem dziś rano z Santa Cruz. Są bez rowerów, więc najwyraźniej dotarli tu ze swoją przewodniczący na piechotę. Kiepski pomysł. 

Image

Image

Wracam do Puerto Villamil. Jedzie mi się jakoś tak coraz gorzej. Spoglądam na przednią oponę, a tu flak! Szlag by to trafił. Jestem dopiero w połowie drogi do wypożyczalni, a wygląda na to, że muszę resztę trasy pokonać na piechotę, z rowerem u boku. Powrót od tego miejsca zajmuje mi jakieś 40 minut. Chłopak w wypożyczalni najwyraźniej jest już przyzwyczajony do tego widoku. Kasuje mnie mnie za dwie z trzech godzin. Niech będzie i tak. Pomimo tej niemiłej przygody, jestem ukontentowany dobrze wykorzystanym dniem. 

Teraz pora coś zjeść. Restauracja w Casa de Marita ma bardzo dobre opinie, ale zostawiam ją sobie na ostatni wieczór. Dziś trafiam do polecanego przez wujka gugla lokalu pod dumną nazwą La casa del asado de Anibal Garcia. Brzmi barokowo, ale w rzeczywistości jest to zadaszone klepisko z kilkunastoma stołami oraz tym, co tu najważniejsze - grillem, na którym codziennie od 18:00 wypiekają się różne smakołyki. 

Na pierwsze (z czterech) spotkań z kuchnią Pana Anibala wybieram deskę z owocami morza. Jest tu pół ogona homara, trzy spore kawałki ryby, krewetki i ośmiornice, a do tego przysmażone coś a la banan w plastrach (zapomniałem zapytać, co to takiego) i surówka, no i oczywiście tutejszy Pilsner. Koszt niczego sobie, bo 30 USD, ale tutejsze ceny nie rozpieszczają. Można taniej, ale wtedy porcje są mniejsze, a ja jestem baaardzo głodny. Widzę, że inni biorą to samo na dwie osoby :) 

Image

Image

Image

Jest raptem po ósmej, ale ciągnie mnie już bardzo do spania. Znacznych rozmiarów butelka piwa też zrobiła swoje. A jutro znów trzeba wcześnie wstać, bo mam wycieczkę do Tintoreras. 







Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka


Ostatnio edytowany przez tropikey, 08 Paź 2019 13:37, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#93 PostWysłany: 08 Paź 2019 12:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Lip 2014
Posty: 920
Loty: 272
Kilometry: 704 433
srebrny
@tropikey z tymi kodami to bym nie dramatyzował ;) a relacja super aż się łezka w oku kręci na widok znajomych miejsc , szkody tylko że pogodę miałeś nieco kiepską
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#94 PostWysłany: 08 Paź 2019 13:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Dziękuję za miłe słowa :)
Pogoda przez pierwsze 2 dni była do bani, choć na zwiedzanie w sumie w sam raz. Potem było już lepiej :)

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#95 PostWysłany: 09 Paź 2019 17:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Chwilę po ósmej ma po mnie podjechać ktoś z biura organizującego wycieczkę do Tintoreras (kupioną przez Expedię za 55 USD). Ogarniam się zatem z odpowiednim wyprzedzeniem i idę na śniadanie. W Casa de Marita ma ono formę bufetu. Nie jest to na pewno najbardziej rozbudowany bufet, z jakim miałem do czynienia, ale jest zupełnie w porządku. Mają dobrą kawę, dwa rodzaje pieczywa tostowego, ser żółty (jak wszędzie w Ekwadorze słabej jakości), szynkę konserwową, świeże owoce i soki (moim ulubionym jest gęsty, zielony, być może ciut mało dla niektórych apetyczny, koktajl warzywno-owocowy ze składników z ich własnego gospodarstwa w głębi wyspy), a do tego w podgrzewaczu codziennie coś innego (placuszki z awokado, naleśniki, itp.). Poza tym, można zamówić jajecznicę lub inną postać kurzych darów. A jeśli komuś mało, to może zrobić tak, jak przebywająca tu równolegle do mnie grupa maltańskich Rosjan - zamawiać sobie co rano michę makaronu z jakimś sosem. To już chyba jednak za dodatkową opłatą. 

Image

Image

Image

O ustalonej godzinie zjawia się po mnie pick up (niewykluczone, że jakiś Wielki Mur, bo dominuje tu chińska myśl autotechniczna), wrzucam na pakę swój sprzęt i jedziemy jeszcze w dwa miejsca, by zabrać innych uczestników wycieczki. Tym razem nie jestem już solo, choć nadal jest dość kameralnie. W skład mojej grupy wchodzi jeszcze młoda para (niewykluczone, że jednocześnie Para Młoda) z Izraela, Japonka i jeszcze jedna para (już mniej młoda) z Hiszpanii (która przybyła na wyspę razem ze mną na pokładzie "Brithanny I") . Z tymi pierwszymi gaworzymy sobie o polskich kresach wschodnich, z których pochodzą mówiący po polsku dziadkowie obojga, ale wkrótce musimy skończyć, bo mamy odprawę przed zamustrowaniem na naszą łódź. Wcześniej pędzę jeszcze do portowej toalety, ale wejścia do niej broni ten oto twardziel, który burczeniem i podskokami odgania mnie (będącego w potrzebie) od ustronnego miejsca.

Image

Przewodnik radzi, bym zaklaskał i zabuczał w foczym stylu. Faktycznie, oddala się do innych, bardziej leniwych :D

Image

Tintoreras, to nazwa poszarpanego, wulkanicznego wybrzeża niedaleko od Puerto Villamil, do którego można byłoby w zasadzie dopłynąć wpław z tutejszej przystani dla łodzi, gdyby nie rozwieszone po drodze znaki z napisem "stop". Przebywać można na tym terenie tylko z przewodnikiem. 

Docieramy tam dosłownie w kilka minut. Najpierw przyglądamy się parze miniaturowych pingwinów na skałach. To chyba te same, które witały naszą łódź, gdy przypłynęliśmy z Santa Cruz. Najwyraźniej mają gdzieś tu swe "domostwo". 

Image

Image

Image

Dziś jest już zdecydowanie lepsza pogoda. Przede wszystkim jest przyjemnie ciepło, a pierzynka z chmur jest coraz cieńsza. Gdy dobijamy do brzegu, zostawiam z ulgą kurtkę w łódce i podążam za przewodnikiem w stroju zupełnie już "letnim". Pablo opowiada najpierw o napotkanych legwanach, a potem o żarłaczach białopłetwych, których kilkadziesiąt sztuk odpoczywa sobie akurat w kanale skalnym, przy naszej ścieżce. Wczoraj było ich tu ponoć znacznie mniej, choć wiadomo, jak to jest z tymi podkoloryzowanymi opowieściami przewodników, którym zależy, by turyści byli zadowoleni. Widok tylu rekinich osobników stłoczonych w jednym miejscu robi jednak spore wrażenie. Szkoda, że popływać się z nimi tu nie da :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kawałek dalej jest urocza plaża z zaroślami mangrowców wśród których urzędują liczne fregaty i lwy morskie. Jedna z samic karmi akurat szczeniaka i mam wrażenie, że ten jest już zbyt namolny, bo mama zaczyna się mocno wiercić i wydawać z paszczy zirytowane dźwięki. 

Image

Image

Image

Wracamy do łodzi i wrzucamy na siebie pianki. Jako jedyny mam swoją własną, krótką. Koleżeństwo z Izraela załatwiło sobie długie. Dla odmiany, Hiszpanie i Japonka nie mają nic. Ci pierwsi po sprawdzeniu temperatury wody ostatecznie decydują się na skorzystanie z piaanek dostępnych na łodzi, ale dziarska Japonka wskakuje w samym stroju kąpielowym. Fakt, jak na tą nację jest dość masywna, ale i tak wprawia mnie w zdumienie, zwłaszcza, że w wodzie spędzamy jakieś trzy kwadranse. 

Pod wodą co rusz natykamy się na pasące się tam wielkie żółwie. Niektóre skubią coś na dnie, inne przemieszczają się na kolejne pastwisko, albo wypływają na powierzchnię, by zaczerpnąć powietrza. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

I tak naprawdę, jeśli chodzi o snorkeling, to by było na tyle. Żółwi, co nie miara, ale niewiele poza tym. To one są tu jednak lokalnymi gwiazdami, więc z pływania jestem zadowolony. Obserwowanie, z jaką gracją i spokojem przemieszczają pod wodą swe cielska daje wiele frajdy, zwłaszcza gdy pamięta się jednocześnie bezradność żółwi na lądzie. 

Po powrocie na ląd, chiński (zapewne) pick up w dwie minuty dowozi mnie do Domu Marity. Zaglądam jeszcze na moją plażę. Robi się coraz przyjemniej. Odczuwają to też zakochane legwany ;) 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Resztę dnia spędzam na wyspiarskim lenistwie. W końcu trochę mi się też należy. A pod wieczór trafiam znów do Don Anibala. Dziś sprawdzam deskę mięsną. Jest sporo tańsza (15 USD), ale nie wszystko smakuje mi aż tak, jak wczoraj. Tutejsza kiełbasa zdecydowanie odbiega (in minus) od tego, co możemy zjeść u nas (choć do dziś aż mnie wzdryga na wspomnienie swojskiej kiełbasy z całym ptasim piórem w środku), a i podroby w postaci kawałków serduszek nie do końca mi pasują. W zdecydowanej większości reszta (kurczak, wieprzowina, itp.) jest jednak bardzo smaczna. 

Image

Tak posilony wracam do swego gniazdka. Jutro wycieczka będzie dłuższa. Czeka mnie rejs do Tuneles. 

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
#96 PostWysłany: 09 Paź 2019 20:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 12 Cze 2014
Posty: 43
Loty: 12
Kilometry: 20 374
niebieski
Ja podrążę temat legwanów :D One rzeczywiście tak sobie leżą i nic nie robią, czy mają jednak jakieś epizody aktywności, zwłaszcza ruszania szarżą na przechodzących obok ludzi? :o
_________________
Słowenia i Wenecja
Seszele
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#97 PostWysłany: 09 Paź 2019 21:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Osobiście nigdy się z szarżą legwanów nie spotkałem, choć byłby to na pewno fascynujący widok :D
Generalnie, są bardzo nieruchliwe. Czasem, gdy ktoś stąpa naprawdę blisko, ze znudzeniem podnoszą się i gdzieś oddalają. Natomiast, trzeba przyznać, że pływają całkiem elegancko i dostojnie. Jeśli wpadnę, jak dodać własne wideo, to pokażę :)

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off  
 
#98 PostWysłany: 10 Paź 2019 19:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Dzisiejsza wycieczka jest również nabytkiem expediowym. Zapłaciłem za nią 120 USD po skorzystaniu z kodu zniżkowego, ale wydaje mi się, że na miejscu można kupić ją taniej. Za kupieniem z wyprzedzeniem przemawia jednak to, że obowiązuje limit osób, które w Los Tuneles mogą przebywać w jednym czasie (o ile pamiętam, 30 osób), a często limit ten szybko się wyczerpuje i trzeba czekać kilka dni na swoją kolej. 

Zaraz po śniadaniu zjedzonym jeszcze przed oficjalną godziną jego uruchomienia (na szczęście pracownicy restauracji w Casa de Marita są elastyczni) zostaję zgarnięty spod hotelu i jadę do biura organizatora. Wpisując się na listę uczestników, pod numerem pierwszym dostrzegam Annę z polskim nazwiskiem. Rozglądam się po sali i dostrzegam na ławce wyglądającą swojsko blondynkę. Okazuje się, że to właśnie Ania. Galapagos jest dla niej chwilową odskocznią od wykonywanych w Ameryce Południowej obowiązków zawodowych na rzecz hiszpańskiego pracodawcy. A potem jeszcze Wyspa Wielkanocna. Praca marzenie :D

W grupie nam dziś jeszcze dwie Holenderki, Hiszpana i Szwajcara oraz czteroosobową subgrupę z jakiegoś kraju południowo-amerykańskiego. Europejczycy siadają na dziobie, a latynoski kwartet na rufie i w takim układzie ruszamy w kierunku Tuneles.

Rejs tam trwa ok. godziny. Po drodze zahaczamy jeszcze o Union Rock - tkwiącą samotnie w wodach Pacyfiku skałę, na której żyją charakterystyczne dla Galapagos zwierzęta. Okrążamy ją kilkukrotnie zachodząc w głowę, jak to w ogóle możliwe, że tak srogie i nieprzyjazne miejsce może być domem dla żywych istot. 

Image

Image

Image

Wkrótce docieramy do przylądka Cabo Rosa, którego zakończenie tworzy rozległa formacja skał wystających z wody, powstała na skutek erupcji wulkanicznych i zastygania lawy w wodach oceanu. Jest to istny labirynt, więc wpłynięcie tu i przemieszczanie się wymaga nie lada doświadczenia. Nasz skipper najwyraźniej je ma, bo docieramy na miejsce bez szwanku. 

Image

Image

Image

Podobnie, jak wczoraj, zaczynamy od części lądowej. Przewodnik prowadzi nas do kilku punktów, w których swe gniazda (o ile można tak nazwać skalne placki z okręgiem wytyczonym guanem) mają głuptaki niebieskonogie. Wrzesień, to okres, gdy można obserwować ich kilku- lub kilkunastotygodniowe pisklęta. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Nie do końca wiem, skąd polska nazwa tych ptaków. Co do niebieskich nóg, to jasna sprawa (choć nie u młodzieży, której nogi wcale modre nie są), ale żeby od razu głuptaki? Owszem, mają wzbudzający śmiech chód, który mógłby być (a może i był) źródłem inspiracji dla Monty Pythona, ale czy to świadczy o ich głupkowatości? Jest mi w ich imieniu bardzo przykro... 

Kolejny etap wymaga założenia pianek i reszty sprzętu. Przemieszczamy się nieco dalej i zaczynamy snorkeling. Przewodnik przepowiada, czego możemy się spodziewać i większość z tego się sprawdza, choć nie zawsze udaje mi się dokonać rejestracji foto-wideo. Niestety, woda bywa tu mało przejrzysta, a i obiekty niekonienczie pozwalają na zbliżenie się do nich. Do tego, niektórzy reagują na rzucane co jakiś czas przez przewodnika hasła ("chicos and chicas! Seahorse here!" albo "sharks here!", itp.), jak trędowaci na ampułki z uzdrawiającą miksturą. Wkoło robi się "tupot" płetw, ręce i nogi mącą wodę, każdy chce się znaleźć jak najbliżej znaleziska. Nie cierpię tego. Po dwóch, trzech takich momentach podążam własną drogą, obserwując jedynie kątem oka, czy mi grupa gdzieś nie znika. Płynąc w pewnej odległości od niej spotykam rekiny, orlenie, żółwie i inne stworzenia. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Pora wracać. Przemierzając tutejszy labirynt spędziliśmy w wodzie grubo ponad godzinę, więc jesteśmy trochę zziębnięci. Na łodzi czekają na nas kanapki, banany i napoje oraz ręczniki do wytarcia. Mamy już ruszać, gdy okazuje się, że sąsiednia łódź z turystami nawaliła, więc musimy się nieco ścieśnić, by zabrać na pokład część tamtej grupy. 

Gdy zbliżamy się do Puerto Villamil obserwujemy z zainteresowaniem helikopter startujący ze statku, który pod naszą nieobecność zacumował niedaleko od brzegu. Przewodnik tłumaczy, że służy on do transportu wgłąb wyspy wielkich żółwi, które są tu od czasu do czasu transportowane z Santa Cruz. Żółwie są umieszczane w pojemnikach podwieszanych na linach pod śmigłowcem. Śmiejemy się, że jeśli  potrafią śpiewać, to na pewno z ich paszcz leci "I believe I can fly" :D

Po wycieczce jeżdżę sobie jeszcze trochę rowerem (odwiedzam znowu tereny po drodze do muru łez, bo nie wszystko widziałem za pierwszym razem). Pojazd biorę z innej wypożyczalni, ale koszt jest ten sam - 3 USD za godzinę.

A wieczorem ponownie lokal Anibala. Dziś znowu deska marynistyczna. Drogo, ale u nas kosztowałoby to jeszcze więcej, a nie byłoby świeżo złowione...

Jutro ostatni pełny dzień na Isabeli. Żadnej wycieczki już nie mam. Planuję pobaraszkować z foczkami w Concha la Perla ;) 

Edit: wrrrróć!
Jutro mam przecież jeszcze wycieczkę na Sierra Negra!
A na foczki też będzie czas...



Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#99 PostWysłany: 11 Paź 2019 18:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Zupełnie straciłem orientację w czasoprzestrzeni. Nie dość, że w poprzednim wejściu antenowym zapomniałem o wycieczce na Sierra Negra, to przecież dziś wcale nie jest mój ostatni pełen dzień na Isabeli! Ten nastąpi dopiero jutro! Tu powinienem przebrać się za Kramera, zakuć dłonie w kajdanki i ekskulpacyjnie wykrzyknąć: "Ach ja, natürlich! Ich habe vergessen!". 

Z tą (a może "tym"?) Sierra Negra, to taka trochę niespodzianka. Wcale tego nie planowałem, ale wspomniany wcześniej Mark z Nowego Jorku był i bardzo mu się podobało, a na dodatek sprzedał mi deal, że jego kwatera, Hostal Insular, oferuje tą wycieczkę najtaniej we wsi, bo za 30 USD. Kwota do przełknięcia - myślę sobie - czemu nie? Zapisałem się więc wczoraj po powrocie z Los Tuneles, a teraz idę sobie do recepcji Insulara (niemal po sąsiedzku z lokalem mojego restauratora Anibala), spod której chwilę po siódmej rano mam ruszyć w drogę na Sierra Negra. Idąc do Insular mijam miejscową szkołę, gdzie odbywa się akurat apel, odgrywany jest hymn Ekwadoru (bo cóż innego mieliby puszczać dzieciakom na apelu?), a do mikrofonu ustawionego pod flagą narodową przemawia odświętnie wystrojonych dyrektor. Są nawet jacyś oficjele w mundurach galowych. Ciekawe, czy to codzienny ceremoniał, czy tylko z okazji poniedziałku, a może dziś jakieś rozpoczęcie roku szkolnego? 

Wkrótce pod budynek hostelu podjeżdża pojazd stanowiący realizację tutejszej myśli technicznej. Na bazie leciwej ciężarówki, z której pozostało podwozie i szoferka, stworzono "safari vehicle", którego najbardziej reprezentacyjną część stanowi zadaszona kabina z ławkami. Jest o tyle specyficzna, że nie ma żadnych bocznych ścian, czy okien. Od środka wygląda to tak:

Image

Wsiadam w to coś i zaczynamy trwający chyba z 20 minut objazd po różnych zakątkach Puerto Villamil, z których zbieramy kolejnych uczestników. Jest para niemieckich biologów-wolontariuszy (wyglądających nieco, jak punki), którzy zakończyli właśnie udział w badaniach lasów amazońskich, podróżująca samotnie po Ameryce Południowej Niemka w moim wieku, młoda dwójka naburmuszonych nieco Amerykanów i Hiszpan. Na końcu dołącza do nas nieporadna, ale wesoła i sympatyczna Ekwadorka z milczącym partnerem Szwajcarem (oboje pod sześćdziesiątkę). 

Kierowca rusza z kopyta. Póki jest prosto, wszystko gra, ale na niektórych zakrętach lepiej trzymać się słupków podtrzymujących dach (fotelików lepiej nie, bo niektóre są dość ruchome), bo bez tego grozi wystrzelenie na zewnątrz. Gdy docieramy do początku szlaku prowadzącego do wulkanu, spowijają nas chmury, z których leciutko mży. Przewodnik robi krótką odprawę po hiszpańsku (dla Ekwadorki, która później tłumaczy na francuski dla Szwajcaria) i po angielsku (dla pozostałych), po czym ruszamy w górę. 

Image

Idziemy ścieżką prowadzącą lekko do góry. Mamy świadomość, że gdzieś za krzakami po lewej jest krawędź olbrzymiej kaldery wulkanicznej, ale gęste chmury zasłaniają wszystko. Przewodnik obiecuje jednak, że dalej będzie znacznie lepiej. Powiewa od nas sceptycyzmem, ale grzecznie idziemy dalej. Czas mija na gawędzeniu.
Rozmawiamy o pożarach w Amazonii (niemieccy wolontariusze biologiczni sporo o tym wiedzą), o miejscach w Ameryce Południowej odwiedzonych przez samotną Niemkę, trochę też o mojej podróży. W którymś momencie, nie wiem już z jakiego powodu, gatka schodzi na grzyby i ich zbieranie. Mówię o polskim zamiłowaniu do tej czynności, a na to młoda Niemka (ta, co jest biologiem) mówi, że u nich w okolicy Bonn, to mają nawet polską mafię grzybiarską, która zbiera tam w lasach wszystko, co popadnie. Wybucham na to śmiechem, bo brzmi to dość kuriozalnie, ale widzę, że dziewczyna ma kamienną twarz i nawet coś o polskich tablicach rejestracyjnych przebąkuje. Zostawiam ten temat, bo dyskutowanie w drodze na ekwadorski wulkan o polskich rzeźnikach niemieckich grzybów wydaje mi się czymś jeszcze bardziej abstrakcyjnym, niż sam przedmiot tej potencjalnej dyskusji. Choć mogłem (mimo, że lubię Niemców) odgryźć się troszkę i wspomnieć, że my w Polsce też miewaliśmy od czasu do czasu różne niemieckie mafie, które robiły dużo gorsze rzeczy, niż masowa eksterminacja fungusów. Nie lubię jednak robić kwasów w takich sytuacjach ;).

Słowa przewodnika spełniają się stuprocentowo. Przy wiacie piknikowej w pobliżu szczytu kaldery jest błękitne niebo, a wszystkie chmury zostają gdzieś w dole. Rozpościera się stąd wspaniała panorama wulkanu i okolic. 

Image

Image

Image

To jednak nie koniec wycieczki. Czeka nas kolejny etap - marsz po zastygłych polach lawy do wulkanu Chico. Dojście tam nie jest już taką igraszką, jak w czasie pierwszego etapu. Tym razem jest bardziej stromo, czasem wąsko, a buty ślizgają się na drobnych wulkanicznych kamykach (choć kupione na ten wyjazd Adidasy Kanadia 7 TR GTX sprawdzają się doskonale). Jest tu trochę, jak na Lanzarote, czy u podnóża Teide. Krajobraz jest surowy, a skamieniała lawa zaskakuje często swymi kształtami. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Sam wulkan Chico nie jest niczym spektakularnym, a widok wnętrza jego krateru rozczarowuje, ale jako punkt widokowy sprawdza się doskonale. W oddali widać nawet Fernandinę (po lewej), północny "ogon" Isabeli (po środku) i Santiago (za "ogonem"). 

Image

Image

Na szczycie Chico spędzamy nieco czasu nasycając zmysły widokami i zjadając otrzymane jeszcze w autobusie lunchowe przekąski. Jest nastrojowo, bo nie ma tu nikogo, oprócz nas. Gdy ruszamy z powrotem widzimy w oddali zmierzającą w naszym kierunku kilkudziesięcioosobową grupę schodzącą z przeciwległego zbocza. Mijamy ich po jakimś czasie. Spotykam wśród nich ponownie Ankę, która była wczoraj w mojej grupie wizytującej Los Tuneles. 

Jesteśmy umówieni z przewodnikiem, że spotykamy się wszyscy przy wiacie piknikowej. Wracamy w różnym tempie. Na samym końcu przewodnik z ekwadorsko-szwajcarską parą. Czekamy na nich przy wiacie około kwadransa. W tym czasie możemy ponownie oglądać wielką kalderę Sierra Negra, tym razem już bez żadnych chmur, które splynęły gdzieś w dół. 

Potem jeszcze około godziny marszu w dół i wio naszym wozem (niemal) drabiniastym do Puerto Villamil. 

Po czasie, gdy nadchodzi wieczór, patrzę sobie na ciemniejące nad wyspą niebo i zbieram się do Anibala. To moja pożegnalna wizyta w tym lokalu, bo jutrzejszą, ostatnią kolację na Isabeli mam zamiar skonsumować u Marity. Jest to również najtańszy z moich posiłków tutaj - coś a la deska morska, ale bez homara. 

Image

Image

Image

Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#100 PostWysłany: 12 Paź 2019 19:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 3897
HON fly4free
Zanim wpadniemy w wyborczą gorączkę, nadaję kolejny odcinek relacji :)

Dziś dzień bezwycieczkowy, więc pozwalam sobie na trochę dłuższy sen. W planach mam jedynie ponowną wizytę w Concha de Perla, w której bywam niemal codziennie, bo jest raptem jakieś 10 minut na piechotę od Casa de Marita.

Image

Po co się tam chodzi? Od plaży przy tutejszej przystani łodzi odbija drewniana ścieżka na palach prowadząca przez gęste zarośla mangrowcowe. Już sama ta ścieżka jest atrakcją, bo idąc nią można podglądać życie lwów morskich, które wylegują się na plackach piachu w tych zaroślach, bawią się w wodzie, nad którą prowadzi ścieżka, albo barykadują swoimi młodymi ciałkami przejście (dla starszych osobników byłoby tam za ciasno).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Niestety, za każdym razem spotykam tam też młodego wychudzonego szczeniaka, który wygląda na porzuconego. Jeden z przewodników, który go widział, też podejrzewa, że został odepchnięty przez matkę. Jeśli faktycznie tak uczyniła, to pewnie dlatego, że ktoś bezmyślnie głaskał to zwierzę, albo nawet przytulał się do niego, nasączając je swoim zapachem. Takie zachowanie zabija, nie tylko na Galapagos. Pamiętajcie o tym... 

Image

Image

Image

Tym, co ciągnie mnie tu najbardziej, jest naturalny basen na końcu ścieżki, w którym można do woli (i bezpłatnie ;)) pływać. Ale nie o samo pływanie tu chodzi, lecz o możliwość spotkania się w wodzie z tutejszymi zwierzętami, a przede wszystkim z lwami morskimi. O ile pływające legwany, czy żółwie morskie widywałem na Isabeli również w innych miejscach, o tyle sposobność do zabawy z tymi ostatnimi miałem tylko w Concha de Perla. Trzeba tylko pamiętać, by przychodzić tu w czasie przypływu (w czasie mojego pobytu przypada na godzinny poranne), bo zdecydowanie lepiej (i być może bezpieczniej) ssaki te czują się w głębszej wodzie. Pojawiają się nagle. Najpierw wychodzą z mangrowców na schodki, po których można dostać się z pomostu do wody. Tam udając wzajemne podgryzanie "walczą" ze sobą, przeciskają się między schodkami (młode dają radę), wydają z siebie beczące odgłosy i nieporadnie ścigają się po deskach. Gdy już jednak wpadną do wody, lepiej tam już na nie czekać z maską, by obserwować ich wyczyny. Podwodną ekwilibrystykę i inne akrobacje tych zwierzaków można oglądać bez końca, taka to frajda. A gdy zaczynają interakcję z człowiekiem, jest jeszcze ciekawiej. Podpływają bardzo blisko, spoglądają w oko obiektywu, potem błyskawicznie się oddalają, by po chwili powrócić, okrążyć mnie i pędzą gdzieś dalej. Są tak szybkie, że zrobienie im pod wodą zdjęć, czy uchwycenie na filmie jest bardzo trudne (ja sam mam tylko filmy). 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przebywam w wodzie dopóki nie pojawia się kilkunastoosobowa grupa z przewodnikiem. Jak dla mnie, to już za dużo ciał w wodzie. Żegnam się zatem z lwami morskimi. Jutro przed opuszczeniem Isabeli chyba już do nich nie powrócę. 

Resztę dnia spędzam na lenistwie, pisaniu któregoś z odcinków relacji i na spakowaniu dobytku. 

Image

Image

Image

Image

W recepcji umawiam się, że na 18:30 przyjdę do restauracji na kolację. Z menu dostępnego w każdym pokoju wybieram danie ekwadorskie - owoce morze w sosie kokosowym.

Image

Image

Potwierdza się słuszność bardzo dobrych opinii o restauracji w Domu Marity - danie jest pyszne, choć 28 USD za całość doskwiera.

Następnego ranka ponownie nie muszę się śpieszyć. Wyspę opuszczam dopiero po pierwszej. Niestety, są już chętni na zameldowanie w mojej "Arenie", więc pokój muszę opuścić już po śniadaniu, ok. 10-tej. Oddaję zatem klucz, rozliczam się za wczorajszy posiłek, zostawiam bagaż na przechowanie i kilka wilgotnych jeszcze rzeczy do przesuszenia na linkach, a sam idę na plażę. Spotykam tu biologów, tych od "polskiej mafii grzybiarskiej". Gadamy sobie co nieco, ale nie wracamy do drażliwego tematu. 

Taksówkę (znaczy lokalnego pick upa) nam umówioną na 12:30. 
Zaraz, zaraz... taksówkę? - może ktoś zapytać - Przecież od Marity do przystani jest tak blisko.
Zgadza się, tylko, że ja z Isabeli wcale nie odpływam ;) 

Nie chciałem spojlerować, więc nie wspomniałem wcześniej o tym, że zgodnie z sugestią @DJZ (http://www.fly4free.pl/forum/galapagos- ... 0#p1237685), pierwszą rzeczą, którą uczyniłem po przybyciu na Isabelę i zameldowaniu się w Domu Marity, było udanie się do biura Emetebe przy głównym placu w Puerto Villamil (takie tutejsze Plaza de Armas :D), gdzie za równiutkie 145 USD nabyłem bilet na lot z Isabeli na San Cristobal. 

Serdecznie z tego miejsca dziękuję @DJZ za porady, bo kierując się nimi dokonałem naprawdę trafnych zmian w moim planie pobytu na Galapagos :)

Za 3 USD docieramy na isabelskie lotnisko. To chyba najmniejszy port lotniczy, w jakim miałem okazję przebywać. Jeden, niewielki i niewykończony jeszcze budynek oraz pas startowy. To wszystko. 

Image

Image

Image

Image

Gdy wchodzę do budynku, w środku są już 4 osoby: para młodych Brytyjczyków i (chyba) ekwadorskie małżeństwo po 50-tce. Zastanawiam się, czy mają już wykupione miejsca, czy też tak jak ja kombinują, jak tu załapać się za frico na najlepsze miejsca w samolocie. Babka w biurze Emetebe powiedziała, bym o miejsce obok pilota pytał przed lotem, ale jak to uczynić, skoro w "terminalu" są tylko pasażerowie? 

Na ok. 30 minut przed lotem, do budynku wchodzi dwóch miejscowych. Jeden siada za kontuarem oznaczonym, jako miejsce do kontroli bagażu (znowu: nasiona, jedzenie, itd.), a drugi podnosi metalową roletę i otwiera check in. 

Chcę być kulturalny i czekam, aż Ci, co byli tu przede mną podejdą pierwsi, ale nie kwapią się do tego, więc odkładam konwenanse na bok. Staję przed emetebowcem, daję mu paszport i od razu pytam, czy jest szansa na miejsce obok pilota. Ten coś tam stuka i wpatruje się w monitor, po czym mówi, że dziś nie da rady, ale może mi dać fotel zaraz za pilotem. Oczywiście biorę to. 

Image

Potem ważą mi bagaż i okazuje się, że mam (niby) przekroczony limit, który wynosi 25 lbs, czyli niecałe 12 kg. Za każdy 1 lbs dopłata wynosi 2 USD. W moim wypadku wychodzi 5 USD, czyli nie tak źle, choć jestem raczej przekonany, że mają przekalibrowaną wagę. 

Teraz pora na standardową kontrolę bagażu i przechodzę do "poczekalni", w której byłem już wcześniej, gdy czekaliśmy na uruchomienie odprawy. W tym momencie - niech to szlag trafi - przypominam sobie o moich wilgotnych rzeczach, które zostawiłem w Casa de Marita po wymeldowaniu, by sobie schły na słoneczku. Dzwonię z telefonu lotniskowego do recepcji, mówią, że może uda im się przywieźć je przed startem. Zobaczymy... 

Check in zakończony. Ten sam gościu prowadzi nas do tej oto maszyny. 

Image

Image

Image

Oddajemy bagaż, a potem lokujemy się w środku. Biedni Brytyjczycy, mimo że byli na lotnisku pierwsi, dostają najgorsze chyba miejsca w 3. rzędzie - pozbawione okien.

Moje jest niemal doskonałe. Owszem, gdy usiądzie przede mną pilot, będę miał ograniczony widok do przodu, ale tylko częściowo. Poza tym, gdy już pojawia się nasz kapitan, widzę, że jest raczej skromnej postury. Nie to co mój współpasażer w rzędzie nr 2.

Image

Image

Przed wejściem do samolotu, pilot - na oko 25-letni młodzik - przedstawia się pasażerom przez otwarte przednie drzwi, mówi ile potrwa lot i prosi o zapoznanie się z ulotką oraz zachęca do założenia słuchawek wygłuszających (takich, jak do obsługi młotów pneumatycznych). 

Image

Image

Fotel obok pilota pozostaje pusty. Jest na nim jedynie niewielka torba pilota. Czyżbym to z jej powodu nie został tam usadzony? Ale miejsce 2A jest też świetne i grzechem byłoby na nie narzekać. 

Do ostatniej chwili wpatruję się w parking przed terminalem, ale niestety, moje kąpielówki i neoprenowa koszulka do pływania nie docierają :(

Ruszamy. Powoli dojeżdżamy na koniec pasa startowego, obracamy się, obroty silników rosną, a nasz samolocik zaczyna mknąć po gładkim asfalcie. Po chwili odrywamy się od ziemi, a ja zaczynam ruszać głową w lewo i prawo chłonąc widoki za oknami. Możliwość patrzenia w przód z lecącego samolotu jest czymś wyjątkowym :D.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Te 145 USD (no, 150, z uwzględnieniem rzekomej nadwagi bagażu), to jeden z moich najlepszych wydatków lotniczych w życiu. Polecam to każdemu odwiedzającemu Galapagos. Sam lot takim niewielkim aeroplanem można w zasadzie zakwalifikować, jako jedną z tutejszych atrakcji. Do tego, w 40 minut mam załatwioną trasę, którą łodzią pokonywałbym cały dzień. Najpierw poranny rejs na Santa Cruz (2 godziny podskoków), potem ileś tam godzin czekania na kolejny rejs - z Santa Cruz na San Cristobal (2 godziny podskoków). Owszem, byłoby taniej, bo łącznie wyniosłoby to 50 USD, ale dołożenie tej stówki to świetna inwestycja. 

Przed pilotem majaczy już wybrzeże San Cristobal. Na trasie mamy grubą chmurę, ale pilot sprytnie przelatuje po jej górnej krawędzi i potem delikatnie nurkuje w stronę lotniska SCY.

Image

Image

Image

Image

Po wylądowaniu uprzejmie dziękuję mu za bezproblemowy i przyjemny lot, zabieram bagaż i opuszczam lotnisko (jest to lot wewnętrzny, więc żadnych kontroli już nie ma). Teraz na piechotę do hotelu. Nie dziwota, bo do przejścia mam ok. 500 m. :D



Wysłane z mojego CLT-L29 przy użyciu Tapatalka
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
5 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 103 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 4 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group