Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 54 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3
Autor Wiadomość
#41 PostWysłany: 12 Sty 2017 21:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
Ioulomekang - Carp Island - Turtle Cove

Kolejnego ranka opuszczamy przyjazną plażę. Przez dwa dni była to nasza prywatna wysepka i będziemy ją wspominać z dużym sentymentem. Pakujemy swoje rzeczy i sprzątamy chatkę, wymiatamy naniesiony piach, ustawiamy ławki. Trzeba dbać o takie miejsca, my zastaliśmy porządek, więc i kolejni odwiedzający niech zastaną wszystko w dobrym stanie.

Image

Jedna ze ścian domku pełna jest podpisów poprzednich odwiedzających. Zostawiamy więc i nasz :)

Image

Image

Image

Od tego dnia musimy zacząć kierować się z powrotem w stronę Peleliu. Pierwszy odcinek, który pokonujemy jest nam już znany, płyniemy do Carp Island. Tym razem jednak opływamy wyspę od drugiej strony niż poprzednio.

Image

Okazuje się, że tu też jest plaża, na której można się zatrzymać. Plaża jest niewielka, dookoła rośnie gęsta dżungla. Ale jest tu też prowizoryczny domek. Co ciekawe jego podłoga jest na palach, dość wysoko nad ziemią, prawdopodobnie więc w czasie przypływu woda podchodzi aż pod domek.

Image

Image

Trochę tu niestety bałagan, na podłodze walają się różne rzeczy, na przykład pojedyncze klapki. Ale znajdujemy też piłkę do nogi i to całkiem dobrze napompowaną. Oczywiście robimy z niej użytek i mamy trochę zabawy :) Plażowe aktywności uzupełnia jeszcze huśtawka zawieszona na drzewie nad wodą.

Image

A pełnię relaksu osiągamy na hamaku z pięknym widokiem :)

Image

W poprzednich częściach niejednokrotnie już wspominałam o zachwycających kolorach wody. No więc tutaj kolor przebija wszystko, co do tej pory widzieliśmy. Wydaje wręcz nierealny.

Image

Daleko na horyzoncie widzimy wysepki, przy których stoi spora ilość łódek. To Ngemelis, podobno jedne z najpiękniejszych tu wysp, a do tego przy nich jest świetna rafa koralowa. Kawałek na prawo jest też German Channel, kolejne świetne miejsce do nurkowania i snurkowania. Niestety, żeby się tam dostać trzeba wypłynąć na otwarte wody, poza granicą rafy otaczającą cały obszar Palau. To może być niebezpieczne, przy ścianie rafy często tworzą się duże fale i występują silne prądy. To niestety nie miejsce dla naszego kajaka. Poza tym Ngemelis jest obszarem częściowo chronionym - można tam przypłynąć, ale nie można obozować. Gdybyśmy tam dopłynęli, a potem z jakichś powodów, na przykład załamania pogody tam utknęli, mielibyśmy poważny problem. Dlatego nie bierzemy nawet pod uwagę wyprawy tam.

Image

Image

Mamy jednak inny plan. Dzięki szczegółowym mapom, którym zrobiliśmy zdjęcia wcześniej, wiemy, że nie tak daleko jest plaża nadająca się na kemping, zlokalizowana przy kolejnym świetnym miejscu nurkowym, nazywanym Turtle Cove. Pięknych widoków mieliśmy dotąd aż nadto, jednak czujemy niedosyt atrakcji pod wodą, bardzo chcemy się więc tam dostać. Mamy trochę obaw, bo plaża, do której chcemy dopłynąć znajduje się również w bezpośrednim sąsiedztwie granicy rafy, poza którą nie chcielibyśmy wypływać. Postanawiamy jednak trzymać się blisko brzegów wyspy i powinno się udać. Początkowo płyniemy kanałem między dwoma długimi wyspami. Odczuwamy to, że zbliżamy się do otwartych wód oceanu, bo w tym miejscu występuje naprawdę silny prąd. Podnosząca się podczas przypływu woda wlewa się z otwartych wód wgłąb, między wyspy. W końcu kanał, którym płyniemy rozszerza się, a nam ukazuje się ocean. Nasze docelowe miejsce mamy po lewej stronie, musimy tylko opłynąć skalisty cypel. Okazuje się, że ściana rafy jest położona dalej, do plaży spokojnie dopływamy po płytkiej wodzie.

Image

Wyłaniamy się zza skały i pierwsze zaskoczenie - nie jesteśmy tu sami. Na plaży urzęduje jakaś para, a na piasku leży kajak. Plaża jest zupełnie inna, niż te które widzieliśmy do tej pory. To właściwie niewielki skrawek piasku otoczony skałami. Do tego plaża jest mocno pochyła, tak, że trudno będzie znaleźć odpowiednie miejsce na namiot. Takie zmartwienia jednak zostawiamy sobie na później i po rozpakowaniu kajaka i wyniesieniu go na piasek idziemy od razu do wody.

Image

Tutaj od razu widać, że rafa jest dużo bogatsza, niż przy Long Beach - miejscu, w którym pływaliśmy poprzedniego dnia. Początkowo pływamy w dość płytkiej wodzie, wokół wystających z wody skał i pobliskiej niewielkiej wysepki. Jednak dopiero za nią rozpoczyna się to co najciekawsze - ściana rafy schodząca na bardzo dużą głębokość. Tutaj możemy obserwować naprawdę całe bogactwo podwodnego życia.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zdjęcia tylko w małym stopniu oddają, to co widać na żywo. Do tego sporo z tych zdjęć to wycięte klatki z filmików, więc niestety nie są najlepszej jakości. Zachęcam do obejrzenia filmu, który jest w pierwszym poście.
Nasze marzenie to zobaczyć rekiny i żółwie. Sama nazwa tego miejsca - Turtle Cove wskazuje, że żółwi żyje tu dużo. Jednak nie tym razem, oglądamy tylko mnóstwo różnego rodzaju ryb.
Gdy wracamy, widzimy, że spotkana tam para szykuje się do opuszczenia plaży. Niestety nie wykazywali chęci do rozmowy, więc nic się o nich nie dowiedzieliśmy i oprócz "hello" i "bye" nie zamieniliśmy praktycznie ani słowa. Myśleliśmy, że będą odpływać kajakiem, a tu ku naszemu zdziwieniu nagle do plaży przybija łódka z Maml Divers, a jej obsługa sprawnie pakuje ludzi i kajak do środka. Co więcej, z łódki wysiadają trzy inne osoby z bagażami i kierują się na plażę. Nie wywołało naszego wielkiego zdziwienia to, że nowi przybysze rozmawiają ze sobą po polsku. Naprawdę, język polski był tej jesieni chyba najczęściej słyszanym językiem europejskim na Palau - tak dużo naszych rodaków kupiło bilety China Airlines :)
Okazuje się, że nasi nowi towarzysze skorzystali z oferty Maml Divers, która polega na tym, że podwożą cię na wybraną plażę i zostawiają. Możesz tam spędzić noc, czy dwie, a po umówionym czasie łódka przypłynie i odstawi cię do cywilizacji. Asia, Maciek i Tomek, ciekawe czy zaglądacie na f4f, jeśli tak - ujawnijcie się :)
Dalsza część dnia upływa nam na rozmowach i organizowaniu miejsc do spania. To nie takie łatwe bo plaża jest mała, musimy zmieścić trzy namioty, wcześniej wyrównując w miarę teren, żeby nie było zbyt dużego spadku.

Image

Skaliste wybrzeże w okolicach naszej plaży
Image

Image

Przede wszystkim czas jednak upływa nam pływaniu z maską i rurką.

Image

Niestety w czasie odpływu musimy poprzestać na snurkowaniu w płytkiej wodzie w okolicy plaży. Przy ścianie rafy jest bardzo silny prąd w stronę otwartej wody. Boimy się tam pływać, bo nie mamy płetw, nie zmieścilibyśmy ich do naszego bagażu. Nasi nowi towarzysze są za to świetnie wyposażeni i po tym jak sami kończą pływanie, pożyczają nam własne płetwy. Do tego mówią nam gdzie płynąć, żeby zobaczyć ciekawe rzeczy - jeden z nich kilka dni wcześniej nurkował w tym miejscu. Mówi nam o Blue Hole - podwodnej jaskini o głębokości ponad 30 metrów. W jej okolicy jest największe prawdopodobieństwo spotkania żółwi.

Image

Image

Image

Image

Pływanie z płetwami to oczywiście zupełnie inna bajka, teraz żadne prądy nie są nam straszne. Udaje się odnaleźć wejście do Blue Hole i tym razem szczęście nam dopisuje, dostrzegamy dwa pływające żółwie.

Blue Hole
Image

Image

Z rekinami niestety gorzej, nie udaje się żadnego spotkać. Szkoda, ale nie można mieć wszystkiego. Potem oglądaliśmy świetne filmiki z nurkowania w tym miejscu, w którym duże rekiny podpływały do nurków dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jednemu z naszych polskich towarzyszy udało się też zobaczyć sporego rekina pływając na płytkiej wodzie w pobliżu plaży, niestety rekin odpłynął, zanim zdążył nas zawołać. Mimo, że akurat z rekinem się nie udało, pływanie w tym miejscu było niezapomniane i dostarczyło nam ogromnych wrażeń. Nieprzypadkowo Palau jest rajem dla nurków. My oczywiście snurkując widzieliśmy ledwie malutki wycinek tego, co oferują okoliczne wody, ale nawet to było wielką atrakcją.

Image

Z wody wyganiają nas dopiero ciemne i szybko przemieszczające się po niebie chmury oraz pojedyncze błyskawice, zwiastujące nadchodzącą burzę. Szykujemy się na ulewę, ale okazuje się, że to fałszywy alarm, chmury przechodzą bokiem i po chwili znów widzimy błękitne niebo. Pełen wrażeń dzień kończymy oglądając piękny zachód słońca.

Image

Image
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
 
 
#42 PostWysłany: 13 Sty 2017 10:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Wrz 2014
Posty: 393
Loty: 54
Kilometry: 115 558
Naprawdę ogromny szacunek, za tą wyprawę kajakiem :)
_________________
Image

Moje relacje:
Filipiny | Indonezja
Góra
 Relacje PM off
olus lubi ten post.
 
 
#43 PostWysłany: 21 Sty 2017 15:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
Turtle Cove - Peleliu

Nasz ostatni poranek na bezludnych wysepkach. Noc minęła spokojnie, poza tym, że do namiotu dobijał nam się duży krab :) W ogóle nie pisałam o tym wcześniej, ale krabów pustelników (takich które zamieszkują w znalezionych muszlach a swój domek dźwigają na grzbiecie) są tu tysiące. Można je spotkać i w wodzie i na lądzie. Od najmniejszych, wielkości paznokcia do takich które mają kilkanaście centymetrów. Kraby mają norki w piasku na plaży, z których wieczorami zaczynają wychodzić. My niestety musieliśmy nieświadomie postawić namiot na jednaj z takich norek, należącej akurat do dużego osobnika. W nocy chciał wyjść i drapał nam w spód od namiotu, niestety musiał poczekać do rana.
Dziś kierujemy się już z powrotem w stronę cywilizacji. Co prawda powrotny transport na Koror mamy umówiony dopiero na następny dzień na 10 rano, ale z kilku względów chcemy dopłynąć do Peleliu już dziś. Przede wszystkim przed 10 rano i tak nie zdołalibyśmy dopłynąć do wyspy z powodu odpływu. Druga rzecz, że trzeba wysuszyć i spakować kajak i wszystkie rzeczy. A kolejna to taka, że chcemy chociaż trochę zwiedzić też samo Peleliu. Z plaży Turtle Cove wyruszamy więc niezwłocznie po śniadaniu, żegnając się z naszymi polskimi towarzyszami, którzy zostają tu jeszcze na kolejną noc. Podejrzewamy jednak, że jeszcze się zobaczymy - prawdopodobnie będziemy wracać na Koror tą samą łodzią.

Image

Do pokonania mamy niezbyt długi, zaledwie kilkukilometrowy odcinek, jednak wydaje się, że będzie to najniebezpieczniejsza przeprawa dla naszego kajaka. Od strony, z której będziemy płynąć, czyli od strony otwartego oceanu Peleliu otacza pas wystających z wody ostrych skał. Z daleka wygląda groźnie, a dla nas tak naprawdę najgroźniejsze jest to, czego na pierwszy rzut oka nie widać, czyli to, co znajduje się pod powierzchnią wody. Dodatkowo tuż przy naszej plaży poranny odpływ odsłania całe mnóstwo mniejszych lub większych skał i kamieni. Wczoraj zupełnie nieświadomie nad nimi przepływaliśmy. Dopiero gdy skały są wynurzone nad wodę, widać jak bardzo są ostre i czym mogłoby się skończyć bliskie spotkanie z nimi.
Gdy poziom wody znacznie się podnosi my jesteśmy już gotowi do drogi. Płyniemy trzymając się niedaleko brzegu wyspy, na której się znajdowaliśmy. Wspomniany pas wystających skał dochodzi prawie do jej brzegów, jednak w tym miejscu są one mniejsze i rzadziej rozrzucone. Zachowujemy najwyższą ostrożność i ja siedząc z przodu właściwie głównie wpatruję się w wodę przed nami. Przeprawa okazuje się nie taka najgorsza. Tylko raz musimy omijać niewielką, ale ostrą skałę, którą jednak szczęśliwie udało się zauważyć sporo wcześniej. Chwilę później woda zaczyna robić się coraz płytsza i po chwili wiemy, że niebezpieczeństwo jest już za nami. Teraz wpływamy na znany nam już teren, tędy kilka dni wcześniej wypływaliśmy na naszą wyprawę.

Image

Po drodze trafiamy jeszcze na fajną łachę piachu, gdzieś pośrodku niczego. Taka prywatna plaża na środku oceanu :)
Niestety nasza plaża zaczyna szybko znikać. Przypływ jeszcze się nie skończył. Kilkanaście minut i nie ma po niej śladu.

Image

Trzeba zatem płynąć dalej. Zaraz później mijamy wysepkę na której byliśmy, gdy pierwszego dnia zaskoczył nas odpływ. Kawałek dalej wysiadamy z kajaka i ciągniemy go na lince, bo woda jest tu bardzo płytka, sięga nam zaledwie do kolan. I właśnie tu widzimy coś wystającego ponad wodę, płynącego w naszą stronę. Chwila zastanowienia co to takiego, ale zaraz nie mamy już wątpliwości - to płetwa rekina. No dobrze - rekinka :) Korzystając z przypływu zapewne poluje tu w płytkiej wodzie. Wypatrujemy kolejnych i okazuje się, że jest ich tu całkiem dużo. Są malutkie, no ale rekin to rekin :) Nie udało się zobaczyć żadnego na rafie, to mamy je chociaż tutaj. Niestety są bardzo płochliwe, wystarczy najmniejszy ruch i od razu uciekają. Mimo wszystko jesteśmy usatysfakcjonowani.
Stąd już tylko rzut beretem do brzegu Peleliu, niedługo później więc przybijamy do przystani, z której rozpoczynaliśmy wyprawę. Wita nas pani z Maml Divers, która na wstępie informuje nas, że łódka nie przypłynie jednak jutro o 10 rano, ale o 16. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej to by trochę zmieniało postać rzeczy. Moglibyśmy jeszcze cały dzień spędzić na wodzie. Jednak mówi się trudno, nie było niestety możliwości kontaktu z nami, żeby nas poinformować o zmianie. Tutaj ostateczny grafik ustalany jest raczej z dnia na dzień. Wiadomo, że to my musimy dostosować się do łódki, która przeznaczona jest do przewożenia większych grup na nurkowania, my jesteśmy tylko dodatkowo. Nie mamy więc absolutnie pretensji, że zmieniono nam czas wypłynięcia, musimy jednak jakoś zagospodarować sobie czas do 16 następnego dnia. Pani z Maml mówi, że moglibyśmy sobie wypożyczyć rowery i pozwiedzać wyspę. Uznajemy to za dobry pomysł i ustalamy, że pani załatwi nam rowery na jutro rano. Póki co na razie musimy wypakować kajak. Możemy skorzystać z jednego z pomieszczeń w bazie Maml Divers. Zostawiamy tam kajak do suszenia, rozwieszamy też wilgotne rzeczy - czyli prawie wszystkie. Na Palau panuje taka wilgoć, że właściwie nic nie schnie. Można zostawić rozwieszoną na noc w przewiewnym miejscu koszulkę, a rano będzie prawie tak samo mokra jak kilka godzin wcześniej. Jedyny skuteczny sposób suszenia to rozwieszenie rzeczy w pełnym słońcu.
Możemy też skorzystać z łazienki należącej również do Maml Divers. Dopiero po kilku dniach mycia się w słonej wodzie można docenić prawdziwy i ciepły prysznic :)

Image

Po skorzystaniu z tych dobrodziejstw cywilizacji wyruszamy na spacer do pobliskiej wioski.
Wyspa Peleliu jest jednym z 16 stanów Palau. Według różnych danych zamieszkuje ją obecnie około 400-500 osób, większość w wiosce-stolicy Kloulklubed, do której właśnie zmierzamy. Obecnie Peleliu jest senną wysepką, na której życie płynie leniwie i spokojnie, ale jej historia jest niezmiernie ciekawa. W czasie II wojny światowej odbyła się tu wielka bitwa, znana jako "Bitwa o Peleliu". Wyspa była zajęta przez Japończyków, a Amerykanie postanowili ją odbić, głównie ze względu na znajdujące się tu lotnisko. Przewidywano, że lądowanie i zajęcie całej wyspy zajmie kilka dni. Okazało się, że ostatecznie walki trwały prawie trzy miesiące. Już sam początkowy desant na wyspę przyniósł Amerykanom nieoczekiwane trudności, ponieważ wiele z ich łodzi i amfibii rozbiło się lub utknęło na otaczających wyspę skałach (prawdopodobnie tych samych, których my dziś się tak obawialiśmy). Japończycy byli za to dobrze przygotowani do obrony wyspy, ukrywali się w licznych jaskiniach, z których atakowali wojska amerykańskie. Ostatecznie Amerykanie zdobyli wyspę, ale po obu stronach poniesiono ogromne straty, zginęło ponad 10000 Japończyków i 2000 Amerykanów. Sama wyspa też została doszczętnie zniszczona - obecnie tak bujnie porośnięta dżunglą, wtedy podobno cała roślinność zostało wypalona używanymi przez wojska amerykańskie miotaczami ognia. Szczęśliwie nie było ofiar wśród lokalnej ludności, która już wcześniej została ewakuowana na inne wyspy. Obecnie na wyspie znajdują się liczne pozostałości po bitwie - umocnienia i bunkry, czołgi i inne pojazdy, a w otaczających wodach wraki statków i samolotów. Część z nich mamy zamiar zobaczyć podczas wycieczki rowerami następnego dnia.

Image

Image
Jakieś części, prawdopodobnie od czołgu, które leżały sobie pod drzewem w porcie

Tymczasem docieramy do wioski. Trzeba przyznać, że jest tu całkiem ładnie. Domki mniejsze albo większe, skromniejsze czy bardziej bogate, ale większość ładnych, pomalowanych na kolorowo, wokół rosną palmy, kwiaty kwitną, trawka przystrzyżona. Co ciekawe, potem na Kororze jeden człowiek powiedział nam - Wiecie, czemu na Peleliu mają takie ładne domki? Bo oni hodują marihuanę i ją sprzedają na całe Palau. Może coś w tym jest :)

Image

Chcielibyśmy kupić coś do jedzenia w jednym ze sklepików, bo mamy już trochę dość jedzenia z torebek, ale szczerze mówiąc odstraszają nas ceny. Tutaj wszystko trzeba sprowadzać z głównej wyspy i zapewne dlatego odbija się to na cenach. Nie ma i tak dużego wyboru, jedyne co można by tak od razu zjeść to kanapka - dwie kromki tostowego chleba, w środku ser i jakaś pasta. Cena 5 dolarów. No lekka przesada. Bierzemy więc tylko po puszce zimnych napojów.

Image

Image
Odpoczywamy pod dachem na czymś w rodzaju przystanku.

Image
Kościół

Image
Na Palau właśnie miały się odbyć, albo dopiero co odbyły się wybory

Image
Można spotkać i takie obrazki

Na wyspie jest szkoła podstawowa, wyższe stopnie edukacji lokalne dzieci muszą zdobywać już na Kororze, czyli zamieszkać w tamtejszych internatach. Nie da się codziennie podróżować do szkół. Jeździ tu też szkolny autobus - co ciekawe podwozi dzieci, które mieszkają nawet nie dalej niż 200 metrów od szkoły. Niezbyt zdrowy styl życia, ale chyba tak tu już jest - na początku relacji opisywałam, że mieszkańcy w każde, nawet najbliższe miejsce przemieszczają się samochodami.

Image

Image

Zwróćcie uwagę, że na autobusie jest znak przyjaźni między Japonią i Palau. Prawdopodobnie został podarowany przez rząd japoński. Palau, którego ziemie kiedyś były świadkiem wielkiej wojny pomiędzy Japonią i USA, teraz żyje w przyjaźni z obydwoma tymi państwami. Kraj jest mocno zamerykanizowany, obowiązuje tu amerykańska waluta, angielski jest jednym z urzędowych języków, a mieszkańcy dość mocno przejęli amerykański styl życia. Jednocześnie często można się natknąć na obiekty sfinansowane przez Japończyków, takie jak wspomniany autobus, podobnie jak prom kursujący między Kororem i Peleliu, czy duży most przyjaźni.

Image
Na wyspie mamy też straż pożarną i karetkę. Chociaż akurat podczas naszego pobytu w porcie wisiało ogłoszenie, że lekarz wyjechał i nie będzie go prawie przez miesiąc.

W lokalnym urzędzie dowiadujemy się, że do zwiedzania Peleliu to właściwie powinniśmy wykupić permit (15$ osoba). Na Palau lubują się w permitach, permity trzeba kupować prawie na wszystko :)

Image

Image

Do portu wracamy okrężną drogą przez mniej zamieszkane tereny. Mijamy hodowlę ryb, kolejny kościół, kolejne z miejsc pamięci poświęcone wojnie. W jednym miejscu trafiamy też na leżący niedaleko drogi rozbity samolot. Bardzo jestem ciekawa jego historii, na pewno nie jest to jedna z pozostałości po wojnie. Próbowałam szukać jakichkolwiek informacji o nim i nic nie udało mi się znaleźć.

Image

Image

Image

Image

Część wieczoru spędzamy znowu na znanym już nam z wcześniejszych pobytów cypelku na północy wyspy, gdzie znowu rozbijamy namiot. Siedzimy też w porcie, bo tam działa internet :), a poza tym można poobserwować życie mieszkańców. Toczy się ono bardzo niespiesznie. Dziś głównym zadaniem dnia było przymocowanie tabliczki "Keep island clean", która wcześniej odpadła. Zaangażowało się w to kilka osób i w końcu tabliczkę udało się umieścić na ścianie za pomocą taśmy klejącej.
Pani (mama czy babcia) opiekująca się dwójką maluchów cały dzień spędziła z nimi w wodzie albo na brzegu w towarzystwie zgrzewki piwa Asahi. U nas zaraz wezwano by policję, straż pożarną i opiekę społeczną jednocześnie, skądinąd chyba słusznie :)
Kilku panów walczyło też ze zmianą koła w samochodzie, ale chyba ostatecznie się poddali :) W ogóle samochody to ciekawy temat. Tak jak pisałam jeździ się nimi wszędzie. Ale ponieważ na wyspie odległości są malutkie, najdalej kilka kilometrów, to nikt nie kupuje tutaj nowych aut. To jakie wraki tutaj jeżdżą naprawdę robi wrażenie. Samochód na przykład bez drzwi nikogo nie zdziwi :)

Image

Siedzenie w porcie sprawia, że udaje nam się załapać na zapłacenie za permit na kemping. W porcie jest małe Visitors Center i okazuje się, że za to też pobierają opłatę (10$).

Image

Image

Ostatnia nasza noc w namiocie jest spokojna do momentu, aż nad ranem zaczyna padać. Nic nadzwyczajnego - tu pada prawie każdej nocy. Jednak rano deszcz nie ustaje, do tego zrywa się straszna wichura a zwykły deszcz zmienia się w tropikalną ulewę. Namiot, który do tej pory spisywał się bez zarzutu, teraz ledwo utrzymuje się na ziemi, musimy go trzymać od środka. Sytuacja robi się nieciekawa, kiedy lać nie ustaje. Nie możemy nawet ugotować nic do jedzenia, więc na śniadanie muszą nam wystarczyć resztki suszonych bananów. Ale też musimy wszystko popakować, złożyć kajak i inne rzeczy, a w tych warunkach jest to niemożliwe. Oczywiście z naszej wycieczki rowerami też musimy zrezygnować. Mamy jednak ogromne szczęście, że wróciliśmy na Peleliu poprzedniego dnia. Nie wyobrażam sobie co by było gdybyśmy musieli płynąć w tych warunkach.

Image

Image

W końcu, kiedy fala deszczu odrobinę się zmniejszyła zwijamy szybko obóz i przenosimy się pod dach do bazy Maml Divers. Tutaj już przynajmniej nie mokniemy i możemy spokojnie poskładać rzeczy. Niestety wszystko, co od poprzedniego dnia miało schnąć nadal jest mokre, do tego doszedł nam cały przemoczony namiot. Rozwieszamy wszystko i suszymy na ile się da, czyli prawie wcale :) Przed przypłynięciem naszej łodzi miła pani z Maml, ze względu na padający deszcz i nasze ogromne bagaże, podwozi nas samochodem na przystań, mimo, że jest to nie dalej niż 50 metrów :) I tak to Peleliu żegna nas i naszą kajakową przygodę.

Image
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
 
 
#44 PostWysłany: 22 Sty 2017 13:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 30 Gru 2011
Posty: 5600
Loty: 169
Kilometry: 241 913
HON fly4free
@‌olus‌, proszę bardzo - jest o tym samolocie: https://www.atsb.gov.au/publications/in ... 199400129/
_________________
Blbec je blbec a blbcem zůstane
Ja tu tylko sprzątam
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
olus uważa post za pomocny.
 
 
#45 PostWysłany: 22 Sty 2017 13:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
@‌krasnal‌ Dzięki, ja nic nie mogłam znaleźć. Czyli samolot rozbił się w 1994 roku. Wygląda na to, że na pokładzie był chyba tylko pilot i że przeżył lądowanie.
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off  
 
#46 PostWysłany: 27 Sty 2017 23:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
Peleliu-Koror-Tajwan-Bangkok-Amsterdam-Warszawa

Na łódce powrotnej z Peleliu na Koror zgodnie z przewidywaniami spotykamy znów trójkę Polaków poznaną wcześniej na Turtle Cove. Tym razem nie jest to bardzo przyjemna przeprawa, deszcz zacina i wieje bardzo mocny wiatr, szczególnie odczuwany przy dużej prędkości. Mimo to fajnie jest mijać wysepki, na których jeszcze niedawno byliśmy. Tym razem motorówka płynie inną drogą niż w pierwszą stronę, udaje się więc obejrzeć chociaż z łodzi miejsca do których nie dotarliśmy. Na koniec spotykamy drugą łódź z Mamla i panowie sternicy urządzają sobie mały wyścig, szczęśliwie wygrany przez nas :)
Musimy znaleźć hotel na ostatnią noc, bo wcześniej nie mieliśmy nic zarezerwowane. Myśleliśmy, żeby wynająć pokój od Maml Divers, bo wiedzieliśmy, że mają też takie oferty, albo, żeby wrócić do Pinetrees Hostel, w którym spaliśmy pierwszej nocy. Nasi nowi znajomi jednak zachęcają nas, żeby podjechać z nimi do Guest Lodge, w którym oni mieli już wcześniej wynajęty pokój. Zawozi nas wszystkich kierowca z Mamla (bez dodatkowej opłaty). Na miejscu okazuje się, że jest wolny pokój. Po niewielkich targach udaje się wynegocjować cenę 60$ + podatek (początkowo miało być 67$ + podatek). Przez internet co prawda można podobno znaleźć cenę 55$ (+ oczywiście podatek), ale te 60$ to i tak nie jest najgorsza cena jak na Palau. Dodatkowo zaproponowano nam transport na lotnisko w dobrej cenie 15$ za nas dwoje, podczas gdy cena taksówki to zwykle 25$. Pokój okazuje się całkiem przestronny, ma niezłą łazienkę, a na zewnątrz jest przyjemny, wspólny dla wszystkich pokoi taras, na którym mieszka duża papuga i jeszcze jeden niezidentyfikowany bliżej duży ptaszor. Jedynie z zewnątrz budynek wygląda ciekawie, parter i pierwsze piętro jest wykończone, a drugie zostawione w stanie surowym.

Image

Image

Image

Image
Ulica, na której znajduje się nasz hotel - praktycznie samo centrum miasta

Popołudnie spędzamy w centrum, chodzimy trochę po sklepach, żeby kupić jakieś pamiątki. Ogólnie to z oryginalnymi pamiątkami jest tu raczej słabo, prawie wszystko jest sprowadzane. Kupujemy magnesy, trochę przypraw hodowanych na miejscu i jakieś lokalne mydełka, które podobno też są wyrabiane tutaj (przynajmniej jest tak na nich napisane) i przede wszystkim różne czekoladki z lokalnej wytwórni, głównie na prezenty. Szczerze mówiąc czekoladki nie okazały się nadzwyczajne w smaku, ale mają ładne opakowania ze zdjęciami z Palau i podpisami "Palau Chocolate Factory" :)
Jak tylko się ściemnia idziemy na główny plac, zachęceni wcześniejszymi opisami na f4f budki z grillowanymi szaszłykami. Rzeczywiście grill już rozstawiony a zapach można wyczuć z bardzo daleka. Szaszłyki po 1$, super wypieczone, z pysznym sosem barbecue. Razem zjadamy ich chyba z 15 jak nie lepiej :)
Wracamy do hotelu zaopatrzeni w piwo Asahi - nie lokalne, ale najpopularniejsze tutaj i razem z trójką znajomych Polaków i jeszcze dwoma innymi Polakami, którzy tu też mieszkają urządzamy sobie polski wieczorek na tarasie :)
Kolejny dzień to już nasz ostatni na Palau. Wylot mamy późnym popołudniem, do zagospodarowania pozostaje więc kilka godzin. Myśleliśmy przez chwilę o wypożyczeniu samochodu i objechaniu kilku punktów poza miastem, ale chyba jednak mamy za mało czasu. Pozostaje więc pokręcenie się po okolicy.

W mieście, mimo, że to dopiero listopad widać wiele akcentów świątecznych, które ciekawie kontrastują z tropikalnym klimatem.
Image

Image

Idziemy na daleki spacer, aż do portu, w którym jednak nic ciekawego się nie dzieje.

Tutaj też można znaleźć trochę fajnych widoków
Image

Image

Image

Potem wracamy w miejsce które od biedy można nazwać miejską plażą. Piasku tu raczej nie ma, ale można się rozłożyć gdzieś pod drzewkiem. Są też prysznice, ławki i zadaszona altanka, która się przydaje, bo w pewnym momencie przychodzi gwałtowna ulewa. Po niej postanawiamy jeszcze ostatni raz wykąpać się w wodzie.

Most przy którym znajduje się "plaża miejska"
Image

Image

Image

Image

Do centrum wracamy idąc cały czas wzdłuż głównej drogi na której ciągnie się ogromny korek samochodów. Niewiarygodne ile może być samochodów w tak małym przecież mieście. Główna ulica jest praktycznie ciągle zakorkowana.

Lokalne klimaty
Image

Image

Na obiad idziemy do budki, w której wczoraj jedliśmy szaszłyki. W ciągu dnia nie ma grilla, ale są inne potrawy, na przykład curry z mięsem i warzywami czy jakiś makaron. Niestety kiedy przychodzimy tam wczesnym popołudniem prawie wszystkie dania zdążyły się już skończyć - tutaj takie rzeczy je się na śniadanie. Dla nas pozostaje jakaś zupa i smażone kawałki kurczaka - też da się zjeść. Potem pozostaje nam już tylko udać się do hotelu po rzeczy. Chwilę czekamy na umówiony transport relaksując się jeszcze na tarasie. W samochodzie który zabiera nas na lotnisko, oprócz kierowcy na przednim siedzeniu jedzie też pani - chyba właścicielka hotelu, z dwójką małych dzieci, prawdopodobnie swoich wnuków. Nikt tu nie przejmuje się fotelikami i dzieci jadą na kolanach u babci.

Image

Na lotnisku od razu widzimy sporo osób, które kojarzymy lotu na Palau. Nadawanie bagażu wygląda dość ciekawie, nie ma żadnego komputerowego systemu i drukowania zawieszek bagażowych. Pani sama, ołówkiem wypisuje trasę, jaką ma przelecieć nasz bagaż - nie wygląda to profesjonalnie, za to tutaj nie ma żadnego problemu z nadaniem bagażu od razu do Amsterdamu. W tamtą stronę musieliśmy przecież odebrać go po drodze na Tajwanie. Jeszcze tylko obowiązkowy haracz - opłata wylotowa, 50$ od osoby. Palau żegna nas tak samo jak nas przywitało - w deszczu i ciemności. Szkoda, że nie możemy popatrzeć na nie z góry. Żegnamy jednak ten mały kraik z uczuciem zrealizowanego celu. Wyprawa z dmuchanym kajakiem na pewno już zawsze będzie jedną z lepszych podróżniczych przygód.

Do domu czeka nas jeszcze długa droga. Pierwszy przystanek - Tajwan. Tym razem mamy znów kilkanaście godzin, ale tylko w nocy. Zastanawiamy się, czy nie pojechać do miasta na nocny market, ale pogoda tym razem nie zachęca, jest kilkanaście stopni i pada. My nie mamy żadnych ubrań z długim rękawem - świadomie spakowaliśmy wszystko do bagażu, żeby nie musieć nosić ze sobą. Zostajemy więc na lotnisku. Jest tu całkiem miła strefa relaksu, niestety, jak to w Azji, klimatyzacja działa bardzo dobrze. Trzeba jakoś przetrwać noc w chłodzie. Z pomocą przychodzi dostępny darmowy prysznic, ciepła kąpiel trochę pomaga :) Rano startujemy w stronę Bangkoku.

Image

Image

Wybrzeże Tajlandii
Image

Image

Tak jak poprzednio mamy kilkanaście godzin na miejscu. I znów płyniemy łodzią po rzece.

Image

Image

Image

Image

Tak się złożyło, że tego dnia w Bangkoku są też nasi dobrzy znajomi, którzy kończą swój pobyt w Tajlandii i właśnie wracają do Polski. Umawiamy się więc z nimi w mieście, w jakiejś knajpce na Khao San. Spędzamy trochę czasu na wymianie wrażeń. Oni mają samolot wcześniej niż my - lecą Air China przez Pekin, więc po jakimś czasie muszą zbierać się na lotnisko. Podjeżdżamy jeszcze z nimi kawałek taksówką - oni na stację pociągu na lotnisko a my do metra. Chcemy podjechać na Chatuchak market, niestety nie jest to weekend, kiedy to zwykle działa ten market, ale czytaliśmy, że w dni powszednie też można coś tam znaleźć. Niestety prawie wszystko jest pozamykane a w sąsiadujących centrach handlowych nic ciekawego nie ma. Cała wyprawa więc trochę niepotrzebna.
Mamy zarezerwowany z grosze hostel, jedziemy więc do niego odświeżyć się i trochę odpocząć. Jesteśmy w nim może trochę ponad godzinę - mina dziewczyn w recepcji, kiedy oddajemy klucze - bezcenna :) Mamy też zlecenie z Polski, żeby kupić ładny obrus z jakimś tajskim motywem. Na Chatuchaku nic nie kupiliśmy, szukamy więc czegoś na Khao San. Okazuje się, że jest sklep z różnymi tkaninami, niestety miejsce turystyczne więc trzeba się ostro targować, ale w końcu kupujemy naprawdę ładny obrus, oczywiście w słonie :)

Image

Image

Po spełnieniu obowiązku mamy czas na to co lubimy najbardziej, czyli jedzenie :)

Image

Image

Jest taka knajpka niedaleko Rambuttri, ulicy sąsiadującej z Khao San, w której jedliśmy już kiedyś. Tym razem też tam idziemy i się nie zawodzimy.

Image

Image

Image

Pad thai i czerwone curry są świetne. Co prawda prawie płaczę przy jedzeniu, tak jest ostre, ale i tak zjadam do końca.
Potem podjeżdżamy taksówką do stacji skytrain'a. Mamy jeszcze chwilę czasu, żeby przejść się Patpongiem i wyruszamy na z powrotem na lotnisko. Tam wszystko idzie gładko aż do momentu, kiedy już jesteśmy przy bramce do samolotu. Obsługa od wszystkich z naszego lotu bierze paszporty i sprawdza, czy mamy stemple potwierdzające wyjście z lotniska. Jak znajdą to trzeba płacić 700 THB - taka opłata za wjazd do Tajlandii, o której pisałam już na początku relacji. Zwykle jest wliczona w cenę biletu, ale tutaj nie była. Powinni ja pobrać urzędnicy na immigration, ale tego nie zrobili. Widocznie ktoś się tego dopatrzył i kazali obsłudze bramki nadrobić zaległości. Robi się niezłe zamieszanie, bo ludzi, którzy wychodzili na miasto jest bardzo dużo. Niestety, kto nie zapłaci, nie zostanie wpuszczony do samolotu. Jak ktoś nie ma pieniędzy to jest zawracany do bankomatu albo kantoru. U nas sytuacja jest ciekawa, w jednym paszporcie stempelki znajdują a w drugim nie :) Mamy więc do zapłacenia 700 THB i całe szczęście akurat taka kwota została nam w portfelu.
Po tym zamieszaniu już spokojnie wsiadamy do samolotu, a sam lot, mimo, że długi upływa bezproblemowo. Niespodzianka czeka nas jedynie na lotnisku w Amsterdamie. Temperatura 0 stopni, my w koszulkach i krótkich spodenkach, a tu nie ma rękawa - trzeba po schodkach i do autobusu.

Image

Zmarznięci docieramy jakoś do hali odbioru bagażu i z niecierpliwością wypatrujemy na taśmie naszych pakunków - w końcu przydałoby się coś na siebie włożyć, a te wypisane ołówkiem zawieszki bagażowe przez całą podróż nas mocno niepokoją. Okazuje się jednak, że ołówek nie jest taki zły, bo nasze bagaże całe i zdrowe wyjeżdżają na taśmę. Możemy więc się przebrać i ruszyć do hotelu - tym razem znów mamy zarezerwowany Ibis Budget w pobliżu lotniska. Jest rano i okazuje się, że nie możemy się jeszcze zameldować, spędzamy więc godzinkę w pobliskim McDonalds. W końcu nadchodzi czas, kiedy możemy już dostać pokój - dostajemy taki z widokiem na jezioro :)

Image

W palnie mamy udanie się do Amsterdamu na krótkie zwiedzanie - lot powrotny do Polski jest dopiero następnego dnia. Najpierw jednak postanawiamy zrobić sobie krótką drzemkę, bo jesteśmy wykończeni po dwóch dobach w podróży. Mała drzemka przeradza się w większą drzemkę, za każdym razem po obudzeniu się mówimy sobie, że jeszcze pół godzinki :) No i śpimy tak do wieczora, a potem wychodzimy tylko coś zjeść do znanego nam już McDonalds. Przesypiamy bez problemu również całą noc a rano udajemy się na lotnisko na ostatni lot. I tak docieramy bez przeszkód do Warszawy, gdzie kończy się nasza podróż.

KONIEC
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#47 PostWysłany: 27 Sty 2017 23:33 

Rejestracja: 01 Kwi 2012
Posty: 2470
platynowy
super! a bedzie podsumowanie kosztowe? :-)
Góra
 Relacje PM off  
 
#48 PostWysłany: 27 Sty 2017 23:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
Mogę zrobić, chociaż przyznam, że sama do tej pory jeszcze nie podliczyłam :) Ale ok, zrobię jeszcze taki post podsumowujący.
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#49 PostWysłany: 31 Sty 2017 22:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
Dzisiaj obiecane podsumowanie kosztów. Póki co wkleję bez żadnego komentarza a jutro dodatkowo napiszę jeszcze jeden post podsumowujący z wrażeniami na temat całej wyprawy i uwagami, co można było zrobić inaczej.


Koszty:
Pozycje w euro i usd przeliczałam na złotówki według dzisiejszego średniego kursu z google. Większość wypłat z bankomatów czy płatności kartą w walutach było robionych Revolutem i kartami z kantoru Aliora, więc były po niezłych kursach, ale mimo wszystko te koszty, które podałam mogą być nieznacznie zaniżone.


Loty

Amsterdam-Palau-Amsterdam - China Airlines 1230 zł x 2

Warszawa-Amsterdam-Warszawa - Lot 300 zł x 2




Noclegi

Amsterdam - 2 noce w Ibis Budget (45 eur + 49 eur) 410 zł

Tajpej - Here and There Hostel 90 zł

Koror
Pinetrees Hostel (75 usd) 300 zł
Guest Lodge (72 usd) 288 zł

Bangkok - Liveitup Asok Hostel 0 zł



Wydatki na przygotowania

Kajak- 800 zł

Sprzęt (wiosła, worek wodoodporny, pokrowiec wodoodporny na tablet, akcesoria do kamerki) - 160 zł

Jedzenie - 150 zł

Ubezpieczenie - 230 zł



Wydatki na Palau

Pozwolenia na Rock Islands -(2 x 50 usd) 2 x 200 zł

Maml Divers, transport na i z Peleliu - (220 usd) 960 zł

Pozwolenie na kemping, Peleliu - (10 usd) 40 zł

Opłata wylotowa - (2 x 50 usd) 2 x 200 zł

Transport z lotniska - (10 usd) 40 zł

Transport na lotnisko - (15 usd) 60 zł



Inne wydatki - np. jedzenie, drobniejszy transport, przechowalnie bagażu
1304 zł

razem 8692 zł
na osobę 4346 zł
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#50 PostWysłany: 02 Lut 2017 00:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
Podsumowanie

Na początek kilka uwag do kosztów, które opisałam wczoraj. Uważam, że jak na tak daleką wyprawę nie były bardzo wysokie. Kajak był kupowany z myślą, że po wyjeździe go sprzedamy i odzyskamy część kosztów. Szczerze mówiąc na razie tego nie zrobiliśmy i trochę szkoda mi się z nim rozstawać, ale rozsądek podpowiada, że nie będziemy mieć zbyt dużo okazji, żeby z niego korzystać. To co mogłoby obniżyć koszt wyprawy to oczywiście korzystanie z promów pływających między Kororem i Peleliu. Niestety tak się ułożyło, że rozkład zupełnie nam nie pasował i w obie strony musieliśmy kupować transfery łódkami, za co zapłaciliśmy prawie 1000 zł. Nie do uniknięcia na Palau są dwie dość wysokie opłaty - 50 USD opłaty wylotowej i 50 USD za pozwolenie na Rock Islands. Ale tego byliśmy od początku świadomi. Paradoksalnie dużo wydaliśmy też w Bangkoku w ciągu dwóch kilkunastogodzinnych pobytów. Na początku kupiliśmy ponad 4000 THB (czyli ok 450 zł), bo byliśmy przygotowani na opłatę za wyjście z lotniska przy obu pobytach (700 THB za osobę, czyli przy dwóch pobytach 2800 THB razem). Ostatecznie okazało się, że tę opłatę zapłaciłam tylko ja i tylko jeden raz, więc mieliśmy całkiem sporo pieniędzy. Nie chcieliśmy z tym wracać do domu więc większość przejedliśmy :)
Teraz będzie bardziej filozoficznie :) Od początku wiedzieliśmy, że Palau to nie jest łatwy, typowo wakacyjny kierunek. Różne mało optymistyczne wizje roztaczane na forum zmotywowały nas do bardzo dobrego przygotowania. Właściwie to od dnia zakupu biletów wiedzieliśmy też, że będziemy kombinować coś z wyprawą na własną rękę. Nie planowaliśmy raczej zostania na głównej wyspie Koror, jakoś do gustu od razu przypadła nam wyspa Peleliu i otaczające ją wody. Kiedy dowiedzieliśmy się, że pływa tam prom postanowiliśmy właśnie z Peleliu zrobić bazę wypadową. Chcieliśmy tam wypożyczyć kajak i robić krótkie wypady. Nasz plan zmienił się diametralnie kiedy to zdecydowaliśmy, że kajak bierzemy własny - mieliśmy przepłynąć cały obszar Rock Islands z Peleliu na Koror. Jak wiecie z relacji, już podczas wyprawy plan uległ zmianie i całej trasy nie przepłynęliśmy. Czy żałujemy? I tak i nie. Byliśmy w wielu przepięknych miejscach, wiele widzieliśmy, pływaliśmy spokojnie i mieliśmy dużo czasu na wszystko. Żałujemy kilku konkretnych miejsc, na przykład tzw. Giant Clam City, czyli miejsca, gdzie można snurkując zobaczyć wiele ogromnych małży czy zatopionego na małej głębokości wraku samolotu z czasów wojny. Gdybyśmy rezerwowali te bilety mając dzisiejszą wiedzę, na pewno wzięlibyśmy pobyt o kilka dni dłuższy. Wtedy wybraliśmy tylko tydzień na Palau ze względu na to, że na miejscu jest bardzo drogo. Teraz wiemy, że dłuższy pobyt umożliwiłby dopasowanie się do rozkładu promów i dłuższą wyprawę kajakową, która dodatkowych kosztów przecież nie generuje, bo noclegi są za darmo.
Jeśli chodzi o sam dmuchany kajak, to uważam, że sprawdził się naprawdę dobrze. Oczywiście jest to na pewno rozwiązanie kompromisowe, z jednej strony redukcja kosztów i uniezależnienie się od miejscowych wypożyczalni, ale z drugiej ograniczenie komfortu czy szybkości poruszania się w porównaniu z normalnymi kajakami. Mimo wszystko dmuchany kajak wprowadził do naszej wyprawy element takiej niecodziennej przygody i sprawił, że będziemy wspominać ten wyjazd jako coś wyjątkowego.
Jakie wrażenie zrobiło na nas Palau? Wrażenia z miasta Koror są właściwie takie, jakie opisywane są wszędzie w internecie. Nie jest to miejsce typowo wypoczynkowe, chyba, że codziennie korzysta się z jakichś wycieczek. Jednak bezludne Rock Islands to zupełnie co innego. Tam jest wszystko, czego oczekiwalibyśmy od rajskich tropikalnych wysp - piękne krajobrazy, turkusowa woda, plaże z białym piaskiem i bogate życie podwodne. Zorganizowanie własnej wyprawy pozwala dodatkowo mieć to wszystko tylko dla siebie, bez tłumu innych turystów, co przecież w dzisiejszych czasach nie jest takie łatwe - wszędzie piękne plaże przyciągają ludzi i w wielu miejscach na ziemi są wręcz zadeptane. Ponadto ciekawym dla nas doświadczeniem było zobaczyć jak żyje mała i trochę odizolowana od świata społeczność na Peleliu.
Podsumowując - jak pojawią się znów loty w podobnych jak w zeszłym roku cenach, to lecimy jeszcze raz :)
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#51 PostWysłany: 02 Lut 2017 06:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 28 Maj 2012
Posty: 321
niebieski
super relacja, gratulacje za nietypowe podejscie do tematu :)
jak pisaliscie o tych cenach na Palau za jedzenie, bilety itp. to odrazu przypomnialo mi sie Vanuatu, ta sama "polityka" ;)
pozdrawiam!
Góra
 Relacje PM off  
 
#52 PostWysłany: 02 Lut 2017 20:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
@fortuna Dzięki!
Ceny i w jednym i w drugim kraju to pewnie jednak pochodna odległości i izolacji wysp. Wszystkie towary trzeba sprowadzać z kontynentu i to ma wpływ na ceny na miejscu.
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off  
 
#53 PostWysłany: 22 Lis 2019 09:45 

Rejestracja: 05 Lut 2018
Posty: 8
Loty: 18
Kilometry: 58 288
Cześć, lecimy z podobnym planem w lutym. Macie może jeszcze zachowane przydatne zdjęcia np map?
Góra
 Relacje PM off  
 
#54 PostWysłany: 04 Gru 2019 22:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 19 Gru 2012
Posty: 1022
Loty: 186
Kilometry: 341 491
niebieski
@aksieb Właśnie wrzuciłam zdjęcia map do tego tematu: https://www.fly4free.pl/forum/viewtopic.php?p=1279897#p1279897
_________________
Relacje na forum: Izrael | Tajlandia | Korea Południowa | Grecja | Portugalia | Teneryfa i Gran Canaria | Palau
Zapraszam na bloga: olus blog
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 54 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group