Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 20 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 05 Gru 2018 23:16 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Cześć.
W listopadzie tego roku odbyłam z mężem podróż po wschodnim wybrzeżu Australii. Była to dla nas i dla pary znajomych podróż życia (dotychczasowego ;)). Kierunek, przynajmniej dla mnie, do tej pory pozostawał w sferze marzeń i nawet teraz, w kilka dni po powrocie nadal nie mogę uwierzyć, że byłam, zobaczyłam i – niestety – już wróciłam.
Wróciłam z kilkoma dodatkowymi kilogramami – wrażeń, wspomnień i doświadczeń. Na szczęście nie doliczono mi ich do bagażu rejestrowanego i teraz mogę się nimi z Wami ‘na gorąco’ podzielić. ;)
To moja pierwsza relacja, proszę więc o wyrozumiałość - mam nadzieję, że opis okaże się pomocny i rzeczowy.
Zacznę więc od początku, a na początku był … zakup biletów.
W lutym zakupiliśmy bilety na trasie TAM Londyn-Pekin-Melbourne (wylot 10 listopada) i Z POWROTEM Brisbane-Pekin-Londyn (wylot 30 listopada) w Air China. Od tego dnia zaczęły się wielkie przygotowania.
Zaplanowaliśmy przejazd camperem z Melbourne do Brisbane po drodze zahaczając o Sydney. Wyliczyliśmy, że spokojnie zdążymy zrobić planowaną przez nas trasę (Melbourne – GOR – Grampiany – Sydney – Brisbane). Po przeczytaniu wielu opinii i przekalkulowaniu cen wybraliśmy - i nawet już zarezerwowaliśmy - 2-osobowego campervana Jucy Crib (odbieramy w Melbourne, oddajemy tuż przed wylotem w Brisbane), gdy WTEM Air China zafundowało nam zupełnie za darmo niespodziankę w postaci zmiany miasta powrotu z Brisbane na Sydney (w związku z wycofaniem się Air China z Brisbane na okres zimowo-wiosenny). W sumie okazało się, że nie było to dla nas złe rozwiązanie – ale o tym później. Zmieniono nam też godzinę wylotu z Londynu z 15.30 na 20.25.
Dotarcie do Londynu – w związku z tym, że to była nasza pierwsza taka duża wyprawa i woleliśmy nie przegapić samolotu do Pekinu przez opóźnienia taniego przewoźnika postanowiliśmy już dzień wcześniej udać się do Londynu korzystając z oferty British Airways – cena wraz z bagażem nie była dużo wyższa niż w Wizzair czy Ryanair, a do tego odpadał dojazd z Luton na Heathrow.
Powrót z Londynu – tu już zdecydowaliśmy się na Wizzair.
Finanse – Revolut i asekuracyjnie karta Aliora w USD. Generalnie Revolut przez całą podróż spisywał się świetnie - tylko raz odrzuciło mi płatność – ale pod ręką na szczęście był bankomat.
Podsumowanie kosztów postaram się wrzucić na koniec relacji.
Dzień 1- 9.11.2018 r.
Wylot mieliśmy z Krakowa o 19.40 – na lotnisku byliśmy ok. 2 godzin wcześniej – szybka odprawa i oddanie bagażu. W Londynie zameldowaliśmy się ok 21.10 w Terminalu 5. Szybko przemieściliśmy się na Terminal 2, z którego kolejnego dnia mieliśmy lot i pozostawiliśmy bagaż w przechowalni (cena za sztukę bagażu 12,5 funta za 24 h). Stamtąd bezpłatnym metrem dostaliśmy się na terminal 4, a następnie autobusem do miejsca, w którym zarezerwowaliśmy nocleg - Harlington Apartments – tanio i blisko lotniska – i tylko tyle napiszę. ;)
Dzień 2 – 10.11.2018
Wczesna pobudka i ruszamy w miasto – pieszo udajemy się do najbliższej stacji metra i jedziemy na stację Green Park. Bez pośpiechu zwiedzamy pobieżnie miasto – jako że jesteśmy w Londynie pierwszy raz ta wycieczka przysparza nam wiele wrażeń. Obfotografujemy Buckingham Palace, Westminster Abbey, Big Ben (który aktualnie jest remoncie i długo się zastanawiałam czy to aby na pewno 'to’ ;)), Downing Street, Admiralty Arch oraz Trafalgar Square, następnie spokojnie wzdłuż Tamizy kierujemy się ku Tower of Bridge. Ok. 16 powoli zmierzamy ku metru i o 17.30 jesteśmy na lotnisku. Odbieramy bagaże i idziemy się odprawić. W tym dniu nie działały automaty/kioski do odpraw dla Air China i odprawa przebiegła w tradycyjny sposób. Co ciekawe jednak zanim nas przepuszczono do stanowiska z odprawą dwóch różnych pracowników asystowało nam, żeby się przekonać, czy aby na pewno nie da się odprawić w kiosku (umilając nam czas m.in. komplementowaniem moich okularów;) - taka mała dygresja: bardzo pomocna obsługa).
Ok 20.10 jesteśmy na pokładzie ‘maszyny latającej’ i zgodnie z rozkładem 15 minut później startujemy. Samolot nowy (siedzenia 3-3-3), system rozrywki moim zdaniem fajny, ale nie mam porównania. W każdym razie monitorek sprawny, bo w drodze powrotnej już nie miałam tyle szczęścia. Zaraz po starcie możliwość skorzystania z napojów (m.in. do wyboru piwo i wino), a następnie posiłek (kurczak z ryżem lub wieprzowina z puree).
Załącznik:
IMG_20181110_221449.jpg

Dzień 3 – 11.11.2018
W Pekinie lądujemy ok. 15.00 czasu miejscowego (wcześniej jeszcze śniadanie w samolocie – generalnie mnie i mężowi te posiłki smakowały). Wbrew informacjom z forum już 10 minut po wylądowaniu dotarliśmy do terminalu 3. Jednak w związku z tym, że kolejny lot mamy zaraz po północy rezygnujemy z udania się do miasta – dodatkowo zniechęca nas długa kolejka po wizę 72-godzinną. Po wcześniejszej rezerwacji korzystamy z saloniku, jaki mamy zapewniony w cenie biletów. W saloniku (tzw. longue) bez ograniczeń możemy częstować się kawą, przekąskami (jakieś bliżej nieokreślone w smaku orzeszki) lub napojami gazowanymi (np. cola czy sprite). Jest również możliwość naładowania telefonów czy skorzystania z wi-fi, trzeba jednak pamiętać, że nie ma dostępu do wielu stron – m.in. google, facebook, instagirls również nie poszaleją.
Dzień 4- 12.11.2018
O godz. 0.40 startujemy do Melbourne – samolot Airbus, również nowy, a system rozrywki pokładowej identyczny jak wcześniej. Tak jak poprzednio otrzymujemy możliwość napicia się piwa i wina na osłodę długiego lotu (że nie wspomnę o chińskiej herbatce, sokach itp.) oraz dwa posiłki.
Po godzinie 15.00 lądujemy szczęśliwie w Melbourne. Jeszcze w samolocie uzupełniamy deklarację/kartę pasażera. Zaznaczamy, że posiadamy leki (czym później nikt właściwie nie był zainteresowany – ważne że nie narkotyki) oraz wpisujemy nasze dane. Od momentu wyjścia z samolotu mija może 15 minut i mamy już nasze bagaże i zmierzamy ku odprawie. Tam trafiamy na Polkę, której matka pochodzi z Krakowa – krótka rozmowa o walorach grodu Kraka, zachęcamy do odwiedzenia stolicy Małopolski i … tym sposobem po chwili jesteśmy już na Australijskiej ziemi!!! Z lotniska SkyBusem za 19 AUD od osoby dostajemy się do naszego hotelu, w którym spędzimy kolejne 2 dni. Jeszcze w sierpniu zarezerwowaliśmy w promocyjnej cenie apartament 4-osobowy na 2 noce - Experience Bella Hotel Apartments. Apartament świetny – dobra lokalizacja i wszystko co potrzeba (kuchnia, wifi i wygodne łóżko – po samolotowych fotelach doceniliśmy je podwójnie).
Szybkie odświeżenie i ruszamy na spacer – kierujemy się ku Flinders Street Station, a następnie do knajpy, którą ‘gdzieś tam’ polecano - Mekong na 241 Swanston Street. Jedzenie dobre – bardzo syte danie za ok. 14 AUD. Ale jak się później okazało w Australii można lepiej i dużo taniej zjeść.
Potem spokojnie wracamy do mieszkania i ok. 22.00 padamy.

Załącznik:
IMG_20181112_192329.jpg

Załącznik:
IMG_20181112_212410.jpg

Załącznik:
20181112_212916.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez kasiak80 11 Lut 2019 21:36, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
Grzegorz40 lubi ten post.
 
 
#2 PostWysłany: 07 Gru 2018 00:08 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 5 – 13.11.2018
Melbourne budzi się… a my wraz z nim! Jet lag chyba o nas zapomniał, tak jak i my zapomnieliśmy o długiej podróży - noc przespaliśmy bez żadnych problemów i o poranku jesteśmy zwarci i gotowi, by poznawać miasto w świetle dziennym. Pierwszy rzut oka z balkonu nie wygląda zbyt zachęcająco – szereg drapaczy chmur przedzielonych ulicą, po której ciągną się kolumny samochodów. Gdzieniegdzie spogląda na nas skrawek zieleni, na którym jednak tętni życie – jeszcze nie raz przekonamy się o tym, że Australijczycy nie lubią uprawiać kanapingu i o każdej porze dnia w parkach, na trawnikach czy innych tego typu miejscach jest ich pełno.
Ale nie zrażamy się! Szybkie śniadanie i przygoda ‘AUSTRALIA’ czas start! A że wszystko zaczyna się od kontaktu ze światem kierujemy nasze kroki do salonu Optusa celem zakupu karty – przeczytaliśmy sporo opinii o australijskich sieciach komórkowych, przeanalizowaliśmy oferty i wybraliśmy Optus, gdyż – podobno - ma dobry zasięg i równocześnie za 30 AUD dostaliśmy 35 GB internetu na miesiąc (telefon z kartą posłużył nam jako router wifi, dzięki czemu internet mieliśmy w trzech telefonach, a i tak po całej wycieczce zostało nam sporo GB).
Wyposażeni w dostęp do sieci jesteśmy gotowi do podboju miasta. Nasz POM (Powolny Obchód Melbourne :P) pokrywa się z linią wytyczoną przez przystanki bezpłatnego tramwaju City Circle Tram. Kierujemy się na ulice ACDC oraz Hosier – zgodnie z informacjami znalezionymi w internecie ulice te są znane ze względu na graffiti. Cóż, graffiti a i owszem, znaleźliśmy, jednak ich ilość nas przytłoczyła, a jakość większości rozczarowała. Prawdziwe perełki są niestety przysłonięte bohomazami.

Załącznik:
20181113_111624.jpg

Załącznik:
IMG_20181113_110425.jpg

Załącznik:
IMG_20181113_110318.jpg


Po zapoznaniu się ze ‘sztuką’ wielkiego miasta ruszamy do Fitzroy Gardens, w którym jedną z głównych atrakcji jest Cooks' Cottage, czyli chatka rodziców Jamesa Cooka (nie mylić z Cook’s Cottage – miejsce apostrofu robi różnicę i wywołało niemałą dyskusję :D). Co ciekawe, najstarszy budynek w Australii wcale nie został wybudowany na tym kontynencie, ale przeniesiony z Wielkiej Brytanii dopiero w 1934 r. W tle dżungli składającej się z drapaczy chmur na nas zrobił naprawdę bardzo fajne wrażenie.

Załącznik:
IMG_20181113_113527.jpg


Kolejny przystanek i … kolejne ogrody, czyli Carlton Gardens wraz z budynkiem Wystawy Królewskiej (wpisane na listę UNESCO). Akurat podczas naszej wizyty pół budynku było w remoncie i przesłaniały go rusztowania. Dodatkowo w tym terminie odbywały się egzaminy i cały dziedziniec i park opanowali studenci (90% to Azjaci). W parku mieliśmy jednak możliwość przyjrzeć się, jak przerwę w pracy wykorzystują rodowici Australijczycy –tak jak już wcześnie wspomniałam, wydaje się, że uwielbiają oni ruch i nawet przerwę w pracy wykorzystują na aktywność fizyczną –ćwiczą jogę, grają w rugby bezdotykowe, biegają itp. Moją szczególną uwagę zwrócił pewien dżentelmen ubrany jak z okładki pisma biznesowego - dżentelmen ów siedział na ławce i czytał książkę (papierową!), a obok niego leżał lunchbox i zapomniany na chwilę smartfon. To się nazywa dobrze wykorzystana przerwa w pracy!
Po chwili zostawiamy w tyle rugbystów, biegaczy i Azjatów i tramwajem udajemy się w kierunku Queens Victoria Market – znajdujemy w nim m.in. polski sklep oraz stoisko z pysznymi regionalnymi piwami (swoją drogą w Australii bardzo zaskoczyły mnie ceny piwa – za 6 butelek 0,385 l płaci się od 16 do 25 dolarów).

Załącznik:
IMG_20181113_135907.jpg

Załącznik:
IMG_20181113_135107.jpg


Małe piwo wzmaga apetyt, w związku z czym zapoznajemy się z ofertą azjatyckich knajp, od których roi się w okolicach rynku. Jak się okazało na Elizabeth Street można zjeść tani (jak na australijskie standardy – w okolicach 10 AUD), syty i bardzo dobry posiłek.

Po obiedzie udajemy się na mały spacer do doków, a następnie wzdłuż rzeki Yarra (oglądamy z zewnątrz Rod Laver Arena). Przekraczając rzekę wchodzimy do Royal Botanic Gardens, a następnie obowiązkowy punkt programu - Shrine of Remembrance, z którego roztacza się widok na Melbourne.

Załącznik:
20181113_200206.jpg

Załącznik:
IMG_20181113_163854.jpg

Załącznik:
IMG_20181113_171226.jpg

Załącznik:
IMG_20181113_172135.jpg


Zbliżał się koniec dnia, w związku z czym postanowiliśmy kierować się już w kierunku St. Kilda i … pingwinów! Spacerek – bagatela! – półtoragodzinny i oto ‘on’, OCEAN! Obowiązkowy test wody (no ciepła to ona nie była, brrr!!!) i możemy już wyczekiwać pingwinów. Powoli traciłam nadzieję, gdy WTEM! pojawił się jeden na otarcie łez. :) a potem kolejne. Nie wiem, czy za późno przyszliśmy czy też mieliśmy pecha, ale widzieliśmy w sumie tylko (albo aż) trzy.

Podsumowując Melbourne – miasto bardzo ładne i zadbane, przyjazne dla mieszkańców, miasto, w którym liczą się detale, takie małe 'smaczki' umilające zwiedzanie.
Załącznik:
IMG_20181113_111435.jpg

Załącznik:
IMG_20181113_111823.jpg

Załącznik:
IMG_20181113_123427.jpg


Na mnie największe wrażenie zrobiło to miasto nocą, gdy zabłysły światła wieżowców. No i mieszkańcy - sympatyczni, pełni energii, cieszący się życiem, i w codziennym pośpiechu potrafiący się zatrzymać i zapytać rozmarzoną turystkę z mapką: "Wiesz, gdzie idziesz?". :):) Tak, tak, tą turystką byłam ja.

Jednak to miasto nie ma nawet 200 lat, więc jeden dzień spokojnie wystarczy, aby zwiedzić najważniejsze miejsca. Gdyby nie to, że baliśmy się jet lagu i w związku z tym zaplanowaliśmy dwa noclegi na Melbourne, to tak naprawdę już w tym dniu powinniśmy wziąć kampera i ruszyć w dalszą drogę.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 07 Gru 2018 10:33 

Rejestracja: 01 Wrz 2017
Posty: 66
Wchodzę na pokład tej relacji i będę śledził z przyjemnością;-) Tak się składa,że właśnie 13.11 kończyliśmy naszą australijską przygodę w ...Melbourne:-)
Nie przeszkadzając w relacji, pozwolę sobie jedynie na mały subiektywny wtręt i napiszę,że to miasto było największym i jedynym na szczęście rozczarowaniem w tej podróży. Jest bardzo,bardzo słabe... Wszystkim planującym wizytę tamże sugeruję, by się dobrze zastanowili, bo szkoda cennego czasu gdy tyle innych, pięknych miejsc w Australii. Dobrze,że można było "uciec" na GOR:-) Czekamy na ciąg dalszy!
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 07 Gru 2018 22:54 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Tak zupełnie subiektywnie w temacie Melbourne - był to początek naszej australijskiej przygody, więc ze wszystkich sił szukaliśmy pozytywów. :) I nie skreślamy całkowicie tego miasta, ale gdybyśmy mieli jeszcze raz planować wycieczkę, na zwiedzanie Melbourne zarezerwowalibyśmy pół dnia - wystarczyłoby.

Dzień 6 – 14.11.2018

Załącznik:
trasa dzień 6.PNG


Ostatnia noc w Melbourne za nami. Pora odebrać kampera, który przez następne dni będzie nam służył za środek transportu i poniekąd sypialnię. Człowiek to taka istota przyzwyczajona mimo wszystko do wygody i jestem bardzo ciekawa jak sobie poradzimy.

Do wypożyczalni docieramy Uberem (przy czterech osobach najbardziej się opłacało).

Na miejscu już czeka na nas Jucy Crib. Widać że troszkę wysłużony, dlatego też zgodnie z radami obfotografujemy samochód, by nie było niespodzianek podczas oddawania. Dostajemy też kartkę ze schematem samochodu i zaznaczonymi uszczerbkami/ryskami. Formalności z Australijczykami to sama przyjemność, dlatego już niedługo pakujemy na tylne siedzenie nasze bagaże (no dobra, nas obsługiwała Belgijka, ale 'przesiąknięta' cudowną mentalnością Australijczyków, do której długo nie mogłam się przyzwyczaić. :)) (lata praktyki w PL).

Mała dygresja: w Jucy są takie półeczki, na których można znaleźć rzeczy zostawione przez poprzednich użytkowników kamperów + gifty od Jucy w postaci kart do gry, ogrzewaczy do kubków itp, wszystko z ich logo, wszystko zza darmo. Warto zajrzeć, bo a nóż widelec okażemy się Januszami biznesu i za free wyposażymy się np. w oliwę, płyn do naczyń, przyprawy itp.

Ruszamy w drogę. W GPS wklepujemy Brighton i ...
I to był 'pierwszy raz' mojego męża jako kierowcy w ruchu lewostronnym! I mój pierwszy raz, kiedy czułam się komfortowo siedząc z przodu po lewej stronie! Dość powiedzieć, że obojgu nam poszło dobrze, aczkolwiek stresik i walka z przyzwyczajeniami towarzyszyły nam całą drogę. Dla zainteresowanych: przetrwaliśmy i nadal jesteśmy małżeństwem.
Tak więc docieramy na plażę i ... wpadamy w szał pstrykania fotek kolorowym domkom, nam i kolorowym domkom, przypadkowym Azjatom i kolorowym domkom! Konfiguracje przeróżne. Uwierzcie, to naprawdę robi wrażenie, a do tego można poczuć się jak dziecko. :) Planowaliśmy odpuścić tą atrakcję, ale WARTO ZOBACZYĆ!

Załącznik:
20181114_121322.jpg

Załącznik:
IMG_20181114_122103.jpg

Załącznik:
IMG_20181114_122605.jpg

Załącznik:
IMG_20181114_123323.jpg


Ale to co dobre musi się skończyć, żeby zaczęło się coś innego, jeszcze lepszego! Coś, na co czekałam od momentu zakupu biletów do Melbourne - ruszamy w kierunku GREAT OCEAN ROAD, drogi zbudowanej przez żołnierzy, którzy wrócili z I wojny światowej jako pomnik ku pamięci poległych.

Po drodze równie epokowe, choć dość prozaiczne wydarzenie - zaliczamy nasze pierwsze zakupy w Coles (Torquay), które ku naszemu zaskoczeniu cenowo były do zaakceptowania.

No i jesteśmy na GOR. Po drodze zatrzymujemy się na Bells Beach oraz udajemy się na nasz pierwszy LOOKOUT, czyli Eagle Rock Lookout.

Załącznik:
marine national park bells beach.jpg

Załącznik:
eaglerocklookout3.jpg

Załącznik:
eaglerocklookout1.jpg

Załącznik:
eaglerocklookout5.jpg

Załącznik:
eaglerocklookout4.jpg


I wreszcie... WIDZĘ TO! Memorial Arch! Moje MUST SEE! Moje MUSZĘ MIEĆ FOTO ZATRZYMAJ SIĘ! I mam. :) (kto z Azjatami przestaje, sam seryjnym fotografem się staje)

Załącznik:
memorial arch at Eastern View gor.jpg


Teraz już na spokojnie możemy zameldować się na naszym pierwszym kempingu w Kennett River Holiday Park. Ale to nie koniec emocji, bo na tymże kempingu czeka na nas nasza pierwsza koala, spokojnie paradując sobie tuż obok naszego samochodu, wręcz pozując do zdjęć i wywołując większe emocje niż mecz Polski z Portugalią na Euro 2016 r.

Załącznik:
20181114_183528.jpg

Załącznik:
20181114_183342.jpg


Teraz tylko pozostaje udać się w objęcia Morfeusza. Dobranoc, GOR. :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez kasiak80, 16 Gru 2018 17:26, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 08 Gru 2018 21:01 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 7 - 15.11.2018

Załącznik:
trasa dzień 7.PNG


Kennett River o poranku, czyli... KAKADU usiadło mi na ramieniu!!! Znajoma koala z wczoraj gdzieś zniknęła, za to zrobiła się jakaś grubsza ptasia impreza i to akurat na naszym samochodzie i na mnie (jedna papużka usiadła mi nawet na głowie). Spokojnie, pełna kulturka, kolorowe towarzystwo nie zostawiło żadnych 'śladów' i żadnych zarysowań (ani na karoserii, ani na głowie!:)). Awanturka wynikła tylko dlatego, że mój małżonek zagapił się i ani myślał uwiecznić mnie i moich nowych przyjaciół na wspólnych zdjęciach (a było warto, bo wyglądałam prawie jak ta pani z gołębiami w filmie Kevin sam w Nowym Jorku).
Suma sumarum, Kennett River Holiday Park to nie tylko oaza koali, ale również kakadu i innych papug. Ptaszyska ujęły mnie za serce i na całej wyprawie zajęły sporo MB na mojej karcie pamięci.
Załącznik:
20181115_065400.jpg

Załącznik:
IMG_20181115_075139.jpg

Załącznik:
IMG_20181115_075501.jpg


W temacie campingu - według nas było wszystko, co potrzeba. Zamykana kuchnia (nie wszystkie campingi mają takowe, a przy temp. 5 stopni o poranku jest to dość istotne), prysznice (z ciepłą wodą), cena w kontekście całego wyjazdu okazała się najwyższa (35 AUD), ale było warto.
Załącznik:
IMG_20181115_080637.jpg

Załącznik:
20181114_190551.jpg


No ale w końcu trzeba było zostawić pierzastych znajomków i po śniadaniu ruszamy! Z Kennett River kierujemy się na Marriners Lookout (okolice Apollo Bay - naprawdę widok nas zauroczył), a następnie w Great Otway National Park decydujemy się przejść Maits Rest Rainforest Walk - jest to bardzo łatwy, kilometrowy spacerek przez las deszczowy, który zajmuje ok. pół godziny. Oczywiście nie ominęła nas obowiązkowa sesja fotograficzna w korzeniach ogromnego drzewa. :)
Załącznik:
IMG_20181115_093631.jpg

Załącznik:
IMG_20181115_094155.jpg

Załącznik:
IMG_20181115_094937.jpg

Załącznik:
IMG_20181115_095021.jpg


Długo zastanawiałam się, jak ująć temat Great Ocean Road i jej atrakcji. No bo jak opisać drogę, która swoimi widokami odkrywanymi prawie za każdym zakrętem przyprawiła mnie o palpitacje serca, wprawiła w zachwyt i sprawiła, że kilka razy zaniemówiłam? Postanowiłam więc - niech przemówią zdjęcia, aczkolwiek uwierzcie, nawet one nie oddają przytłaczającego niekiedy piękna monumentalnych formacji skalnych: Gibson Steps, 12 Apostołów, The Razorback (!!!), Loch Ard Gorge, The Arch, London Bridge, The Grotto. Przed wyjazdem moje nadzieje na piękne widoki były ogromne, ale rzeczywistość przerosła oczekiwania. I jeszcze jedno: w listopadzie GOR może nie była pusta, ale nie spełniła się też moja największa obawa, czyli tłumy turystów z Azji. Jeśli więc chcecie mieć np. The Grotto tylko dla siebie, polecam początek australijskiej wiosny. :)

Załącznik:
1.GibsonSteps (2).jpg

Załącznik:
2.12Apostles2.jpg

Załącznik:
3.GibsonSteps.jpg

Załącznik:
12Apostles.jpg

Załącznik:
4. snakes.jpg

Załącznik:
5. GOR (2).jpg

Załącznik:
6. TheRazorback2.jpg

Załącznik:
6.1.TheRazorback.jpg

Załącznik:
7. Loch Ard Gorge.jpg

Załącznik:
8. TheArch.jpg

Załącznik:
9. LondonArch.jpg

Załącznik:
10. GOR.jpg

Załącznik:
11.GOR3.jpg

Załącznik:
12.TheGrotto.jpg


A tak bardziej prozaicznie - po drodze nie mieliśmy żadnego problemu z miejscem parkingowym.

Zostawiamy za sobą Great Ocean Road. :( Żałuję, że nie możemy spędzić tam więcej czasu, ale mamy dość napięty grafik. Kolejny przystanek - Grampiany i przed nami ponad 200 km. Nie wyobrażamy sobie jazdy po zmroku, szczególnie gdy przy drodze widzimy co jakiś czas martwe kangury...).

Po 17.00 docieramy do Halls Gap i dosłownie w ostatniej chwili wpadamy do recepcji (Australijczycy szanują swój czas i traktują bardzo poważnie godziny swojej pracy :)). Płacimy 32 AUD, parkujemy samochód, a że jeszcze wczesna godzina ruszamy do Venus Baths. Jakby to delikatnie ująć - no co kto lubi, nas to miejsce nie urzekło, może była to nieodpowiednia pora dnia albo roku.

Załącznik:
20181115_190359.jpg


Wracamy na kamping, a tam czeka nas gorące przywitanie w postaci stadka kangurów!

Załącznik:
20181115_192811.jpg


I tym optymistycznym akcentem kończymy nasz kolejny dzień australijskiej przygody. :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez kasiak80, 16 Gru 2018 17:28, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 09 Gru 2018 23:59 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 8 – 16.11.2018

Załącznik:
trasa dzień 8.PNG


Budzimy się wcześnie rano, a po wyjściu z auta czeka nas niemiła niespodzianka – nie więcej niż 2 stopnie. Toż to szok i niedowierzanie :) - w końcu od takich temperatur uciekliśmy na drugi koniec świata, a tu trzeba jeść śniadanie okutanym w bluzę, kurtkę, a nawet czapkę (rękawiczki co poniektórym też się przydały), tym bardziej, że kuchnia jest otwarta.
Wczesna pora sprawia, że camping wydaje się opustoszały. Ale to tylko wrażenie, bo w drodze do kuchni w pewnej chwili poczuliśmy się jak w horrorze – znikąd pojawia się kangur, potem drugi, trzeci, …, dziesiąty. Istna inwazja! Na szczęście to tylko statyści, nie mają zamiaru atakować. :)
Po śniadaniu ruszamy w drogę - udajemy się autem na parking Wonderland Car Park do pierwszej atrakcji zaplanowanej na ten dzień, czyli Pinnacles Lookout.
Załącznik:
IMG_20181116_104615.jpg

Droga z parkingu bardzo przyjemna, słońce coraz wyżej, a nam z każdym krokiem robi się cieplej (dość powiedzieć, że krem ochronny poszedł w ruch – dużo naczytaliśmy się o koniecznej w Australii ochronie przed słońcem ze względu na dziurę ozonową. Niestety nikt nie zasugerował, żeby posmarować sobie też przedziałek we włosach, w efekcie do końca pobytu w Australii nigdy nie zapominałam już o czapce z daszkiem).
Przechodzimy przez malowniczy Grand Canyon oraz Silent Street.
Załącznik:
IMG_20181116_085809.jpg

Załącznik:
IMG_20181116_085926.jpg

Załącznik:
IMG_20181116_090332.jpg

Załącznik:
IMG_20181116_093418.jpg

Po ok. 30 minutach drogi docieramy do Pinnacles Lookout i oczom naszym ukazuje się piękny widok na jezioro Bellfield i okolice. Miejsce idealne jako tło fotografii dla osoby stojącej na krawędzi skały – według mnie było bezpiecznie, jednak przeciwnicy mojej kariery jako instagirl zabronili mi ryzykować życie dla zdjęcia. Uległam, musiałam jakoś wrócić do PL. :)
Załącznik:
IMG_20181116_093844.jpg

Załącznik:
IMG_20181116_094435.jpg

Załącznik:
IMG_20181116_095454.jpg

Załącznik:
Pinnacles.jpg

Wracamy na parking i z tego samego miejsca kierujemy się do oddalonego o 10 minut Splitters Falls.
Załącznik:
IMG_20181116_105839.jpg

Jest to mały (z naciskiem na ‘mały’) strumyczek spływający po kamieniach. Chciałoby się rzec ‘mała rzecz, a cieszy’, jednak nie. Według mnie można odpuścić (chyba że trafiliśmy tam w złym okresie - jeśli o innej porze roku ten wodospad 'olśniewa', odradzamy odwiedzać go w listopadzie).
Załącznik:
Splitters Falls.jpg

Następnie jedziemy do Silverband Waterfall – i to już jest wodospad na całego! (Przynajmniej póki nie zobaczy się MacKenzie Falls :))
Załącznik:
Silverband Waterfall.jpg

Z wielką nadzieją na piękny widok i zdjęcia godne nagrody World Press Photo ;) jedziemy ku Reeds Lookout i The Balconies. I tutaj – nie wierzę – kolosalne rozczarowanie! Ktoś złamał mi serce stawiając barierki i na The Balconies co najwyżej mogę sobie popatrzeć z dystansu. Zdjęcie z efektownym ujęciem tak dobrze znanym z for internetowych i z każdej relacji z wyprawy w Grampiany pozostanie już na zawsze w sferze marzeń (ponoć ‘nigdy nie mów nigdy’, ale tam nigdy nie wrócę). Mój mąż za to odetchnął z ulgą.
Załącznik:
IMG_20181116_132434.jpg

Załącznik:
IMG_20181116_134922.jpg

Na koniec odwiedzamy MacKenzie Falls - i to była ta ‘wisienka na torcie’, miejsce, które spowodowało, że odwiedziny Grampian okazały się być dobrym wyborem! Moim zdaniem najbardziej majestatyczny, potężny i malowniczy wodospad, jaki widzieliśmy w Australii (no może na równi z Purling Brook Falls – ale to w kolejnych dniach).
Załącznik:
IMG_20181116_143711.jpg

Załącznik:
IMG_20181116_145857.jpg

Pod wieczór wracamy na kamping na drugą noc w Halls Gap – kupujemy mięso na grilla i odpoczywamy przed kolejnym dniem, podczas którego czeka nas wiele kilometrów do przejechania. Podczas całej naszej wyprawy można było zauważyć, że Australijczycy kochają grillować. W różnych miejscach stoją darmowe grille (nawet w parku w centrum Brisbane), a my na pierwszego grilla wybraliśmy kamping, w którym grill był płatny – 1 AUD :) - później już na taką ‘atrakcję’ przez cały wyjazd nie trafiliśmy.
Załącznik:
20181116_181535.jpg

W mojej subiektywnej ocenie, gdyby nie MacKenzie Falls, Grampiany spokojnie mogłabym odpuścić. Ale to tylko zdanie moje i małżonka. Nie wiem na ile nasza ocena wynikała z faktu, że akurat w tym dniu fatalnie się czuliśmy (przeziębienie), a ile z nadmiernych oczekiwań w stosunku do np. The Balconies. Dodatkowo, jeśli ktoś kocha chodzić po górach i Tatry to jego drugi dom, niech nie traktuje The Grampians jako gór, bo jego rozczarowanie będzie srogie.
Reasumując, było ładnie.
Załącznik:
Grampiany.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez kasiak80, 16 Gru 2018 17:31, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 12 Gru 2018 00:01 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 9 - 17.11.2018
Załącznik:
trasa dzień 9.PNG

Budzimy się w Halls Gap wcześnie rano (w Australii 6.00-7.00 rano to stała godzina naszej pobudki i od razu rzucamy się w ‘wir wydarzeń’, w domu wczesne wstawanie sprawia mi nie lada przykrość). Ponownie w towarzystwie kangurów udajemy się do kuchni na śniadanie (oczywiście w czapce i rękawiczkach). Zapowiada się ciężki dzień, mamy do pokonania prawie 700 km. W naszym kamperze tylko jedna osoba jest kierowcą, ja wolę pozostać na stanowisku pilota, dla bezpieczeństwa otoczenia. Planujemy dojechać jak najbliżej Yarrangobilly Caves - za nocleg wybieramy sobie miasteczko Tumut.
Na drodze, szczególnie w okolicach Halls Gap, trzeba uważać – za każdym zakrętem czają się kangury, o czym przypominają co jakiś czas znaki na drogach.
Załącznik:
IMG_20181118_165750.jpg

Jednak zagrożenie nadchodzi z powietrza - zabijamy dużego ptaka – przykra sprawa, wszystko dzieje się tak niespodziewanie, że nie ma żadnej możliwości reakcji. Trafił nam się prawdziwy kamikadze – nawet nie zauważyłam, skąd nadleciał. :( Pokazuje nam to, że warto jechać jeszcze wolniej – mąż stara się nie przekraczać 100 km/h.
Załącznik:
IMG_20181117_151220.jpg

Dojeżdżamy do Bendigo i robimy zapasy na następne parę dni w Colesie (ten sklep urasta do rangi naszego żywiciela w Australii – ceny przystępne, bardzo korzystne promocje, a do tego bardzo dobre gotowe dania za 6 AUD, dzięki czemu nie trzeba stać przy ‘garach’, wystarczy mikrofala i vuala! Smacznego).
Do Tumut docieramy ok. godziny 17.00. Nasz wybór padł na camping Riverglade Caravan Park (28 AUD) –bardzo fajny, z przyjemnym otoczeniem w postaci rzeki i drzew, można szybko zapomnieć, że camping stoi w środku sporego miasteczka. Kamping ma dużą otwartą kuchnię, łazienki i prysznice bardzo blisko campera, podczas naszego pobytu przebywało tam mało ludzi. Warto wspomnieć, że na recepcji pracuje bardzo sympatyczna pani – istniało ryzyko, że nie zdążymy do Tumut w godzinach jej pracy i chciała zostawić nam klucz w kopercie w specjalnej skrzynce.
Załącznik:
IMG_20181117_195011.jpg

Jesteśmy na miejscu na tyle wcześnie, że mamy czas przejść się na miasto. Zaraz obok jest Woolworth – kupujemy miejscowe wino i odpoczywamy nad rzeką.

Dzień 10 - 18.11.2018
Załącznik:
trasa dzień 10.PNG

Rano budzimy się dość późno jak na nas, bo tuż przed 8.00. szybko się zbieramy . Tankujemy i jedziemy Snowy Mountains Highway w stronę Yarrangobilly Caves. Jest to bardzo malownicza droga - raz ma się wrażenie, że jedziesz w Szkocji (pastwiska i pagórki), innym razem, że to droga w górach chorwackich (las, ostre zakręty i przepaście) – do tego co chwilę znaki ostrzegają przed strusiami i dzikimi końmi.
Załącznik:
20181118_150652.jpg

Po drodze zatrzymujemy się przy Black Perry Lookout.
Załącznik:
IMG_20181118_085724.jpg

Następnie docieramy do Jaskiń (ostatnie parę km szutrową drogą). W punkcie informacji turystycznej, a zarazem głównego biura parku narodowego uzyskujemy wszystkie informacje. Taka mała dygresja – mam wrażenie, że większość pracowników parków w Australii kocha swoją pracę i opowiadając nam różne rzeczy starali się przekazać swoją miłość do tego miejsca. Tak też było i tym razem – pani była zafascynowana ‘swoim’ parkiem i wyraźnie rozczarowana, że nie chcemy kupić biletu za 45 AUD na zwiedzanie wszystkich jaskiń.
Decydujemy się zwiedzić jedynie darmową część jaskiń, czyli South Glory Cave i szlakiem „River Walk” dojść do Thermal Pool – basenu położonego w centrum parku ze źródlaną ciepłą wodą.
Załącznik:
IMG_20181118_100556.jpg

Załącznik:
IMG_20181118_100701.jpg

Załącznik:
IMG_20181118_100847.jpg

Załącznik:
IMG_20181118_102456.jpg

Załącznik:
IMG_20181118_104619.jpg

Załącznik:
20181118_103823.jpg

Sam park jest bardzo miłym miejscem wchodzącym w skład Kościuszko National Park. A zwiedzanie go zajmuje max. 2 godziny, w związku z tym wybraliśmy tą atrakcję na naszej drodze zamiast góry Kościuszki.
Kontynuujemy drogę do naszego kolejnego punktu wycieczki – Jervis Bay (z jaskiń to jeszcze 400 km). Pierwsze 100 km to jeszcze Snowy Mountains Highway – więc sama przyjemność.
Załącznik:
IMG_20181118_114430.jpg

Ale gdy wyjeżdżamy na drogę prowadzącą do Canberry piękne widoki zostały zastąpione przez cmentarzyska martwych zwierząt (kangury, wombaty) - przez cały wyjazd nie było takiego natężenia. Dodatkowo po drodze natrafiamy na najprzyjaźniejszy protest, jaki kiedykolwiek widzieliśmy – Australijczycy machają do nas przyjaźnie idąc wzdłuż drogi z transparentami ‘SAVE KOSCI’. Nie domyśliliśmy się, o jakie KOSCI chodzi – dopiero wujek Google nam pomógł. KOSCI to nic innego jak Kosciuszko National Park, a protestujący chcą chronić swój park przed dzikimi końmi, które niszczą naturalne środowisko.
Wieczorem meldujemy się w miejscowości Huskisson na kampingu Holiday Haven White Sands (32 AUD – unpowered site –nasz kamper tylko takiego miejsca potrzebuje). Camping jak camping, nie jest na mojej liście 3 najlepszych, na których spaliśmy – unpowered site jest niewiele, a do tego blisko płotu, obok którego przebiega chodnik. Na szczęście wszystko oddziela płot obrośnięty jakąś zieleniną. Bardzo chcieliśmy przenocować bezpośrednio w Parku Booderee, ale w związku z tym, że jest niedziela to recepcja pracuje tam do 15.00, więc nie było możliwości, byśmy zdążyli (na nasze mailowe błagania i pertraktacje odpisali nam DON’T PANIC, po czym … poszli do domu – telefon został wyłączony :D). Zostawiamy po 2 ciężkich dniach samochód na kampingu i wzdłuż plaży idziemy do centrum Huskisson.
Załącznik:
20181118_175545.jpg

Miasteczko jest małe i naprawdę urocze (może to efekt pustek w niedzielę). W małej knajpce zjadamy pierwszą rybę w Australii – w formie burgera – PYCHA.
Załącznik:
20181118_184554.jpg

Z ciekawostek - w centrum miasta stoi pomnik żołnierzy australijskich walczących na frontach różnych wojen, w parku jest plac zabaw dla dzieci, do tego mały port.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez kasiak80 16 Gru 2018 17:33, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
 
#8 PostWysłany: 13 Gru 2018 22:15 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 11 - 19.11.2018
Załącznik:
trasa dzień 11.PNG

Mimo obaw o spokojny sen (tak jak pisałam wcześniej nasze miejsce na campingu było blisko chodnika, a co za tym idzie – blisko ulicy) budzimy się wyspani i gotowi na kolejny dzień pełen przygód! Na szczęście dla nas skończył się maraton kilometrów – najdłuższy do przejechania odcinek (i naszym subiektywnym zdaniem najmniej ciekawy) mamy za sobą! Wraz z mężem wolimy zwiedzać polegając na sile własnych nóg i ta długa przeprawa samochodem w końcu stała się dla nas męcząca i nawet wspaniałe widoki za oknem nie rekompensowały nam monotonnego siedzenia w samochodzie. Paradoksalnie jednak wybór takiego środka transportu w przypadku Australii jest najbardziej logiczny, a do tego najtańszy – inaczej nie zwiedzilibyśmy tylu miejsc. Coś za coś.
Żegnamy się więc z Huskisson i ruszamy do Booderee National Park. Płacimy 11 AUD (za samochód, piesi i rowerzyści dostają się na teren parku za darmo), dostajemy mapkę i nareszcie wjeżdżamy.
Załącznik:
mapka Booderee.jpg

Wita nas słońce, temperatura dużo powyżej 20 stopni i … prawie puste, wyasfaltowane drogi wytyczone wśród wszechpanującej zieleni. Decydujemy się zwiedzić miejsca, do których najłatwiej dostać się spacerkiem z samochodu. Chyba mamy kryzys środka wakacji :) i gremialnie decydujemy się nie zwiedzać całego parku, a jedynie interesujące nas punkty. Na początku więc kierujemy się do Scottish Rocks. Oczywiście australijski porządek nas nie zawiódł – czeka na nas jak zwykle parking i wytyczona ścieżka nad zatokę. Idziemy więc spacerkiem kilka minut przez bardzo ładny las i oto oczom naszym ukazuje się rajski zakątek (nie, naprawdę nie przesadzam).
Załącznik:
Scottish Rocks2.jpg

Załącznik:
Scottish Rocks.jpg

Załącznik:
Scottish Rocks (2).jpg

Plaża jest boska i aż zaprasza do długiego spaceru, postanawiamy więc jej nie odmawiać i ruszamy wzdłuż brzegu do majaczącego gdzieś w oddali Hole In The Wall. Spacer zajmuje nam dobre 20 minut w jedną stronę, ale było warto – pełen relaks, przejrzysta woda, niesamowite widoki i wreszcie po dwóch dniach odpoczynek od samochodu, bajka!
Załącznik:
Hole in the Wall2.jpg

Załącznik:
Hole in the Wall.jpg

Przy Hole In The Wall spotykamy bardzo przyjaznego pana, który bez oporów zgadza się zrobić nam zdjęcia. W gratisie ostrzega nas przed … australijskimi insektami wielkości pchły (przynajmniej tak wyglądało to na zdjęciu, które pan nam pokazał – tak tak, mieliśmy darmową lekcję biologii :)) i sugeruje, by oglądać swoje nogi po wyjściu z plaży. Cóż, w raju jak się okazało też nie było idealnie. :)
Wracamy do samochodu i kierujemy się na Murrays Beach i dalej spacerkiem na Governor Head.
Załącznik:
20181119_115700.jpg

Miejsce to raczy nas pięknym widokiem na wyspę Bowen, na której ponoć mieszka mała kolonia pingwinów. Fale między brzegiem a wyspą robią piorunujące wrażenie – podziwiamy kajakarzy dzielnie walczących z falami.
Załącznik:
Governor Head.jpg

Wracając zostajemy na dłużej na Murrays Beach – i nie żałujemy! Mimo że to kolejna dziś piękna plaża nie mamy dość, wręcz przeciwnie, ciągle nam mało! Jest ciepło, woda jest cudownie przejrzysta, piasek czysty, niczym nieskalany, decydujemy się więc na spacer boso – magia, mimo że pierwsze wrażenie, kiedy chłodna woda obmywa nam stopy jest bezcenne (rzekłabym nawet, że pojawił się dreszczyk, bynajmniej nie emocji). :)
Załącznik:
Murrays Beach7.jpg

Generalnie Booderee National Park to rajskie miejsce – wstępnie planowaliśmy zostać tam jeden dzień dłużej i oddawać się plażingowi – jednak pogoda nie była w 100% wakacyjna i tą przyjemność przenieśliśmy na klimat bardziej zbliżony do Brisbane.
Jako że jeszcze wiele plaż przed nami to z wielkim rozczarowaniem, ale jednak w końcu decydujemy się zwiedzać dalej i jedziemy do Booderee Botanic Gardens – i albo przez porę roku, albo przez to, że do tej pory Australia rozpuściła nas pięknymi widokami ogrody nie robią na nas wrażenia, a Lake McKenzie wydaje się nam być małym, nudnym zbiorniczkiem wodnym. Tak, zdecydowanie ostatnio było nam za dobrze.
Załącznik:
McKenzie Lake.jpg

Z ogrodów niedaleko jest do Cave Beach – warto wspomnieć, że poprzednie plaże leżały nad zatoką, natomiast Cave Beach leży nad Oceanem. W drodze na plażę natrafiliśmy na parking rodem z The Flinstons – ledwo udało nam się wyjechać bez żadnych strat. :)
Załącznik:
parking Flinstonów.jpg

Kolejna atrakcja - wejścia na plażę strzegą kangury, obowiązkowo więc fundujemy im sesję zdjęciową. :)
Załącznik:
Cave Beach.jpg

Załącznik:
Cave Beach5.jpg

Załącznik:
Cave Beach2.jpg

Załącznik:
Cave Beach3.jpg

Zahaczamy jeszcze o Centrum Informacyjne w nadziei na zakup magnesów na lodówkę z parku – i tu następuje rozczarowanie, bo pamiątek ci u nich bynajmniej nie jest dostatek, a już na pewno nie ma magnesów (dla zainteresowanych - kwestia może banalna, ale o tyle istotna, że mamy zasadę kupowania na pamiątkę z wakacji jedynie magnesów, a Australia pod tym kątem naprawdę nie bryluje – dość powiedzieć, że w Melbourne natknęłam się tylko na jeden sklep z pamiątkami tego typu i – naiwna – nie zrobiłam zapasu sądząc, że znajdę lepsze, ładniejsze. Nie znalazłam, mało tego z Great Ocean Road pamiątki też nie mam. Od tamtej pory, gdy tylko w nowych miejscach miałam okazję nabywałam magnesy, aczkolwiek i tak nie ma ich dużo).
Kolejny punkt wycieczki – Kiama, a szczególnie jej najciekawsza (wg nas) atrakcja, czyli Blowhole. Parkujemy przy latarni morskiej i kierujemy się tam, gdzie widać najwięcej Azjatów. Trafiamy w punkt – z miejsca, w którym stoimy widać szczelinę w skale, przez którą co jakiś czas wystrzeliwują w górę gejzery morskiej wody. Robi to naprawdę ciekawe wrażenie.
Załącznik:
Blowhole.jpg

Nie omieszkamy też wstąpić na przybrzeżne skały. Naprawdę warto było tu przyjechać. :)
Załącznik:
Kiama.jpg

Załącznik:
20181119_155431.jpg

Załącznik:
20181119_155923.jpg

Pora już późno popołudniowa, decydujemy się więc poszukać kampingu. Nasz wybór pada na Reflections Killalea Reserve w miejscowości Shell Cove. Kamping nietypowy, bo na terenie parku, po tym jak mijamy wjazd jedziemy jeszcze kilka dobrych kilometrów do recepcji. Potem już wszystko idzie jak z płatka i za 30 AUD (mogę się mylić o 2 dolary) dostajemy bardzo przyjemne miejsce campingowe, kilka minut od plaży spacerkiem, niedaleko kuchnia i ‘amenities’ (czyli ni mniej ni więcej tylko toalety, prysznice i pralnia). Apropos kuchni – mieliśmy w zapasie gotowe dania i jakież było nasze rozczarowanie, gdy okazało się, że kuchnia nie jest wyposażona w kuchenkę mikrofalową. Chwila konsternacji i … szukamy Colesa lub Woolworths w celu zrobienia zakupów na grilla (oczywiście, jakże mogłoby w kuchni zabraknąć pieców do grilla :)). Po pokonaniu licznej ilości rond (naprawdę, Shell Cove to miasto chyba z rekordową ilością rond) docieramy do sklepu. Okazuje się, że ceny w Woolworths są bardzo zbliżone do Colesa, a dodatkowo wieczorem mają obniżki cen niektórych produktów.
Po powrocie z zakupów fundujemy sobie mały spacerek na Mystics Beach. To miejsce naprawdę sprawia magiczne wrażenie - czułam się, jakbym była na prywatnej plaży. :) Wydawało się, jakby w promieniu kilometra nie było żywej duszy. :) Takie klimaty to my lubimy!
Załącznik:
Mystics Beach.jpg

Załącznik:
Mystics Beach2.jpg

Jako że robi się ciemno wracamy na kamping i szykujemy kolację (burgery z kupionego w Woolworths mięsa wyszły perfekcyjnie).
I tak po miło i owocnie spędzonym dniu możemy w końcu udać się do łóżka.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez kasiak80, 16 Gru 2018 17:35, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 13 Gru 2018 23:18 

Rejestracja: 03 Lip 2012
Posty: 1257
niebieski
Ciekawie się czyta. Sporo praktycznych informacji, dużo zdjęć z pięknych miejsc :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#10 PostWysłany: 15 Gru 2018 18:07 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 12 – 20.11.2018
Załącznik:
trasa dzień 12.PNG

Budzimy się wypoczęci i ruszamy w stronę Gór Błękitnych. Z każdym kilometrem w stronę Sydney samochodów na drogach robi się więcej i z każdym kilometrem bliżej Sydney cena paliwa idzie w dół (przykładowo w Halls Gap tankowaliśmy za ok 1,49 AUD/litr, a w okolicach Sydney udało nam się zatankować za 1,20 AUD/litr).
Ok. 10.30 meldujemy się na parkingu przy Wentworth Falls. W 10 minut docieramy do wodospadu – niestety szlak, który chcieliśmy przemierzyć, National Pass – od paru miesięcy jest zamknięty z powodu osunięć ziemi.
Załącznik:
IMG_20181120_110238.jpg

W związku z tym na szybko wybieramy inny – krótszy, ale również malowniczy: Undercliff Track – biegnący wzdłuż skał z widokiem na wodospad i lasy deszczowe.
Załącznik:
Undercliff Track.jpg

Załącznik:
Undercliff Track2.jpg

Załącznik:
Undercliff Track3.jpg

Załącznik:
Undercliff Track4.jpg

Załącznik:
Undercliff Track5.jpg

Załącznik:
Wentworth Falls.jpg

Załącznik:
Wentworth Falls2.jpg

Załącznik:
widok z Wentworth Falls.jpg

Po ok. 2 godzinnym spacerze wracamy na parking i jedziemy do Katoomby. Zostawiamy samochód na kampingu Katoomba Falls Tourist Park (34 AUD za unpowered site – kamping ok, kuchnia, duża i czysta łazienka z prysznicami , jednak jest jeden minus – gniazdka w kuchni nie działały. Dla nas sprawa bardzo istotna – zawsze do tej pory ładowaliśmy na kampingach w trakcie śniadań i kolacji całą elektrykę (telefony, gopro, zegarek) na następny dzień – teraz pozostały nam tylko gniazdka w łazience – ale ile można tam siedzieć :))
Jednak nie zrażeni jemy obiad – chyba pierwszy raz w porze obiadowej, a nie na koniec dnia i ruszamy piechotą podziwiać Góry Błękitne. Szczerze to nie byliśmy za dobrze przygotowani – wyszliśmy na krótki spacer z telefonem i 20 dolarami w kieszeni, gdyż wszystko co mieliśmy w planach na popołudnie było w promieniu 2 km… jakże się jednak pomyliliśmy.
Dochodzimy do Katoomba Falls.
Załącznik:
Katoomba Falls.jpg

Następnie wchodzimy na szlak „Prince Henry Cliff walk”.
Załącznik:
IMG_20181120_142631.jpg

Załącznik:
IMG_20181120_145333.jpg

Szlak ten przez parę bardzo ładnych punktów widokowych prowadzi nas do Echo Point – najbardziej obleganego miejsca w całych Górach Błękitnych. Właśnie z Echo Point jest najlepszy widok na Trzy Siostry – widok znany z każdej pocztówki czy magnesu (apropos magnesów – na Echo Point znaleźliśmy je bez problemu!;))
Załącznik:
Widok z Echo Point.jpg

Następnie idziemy na Trzy Siostry.
Załącznik:
Widok z Trzech Sióstr2.jpg

Nie wiedząc co nas czeka postanowiamy zejść „Giant Starway” , czyli prawie pionowymi schodami liczącymi – jak się później okazało 861 stopni (pierwszy raz chyba podczas pobytu w Australii byliśmy nieprzygotowani merytorycznie, a decyzja o zejściu w dół była spontaniczna – nie znaliśmy szlaku). Schodziło się przyjemnie, a jakże, ale jakoś zapomniałam o tym, że potem będzie trzeba również wejść. Na dole okazało się, że nie ma magicznej prostej drogi powrotnej do Katoomby, chyba że korzystając z kolejki Scenic World, a nas z paroma dolarami w kieszeni nie byłoby stać nawet na przejazd jednej osoby. Wybraliśmy więc drogę w lewo do Leura Falls. Zaczynało robić się ciemno, szczególnie że byliśmy bardzo nisko, a nad nami znacznie górowały olbrzymie drzewa zacieniając teren. Przez chwilę nawet miałam wrażenie, że spędzimy noc w lesie. :) Gdy zaczęliśmy ostre podejście w górę odetchnęłam (mimo wszystko) z ulgą wiedząc, że w końcu wracamy na szlak Henry’ego.
Załącznik:
IMG_20181120_163502.jpg

Załącznik:
IMG_20181120_162416.jpg

Załącznik:
IMG_20181120_164059.jpg

Ok. 20.00 wróciliśmy do kampera (cała wycieczka zajęła nam ok. 5 godzin).
W porównaniu z Grampianami Góry Błękitne zdecydowanie wygrywają – przynajmniej w naszej subiektywnej opinii. Może nie było w nich wodospadu na miarę MacKenzie Falls, ale jednak sam widok tych gór z licznych „lookoutów” zrobił na nas kolosalne wrażenie, szczególnie niebieska poświata. Poza tym spacer szlakiem Undercliff niezwykle nam się podobał – zdjęcia nawet w połowie nie oddały tego, co mieliśmy przyjemność oglądać. No i w końcu to właśnie w Górach Błękitnych prawie się zgubiliśmy. ;) Zapamiętamy je na długo!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.


Ostatnio edytowany przez kasiak80, 16 Gru 2018 17:38, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 15 Gru 2018 18:29 

Rejestracja: 03 Lip 2012
Posty: 1257
niebieski
Widoki super :)
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 19 Gru 2018 22:12 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 13 - 21.11.2018

Załącznik:
trasa - dzień 13.PNG


Z samego rana wyruszamy z kampingu. Po drodze nie możemy jednak odpuścić Sublime Point - punkt widokowy ok. godziny 8.00 jest tylko dla nas. Robi niesamowite wrażenie – rozpościera się przed nami ogromna, zapierająca dech w piersiach przestrzeń pokryta niebieską poświatą (w tym miejscu doskonale widać, skąd wzięła się nazwa góry błękitne). I tylko głowy chce nam urwać wiatr. :) Ale i tak ją tracimy – dla pięknego widoku!
Załącznik:
Sublime Point.JPG

Załącznik:
Sublime Point widok.JPG

Załącznik:
Sublime Point widok2.JPG

Następny punkt programu - Barrenjoey Lighthouse! Google Maps pokazują nam do przejechania ok. 130 km – pikuś! – zważywszy że mamy za sobą (i przed sobą) tych kilometrów znacznie więcej. Ruszamy więc podekscytowani, bo planując naszą wielką podróż zdążyliśmy się zachwycić widokiem rozpościerającym się z latarni – na pewno wszyscy kojarzą dwie plaże rozdzielone wąskim cyplem.
Pierwszą połowę drogi jedzie się fajnie, droga dwupasmowa, ruch umiarkowany, jedynie trzeba uważać na prędkość, gdyż parę razy mija nas oznakowany samochód policyjny „speed control”. I nagle – czar pryska! Od momentu dojechania do przedmieść Sydney nasza średnia prędkość spada chyba do 30 km/h. Cała droga – w jedną stronę - zajęła nam ponad 3h i kosztowała mnóstwo nerwów po drodze (niewiarygodne korki, a my nadal nie jesteśmy przyzwyczajeni do ruchu lewostronnego, więc podwójna koncentracja). Po dojechaniu na latarnię spotkała nas pierwsza i chyba jedyna taka „niespodzianka” w Australii (nie licząc dużych miast) – płatny parking w cenie 10 AUD na godzinę. Dość że płatny, to jeszcze od godziny – szok i niedowierzanie! Ale my nie damy rady???
Z parkingu droga prowadzi najpierw chwilę plażą, a następnie odbija w górę.
Załącznik:
plaża do latarni.jpg

Załącznik:
wejście na latarnię.jpg

Można wybrać szlak szybszy, ale dość stromy jak na morskie tereny, bądź łagodne dłuższe podejście. Latarnia, a szczególnie widok z niej jest świetny - z jednej strony spokojna zatoka, z drugiej otwarty ocean, no i te dwie plaże! Majstersztyk natury. :)
Wyrobiliśmy się ze zwiedzaniem w godzinę – wliczając w to wejście na latarnię (trudniejszą drogą, że tak bez przechwałek nadmienię ;)), podziwianie widoków i jeszcze odwiedzenie obydwu plaż. Brawo my! :)
Załącznik:
latarnia Barrenjoey Lighthouse.jpg

Załącznik:
widok z Barrenjoey Lighthouse.jpg

Załącznik:
plaża pod Barrenjoey Lighthouse.jpg

Jednakże pomimo pięknego widoku roztaczającego się z latarni stwierdzam z perspektywy czasu, że mogliśmy odpuścić tą atrakcję – długi dojazd i powrót tą samą drogą (nie ma innej możliwości) zdecydowanie zepsuł nam całokształt.
Następnie (jak już wspomniałam) musieliśmy się wrócić spory kawałek, aby wyjechać z półwyspu i udaliśmy się na Central Coast. A że wielkimi krokami zbliżała się pora obiadowa postanowiliśmy zatrzymać się po drodze – wybór padł na The Entrance. Wcześniej wyczytałam, że o godzinie 15.00 każdego dnia w Memorial Park w tym mieście odbywa się karmienie pelikanów (i to pelikanów żyjących na wolności!) – no przecież nie mogłam odpuścić takiej atrakcji! ;) Małżonek mój podchodził do tego wydarzenia z entuzjazmem odwrotnie proporcjonalnym do mojego :)(„Toż to komercha jest!”). Ale co mi tam, przecież ptaszyska na australijskiej imprezie to moi wielcy przyjaciele!
Przed karmieniem ptaków ruszyliśmy zwiedzać miasto, ale … hmm, albo byliśmy w mało ciekawe części The Entrance, albo to miasto (poza pelikanami oczywiście) nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Takie nasze subiektywne zdanie. Za to deweloperzy upatrzyli sobie to miejsce i nowe bloki wyrastały tam jak grzyby po deszczu.
Załącznik:
The Entrance.jpg

Ale uwaga – zbliża się 15.00! Zbliżamy się więc i my do Memorial Park, a wraz z nami – chmara ptaszysk! No zegarek to one chyba w … dziobie mają. Na miejscu czekało ich już z 50 i ciągle pojawiały się nowe, część z nich spacerowała nawet między czekającymi na pokaz ludźmi. Karmienie łączyło się z opowieścią o pelikanach (chyba wszystkie miały swoje imię :)). Ptaszyska były zachwycone darmową rybką, małe (i te trochę większe) dzieci były zachwycone ‘przedstawieniem’. Dość powiedzieć, że według mnie – przejazdem warto. :)
Załącznik:
The Entrance pelikany.jpg

Załącznik:
The Entrance pelikany2.jpg

Załącznik:
The Entrance pelikany3.jpg

Potem udaliśmy się na kamping Canton Beach Holiday Park (30 AUD) i od razu pojechaliśmy na Soldier Beach – plażę nie na darmo nazywaną plażą surferów. I rzeczywiście - plaża stworzona do tego sportu (na tyle, na ile się znamy) – fale ogromne, mocny wiatr. Na samej plaży podczas naszej obecności było z 50 surferów plus dwie szkoły prowadziły zajęcia dla dzieci. Atrakcja dla nas – spacer na bosaka po delikatnym piasku sprawił nam niebywałą przyjemność. :)
Załącznik:
Soldier Beach.jpg

I tym optymistycznym akcentem zakończyliśmy kolejny dzień w Australii.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
Grzegorz40 lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 20 Gru 2018 23:47 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 14 - 22.11.2018

Załącznik:
trasa dzień 13.PNG


Pobudka na kampingu Canton Beach to była dla nas sama przyjemność – kamping położony jest bezpośrednio nad jeziorem Tuggerah w bardzo spokojnym otoczeniu.
Załącznik:
Canton Beach.jpg

Dzień wcześniej planowaliśmy romantyczną kolację nad tym właśnie jeziorem, ale nie mniej romantycznie spędziliśmy miło czas w kuchni ładując telefony. :)
Dodatkowe plusy kampingu - toalety świeżo po remoncie, a kuchnia w pełni wyposażona , plus trochę ponad 2 km do najbliższego Colesa.
W tym dniu obieramy kurs na Tomaree National Park. Po niecałych 2 godzinach już pokonujemy Tomaree Head Summit walk.
Załącznik:
Tomaree.jpg

Początkowo szlak biegnie bardzo łagodną drogą, ale gdy widzimy znak prowadzący na bardziej ‘ekstremalną’ ścieżkę – wąską i zarośniętą, oczywiście żądni przygód chętnie z niej korzystamy. I równie szybko jak na nią weszliśmy, tak i z niej zeszliśmy – zaraz po spotkaniu z taaaaakim jaszczurem!!! Gad albo naprawdę był wielki, albo urósł w naszych oczach – dość powiedzieć, że ani myślał zejść nam z drogi! Dlatego z w miarę rozsądnej odległości uwieczniliśmy go na zdjęciach (toteż nie wyszły niestety rewelacyjnie) i grzecznie wróciliśmy na właściwy szlak. :)
Załącznik:
Tomaree Mountain gad.jpg

Szlak stopniowo pnie się w górę –znajdują się na nim sztuczne ułatwienia: drabinki i schody i uwierzcie, każdy wysiłek był wart tego, by dostać się na szczyt – widok nieziemski.
Załącznik:
Tomaree - widok z góry.jpg

Załącznik:
Tomaree - widok z góry2.jpg

Mała obserwacja – gór(k)a ta jest chyba bardzo popularnym miejscem do ćwiczeń dla okolicznej ludności. Na szlaku spotkaliśmy naprawdę sporo osób - wbiegających lub zbiegających. Naprawdę – szacunek dla nich, bo było niezwykle parno, a zdaję sobie sprawę, jak podczas takiej pogody trudno się biega.
W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze pozostałości po kompleksie wojskowym z okresu II wojny światowej zbudowanym dla obrony przed Japończykami (szczęściarze – z miejsca tego nigdy nie miał miejsca żaden wystrzał) i oczywiście ‘zaliczyliśmy’ spacer po okolicznej plaży (Zenith Beach).
Załącznik:
Tomaree National Park - Zenith Beach.jpg

Następnie pojechaliśmy do Seal Rocks – małej rybackiej wioski, gdzie oddaliśmy się (W KOŃCU!) paru godzinom plażingu. Na plaży było może w sumie 5 osób, woda niezbyt ciepła, ale słońce grzało bardzo przyjemnie. Taki odpoczynek zdecydowanie nam się należał, aczkolwiek mieliśmy zupełnie odmienne zdania na temat uroku samego miejsca – mojemu małżonkowi się podobało, dla mnie natomiast plaża w Seal Rocks zajmuje ostatnie miejsce w jakichkolwiek klasyfikacji plaż australijskich, które dane mi było zobaczyć.
Załącznik:
Seal Rocks.jpg

Noc spędziliśmy w prawdziwej Australijskiej agroturystyce na kampingu Croki Riverside Caravan Park – położonym bezpośrednio nad rzeką Manning. Na początku byliśmy trochę rozbawieni, i może troszkę przestraszeni – raz że ledwo trafiliśmy w odpowiednie miejsce między polami pełnymi krów, dwa – formalności były ‘żadne’, czyli po prostu kasa (25 AUD) i pani z dzieckiem na ręku wskazała nam miejsca, gdzie możemy zaparkować – do wyboru, do koloru (jedyny kamping, na którym nie otrzymaliśmy mapki z zaznaczonym miejscem kampingowym). Kamping ‘dog-friendly’ i faktycznie, biegało po nim kilka czworonogów (dla nas żaden problem, a wręcz przyjemność, bo kochamy psy). Najważniejsze – łazienki czyste i bez problemu można w nich naładować telefony. Kuchnia w formie altany z grillem (raczej nie ma się co przejmować, jeśli nie będziecie mieli go czym wyczyścić po użyciu, polecam natomiast umyć, a jakże, przed użyciem:)). No i widok – na rzekę, naprawdę uroczy. Jak dla mnie – kamping ok, tanio i jest wszystko co było nam potrzebne.
Załącznik:
Croki.jpg

A taki widok napotkaliśmy w okolicach kampingu. ;)
Załącznik:
Croki2.jpg


Dzień 15 - 23.11.2018

Załącznik:
trasa dzień 14.PNG


Kolejny plus kampingu, na którym nocowaliśmy – do autostrady było nie więcej niż 2 km. Wyjechaliśmy ok. 8.00 i po niecałej godzinie dotarliśmy do Port Macquarie. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Szpitala dla Koali.
Załącznik:
szpital dla koali1.jpg

Załącznik:
szpital dla koali2.jpg

Tego dnia byliśmy pierwszymi gośćmi (a raczej odwiedzającymi pacjentów) – akurat trafiliśmy na porę „śniadania”. Dodatkowo mieliśmy tyle szczęścia, że bardzo sympatyczny (zresztą jak większość Australijczyków) pracownik zaczął nam opowiadać o tym miejscu - m.in. że był to pierwszy szpital dla koali w Australii, że mają własne ambulanse i zajmują się okolicami, czyli właśnie Port Macquarie, a co najciekawsze - imiona koali są dwuczłonowe i wywodzą się od imienia osoby, która poinformowała o rannym misiu oraz od miejsca, gdzie ranne zwierzątko znaleziono – ponoć koale są bardzo terytorialne i jakby taki miś wrócił nie na swój teren to inne misie powiedzmy że by go niemiło przyjęły. I jeszcze jedno – na widok ‘publiczny’ wystawione były tylko te koale, które niestety nie miały szans na powrót na łono natury (np. biedactwa nie widziały). Natomiast te koale, wobec których są szanse że wyzdrowieją, są ukryte przed odwiedzającymi szpital, by nie oswajały się z ludźmi.
Szpital – jak sama nazwa wskazuje – to nie jest miejsce radosne. W końcu przebywają w nim pacjenci. I niektórych zwierzątek było nam autentycznie żal. Ale z drugiej strony – dla jednych była to jedyna nadzieja na godne zestarzenie się, dla innych natomiast szansa na powrót do domu. Do tego wszystkiego ogromne wrażenie zrobiła na nas pasja i miłość, z jaką pracownik szpitala opowiadał nam o swojej pracy i pacjentach – chciałabym, żeby niektórzy lekarze u nas choć w 1/10 cieszyli się tak ze swojego zajęcia.
Załącznik:
szpital dla koali3.jpg

Potem udaliśmy się nad morze, zostawiając auto … na parkingu w Colesie. Cel był jeden – zobaczyć kolorowe kamienie, jakkolwiek to brzmi . ;) Przeszliśmy wzdłuż Hastings River do oceanu ścieżką oddzieloną od wody wielkimi kamieniami, które zostały pomalowane – jak wynika z napisów na tychże kamieniach – przez okolicznych mieszkańców. I tak niektóre kamienie były na czyjąś cześć, inne ku pamięci, jeszcze inne – cel nieznany, ale według mnie pomysł fajny. Przynajmniej było na czym zawiesić oko. :)
Załącznik:
Port Macquaire.jpg

Załącznik:
Port Macquaire2.jpg

Załącznik:
Port Macquaire3.jpg

Chciałam, zobaczyłam, obfotografowałam, no i co się nasłuchałam od drugiej połówki to moje (fajnie fajnie, zawsze marzyłem, żeby przyjechać do Australii zobaczyć tyyyle kolorowych kamieni! Ooo, kolejny kolorowy kamień, czemu nie robisz zdjęcia? hmm, ten też jest ładny! a jaki ciekawy napis, zrób fotkę! A ten to chyba ku czci miejscowych rybaków!). Niektórzy po prostu nie potrafią docenić prawdziwej sztuki ulicznej, tfu! portowej. ;)
W drodze powrotnej do samochodu napotkaliśmy na poniższy plakat – australijskie akcje społeczne nigdy nie przestaną mnie zadziwiać! Oby więcej takich w Polsce!
Załącznik:
don't be a tosser.jpg

Następnie pojechaliśmy do South West Rock – i to miejsce nas zachwyciło. Pierwsze kroki skierowaliśmy do ruin starego więzienia, bo właśnie w tym miejscu znajduje się – TA-DAM! – recepcja kampingu Trial Bay Gaol Campground (31 AUD)!
Załącznik:
Trial Bay Goal.jpg

Załącznik:
Trial Bay Goal - widok z pobliskiej drogi.jpg

Nie, nie wynajęli nam przytulnej celi, ale skierowali na kamping położony nad samym oceanem, do tego zamieszkany przez stado kangurów. I to bezczelnych niezwykle – gagatki potrafią wsadzić łebek do pozostawionej np. obok kampera torby (jakby to była ich torba!), a znaleźne traktują jak swoje. Lepiej więc czujnie pilnować dobytku. :)
Załącznik:
Trial Bay Gaol - kangur buszujący na kampingu.jpg

A w okolicach kampingowej kuchni spotkać można takie oto widoki. Hurtowe, rzekłabym. :)
Załącznik:
Trial Bay Gaol - camping.jpg

Do tego australijska wieść gminna niesie, że kangury z okolic więzienia potrafią być agresywne – na wszelki więc wypadek trzymałam się od nich z daleka (w sumie to tak jakbym inne głaskała – nic z tych rzeczy! –podchodziłam do nich, jak to w pewnej reklamie leciało, ‘z pewną taką nieśmiałością’ - aczkolwiek akurat te, które spotkaliśmy w Trial Bay Gaol wyglądały na wyluzowane :)).
Załącznik:
Trial Bay Gaol - kangur.jpg

W tym dniu pojechaliśmy jeszcze do oddalonej od kampingu o ok. 10 km latarni na Smoky Cape. I chyba ta latarnia ma miejsce numer 1 u mojego męża ze wszystkich latarni, jakie widzieliśmy w Australii. Czas na mój numer 1 jeszcze nadejdzie.
Załącznik:
Smoky - widok.jpg

Załącznik:
Smoky Lighthouse.jpg

Kolejne godziny poświęciliśmy na leniuchowanie na plaży zaraz przy naszym kampingu.
Załącznik:
South West Rock2.jpg

Są pewne zalety tej zatoki – utopić się tam nie da, a i bezpiecznie jest, bo rekiny nie mają szans wpłynąć. Dlaczegóż to? Ma to niezwykle istotny związek z wielkim rozczarowaniem, jakie nas spotkało - mianowicie miejsce do pływania to nie jest – w najgłębszym miejscu zatoki, do którego doszliśmy, ok. 200 metrów od brzegu było z 40-50 cm głębokości (i to maksymalnie!). Jednak odpoczynek po ostatnich 2 tygodniach i widoki rekompensowały wszystko. Plus - to był pierwszy dzień takiego gorąca (ale to bardziej miało związek z szerokością geograficzną).
Załącznik:
South West Rock.jpg

Po zimnym prysznicu (tak, tak, ZIMNYM! – jeśli kiedykolwiek będziecie mieli przyjemność przebywać na tymże kampingu bierzcie prysznic w łazienkach tuż koło kuchni, ponoć leci tam przyjemna ciepła woda, nam nie było dane się o tym przekonać, bo skorzystaliśmy z prysznica tuż koło miejsc kampingowych) – a jakże, kolacja, i to nie byle jaka! Ze znajomymi postanowiliśmy spróbować mięsa kangura, w końcu byliśmy w Australii, pewnie nigdy więcej taka okazja nam się nie trafi.
Załącznik:
Trial Bay Gaol - kangur na talerzu.jpg

Nie, nie ruszyliśmy na polowanie, ale w pobliskim sklepie kupiliśmy mięso na grilla (i tutaj nie zawiódł nas Coles). Jak dla mnie – mięso jest pyszne, w smaku podobne do wołowiny, ale lekko słodkawe, polecam.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 26 Gru 2018 14:35 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 16 - 24.11.2018
Załącznik:
trasa dzień 16..PNG


Z samego rana jemy śniadanie w towarzystwie kangurów i rzucamy jeszcze raz okiem na zatokę.
Załącznik:
South West Rock - plaża za kampingiem.jpg

Ruszamy w kierunku Dorrigo National Park. Po godzinie jazdy autostradą zjeżdżamy na Waterfall Way. Droga z początku prowadziła przez małe wioski wyglądające jak z filmów dziejących się w Texasie. W jednej z nich musieliśmy się zatrzymać, by zatankować – wrażenia bezcenne! Stacja benzynowa dodatkowo służyła jako sklep spożywczy, warzywniak, a podejrzewam, że miała jeszcze wiele innych zalet, których nie miałam czasu odkryć. Była również centralnym punktem w całej wiosce, miejscem spotkań okolicznych mieszkańców, którzy wyróżniali się znacznie stylem ubierania (Dziki Zachód rządzi!). Miałam wrażenie, że przeniosłam się w czasie i przestrzeni i tylko czekałam, aż panowie w stetsonach wyciągną rewolwery i ruszą do pojedynku na śmierć i życie! :)
W drodze do Dorrigo National Park przekonaliśmy się, że australijska wiosna jest w pełnej krasie - wzdłuż drogi rosną drzewa, które kwitną i mienią się różnymi kolorami od różu do błękitu. Ostatnie 10 km przed Dorrigo droga pnie się stromo w górę i na zakrętach jest możliwość przejazdu tylko jednego samochodu (nie ma świateł, a jednak nie ma też problemów i kierowcy grzecznie czekają na swoją kolej).
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Dorrigo Rainforest Centre National Parks and Wildlife Office – w obszernym budynku znajduje się wystawa na temat lasów deszczowych, można również zakupić pamiątki (są magnesy!!!) i zasięgnąć informacji na temat możliwych dróg zwiedzania. Tutaj również trafiliśmy na strażniczkę leśną=pasjonatkę, która zaproponowała nam trasę zwiedzania i do tego zwróciła uwagę na zagrożenia – okazuje się że w lesie są liście, których nie można dotykać, bo są toksyczne i z tego powodu nie powinno się iść np. w sandałach.
Najpierw udaliśmy się na punkt widokowy Sky Walk. Jest to drewniany pomost wznoszący się nad lasem deszczowym.
Załącznik:
IMG_20181124_122153.jpg

Następnie ruszyliśmy na trasę Wonga Walk. Trasa ma swój początek i koniec w punkcie informacyjnym i wiedzie w większości wąską, ale utwardzoną ścieżką pośród ogromnych drzew (imponujących nie tylko wysokością, ale ogromnymi korzeniami), niezliczonej ilości ptaków i jaszczurek oraz – podobno - węży (ale tych ostatnich na szczęście nie spotkaliśmy).
Załącznik:
IMG_20181124_100840.jpg

Załącznik:
IMG_20181124_102942.jpg

Załącznik:
IMG_20181124_103438.jpg

Załącznik:
IMG_20181124_103852.jpg

Załącznik:
IMG_20181124_105032.jpg

W pewnym momencie znów wznosimy się nad lasem deszczowym – drewnianym pomostem, aby przejść „Birds Boardwalk”. I to właśnie tam po raz pierwszy natknęliśmy się na dzikie indyki australijskie – na początku niesłusznie ‘oskarżyliśmy’ je, że to ‘chyba jakieś wielkie kury’ :D, na szczęście wyprowadziły nas z błędu tablice informacyjne (później okazało się, że im dalej na południe, tym jest indyków więcej i nawet spacerują na kampingach).
Załącznik:
IMG_20181124_102553.jpg

Trasa Wonga Walk obejmuje dwa wodospady, na które widok rozpościera się z przebiegających obok mostów: Crystal Shower Falls (niestety ścieżka za wodospadem jest zamknięta z powodu zagrożenia osunięcia ziemi - z tego samego powodu nie mieliśmy przyjemności przejść National Pass w Górach Błękitnych)
Załącznik:
IMG_20181124_105718 Crystal Shower Falls.jpg

oraz Tristania Falls.
Załącznik:
IMG_20181124_112130.jpg

Załącznik:
IMG_20181124_112657 Tristania Falls.jpg

Na trasie między wodospadami minęliśmy widok z Hardwood Lookout.
Załącznik:
IMG_20181124_111209.jpg

Załącznik:
IMG_20181124_110937.jpg

Cały spacer zajął nam ponad 2,5 godziny – głównie z powodu licznych przystanków związanych z ‘pstrykaniem fotek’, albo po prostu z delektowaniem się wspaniałymi widokami, czy też nasłuchiwaniem odgłosów lasu. Według mnie spacer był magiczny pod tym względem – las wokół nas po prostu ‘żył’, a to szeleścił, jakby pod warstwą liści wraz z nami wędrowały jaszczurki albo węże, a to śpiewał piosenki w wykonaniu australijskiego ptactwa, a to atakował nas szumem spadającej masy wody w okolicach wodospadów, a to oślepiał nas blask słońca dzielnie przebijającego się przez wysokie drzewa. Rzadko mijał nas jakiś turysta, jednakże mieliśmy nieodparte wrażenie, że nie jesteśmy sami i ciągle ktoś nas pilnuje/obserwuje. :)
Załącznik:
IMG_20181124_111500.jpg

Załącznik:
IMG_20181124_111813.jpg

Załącznik:
IMG_20181124_114457.jpg

Załącznik:
IMG_20181124_121020.jpg

Długo zastanawialiśmy się, czy wpisać Dorrigo National Park na naszą listę do zwiedzania, jednak w ogóle nie żałuję, że tam byliśmy. Miejsce jest przepiękne, a dodatkowo po niezliczonej ilości plaż i latarni morskich było dla nas nie lada atrakcją :) (tak tak, już wspominałam, w głowach – i nie tylko - się poprzewracało!).

Następnie pojechaliśmy do Dangar Falls – według mnie wodospad może nie wygrywa z MacKenzie Falls w Grampianach (ciągle niepokonany numer 1!), jednak również robi wrażenie. Jednak dotarcie do niego nie jest okupione jakimś wielkim wysiłkiem i może dlatego tak się nie docenia tego miejsca – na małżonku wodospad nie zrobił wrażenia (wodospad można obejrzeć z platformy widokowej, która jest niebywale blisko parkingu, a dojście do wodospadu jest bardzo łatwe, nawet dla rodzin z dziećmi i spacer zajmuje niecałe 10 minut).
Załącznik:
Dangar Falls3.jpg

Na kolejną noc wybraliśmy Sapphire Beach Holiday Park (30 AUD). Kamping położony tuż nad oceanem z bardzo dobrym zapleczem, miał tylko jeden mankament – miejsca unpowered site są w samych rogach parku i trochę trzeba przejść do kuchni lub toalety – do tego w nocy droga jest nieoświetlona. Z jednej strony była to wada, z drugiej zaleta – nam trafił się ‘róg’ akurat tuż obok plaży.
Załącznik:
Sapphire plaża.jpg

No i na kampingu mieliśmy okazję przekonać się, że nasza zabawa w ornitologa w Dorrigo National Park sprawdziła się - to naprawdę były indyki! Taka mała rzecz, a cieszy. :) Taki okaz krążył wokół naszego samochodu.
Załącznik:
Sapphire2.jpg

Zdecydowaliśmy się w tym dniu nie leżeć na plaży, tylko ruszyliśmy ‘na miasto’ – nie ukrywam, że po części kierował nami głód. :) Ale przed zasłużonym posiłkiem postanowiliśmy zaspokoić naszą (czyt. moją) dziecięcą ciekawość i ruszyliśmy na poszukiwania BIG BANANA w Coffs Harbour! W końcu niecodziennie trafia się przyjemność nie tylko zrobienia sobie zdjęcia z Wielkim Bananem, ale i przejścia przez jego wnętrze. :D Dość powiedzieć, że byliśmy. My, pół Azji i ¾ Australii. Zdjęcia zrobiliśmy, ale nie udostępnimy – i tak sporo tego Wujek Google ma w swoich zasobach, a przecież i tak każdy wie, jak wygląda banan. Duży banan. :) Reasumując – lepiej zainwestować w czekoladę, by obudzić w sobie dziecięcą radość.
Później wybraliśmy się na łowy, czyli ni mniej ni więcej tylko poszukiwania miejsca do zaspokojenia głodu - akurat w tym czasie w Marinie trwał festyn i chyba całe miasto tam było (tubylcy naprawdę uwielbiają spędzać czas gromadnie na świeżym powietrzu). Pełne energii Australijki próbowały namówić chłopaków na udział w festynie i pewnie bez problemu by im się to udało, gdyby nie drobnym druczkiem pisana opłata za wstęp – 30 AUD za osobę. Także, podziękujemy.
Załącznik:
Coffs Harbour marina.jpg

W końcu po 2 tygodniach chcieliśmy też spróbować Fish and Chips – przeszliśmy chyba całą długą ulicę, na której było sporo restauracji, jednak wszystkie z kuchniami świata, a nic australijskiego. W końcu udaliśmy się do Hog's Australia's Steakhouse - okazało się, że to sieciówka, ale możemy z całego serca polecić.
Załącznik:
Coffs Harbour Hogspitality.jpg

Po sycącej kolacji wróciliśmy na kamping.

Dzień 17 - 25.11.2018
Załącznik:
trasa dzień 17..PNG


Następnego dnia mieliśmy w planach plażing w Byron Bay. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Yambę. Po przejrzeniu informacji na temat tego miasta i jego zdjęć wyrobiłam sobie opinię o cichej, kameralnej mieścinie w stylu Seal Rocks z jedną plażą, niewielką ilością turystów i kilkoma domkami. Nic bardziej mylnego – trafiliśmy do dużego, typowo turystycznego miasta z dość zatłoczonymi ulicami, ledwo znaleźliśmy wolne miejsce parkingowe tuż koło latarni. Nie przepadamy za takimi miejscami, dlatego po krótkim spacerku i rzuceniu okiem z daleka na plażę pojechaliśmy dalej (wiem, wiem, cel naszej podróży w tym dniu, czyli Byron Bay to typowy raj dla plażowiczów/turystów, ale w końcu trzeba było odpocząć chociaż kilka godzin od jazdy samochodem, no i zaliczyć kąpiel w oceanie, taką z prawdziwego zdarzenia).
PS. Muszę jednak przyznać, że i w Yamba są widoki niczego sobie. :)
Załącznik:
Yamba1.jpg

Załącznik:
Yamba2.jpg

Załącznik:
Yamba3.jpg

W Byron Bay zatrzymaliśmy się w Glen Villa Resort (35 AUD). Kamping zapadł nam w pamięć z dwóch powodów – miejsca unpowered site były bardzo długie (na ok. 10 metrów), ale też bardzo wąskie (ok. 2,5 metra), do tego szlaban wjazdowy był na kartę magnetyczną (do tej pory wszędzie był to kod) z kaucją 20 AUD.
Szybko przebraliśmy się i ruszyliśmy na podbój oceanu. Po 2 tygodniach trafiliśmy na plażę, na której było sporo ludzi.
Załącznik:
IMG_20181125_135214.jpg

Do tego nad plażą latał dron celem obserwacji, czy nie zbliża się jakiś rekin (cóż za emocje! Raz nawet myśleliśmy, że TAK, OTO JEST, ale przeraźliwy sygnał dochodził z przejeżdżającej karetki).
Załącznik:
IMG_20181125_135247.jpg

Ocean na tej wysokości był już bardzo ciepły, a fale potężne. Kąpiący mieli bardzo duży szacunek do wody (albo rekinów), bo nikt nie wypływał dalej niż miejsce, w którym można było stanąć.
Po plażingu pożegnaliśmy drona (a raczej on pożegnał nas krążąc nad nami w odległości 4-5 m – szczególnie upodobał sobie mojego lubego, może ze względu na jego lśniące bielą zębiska :)) i wybraliśmy się na latarnię szlakiem Cape Byron Walking Track.
Załącznik:
IMG_20181125_135420 Byron Bay.jpg

Po drodze spotkaliśmy pierwszą i ostatnią na całym wyjeździe walabię – oraz - pierwszego i ostatniego Belga, który nam tą walabię pokazał, gdy go mijaliśmy (tak to w życiu byśmy jej nie dostrzegli w przydrożnym gąszczu). Swoją drogą nie wyobrażam sobie, by w Polsce spotkała nas taka skłonność do dzielenia się radością, chyba że w Tatrach.
Na drodze do Cape Byron znajduje się najbardziej na wschód wysunięty punkt Australii i właśnie w tym miejscu spotkała nas nie lada niespodzianka! Mój małżonek Sokole Oko w oceanie dostrzegł pływające stada delfinów! Cóż to była za radość. :)
Może tego nie widać na zdjęciu, ale uwierzcie, tam naprawdę pływają delfiny!!!
Załącznik:
IMG_20181125_172812.jpg

W końcu dotarliśmy do celu – i to był właśnie mój numer 1 wśród australijskich latarni! Widok roztaczający się z Cape Byron Lighthouse był nieziemski, niestety nie tylko mnie się podobał, wokół było naprawdę dużo ludzi, a dodatkowo niedaleko odbywał się ślub (tak, tak, dokładnie, Azjatów).
Załącznik:
IMG_20181125_173556.jpg

Załącznik:
IMG_20181125_173330.jpg

Załącznik:
IMG_20181125_174310.jpg

Załącznik:
IMG_20181125_175354.jpg

Wolnym krokiem przed zmierzchem udaliśmy do Woolwortha celem uzupełnienia zapasów i wróciliśmy na kamping.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 30 Gru 2018 21:43 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 18 - 26.11.2018

Załącznik:
trasa dzień 18..PNG


W tym dniu opuszczamy Nową Południową Walię i po godzinie jazdy jesteśmy już w Queensland. Sam przejazd wygląda jak granica między państwami w UE. Dodatkowo już na wstępie rzucają nam się w oczy tablice informacyjne - „Rabbit Keeping Penalty” + kary rzędu kilkudziesięciu tysięcy dolarów! Kawał drogi zajęło nam zastanawianie się, czemuż to w Queensland tak bardzo nie lubią słodkich króliczków? Pomógł nam Wujek Google – okazało się, że stworzonka te nie są aż tak miłe, jakby się wydawało, ponieważ niszczą florę, a i z rodzimymi zwierzątkami konkurują. Tak więc stan Queensland to nie jest odpowiednie miejsce do zamieszkania dla wielbicieli królików. Swoją drogą w Kosciuszko National Park nie przepadają za końmi, w Queensland za królikami, a niby taki przyjazny kraj. ;)
Po przejechaniu granicy w ciągu następnych 20 minut parkujemy pod Natural Bridge. Tam czeka nas 20 minutowy spacer do głównej atrakcji. Odkąd zaczęliśmy planować wyprawę do Australii Natural Bridge trafił od razu na naszą listę MUST SEE, aczkolwiek wielokrotnie zastanawiałam się, czy piękne zdjęcia z internetu to nie jest jednak zasługa programów graficznych, w końcu tam nie może być aż tak pięknie, prawda? Okazało się, że jak najbardziej może! Na szczęście trafiła nam się piękna pogoda i rzeka wpływająca prosto do jaskini w pełnym słońcu zrobiła na nas ogromne wrażenie! Staraliśmy się zrobić zdjęcie odzwierciedlające jak bardzo to miejsce jest magiczne i piękne, niestety nie udało się.
Załącznik:
IMG_20181126_085327 Natural Bridge.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_085723 Natural Bridge.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_090221 Natural Bridge - widok z góry.jpg


Następnie jedziemy do Springbrook National Park. Pierwszy przystanek robimy przy Purling Brook Falls. Przed wejściem na szlak znajduje się dziwne urządzenie – okazało się (dzięki tablicy informacyjnej), że jest to oryginalny przyrząd do czyszczenia obuwia celem nie przenoszenia grzybów, które mogłyby zaszkodzić miejscowej florze i faunie. Decydujemy się na trasę poprzez las deszczowy aż na sam dół wodospadu – do pokonania mieliśmy m.in. 265 schodów, ale cóż to dla nas po Giant Stairway w Górach Błękitnych. :) Wodospad - ogromna masa wody spadająca z wysokości 109 metrów – zrobił na nas wielkie wrażenie, ale i samo dojście do niego nas zauroczyło – zarówno wodospad, jak i trasa położone są wśród tropikalnej roślinności. Spacer zajął nam ze zdjęciami ok. 2,5 godziny.
Załącznik:
IMG_20181126_091721 Springbrook National Park.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_101517 Springbrook National Park - widok z góry na Purling Brook Falls.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_102409 Springbrook National Park - widok na Purling Brook Falls.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_104726 Springbrook National Park.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_111528 Springbrook National Park - Purling Brook Falls.jpg


Następnie kierujemy się na Canyon Lookout, skąd szlakiem można dojść do Twin Falls. Wodospad charakteryzuje się tym, że można go obejść szlakiem prowadzącym za wodospadem, a sam wodospad spada do małego jeziora, w którym nieliczni turyści się kąpali.
Załącznik:
IMG_20181126_120835 Springbrook National Park Canyon Lookout.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_122839 Sprinbrook National Park.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_123947 Sprinbrook National Park Twin Falls.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_124134 Sprinbrook National Park Twin Falls.jpg

Załącznik:
IMG_20181126_124416 Sprinbrook National Park Twin Falls.jpg


Wracamy i podjeżdżamy do wszędzie chwalonego Best of All Lookout. Cóż, na miejscu zastanawialiśmy się, cóż w nim takiego ‘najlepszego’ i właściwie nie doszliśmy do satysfakcjonujących wniosków - jak dla mnie nazwa jest nieadekwatna do tego, co zobaczyliśmy.
Załącznik:
IMG_20181126_133557 Sprinbrook National Park Best of All Lookout.jpg

Jedyna fajna rzecz warta wspomnienia z tego miejsca to drzewa pochodzące wprost z Harry’ego Pottera.
Załącznik:
IMG_20181126_133303 drzewa z Harry'ego Pottera.jpg

Podsumowując: Springbroook National Park bardzo nam się podobał – wodospad Purling Brook Falls to według męża numer jeden z wodospadów, które widzieliśmy w Australii (u mnie nadal na pierwszym miejscu MacKenzie Falls), a lasy deszczowe zrobiły większe wrażenie niż w Dorrigo National Park.
Na ostatni nocleg wybieramy kamping w pobliżu Brisbane - Galaxy Caravan Park (26 AUD) i czas aż do zmierzchu spędzamy na basenie. Kamping znajdował się tuż obok drogi szybkiego ruchu, w okolicy nie było nic oprócz galerii handlowych (po drugiej stronie drogi) – musieliśmy się więc zadowolić tą odrobiną luksusu, aczkolwiek leżenie nad basenem czy nawet pływanie w basenie podczas wakacji to zdecydowanie nie nasz sposób spędzania czasu. Ale lepszy rydz niż nic. :)

Dzień 19 - 27.11.2018

Dojazd do Brisbane - mimo że mieliśmy do przejechania tylko ok. 25 km - w godzinach porannego szczytu zajmuje nam ponad godzinę. W związku z tym, że parking w mieście do najtańszych nie należy samochód zostawiamy w Colesie umiejscowionym jak najbliżej centrum - Coles New Farm – gdzie za darmo można było zostawić auto na 3 godziny.
Następnie udaliśmy się przez Story Bridge i Kangaroo Point aż do Kangaroo Point Lookout. Przez most można przejść zarówno po jednej, jak i drugiej stronie.
Załącznik:
IMG_20181127_093927 Brisbane Story Bridge.jpg

Załącznik:
IMG_20181127_112008 Brisbane Story Bridge.jpg

Park w centrum miasta robi fajne wrażenie – co ciekawe znajdują się tam darmowe grille elektryczne. Dla zachowania równowagi i utrzymania odpowiedniej wagi po ucztach barbeque ;) Australijczycy na każdym miejscu zachęcają do uprawiania sportu. Ale lubują się również w ławkach (ustawiają je nie tylko w parkach, w górach czy parkach narodowych też często je spotykaliśmy).
Załącznik:
IMG_20181127_105036 Brisbane Kangaroo Point.jpg

Załącznik:
IMG_20181127_095845 Brisbane Kangaroo Point.jpg

Załącznik:
IMG_20181127_100135 Brisbane Kangaroo Point.jpg

Załącznik:
IMG_20181127_100344 Brisbane Kangaroo Point.jpg

W parku znajduje się również naturalna ścianka wspinaczkowa! Australijczycy każdą przestrzeń potrafią wykorzystać na uprawianie aktywności fizycznej, godne podziwu.
Załącznik:
IMG_20181127_105008 Brisbane Kangaroo Point ścianka wspinaczkowa.jpg

Po drodze zaciekawiły nas oznaczenia na budynku – okazało się, że pokazano tak poziom wody podczas powodzi w 1893 i 1974 r. Taki sposób (a nie suche podanie wartości w metrach) zdecydowanie trafił nam do wyobraźni.
Załącznik:
IMG_20181127_101107 Brisbane Kangaroo Point poziom wody podczas powodzi.jpg

Podczas długiego spaceru spotkaliśmy także małych mieszkańców parku, m.in. jaszczurki oraz małe (prawdopodobnie indyki:)) i duże indyki. ;) Widok zarówno jednych, jak i drugich w środku wielkiego miasta ciągle nas zaskakiwał.
Załącznik:
IMG_20181127_100219 Brisbane jaszczurka z Kangaroo Point.jpg

Załącznik:
IMG_20181127_105217 Brisbane Kangaroo Point mały indyk.jpg

Załącznik:
IMG_20181127_110055 Brisbane Kangaroo Point duży indyk.jpg

Punkt widokowy Kangaroo Point był opanowany przez turystów (a raczej same turystki) z Chin, za którymi chodzili panowie wyglądający jak ochroniarze i … aktywiści z plakatami o przemocy i torturach wobec więźniów politycznych w Chinach. Nad wyraz strojnie ubrane skośnookie panienki w ogóle nie były zainteresowane tym, co próbowano im przekazać, za to zrobienie idealnego zdjęcia na tle Brisbane obrały sobie chyba jako punkt honoru. Co ciekawe, panienki dzierżyły w dłoniach spore pudełka (prawdopodobnie z jakiegoś produktu kosmetycznego), które w różnych konfiguracjach na tychże zdjęciach również musiały się znaleźć. Skoro jak widać lubią robić zdjęcia poprosiliśmy, by jedna z nich uwieczniła naszą ekipę na zdjęciu – oczywiście zgodziła się, ale! – nic za darmo! W pewnym momencie miła pani wpakowała nam pudło w ręce i zrobiła zdjęcie swoim telefonem! Jak nic trafimy na telebimy reklamowe jakiegoś dużego chińskiego miasta i będziemy gwiazdami! Na razie jednak jeszcze autografów nie rozdajmy, ale cała sytuacja niezmiernie nas rozbawiła. :)
Załącznik:
IMG_20181127_103905 Brisbane widok z Kangaroo Point Lookout.jpg

Ok. 15.00 udaliśmy się do Jucy celem oddania auta. Byliśmy nastawieni na długą procedurę, ale i tu spotkało nas miłe zaskoczenie – samo oddanie samochodu przebiegało ok. 5 minut, miła pani sprawdziła tylko wskaźnik paliwa. Do tego – niespodzianka - z wypożyczalni darmowy bus Jucy odwiózł nas prosto na lotnisko. Brawo Jucy! :)
Zostawiamy Brisbane za sobą – to miejsce to kolejny dowód na to, że główną zaletą Australii jest natura, przynajmniej w naszej opinii. Miasto nie zrobiło na nas oszałamiającego wrażenia i z perspektywy czasu cieszyliśmy się, że nie zaplanowaliśmy w nim więcej czasu na zwiedzanie, bo te 3 godziny były aż nadto. My nie przepadamy za zwiedzaniem nowoczesnych miast, nie starszych niż 200 lat, ale jeśli ktoś to lubi na pewno w Brisbane znajdzie coś dla siebie.
Załącznik:
IMG_20181127_112417 Brisbane.jpg

Załącznik:
IMG_20181127_114039 Brisbane.jpg

No i taki mały 'smaczek' - "PIES" w Brisbane. ;););) Zupełnie jakby znali język polski na tyle, by pozwolić sobie na mały żart. ;)
Załącznik:
IMG_20181127_091807 Brisbane.jpg

Nasza opinia dotycząca Brisbane jest jak najbardziej subiektywna – na kampingu Galaxy Caravan Park rozmawialiśmy z kilkoma mieszkańcami Sydney i zachwalali oni Brisbane twierdząc, że jest ono dużo lepszym miejscem do życia niż Sydney. Cóż, już niedługo będziemy mieli okazję się przekonać. :)
Na lotnisku nadaliśmy bagaż poprzez automatyczny kiosk i czekamy na samolot, w międzyczasie bacznie obserwując innych pasażerów. :)
Załącznik:
IMG_20181127_135803 Brisbane lotnisko.jpg

O 19.50 linią Tigerair startujemy do Sydney. Zrobienie poniższego zdjęcia samolotu okupiłam otrzymaniem uwagi od pracownika lotniska – musiałam natychmiast schować telefon (z perspektywy czasu nie wydaje mi się to już dziwne, silniki już pracowały i gdyby mój telefonik do jednego z nich wpadł pewnie narobiłby nie lada szkód).
Załącznik:
IMG_20181127_173021 Brisbane tigerair.jpg

Po trochę ponad godzinie lądujemy w Sydney i Uberem udajemy się do naszego noclegu – Glasgow Arms Hotel. Hotelik znajduje się tuż nad barem, w którym można się nie tylko napić piwa, ale też zagrać w bilard. Mieliśmy to w planach, ale … o tym w następnym odcinku naszej relacji. ;)

PS. A Sydney wita nas tak :)
Załącznik:
IMG_20181127_203056 powitanie w Sydney.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
SPLDER lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 09 Sty 2019 23:09 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Dzień 21-25 28-02.12.2018

Na zwiedzanie Sydney i okolic zaplanowaliśmy niecałe 3 dni (wylot mieliśmy ok. 20.00). Oprócz m.in. Bondi Beach jeden dzień chcieliśmy poświęcić na Royal National Park. Niestety, pogoda nieco pokrzyżowała nam plany. Już od jakiegoś czasu pilnie obserwowaliśmy prognozy, jednak nie chcieliśmy w nie wierzyć, w końcu od przyjazdu do Australii pogoda wręcz nas rozpieszczała, może raz trafił się jakiś przelotny deszcz. Gdy mówili w telewizji, że w Sydney spodziewają się opadów największych od 40 lat – też jeszcze był w nas optymizm – jednak został z nas szybko spłukany strugami deszczu. :) Ale od początku.
Pierwszego dnia w Sydney do mniej więcej godziny 10.00 cierpliwie czekaliśmy, aż przestanie padać. Ale skoro zapowiadało się, że w najbliższym czasie raczej się nie przejaśni, postanowiliśmy pobawić się w Wodnika Szuwarka i ruszyliśmy na podbój Sydney w deszczu. W końcu tkwiła w nas nadzieja, że cały dzień nieprzerwanie padać nie może, a do tego byliśmy zaopatrzeni w kurtki przeciwdeszczowe, buty z goretexem, czego więcej trzeba?!? ...
Nikogo chyba nie zdziwi, że pierwsze nasze kroki skierowaliśmy do Opery. Chciałoby się powiedzieć, że naprawdę warto zobaczyć Operę w deszczu. Że robi kolosalne wrażenie. I że polecamy. No to nie powiem tego. Nie wiem czy to przez pogodę, czy przez to, że akurat pod Operą nastąpiło takie oberwanie chmury, że zwrot 'przemoknąć do suchej nitki' nabrał dla nas nowego znaczenia, dość powiedzieć, że budynek nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że nie było tłumów zwiedzających (szok i niedowierzanie biorąc pod uwagę pogodę, zobaczyć Operę i Harbour Bridge w deszczu, bezcenne, prawda?).
Załącznik:
Opera w Sydney - w deszczu.jpg

Załącznik:
Harbour Bridge w deszczu.jpg

Jako że byliśmy przemoknięci (m.in. w butach chlupotała nam woda), głodni i troszkę źli, ruszyliśmy do dzielnicy The Rocks: zjeść coś, trochę wyschnąć i - miejmy nadzieję - przeczekać deszcz. Udało nam się tylko to pierwsze. Trafiliśmy na bar irlandzki obok Hotelu Mercantile i szczerze polecamy, zarówno ze względu na smak potraw, ceny, jak i obsługę.
Załącznik:
The Rocks Mercantile z zewnątrz.jpg

W knajpce okazało się, że deszcz przyniósł nam pewne straty - przemókł plecak, w którym mieliśmy portfel (jak typowi Janusze suszyliśmy pieniądze!) i jeden z telefonów, który był naszym routerem wifi. Padł i nie chciał powstać, nawet po wylaniu z niego wody (sic!). Wyjęłam z telefonu baterię i części rozłożyłam na stoliku, w nadziei że po wyschnięciu zadziała. I tu mega pozytywnie zaskoczyła nas kelnerka: nie dość, że przyniosła nam na talerzu ryż ('bo jej koleżanka włożyła telefon do ryżu i pomogło'), to jeszcze na odchodne zapakowała nam ten ryż na drogę!
Załącznik:
The Rocks Mercantile.jpg

Nie sądziłam, że uprzejmość Australijczyków mnie jeszcze zaskoczy, a tu proszę, udało się! (PS. Na drugi dzień po ryżowej kuracji telefon się włączył!!!).
W barze siedziało się bardzo przyjemnie, no ale w końcu trzeba było wyjść… tak, nadal padało! Wróciliśmy z podkulonym ogonem do hotelu i resztę dnia spędziliśmy susząc buty suszarką do włosów i grając w tysiąca.

Kolejnego dnia budzimy się, wyglądamy z nadzieją przez okno i co? Nadal pada, ale jakby natężenie mniejsze. Po doświadczeniach dnia wczorajszego stwierdziliśmy jednak, że poczekamy cierpliwie na poprawę.
Po 08.00 na piętrze zrobiło się małe zamieszanie, pracownicy hotelu chodzili i sprawdzali, czy w pokojach jest wszystko w porządku. Byliśmy zdziwieni pytaniem, ale co się okazało? Niektóre pokoje były zalane, a pub, który znajdował się pod hotelem dosłownie utonął – wody było po kolana, a w dniu naszego wyjazdu w pubie remont trwał na całego, a na drzwiach była informacja, że otwarcie planowano na 22.12.2019 r.
W okolicach 9.00 przestało padać, więc nieśmiało wychodzimy z hotelu. I co widzimy? Znajome nazwisko! Okazuje się, że tuż przed naszym hotelem znajduje się Centrum Sportów Wodnych Iana Thorpe'a! Że też zamiast dzień wcześniej pływać w strugach deszczu nie poszliśmy popływać w basenie. ;)
Załącznik:
Ian Thorpe Aquatic Centre.jpg

Pierwsze kroki kierujemy do Hyde Parku i War Memorial – zbudowane w hołdzie żołnierzom I Wojny Światowej. Oczywiście remont w toku - zawsze gdy zwiedzamy słynne miejsca, trwają akurat jakieś prace (szczyt szczytów - gdy byliśmy w Gdańsku akurat trwał remont Fontanny Neptuna i Neptun został ... wywieziony. Szach mat).
Załącznik:
Hyde Park War Memorial.jpg

Załącznik:
widok z War Memorial.jpg

Następnie udajemy się do Katedry Najświętszej Maryi Panny w Sydney – największego kościoła Australii.
Załącznik:
Katedra Najświętszej Maryi Panny w Sydney.jpg

Za Katedrą znajduje się Hyde Park Barracks Museum – budynek wpisany do UNESCO, idealne miejsce do zapoznania się z historią kolonizacji Australii.
Załącznik:
Barracks Museum2.jpg

Załącznik:
Barracks Museum.jpg

Załącznik:
Barracks Museum sąd.jpg

Załącznik:
Barracks Museum informacja z więzienia.jpg

Przeszliśmy ulicę i znaleźliśmy się w Parku Domain, którym to doszliśmy do jednego z bardziej znanych punktów turystycznych, czyli Mrs Macquarie's Chair.
Załącznik:
Park Domain.jpg

Załącznik:
Park Domain2.jpg

Załącznik:
Mrs Macquarie's Chair.jpg

Do kamiennego ‘krzesła’ ustawiła się pokaźna kolejka koreańskich uczniów. Widać było, że skośnoocy turyści nadrabiali wczorajszy dzień stracony przez deszcz, my jednak nie mieliśmy cierpliwości i odpuściliśmy sobie fotkę na krześle. Następnym razem. ;)
Stamtąd przez Royal Botanic Garden udaliśmy się …. do Opery.
Załącznik:
Royal Botanic Garden.jpg

Załącznik:
Royal Botanic Garden3.jpg

Załącznik:
Royal Botanic Garden4.jpg

Załącznik:
Royal Botanic Garden6.jpg

Załącznik:
Royal Botanic Garden7.jpg

Załącznik:
Royal Botanic Garden8.jpg

W słońcu Opera wyglądała znacznie lepiej niż dzień wcześniej, a i nasz nastrój był już dużo lepszy, by podziwiać ten najbardziej charakterystyczny obiekt Australii. :)
Następnie poszliśmy na Harbour Bridge, z którego rozpościera się piękny widok na – nie zgadniecie! - Operę oraz wieżowce Sydney.
Załącznik:
Widok na Operę w Sydney z Harbour Bridge.jpg

Posiłek zjedliśmy znów w knajpce w dzielnicy The Rocks (tym razem postawiliśmy na burgery). Dzielnicy strzeże pies Biggles. :)
Załącznik:
Biggles w The Rocks.jpg

Załącznik:
The Rocks.jpg

Następnie udaliśmy się na ulicę z klatkami dla ptaków, czyli Angel Place.
Załącznik:
Angel Place Sydney.jpg

Potem poszliśmy do Queen Victoria Market – budynek bardzo ładny i zabytkowy, ale w środku znajduje się zwykła duża galeria handlowa z sieciówkami z całego świata, więc szybko się wycofaliśmy.
Załącznik:
Queen Victoria Market.jpg

Po drodze trafiliśmy na piękną choinkę - w końcu zbliżają się święta, w co trudno uwierzyć, kiedy temperatura sięga 25-30 stopni. :)
Załącznik:
Sydney Choinka.jpg

Trudno nam też uwierzyć, że w centrum dużego miasta można spotkać takie oto zwierzątko.
Załącznik:
Jaszczurka w centrum Sydney.jpg

Wieczorem zrobiliśmy sobie spacer i muszę przyznać, że Sydney nocą podobało nam się najbardziej – to miasto żyje nocą i naprawdę można czuć się bezpiecznie. Dodatkowo oświetlony most Harbour oraz Opera nabierają nowych barw.
Załącznik:
wieczorny spacer Opera w Sydney.jpg

Załącznik:
wieczorny spacer.jpg

Załącznik:
wieczorny spacer2.jpg

Załącznik:
wieczorny spacer widok na Harbour Bridge.jpg

Załącznik:
wieczorny spacer Opera w Sydney nocą.jpg

Załącznik:
wieczorny spacer3.jpg


W nasz ostatni dzień w Australii pogoda wróciła do takiej, jak przez cały wyjazd – dużo słońca i ciepło. Zostawiliśmy nasze bagaże (za darmo) w remontowanej po ulewie knajpie i jako że nie mieliśmy aż tak dużo czasu postanowiliśmy udać się na szybką wycieczkę promem do Manly. Prom kosztował w dwie strony ok. 16 AUD, a sam rejs trwał ok. 20 minut. W Manly główną ulicą, na środku której stała ładnie udekorowana choinka (25 stopni , słońce, palmy i … choinka to naprawdę niesamowity dla nas widok :)) przeszliśmy na Manly Beach, a następnie wzdłuż oceanu do Shelly Beach. Na plaży było naprawdę dużo ludzi, zarówno nurków, surferów (m.in. odbywały się lekcje dla dzieci, wydaje nam się, że to był typowy w-f w ramach godzin lekcyjnych), jak i zwykłych plażowiczów i spacerujących jak my. Tam też zjedliśmy nasz ostatni posiłek na australijskiej ziemi, nomen omen w greckiej restauracji. ;) Było tak gorąco, że musieliśmy wejść do klimatyzowanego pomieszczenia – taka odmiana po wczorajszym deszczyku.
Załącznik:
Manly choinka.jpg

Załącznik:
Manly2.jpg

Załącznik:
Manly.jpg

Załącznik:
Manly Beach.jpg

I oczywiście standardowo - jaszczurka! Tym razem z dzieckiem. :)
Załącznik:
Manly jaszczurka.jpg


Jednak Sydney to nie tylko Opera, most Harbour czy wieżowce. Sydney to ludzie i australijska fantazja, której dowody (tak jak np klatki na Angel Place) mogliśmy znaleźć na każdym kroku - wystarczyło tylko się uważnie rozglądać. :)
Załącznik:
IMG_20181128_100313 Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181128_101553 Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181129_124556 Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181129_125713Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181129_141408 Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181129_142355 Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181129_142804 Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181129_154256 Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181129_182322 Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181130_101410 Sydney.jpg

Załącznik:
IMG_20181130_155845 Sydney.jpg


No nic, ale trzeba wracać - odebraliśmy z naszego hotelu bagaże i Uberem udaliśmy się na lotnisko.
Odprawa przebiegła szybko i o 20.00 już siedzieliśmy w samolocie zmierzającym do Pekinu. Lot przebiegł spokojnie . Samolot był nowy z dobrym systemem rozrywki pokładowej. Ok. 5.30 wylądowaliśmy w Pekinie. Jako że mieliśmy trochę czasu do odlotu wyjście na miasto uzależniliśmy od kolejki po wizę 72h – jednak na oko w kolejce było ok. 70 osób i zrezygnowaliśmy. Poszliśmy do dobrze nam znanego saloniku Air China. Wylot z Pekinu mieliśmy o 12:20 i tu pierwsze zaskoczenie/rozczarowanie – wsiedliśmy do dość mocno wysłużonego samolotu – nie była to już ta klasa co trzy ostatnie loty, a i system rozrywki pokładowej to była ciężka przeprawa – ale zmęczeni szybko po posiłku i winie usnęliśmy. Punktualnie o 16.00 wylądowaliśmy na Heathrow – odbiór bagażu i metrem udaliśmy się do znajomych. Tam zjedliśmy obiad i dosłownie padliśmy.
O 6:30 zameldowaliśmy się na Luton, a że lot mieliśmy 8:40, więc nie spodziewaliśmy się co nas czeka. Okazało się że ledwo zdążyliśmy - kolejka do nadania bagaż zajęła nam prawie 1,5 godziny (wszystkie loty z godzin porannych Wizzair nadawały bagaż do tych samych stanowisk).
I tym sposobem o godzinie 12.00 po ponad trzech tygodniach wylądowaliśmy w Katowicach. Powitała nas temperatura o 20 stopni niższa niż ta, do której przez ostatnie 3 tygodnie byliśmy przyzwyczajeni.
Jesteśmy w domku! ;)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 09 Sty 2019 23:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 07 Maj 2017
Posty: 759
srebrny
Bardzo miło i fajnie się czytało tą relację więc mam prośbę abyś publikowała zawsze relację po jakimś wyjeździe.
Góra
 Relacje PM off
kasiak80 lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 20 Sty 2019 23:16 

Rejestracja: 19 Lis 2016
Posty: 53
Loty: 33
Kilometry: 83 549
niebieski
Na koniec krótkie subiektywne podsumowanie wyprawy do Australii zawierające moje rady i spostrzeżenia - może komuś się przyda podczas planowania podobnego tripu.
Przelot kosztował 1900 PLN/osoba z Londynu (Heathrow) – bilety kupiliśmy z 9 miesięcznym wyprzedzeniem (w lutym) poprzez Opodo. W trakcie zmieniono nam miejsce wylotu z Australii z Brisbane na Sydney - OTA zachowało się w porządku i poinformowało nas o tym mailowo, a po telefonicznej konsultacji z AIR China zaakceptowaliśmy zmianę (tym bardziej, że zapłaciliśmy już 20% za kampera Jucy).
AIR China - to był pierwszy mój lot „nie tanimi” liniami i nie mogę narzekać. W cenie biletu były 2 duże bagaże nadawane. Z 4 odcinków (tam i z powrotem) trzy odbyliśmy nowymi maszynami z bardzo dobrze działającą rozrywką pokładową - tylko podczas powrotu do LHR trafił nam się mocno wyeksploatowany egzemplarz. Dodatkowo na każdy lot były dwa gorące posiłki i możliwość skorzystania z piwa i wina (chińskie piwo w puszkach 0,33 l, wino w plastikowych kubeczkach nalewane mniej więcej do połowy - nic specjalnego, ale przyspieszyło podróż). Podczas jednego z przelotów miłe panie stewardessy zafundowały nam dodatkowy ciepły posiłek - takim gratisom się nie odmawia. ;)
Kamper - 1100 AUD /14 dni wraz z pełnym ubezpieczeniem – skorzystaliśmy z Jucy, gdyż mieli najlepszą ofertę pojazdu dla 2 osób w stosunku do ceny - plus dobre opinie. Rezerwowaliśmy jeszcze w maju, a udało nam się zbić cenę o 5% (najpierw dokonaliśmy wyceny, ale nie kończyliśmy rezerwacji, a po paru dniach Jucy samo zaproponowało zniżkę i dodatki gratis). Sam samochód to Toyota z 2013 r. z przebiegiem ok 210 tys. km i w automacie. Samochód w standardowym wyposażeniu miał kuchenkę gazową wraz z dwoma małymi butlami, zlew, garnki, kubki i sztućce oraz lodówkę. Zasilanie składało się z 2 akumulatorów oraz paneli słonecznych na dachu więc nie było ryzyka, że po dłuższym postoju nie odpali. Obsługa Jucy jak wszyscy Australijczycy „don’t worries” przy oddaniu auta sprawdzili tylko stan baku i licznika i to by było na tyle jeśli chodzi o formalności.
Telefon - byliśmy nastawieni na zakup karty SIM z Telstry, ale różnica cenowa w stosunku do zakresu usług spowodowała, że na miejscu kupiliśmy kartę Optus. Za 30 AUD na karcie mieliśmy nielimitowane rozmowy w Australii (co okazało się przydatne w kontakcie z kampingami oraz znajomymi, którzy też mieli kartę australijską) oraz 30 GB Internetu. Na zasięg nie mogliśmy za bardzo narzekać – tylko sporadycznie trafiały się miejsca, gdzie nie było „sieci”. Kartę australijską wsadziliśmy do trzeciego telefonu, który jednocześnie służył za gps i włączyliśmy funkcję routera - polecam – jeden minus telefon szybko się rozładowywuje.
Kampingi – 400 AUD/13 nocy za unpowered site – mieliśmy dwie aplikacje: WikiCamps (pierwsze 14 dni bezpłatne) oraz Campermate (bezpłatna). Większość poleca WikiCamps, jednak dla mnie Campermate był bardziej intuicyjny w obsłudze i większość noclegów znaleźliśmy przez tą aplikację. Na wszystkich kampingach na jakich byliśmy był prysznic z ciepłą wodą oraz kuchnia (dobrze wyposażona). Większość miała też darmowe grille elektryczne. W okresie w którym byliśmy nie było też problemu z wolnym miejscem – jeden minus, że biura w większości przypadków są otwarte max do 18 godziny i później ciężko o nocleg ( w weekendy jeszcze krócej). Staraliśmy się więc tak planować trasę, aby zakończyć podróż przed godziną zamknięcia wybranego kampingu.
Adapter do prądu – warto zainwestować parę złotych więcej i kupić dobrej jakości (znajomi mieli przejściówkę uniwersalną, która była przeznaczona na różne kraje i się nie sprawdziła). Dodatkowo warto zabrać ze sobą rozgałęziacz prądu (tzw. Złodziejkę) – ładując tak jak my tylko podczas posiłku w kuchni na Kampingu lub w aucie mieliśmy permanentnie niedoładowane urządzenia elektryczne.
Noclegi Melbourne - Experience Bella Hotel Apartments - 280 AUD za 2 noce/4 osoby – apartament w wieżowcu bardzo blisko centrum (żeby nie powiedzieć że w centrum) w bardzo wysokim standardzie. Gdyby nie promocja na bookingu nie zdecydowalibyśmy się raczej na niego.
Nocleg Sydney - Glasgow Arms Hotel – 250 AUD 3 noce/2 osoby – hotel przyzwoity, miał wszystko co powinien. Łazienka w pokoju , tv, suszarka oraz możliwość skorzystania z aneksu kuchennego (wraz z różnymi przekąskami typu ciastka, kawa, herbata, dżemy i miód). Położony blisko Ogrodu Przyjaźni Chińskiej i ok. 35 minut piechotą do Opery.
Lot Brisbane-Sydney – 60 AUD/osoba – Tigerair – wystartował i wylądował punktualnie – bez przygód. Odprawa online.
Paliwo – zasada czym bliżej dużego miasta tym paliwo tańsze, a różnice dość znaczne (ponad 20%). Tankowaliśmy paliwo (PB 91) nawet poniżej 120 centów za litr, a widziałam cenę ponad 160 centów.
Ceny i płatności – wszystkich płatności dokonaliśmy kartą revolut (tylko raz musieliśmy płacić gotówką, gdyż była awaria terminalu) – średni kurs wyszedł nam 2,68 za 1 dolara, a karta nas ani razu nie zawiodła.
Ceny w Australii są wyższe niż w Polsce, ale nie można demonizować – większość zakupów spożywczych robiliśmy w sklepach Coles lub Woolworth. W Colesie cały czas są promocje, na których można kupić różne produkty za pół ceny (wtedy nawet niektóre ceny są niższe niż u nas). Przykładowo:
Sok 3 litry – 3 AUD
Danie gotowe chińszczyzna z ryżem i jagnięciną – 5 AUD
Żel pod prysznic Nivea – 3 AUD
Mięso na grilla (steki wołowe) – od 5 do 10 AUD
Wino – od 5-6 AUD za butelkę (sklepy z alkoholem znajdują się zawsze blisko sklepów spożywczych)

Co jest drogie?
Piwo - od 3 do 5 AUD za butelkę 0,385 litra w sklepie, w pubie od 6 do 12 AUD za piwo.
Lody gałkowe – ok 6-8 AUD za porcję.

Reasumując – według naszej opinii do Australii z Polski nie opłaca się lecieć na mniej niż 3 tygodnie, bo przelot stanowi przeważającą część kosztów wycieczki (tak więc oszczędzajcie dni wolne :)). Finansowo wycieczka wyszła nas dużo korzystniej niż myśleliśmy, a nie unikaliśmy posiłków w knajpach czy napojów wyskokowych do kolacji po ciężkim dniu. Obawialiśmy się też, czy taki sposób podróżowania (czyt. kamper i kampingi) będzie dla nas odpowiedni i czy przetrwamy te trudy i znoje – pragnę uspokoić: da się przeżyć, a nawet jest bardzo wygodnie. :) Dość powiedzieć, że nie mówię 'nie' kolejnym wyprawom kamperem! Mało tego – zaczynamy planować trip wzdłuż zachodniego wybrzeża Australii. Może nie za rok, być może nie za dwa, ale kiedyś na pewno zbierzemy materiał na kolejną relację z kangurem w tle!
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
Raphael uważa post za pomocny.
 
 
#19 PostWysłany: 21 Sty 2019 22:06 

Rejestracja: 21 Sty 2019
Posty: 1
Super relacja, z niecierpliwością czekałam na kolejne odcinki. Niezwykle dokładna, obrazowa i z poczuciem humoru :-). Miło się będzie czytało kolejne !!!!
Góra
 Relacje PM off  
 
#20 PostWysłany: 05 Mar 2019 20:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 Lip 2014
Posty: 680
Loty: 65
Kilometry: 128 493
srebrny
Wow! Świetna relacja. Dużo wrażeń, wskazówek i inspiracji.

Jedyne, co mnie nieco "przybiło", to:
kasiak80 napisał(a):
W gratisie ostrzega nas przed … australijskimi insektami wielkości pchły (przynajmniej tak wyglądało to na zdjęciu, które pan nam pokazał – tak tak, mieliśmy darmową lekcję biologii :)) i sugeruje, by oglądać swoje nogi po wyjściu z plaży.
... noż wiedziałem, że jadowite pająki, parzące meduzy, żarłoczne krokodyle i agresywne rekiny... ale żeby jeszcze wszędzie-włażące insekty ... i jak tam się kąpać, opalać, tarzać w piachu :cry:
_________________
Moje relacje: Split 2017Słoneczny Brzeg 2018
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 20 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group