Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 18 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 24 Kwi 2022 12:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
Nepal, w stronę bazy Everestu.

Hej :)



Od stycznia kiedy wróciłem z Syrii kombinowałem jaki kolejny kierunek podróży obrać. Kilka propozycji było na kierunek znowu bliskowschodni jak Iran, ale z powodu Ramadanu i potencjalnych problemów gastronomicznych (nie mylić z gastrycznymi) uznaliśmy wspólnie, że trzeba znaleźć coś nowego. Jakby tylko na to czekając WizzAir otworzył nowe połączenie Katowice – Abu Zabi (zwana też trasą Katowice-Dubaj). Wiedząc, iż z Zjednoczonych Emiratów otwiera się dla nas nowy wspaniały szeroki świat zacząłem sprawdzać możliwości destynacji. Od dwóch lat w domowej biblioteczce leży książka o zachęcającym tytule „Wokół Manaslu i Everestu”. Po nitce do kłębka zaczął się zarysowywać końcowy cel – Nepal. Kraj, który jak się okazuje ma kilka naj-: najwyższa góra świata, najpiękniejsza góra świata, najniebezpieczniejsze lotnisko świata, najmilsi ludzie świata :D Odnośnie zaś celu ostatecznego to plan mieliśmy bardzo ambitny, czyli osiągnąć Bazę Everestu położoną lekko ponad 5300 m ponad poziom morza. Czy nam się udało? Jak to przebiegło i jakie są nasze odczucia? No to już dowiecie się z lektury poniżej :?: Uprzedzając tylko fakty dodam, że w trasę wyruszyliśmy z czterema plecakami bez tragarzy i przewodników, zgodnie z wielowiekową mądrością – martwić będziemy się później, ważne żeby mieć dolary przy sobie.

Odnośnie samego zakupu lotu do Emiratów to był to istny rollercoaster. Muszę przyznać, że decyzje węgierskiego przewoźnika kosztowały nas trochę nerwów. Pierwotnie lot kupiliśmy Katowice – Abu Zabi. Po dwóch tygodniach siadłem, żeby kupić kolejne połączenie Air Arabią Abu Zabi – Kathmandu. Nie wiem co się stało, ale przeglądarka wywaliła błąd przy płaceniu kartą kredytową. Olałem temat i postanowiłem, że kupię na spokoju wieczorem. Po 2 godzinach Wizzair anulował mi lot do Abu Zabi...Trochę nerwów, ale finalnie syn wynalazł, że lot z Katowic jest dalej dostępny tylko, że do Dubaju i to w cenie ponad 2x mniejszej. Kupiłem ten lot, a następnie połączenie FlyDubai do Kathmandu. Żeby nie było za miło po jakimś czasie zmienili ten lot i miejscem docelowym znowu zostało Abu Zabi. AirArabia podrożała, więc trzeba było szukać alternatywy. Na szczęście pomiędzy przylotem, a wylotem mieliśmy prawie cały dzień, więc spokojnie można było coś zorganizować. Są dwie opcje. Tańsza, czyli z terminalu 2, które nie ma metra przedostać się np. do metra i podjechać na stację autobusową i stamtąd na lotnisko oraz droższa, czyli taksówka. Wybraliśmy droższą i wygodniejszą.

Sam przylot bez większej historii, gdyż od razu z lotniska Abu Zabi wsiedliśmy do taksówki, która za 320 AED (350 zł) przewiozła nas w kierunku genialnego hotelu Rove Downtown z widokiem na Burj Khalifa w bardzo przystępnej cenie jak za 3 osoby. Hotel dodatkowo posiada coś co dla osób podróżujących z plecakiem jest czymś genialnym, bo całą salą z szafkami, w których można zostawić swoje rzeczy oraz 24h działającym sklepem.

Na sam Dubaj mieliśmy kilka godzin, więc tak naprawdę zobaczyliśmy właśnie najwyższy budynek świata i jego okolicę, kawałek Dubai Mall i zawijaliśmy się na lotnisko (przy okazji tego łażenia udało mi się zrobić wspaniałe zdjęcie z żoną w tle z Burj Khalifą, które wylądowało na tapecie telefonu :P).
Załącznik:
image003.jpg
Załącznik:
image005.jpg


FlyDubai to taki Pegasus dla Turkisha czy Vueling dla Iberii. Lot w stronę Katmandu oceniam bardzo pozytywnie, pomimo tego że trwał prawie 4h. W Nepalu wylądowaliśmy koło 20 wieczorem. W momencie kiedy taksówką przemieszczaliśmy się do hotelu na noc wróciły genialne wspomnienia z mojej 3-tygodniowej wyprawy po Azji dosłownie miesiąc przed covidem (dlaczego tego nie opisałem na fly4free to nie wiem, bo w sumie było super – od Singapuru po Wietnam).

Hałas, setki motorków, smog, mieszające się zapachy – nie każdy musi to lubić, ale w takiej turystycznej dawce przez jakiś czas dla mnie jest to coś wspaniałego. Hotel był bardzo miły, taki lokalny, ale oczywiście musiał się trafić jakiś „janusz” zarobku, który próbował mnie namówić na zorganizowanie wycieczki w stronę Everest Base Camp. Po dłuższych negocjacjach wyrzucił z siebie cenę 800 dolarów za osobę, co przy 3 osobach daje nam kwotę blisko 10000 zł. Nawet mnie to nie zdenerwowało, że aż tak chce mnie przelecieć wiadomo gdzie, ale wywołało mocny wybuch śmiechu. Generalnie rozstaliśmy się bez emocji, odpalił swój skuterek i pojechał w siną dal, a mi pozostała pewna doza niesmaku, że biorę hotel, a Ci mi naganiają jakiegoś biznesmena lokalnego.
Załącznik:
image006.jpg
Załącznik:
image007.jpg


Ranek dnia następnego to wczesna pobudka i znowu kierunek na lotnisko. Dlaczego znowu na lotnisko? Żeby dostać się na szlak mamy dwie drogi. Pierwszy to autobusem (chyba ponad 8h) do miejscowości Jiri i potem 3 dni z buta w kierunku Lukli, albo i to jest najczęstszy wybór zagranicznych turystów bezpośrednio samolotem do Lukli. Pomimo wysokiej ceny tych lotów, po prostu nie mogłem sobie odmówić tego przelotu traktując go jako naprawdę dużą atrakcję turystyczną. Wystarczy nadmienić, że lotnisko w Lukli jest jednym z najbardziej niebezpiecznych na świecie, a lata się tam małymi samolotami po około 20 osób na wysokość 2860 m n.p.m.
Start opóźnił się o około 2h, ale możemy uznać się za szczęściarzy, gdyż często loty w ogóle nie dochodzą do skutku i ludzie czekają np. Dzień czy też dwa, aż pogoda się poprawi. Sam lot przebiegał w pełnym zachmurzeniu, ale bez specjalnych turbulencji. Po 30 minutach w powietrzu mogliśmy się cieszyć z udanego lądowania, a nasza wyprawa oficjalnie została rozpoczęta.
Załącznik:
image008.jpg
Załącznik:
image009.jpg
Załącznik:
image010.jpg
Załącznik:
image011.jpg
Załącznik:
image012.jpg
Załącznik:
image013.jpg
Załącznik:
image014.jpg
Załącznik:
image015.jpg

Część osób wie, część osób może nie wie, ale przy takiej trasie nie liczą się kilometry do przodu, a bardziej to co robimy w górę. Przy tej wysokości dla ludzi z nizin jakimi jesteśmy my bardzo ważna jest dobra aklimatyzacja. Nasza droga rozpoczyna się z wysokości 2860 m co może samo w sobie nie nastręcza problemów, ale droga wyżej i przebywanie w niej powoduje jednak osłabienie naszego organizmu, a ilość tlenu na tej wysokości to 85% tej z poziomu morza. Może jednak po kolei. Dla porządku będę dzielił trasę na etapy.

Etap 1 – Lukla – Phakding.

Trasę można podzielić trochę inaczej, ale to jak ją robiliśmy jest chyba najpopularniejsza i dająca najlepszą możliwość aklimatyzacji. W samej miejscowości Lukla nie zatrzymaliśmy się ani na chwilę tylko od razu ruszyliśmy do miejscowości Phakding, która jest najczęściej wymieniana jako pierwsze miejsce aklimatyzacyjne. Nasza metoda na miejsca noclegowe była prosta – szukamy na miejscu. W trakcie drogi po raz pierwszy mogliśmy postawić nasze kroki na tych sławnych mostach rozciągniętych nad rzekami/przepaściami, a przyozdobione tradycyjnymi kolorowymi flagami. Radość z tego była ogromna. Pierwszy dzień to pierwszy kontakt z Jakami, osłami i innymi turystami, których jednak nie była aż tak dużo. Większość osób, które mijaliśmy w jedną czy drugą stronę szła w grupach zorganizowanych, osób takich jak my było może 10%, może mniej. Do Phakding doszliśmy po dosłownie paru godzinach nieśpiesznego marszu. Kilkadziesiąt budynków, które stanowiły bazę noclegową, kilka sklepów, irlandzki pub i piekarnia stanowiły całość. Często w lodge’ach (tak są nazywane) mieszkają też właściciele. Po kilku minutach chodzenia i wybierania zdecydowaliśmy się na położony w centrum, dość spory Bear Lodge albo Hotel Bear, ale z hotelem to nie ma nic wspólnego. Za łóżko zapłaciliśmy w przeliczeniu 3,20 zł (100 rupii). Na przyszłość szerpowie przyjmują taką taktykę, że jak jesz u nich to pokoje są dość tanie. Niestety im dalej w trasie tym jedzenie i przede wszystkim woda stają się droższe i droższe. Standard był mierny, odpowiadał tym trzem złotym. Łóżko twarde, równie dobrze mógłbym spać na podłodze. Prysznic dodatkowo płatny 300 rupii, położony na korytarzu. Noc zimna, w końcu jesteśmy na dość sporej wysokości, więc i warunki górskie. Generalnie te nocne zimno będzie nam już towarzyszyło, aż do samego powrotu, trzeba je zaakceptować. Pokoje nie są ogrzewane, jedyna nadzieja to dobry śpiwór i puchowa kurtka.
Noc niezbyt przyjemna, sen przerywany. Rano śniadanie, nie jakieś wybitne chyba jeśli dobrze pamiętam to ryż z warzywami i suchy tost. Jako, że mamy przesunięcie czasu o prawie 4h w stosunku do Warszawy to też wstajemy dość wcześnie. Finalnie zebraliśmy się z hotelu w drogę około godziny 8.
Załącznik:
image016.jpg
Załącznik:
image017.jpg
Załącznik:
image018.jpg
Załącznik:
image019.jpg
Załącznik:
image020.jpg
Załącznik:
image022.jpg
Załącznik:
image023.jpg
Załącznik:
image025.jpg
Załącznik:
image026.jpg
Załącznik:
image027.jpg
Załącznik:
image029.jpg
Załącznik:
image032.jpg
Załącznik:
image036.jpg
Załącznik:
image037.jpg
Załącznik:
image041.jpg
Załącznik:
sony012.jpg
Załącznik:
sony014.jpg
Załącznik:
sony015.jpg


Etap 2 – do Namche Bazaar.

Namche to największa miejscowość na trasie, miejsce dwudniowej aklimatyzacji. Zanim jednak tam dojdziemy to słów kilka o drugim dniu. Trasa prowadziła głównie przez las, ścieżki są wydeptane i właściwie nie ma możliwości się zgubić. Pierwsze dni naszej wyprawy to ciągła mgła i chmury. Drogę umila nam rozmowa, mijanie kolejnych mostów wiszących i wzajemne pozdrawianie się „Namaste” z innymi wędrowcami. Mijamy również miejscowość Monjo, w której to nabywamy za 3000 rupii od głowy pozwolenie na wejście do Parku Narodowego Sagarmatha. Na necie znajdziecie sprzeczne informacje odnośnie wyrabiania pozwolenia TIMS. Nic takiego nie jest Wam potrzebne, idziecie kupujecie wejściówkę i tyle. Ok, wracamy na szlak - raz pod górę, a raz z góry. Aż w końcu nadszedł czas na to co nadejść musiało. Podejście do Namche. 600 metrów cholernego podejścia na 3400 m n.p.m. Nogi nie wprawione, bo człowiek zawodowo nie chodzi po górach, tylko po bieżni na siłowni. Idziesz i idziesz, a jak już masz nadzieję, że się zbliżasz to finalnie jestem 100 metrów wyżej, a trasy na nawigacji nie ubywa. Muszę przyznać, że dało nam to strasznie w palnik. Podejście nie rzadko osiąga 30 stopni, wije się bez przerwy, a przechodzące Jaki wzbijają w górę kurz i pył, gdy przeciskają się obok Ciebie. Podchodzenie do Namche to katorga, gdy już myślisz że jesteś to jeszcze kolejny zakręt na klifie i kolejny. Jednak jest coś co tak naprawdę wynagradza każdy krok i wysiłek. Przepiękne widoki, niepowtarzalne i dodające energii. Gdy tylko zaczynamy się wznosić, mamy obraz na kanion, lasy i na coraz większe dzikie obszary. W końcu dochodzimy do samej miejscowości. Mnóstwo sklepów, hoteli, restauracji, straganów z rzeczami potrzebnymi przeciętnemu trekkerowi czy też wspinaczowi. Nogi cierpią mocno, a tu żeby dojść do naszego hotelu trzeba się wspiąć prawie na samą górę Namche. Panorama View Lodge, bo tak się nazywała nasza miejscówka była jedyną, którą pozwoliłem sobie zamówić wcześniej przez booking. Opinie miała zacne, widok również, cena była wyższa, ale zaufałem ocenie bookinga. Jak życie pokazało, była to jedna z najlepszych decyzji podczas wyjazdu. W końcu wdrapaliśmy się na górę, a przyjął nas przemiły szerpa Mingma. Hotel miał jak na tamtejsze warunki bardzo fajny standard, gdyż w pokoju posiadał gniazdka na prąd oraz koce elektryczne do grzania podczas spania. Dwie niby nic nieznaczące rzeczy, a tam na wagę złota :roll:
Załącznik:
image042.jpg
Załącznik:
image043.jpg
Załącznik:
image044.jpg
Załącznik:
image045.jpg
Załącznik:
sony060.jpg
Załącznik:
sony061.jpg


Etap 3 – dwa dni w Namche

Dwa kolejne dni spędziliśmy na zwiedzaniu Namche (które może duże nie jest, za to niesamowicie ciekawe) jedzeniu w hotelu, piciu dużych ilości wody oraz wyjściu aklimatyzacyjnym w górę. Odnośnie wody to w naszym hotelu woda kosztowała 50 rupii, podczas gdy na mieście już po 100 (3,2zł). Gdy jest się coraz wyżej woda jest naszym jedynym sprzymierzeńcem poza lekami w walce z uzyskaniem dobrej aklimatyzacji. Pić jej pod różną postacią trzeba co najmniej 4 litry. Muszę przyznać, że nie jest to proste tyle wypić przez dzień.
W ogóle to pierwsza noc w Namche okazała się dramatyczna jeśli chodzi o nasze odczuwanie wysokości. Głowa pulsowała niemiłosiernie, a sen przyszedł dopiero po zażyciu Ibupromu. Nałożyły się tutaj niewątpliwie dwie rzeczy. Wysokość, ale również brak rozwagi i nie zasłonięcie głowy. Pomimo tego, że było pełne zachmurzenie spaliliśmy sobie z synem karki i to naprawdę mocno. Pisząc to jestem od paru dni w domu, a kark mam dalej bardzo brzydko spalony. Człowiek uczy się na błędach, a tutaj nie ma kompromisów trzeba się zasłaniać albo mocno smarować kremem min. 50.
Jeśli chodzi o jedzonko to raczyliśmy się lokalnym Dal Bhaatem, chlebkiem tybetańskim (Szerpy jak zwał tak zwał) oraz pokaźnymi ilościami herbaty, która uprawiana jest tam bardzo obficie.
Wyjście aklimatyzacyjne zaliczyliśmy na wysokość 3800 m, po drodze mijając lotnisko Syngboche, gdzie gdybym szedł i nie wiedział że tam jest lotnisko to bym się nie domyślił. Równie dobrze mogła to być łąka. Wydaje mi się, że może przeżywać swój kres ze względu na wzrost znaczenia helikopterów w dostarczaniu turystów. Po drodze mijamy jeszcze budynek zwany Sagarmatha Next, który ufundowany został przez Szweda Gustafsona, którego mieliśmy przyjemność spotkać i zamienić kilka słów. Miejsce to jest ostoją dla artystów, którzy mogą tam przybyć i realizować swoje pomysły. Połączone to jest z koncepcją recyklingu, więc stojące tam twory często przybierają np. formę ptaka zbudowane z aluminiowych puszek. Idea słuszna i niech się rozwija, a sam park rzeczywiście jest czysty i zadbany. Można trafić oczywiście jakieś śmieci, ale są to przypadki naprawdę pojedyncze. Powrót do hotelu i Mingma zaproponował nam, że pokaże nam wspaniałe miejsce powiązane z kulturą wspinaczkową Polaków. 20 minut drogi od hotelu, w miejscu do którego nie ma szans, że trafilibyśmy sami znajduje się Memoriał poświęcony polskim wspinaczom, którzy stracili życie w Himalajach. Na pomniku widnieją takie nazwiska jak oczywiście Jerzy Kukuczka, Wanda Rutkiewicz, Tomasz Mackiewicz i wielu innych. Trochę to przygniębiające, że aż tyle osób poświęciło życie żeby osiągnąć swój cel, ale to był ich wybór i robili to co kochali, więc może niech to będzie osłodą tego gorzkiego miejsca.
Załącznik:
image047.jpg
Załącznik:
image048.jpg
Załącznik:
image049.jpg
Załącznik:
image050.jpg
Załącznik:
sony024.jpg
Załącznik:
sony029.jpg
Załącznik:
sony031.jpg
Załącznik:
sony055.jpg
Załącznik:
sony056.jpg
Załącznik:
sony057.jpg
Załącznik:
sony058.jpg
Załącznik:
sony059.jpg


Etap 4 – Deboche i hotel Rivendell (co to Anglia?)

Ten dzień na mapie przedstawiał się dość łatwo. Trochę pod górkę, potem z górki, a następnie dość mocno na 3867 m i 100 metrów w dół do Deboche. Po drodze właśnie na szczycie miał czekać na nas Monastyr Tengboche, obowiązkowy punkt do odwiedzenia.
Wcześniej jednak w związku z tym, że dokładne planowanie nie jest moją najmocniejszą stroną, wolę pewne rzeczy zostawić przypadkowi oraz temu że w hotelu na jedzenie wydałem więcej niż planowałem (a jedliśmy sporo) i przez brak komunikacji na trasie okazało się, że coś słabo stoimy z kasą. Przypominam, że byliśmy w górach, więc to nie tak że podskoczę do bankomatu. Popytałem trochę ludzi na szlaku, podobno za 2-3 dni w miejscowości Dengboche (nie mylić z Deboche) stoi najwyżej położony ATM na świecie – no dobra może akurat będzie działał. W trakcie wędrówki jednak po kolejnych konsultacjach okazało się, że jest też opcja chargebacku z terminali płatniczych. Trochę spokojniejsi ruszyliśmy dalej przed siebie. W Namche zostawiliśmy część niepotrzebnego bagażu w hotelu, w celu odebrania go później. Odciążeni raźniej stawialiśmy kroki zwłaszcza że było z górki. Pogoda dalej była nieprzyjazna, zachmurzone niebo nie pozwalało dojrzeć gór wokoło, a jak pokazała przyszłość było już co oglądać. Po drodze wyprzedzali nas ludzie z osławionej wyczynami Nepalczyka Nimsdaja Purji grupy Elite Expedition, którzy kierowali się albo do bazy albo w celu zdobycia Everestu. Jako, że nie jesteśmy profesjonalistami i mamy wywalone idziemy naszym nieśpiesznym krokiem. Oczywiście jak to zwykle, nie może być tak, że trasa jest łagodna. Na sam koniec musi Ci przywalić kolejne porąbane podejście tym razem już bezpośrednio do klasztoru Tengboche. Klasztor jest przepiękny, na myśl przywodzi filmy chińskie, w których występują klasztory w Tybecie. Czujemy pewien mistyczny spokój, po trochu spowodowany miejscem, ale też trochę dlatego, że w końcu wdrapaliśmy się na szczyt tego cholernego wejścia. Przy okazji udaje mi się – w końcu – wyjąć 10 000 rupii w lokalnym hotelu. Wychodzę szczęśliwy, że mamy te pieniądze i nagle oblewa mnie zimny pot. Gdzie mój plecak z lustrzanką. Trochę panikuję, zaczynam biegać wokoło, wpadam do miejsc w których byłem wcześniej. Chyba zmęczenie daje mocno o sobie znać, bo plecak zostawiłem z synem. Kilka głębokich oddechów, które przychodzą z trudnością, kilka pamiątkowych zdjęć na tle klasztoru i czeka nas 100-150 metrowe ostre zejście do Deboche. Jest pięknie, drzewa są jakby innego rodzaju, wiją się trochę jakby układane ludzką ręką tak jak drzewka bonsai. Krajobraz zmienia się. Na samym dole drzewa są gęste, a na gałęziach zwisa jakby zielony mech – ciężko to opisać słowami. Hotel Rivendell akurat ma wolne miejsca, chociaż przypadają nam w udziale te gorsze pokoje, gdyż lepsze idą do grup zorganizowanych. Powtórka z rozrywki, czyli jest zimno. Dobrze że chociaż materace są wygodne. Większość wieczoru spędzamy w jadalni/restauracji, gdzie centralnie położona koza daje ciepło na cały pokój i wszystkim tam zebranym. W ogóle jest to element łączący wszystkich, czyli wieczorne posiadówki w jedynym ciepłym miejscu w hotelu. Prysznica nie mamy zamiar brać, zbyt chłodno. Siedzimy sobie spokojnie w pokoju, przeliczam pieniądze. Dumam, dumam, kurde wyjąłem a i tak może zabraknąć. Woda jest droga, jedzenie też coraz droższe. W naszej miejscowości czegoś takiego jak "charge back" nie da się zrobić. Decyzja - wracam na górę do Tengboche. Idąc do góry spotykam zaprzyjaźnionego Amerykanina ze szlaku prosto z Bostonu. Chwilę podprowadza mnie do góry, ale że robi się ciemno to proszę go żeby już wracał do siebie do pokoju. Wspinam się powoli, aż w końcu już w ciemności dochodzę do celu. Idę do zaprzyjaźnionego hotelu i wypłacam tym razem dla pewności 20000 rupii, musi starczyć. Na dół wracam w totalnej ciemności dodatkowo pogłębionej przez opadającą mgłę. Dobrze, że w przypływie pragmatyzmu wziąłem ze sobą do Nepalu jedną latarkę czołówkę. W rękach mam dwa kijki trekkingowe, więc w razie czego łatwo swojej cnoty nie oddam, ew. tanio skóry nie sprzedam jak mawiał klasyk :mrgreen:
Totalnie zmęczony zasypiam dość szybko, a kolejny dzień to dość ważne miejsce na szlaku, bo dwudniowy postój w Pheriche.
Na koniec mała dygresja. Nie bardzo rozumiem sens zatrzymywania się w Deboche. Mała miejscówka z trzema hotelami i jednym sklepem. Owszem pięknie położona wśród drzew, ale tylko tyle. Dużo lepiej zostać na górze w Tengboche, bo mamy pod nosem piękny klasztor do zwiedzania i dwa fajne duże hotele, ew. jeśli ma się siłę to pójść pewnie z godzinę, półtorej dalej i mamy miejscowość Pangboche z gigantyczną ilością miejsc noclegowych, sklepów, a nawet szkołą. Obstawiam, że może tak być, że to jest kwestia dogadania się hotelu Rivendell z grupami zorganizowanymi i działań marketingowych. W sumie bez znaczenia, ale dzisiaj zrobiłbym to ciut inaczej.
Załącznik:
image052.jpg
Załącznik:
image054.jpg
Załącznik:
image055.jpg
Załącznik:
image056.jpg
Załącznik:
image058.jpg
Załącznik:
image059.jpg
Załącznik:
image060.jpg
Załącznik:
image063.jpg
Załącznik:
image064.jpg
Załącznik:
image065.jpg
Załącznik:
image067.jpg


Etap 5 – Pheriche i w końcu góry.

Ten dzień zapowiadał się na bardzo ciężki. Różnica poziomów 500 metrów i cały czas pod górę. Finalnie w Pheriche przewidziane mieliśmy dwa dni aklimatyzacyjne. Dalej pochmurnie, ale jako że jest już wyżej coraz częściej mamy słońce i musimy uważać na poparzenia. Idziemy ubrani w kurtki przeciwdeszczowe, opatuleni chustami i w okularach przeciwsłonecznych. Wystawienie kawałka skóry powoduje szybkie opalanie się, a w efekcie wiemy że potem będzie bolało. Szczególnie w palnik dostaje zewnętrzna strona dłoni, która wystawia się do słońca podczas opierania się na kijkach. Krajobraz bardzo powoli zmienia się. Im wyżej tym mniej drzew i krzewów, a pozostaje goła ziemia z trawą. Cały czas zbliżamy się do pozostałości lodowca. Trasa jak to trasa głównie mozolne kroki pod górę. Na przestrzeni 9 kilometrów mamy 500 metrów podejścia. Zawsze przed wyruszeniem w drogę mówiłem sobie, że spoko dzisiaj luźniej, ale za każdym razem okazywało się to nieprawdą. Jest ciężko, bo jest coraz wyżej. Ostatnie 20% trasy to teren głównie łąkowo-kamienny, przy okazji pod koniec zerwał się potężny wiatr, prawie wichura. Plusem było to, że waliło w plecy. Trochę czułem się jak na planie Hobbita, gdzie uciekali przed Wargami w jednej ze scen. Wszyscy wokół nas już wyraźnie zmęczeni, ciężko stawiają kroki. Nawet szerpowie noszący na plecach swoje bagaże przystają dość często. W pewnym momencie ścieżka rozdziela się i 90% osób odbija w prawo do Dengboche. Jest to sąsiednia miejscowość do Pheriche, trochę od niej większa. Od czasu trzęsienia ziemi zyskuje na znaczeniu ze względu na to, że ma większą bazę noclegową. Jako, że jeszcze w Namche dostaliśmy polecenie od naszego przyjaciela Szerpy z hotelu na konkretny hotel odbijamy w lewo, a szlak staje się opustoszały. W końcu wchodzimy na punkt widokowy i widać z niego już Pheriche. Jest to złudne, bo to że widać miejscowość nie oznacza, ze jest blisko. Droga trwa jeszcze ze 2 godziny stromym zejściem, a potem znowu podejściem, które doprowadza nasze zmęczone nogi do szaleństwa. Okolica jest mocno zmieniona, jest pusto, trochę księżycowo. Jesteśmy otoczeni z dwóch stron górami, a idziemy jakby doliną, którą pewnie tysiące lat temu cofał się lodowiec. W końcu udaje nam się osiągnąć nasze miejsce noclegowe Himalayan Lodge. Pierwsze co robimy po zrzuceniu plecaków to zamawiamy jedzenie u miłej właścicielki doskonale mówiącej po angielsku. Pokój jest w dobrej cenie, płacimy za niego 1000 rupii za 3 osoby. Niestety ceny wody oscylują w granicach 250 rupii za litr – to już sporo. W pokoju bez szału, ale mamy podwójne łóżko, to duży plus bo można spać obok siebie i dzięki temu jest cieplej.
W Pheriche syn namierza pewnie najbardziej znanego obecnie wspinacza na świecie Nimsdaia Purję. Idzie po zdjęcie, którego finalnie nie dostaje, bo typ odmawia – trochę słabe. Zrozumiałbym jakby mi odmówił, ot stary chłop zawraca dupę, ale dzieciak 16 letni? Słabe, ale niech spada :shock:
Pierwszy wieczór w Pheriche i w końcu cholerne chmury ustępują. Po raz pierwszy możemy podziwiać najpiękniejszą górę świata Ama Dablam (najpiękniejsza w opinii wielu osób i rankingów). Większość obecnych w jadalni łapie za aparaty i wyskakuje na zewnątrz robić zdjęcia – wszyscy jedziemy na tym samym wózku, codziennie widujemy te same osoby, które mijają nas na szlaku.
Noc przebiega w miarę dobrze, sen jest długi i mocny. Jesteśmy chyba dobrze zaaklimatyzowani, owszem ciężej się oddycha i trochę ciężej myśli, ale ogólnie wszystko w normie. Kolejnego dnia robimy wyjście aklimatyzacyjne na pobliskie wzgórze. Finalnie można tam osiągnąć 5037 metrów, ale my dochodzimy do 4800 m. Powodem jest jednak brak sił spowodowany dniem wcześniejszym, ale również fatalnym wiatrem, który zaczął nawiewać brzydkie chmury z dolnych partii. Zanim to jednak nastąpiło możemy podziwiać wprost wspaniałe i zapierające dech w piersiach widoki na Ama Dablam oraz Iceland Peak. W słowa tego nie ubiorę, bo jest to przeżycie wyjątkowe. Ta przestrzeń i potęga tego co nas otacza. Do hotelu wracamy wcześnie po południu i co robimy? Oczywiście, że jemy :) Reszta dnia upływa na ocieplaniu się w jadalni, a sen morzy nas koło dwudziestej.
Załącznik:
image069.jpg
Załącznik:
image070.jpg
Załącznik:
image071.jpg
Załącznik:
image074.jpg
Załącznik:
sony003.jpg
Załącznik:
sony001.jpg
Załącznik:
sony004.jpg
Załącznik:
sony006.jpg
Załącznik:
sony008.jpg
Załącznik:
sony010.jpg
Załącznik:
sony016.jpg


Etap 6 – do Lobuche, to nie przelewki.

Ranek jak to ranek, wstajemy, przepakowujemy rzeczy, uzupełniamy wodę na drogę, jemy śniadanie. W Pheriche w Himalayan zostawiamy kolejne rzeczy, żeby odciążyć plecaki. Dziwne jest to, że po założeniu na plecy nie są lżejsze.
W moim osobistym odczuciu ta trasa podobała mi się najbardziej. Była ze wszystkich najcięższa, ale też miała coś w sobie unikatowego. Idzie się jakby kanionem, za przyrodę robią tylko kępy trawy i skały. Podejście jest dramatyczne bo z 4200 m wchodzimy na 4930. 730 metrów w ciągu jednego dnia to katorga, a tlenu brakuje. Pierwsze 3 kilometry to podejście na poziomie 5-10 stopni, więc dość rekreacyjnie. Droga jest szeroka, wydeptana, a widoczność idealna. Słońce praży niemiłosiernie, więc każdy skrawek skóry zasłaniamy bardzo dokładnie. Idzie się monotonnie, krok za krokiem nie myśląc w sumie o niczym, bo tak jest wygodniej. W pewnym momencie łączy się z nami ścieżka z Dengboche i ludzi na szlaku mocno przybywa. Po pewnym czasie na wzniesieniu jesteśmy świadkami gigantycznego cmentarzyska. Składa się ono z kamiennych memoriałów upamiętniających tych, którzy zginęli w Himalajach. Pomników są setki i z każdego zakątka świata. Dobrze, że pamięć o nich przetrwa w tym miejscu.
Idąc dalej mijamy osuwisko kamienne przez które płynie rzeka. Najpierw mocno w dół, następnie przez prowizoryczny mostek zbudowany chyba też między innymi ze starych drzwi i bardzo mocne podejście do góry. Na górze czeka na nas kilka sklepów, ale omijamy je szerokim łukiem bo woda kosztuje 300 rupii (10 zł). I znowu mocne podejście, które po dłuższym czasie wyrównuje się i idziemy zboczem a po naszej lewej stronie mamy wprost księżycowe obrazy. Po lewej dostrzegamy kilkadziesiąt pomarańczowych namiotów, nie jestem pewien co to było, być może Lobuche Base Camp. Stąd już tylko rzut beretem do celu, czyli Lobuche.
Cztery lub pięć hoteli i kilka budynków składa się na obrazem tego miasteczka. Nasz wybór padł na bardzo popularny lodge New EBC. Można powiedzieć, że mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu, bo pokój braliśmy jak to my „na bieżąco”, a udało się dorwać najcieplejszy pokój w najzimniejszym miejscu na całym szlaku. Było to spowodowane tym, że znajdował się prawie bezpośrednio nad jadalnią i ciepło z dołu przenikało do góry. Owszem słychać było głosy ludzi, ale uwierzcie, że nie ma to żadnego przełożenia w tamtych warunkach. Mieliśmy szczęście.
Byliśmy okrutnie zmęczeni. Jedzenie wymęczyliśmy, a wodę wlewaliśmy w siebie na siłę. Poszliśmy spać bardzo wcześnie bo chyba koło 18-19. I tu się właśnie zaczęło. W nocy dopadły żonę duszności. Muszę przyznać, że i ja przez 3h nie mogłem spać ze względu na problemu z oddychaniem. Znajdowaliśmy się na 5000 m n.p.m i ilość tlenu jest już mocno ograniczona. Saturację mieliśmy na poziomie 82-85. Tylko syn spał dość dobrze, widocznie młody organizm szybciej i sprawniej się adaptuje do tych warunków.
W pewnym momencie łapałem oddech z pewną trudnością, nie miałem takiego odczucia że jestem w stanie „napełnić” się powietrzem, wszystko działało na połowie wydajności. Z tego co widziałem z żoną było jeszcze gorzej. W środku nocy podjęliśmy decyzję, że wracamy w dół. Żeby dojść do bazy Everestu potrzebowaliśmy jeszcze ekstra dnia na aklimatyzację, a ze względu na loty tego dnia nie mieliśmy.
Załącznik:
sony011.jpg
Załącznik:
sony013.jpg
Załącznik:
image083.jpg
Załącznik:
image087.jpg
Załącznik:
image088.jpg
Załącznik:
image089.jpg
Załącznik:
image091.jpg
Załącznik:
image095.jpg
Załącznik:
image094.jpg
Załącznik:
image093.jpg
Załącznik:
image096.jpg
Załącznik:
image097.jpg
Załącznik:
image098.jpg


Etap 7 – Czas iść w dół

Rankiem z synem udałem się jeszcze na pobliskie wzgórze, żeby osiągnąć po raz pierwszy w życiu ponad 5000 metrów. Udało się. Kroki na to wzgórze stawiałem troszkę jakbym był pijany. Na wzgórzu chwila radości, że zrealizowaliśmy jakiś tam plan i powrót do hotelu. Plecaki w dłoń i idziemy do dołu.
W dół jak to w dół szło się bardzo przyjemnie, a każde dziesięć metrów powodowało, że organizm pracował lepiej i lepiej. Pogoda nam sprzyjała. O ile pierwsze dni były do niczego, bo ciągle chmury to teraz mieliśmy przed sobą piękne niebieskie niebo i mocno prażące słońce.
Pomimo niezrealizowania jakiegoś tam planu byliśmy bardzo zadowoleni. To były trudne dni, pełne ciągłego parcia pod górę. Spędziliśmy czas w sposób zupełnie inny niż zazwyczaj i mieliśmy możliwość obserwowania miejsca, które jest niewątpliwie unikatowe. Jednakże trochę uprzedzam fakty. Trzeba jeszcze wrócić w dół. Przez ten dzień chcieliśmy dotrzeć do Namche Bazar co nawet w oczach doświadczonych piechurów myślę, że budziło pewne zwątpienie. Trasa liczyła 27 km i z tego co może wynikać była łatwym spacerkiem w dół. Niestety jak to zwykle, tak nie było. Owszem sumarycznie droga w dół miała 3x więcej metrów niż droga pod górę, ale jednak co chwilę były jakieś podejścia na poziomie 20-30 stopni, które wyrywają z Ciebie resztki energii.
Po drodze w Pheriche odebraliśmy nasze rzeczy przez co plecaki stały się znowu cięższe. Reszta drogi to mozolny powrót z tym zasranym, dramatycznym wprost, końcowym podejściem do Namche Bazar. Coś okropnego i nieludzkiego. Na początku jest fajnie, bo schodziliśmy pewnie 600 metrów w dół, ale za chwilę musieliśmy odrobić prawie to samo pod górę. Do Namche dotarliśmy koło 20, pewnie jakąś godzinę po zapadnięciu ciemności. Znowu uratowała nas latarka czołówka. W Panoramie, czyli naszym wcześniejszym hotelu zostaliśmy ciepło przywitani przez właściciela, jego matkę oraz chłopaka, który obsługuje salę, a także starszego Brytyjczyka, który w Nepalu siedział już 6 tygodni. Na miejscu Mingma przebookował nam lot powrotny z Lukli do Katmandu na 2 dni wcześniej. Pogoda dopisywała, więc lot powinien odbyć się bez przeszkód. Do plecaków wylądowała kolejna porcja rzeczy, które zostawiliśmy kilka dni temu. Ostatni etap drogi zapowiadał się na wyjątkowo ciężki. Naszym sprzymierzeńcem był fakt, że byliśmy coraz niżej i tlenu po aklimatyzacji mieliśmy pod dostatkiem. Droga bez historii, parcie do przodu, a w Lukli byliśmy już dawno po zmierzchu. Z polecenia udaliśmy się do Namaste Lodge, które okazało się naprawdę miłym miejscem w dobrych pieniądzach. Kolejnego dnia pobudka czekała nas już o 6:30 rano, gdyż na 7 musieliśmy być na lotnisku. Na lotnisku w Lukli nie oczekujcie jednak jakiegoś sensu. Samoloty przylatują i wylatują jak chcą. Przez godzinę nie działo się nic, żeby potem jeden po drugim wyruszyły 4 samoloty. Nas to szczęście spotkało dopiero o 9.
Lot był ciężki, samolotem momentami mocno telepało, wydaje mi się, że raz leciał jakby po skosie, w sensie do przodu, ale dziobem przechylonym w prawo :roll: Mam doskonałe nagrania z tego lotu, gdyż pogoda sprzyjała. Po naszej prawej stronie widniały potężne szczyty Mount Everestu, Lhotse, Czo Oju. Po 30 minutach wylądowaliśmy w Kathmandu, w prawie 30 stopniach ciepła. Zapowiadały sie dobre dwa kolejne dni :arrow:
Załącznik:
image100.jpg
Załącznik:
image101.jpg
Załącznik:
image102.jpg
Załącznik:
image104.jpg
Załącznik:
image105.jpg
Załącznik:
image106.jpg
Załącznik:
image107.jpg
Załącznik:
image108.jpg
Załącznik:
image139.jpg
Załącznik:
image140.jpg
Załącznik:
image141.jpg


Etap 8 – Kathmandu, czyli motorki, tłumy, zabytki i smród zwłok

Po wyjściu z lotniska szybkie negocjacje z taksówkarzem i za 500 rupii jechaliśmy w stronę dzielnicy Thamel do naszego hotelu. Muszę sam przed sobą przyznać, że udało się trafić przecudowny hotel Norbulinka Boutique. Przestronne pokoje, doskonały wprost widok z okna, bardzo smaczne jedzenie i bardzo miła obsługa. Pierwszy dzień w Kathmandu to dochodzenie do siebie, spanie i wieczorne chodzenie po okolicy.
Stolica Nepalu to niesamowite miejsce. Gigantyczny ruch zarówno ludzi jak i maszyn, niesamowita mieszanka ludzi o hinduskiej i chińskiej urodzie. Nic dziwnego biorąc pod uwagę położenie pomiędzy tymi dwoma mocarstwami. Ceny w porównaniu z Khumbu Valley stały się mocno przystępne. Nareszcie trochę spokoju i regeneracji.
Drugiego dnia z samego rana udaliśmy się do Bhaktapur w Kathmandu Valley wpisane na listę UNESCO. 12-wieczne miasto o niesamowicie unikalnej architekturze, osobiście byłem zachwycony tym miejscem. Warto dodać, że byliśmy tam dzień po Nowym Roku 2079 w Nepalu :lol:
Na miejscu spotkaliśmy sporo turystów, ale głównie lokalnych, mało było turystów zagranicznych. Spędziliśmy tam około 4 godzin, a z takich naprawdę ciekawych rzeczy to byłem świadkiem małego koźlątka, które prowadzili na ołtarz żeby je poświęcić. No i poznałem bardzo ciekawie ulokowanego menela, który nawet przez sen miał odruch bezwarunkowy wyciągania zakrwawionej ręki po dutki :!:
Załącznik:
sony033.jpg
Załącznik:
sony035.jpg
Załącznik:
sony036.jpg
Załącznik:
sony037.jpg
Załącznik:
sony038.jpg
Załącznik:
sony039.jpg
Załącznik:
sony041.jpg
Załącznik:
sony042.jpg
Załącznik:
sony043.jpg
Załącznik:
sony045.jpg
Załącznik:
sony046.jpg
Załącznik:
sony047.jpg
Załącznik:
image117.jpg


Wróciliśmy do hotelu, zjedliśmy genialną wprost tikki masalę (hotelowy kucharz to geniusz), przespaliśmy się i ruszyliśmy do Swayambhunath, zwanego też Monkey Temple. Trafiliśmy na jakieś gigantyczne święto, czy też festiwal. Ludzi było co niemiara. Kojarzycie festyny lipcowo-sierpniowe na wsiach? To przemnóżcie to przez 1000 i wyjdzie co tam się działo. Osobiście bardzo mi się to podobało, było głośno, różnokolorowo, śmierdziało wszystkim co się da. Powoli wspinaliśmy się na górę świątyni, a przypominało to najlepsze podejścia na trasie do EBC ;) (po drodze musieliśmy jeszcze kupić bilety – 1000 rupii). Wokół ludzi naprawdę biegało mnóstwo małp. Piły z butelek, przeszukiwały śmieci, żebrały o jedzenie – generalnie śmieszne doświadczenie. Na samym szczycie ludzie modlili się wokół majestatycznej stupy Buddy. Pokręciliśmy się tam jakiś czas i po raz kolejny wróciliśmy do hotelu. Wieczór upłynął na krótkim spacerze w okolicach hotelu, a spać poszliśmy około 20.
Kolejny dzień to wizyta w hinduskiej świątyni Pashupatinath. Jest częścią Kathmandu Valley wpisanej na UNESCO. Nie spodziewałem się niczego po tym miejscu, ale to co zobaczyłem wbiło mnie w podłogę. Po ujściu może 30 metrów od wejścia naszym oczom ukazały się stosy na których paliły się ludzkie zwłoki. Mieliśmy szczęście, bo akurat na pierwszym z nich zaczął się rozpalać świeży trup, dopiero co zmarły rano :mrgreen: Smród też był dośc intensywny, a dym gryzący i przyprawiał o lekkie mdłości. Idąc dalej po schodach trafiliśmy na trochę agresywne małpy domagające się od nas pożywienia. No muszę przyznać, że trochę mnie pokonała ta świątynia i jak Indie okażą się podobne to nie wiem jak ja zwiedzę ten kraj :)
Załącznik:
sony053.jpg
Załącznik:
sony052.jpg
Załącznik:
sony051.jpg
Załącznik:
image116.jpg
Załącznik:
image118.jpg
Załącznik:
image121.jpg
Załącznik:
image123.jpg
Załącznik:
image127.jpg


Wyszliśmy dość szybko po drodze przechodząc po raz kolejny po rzece, która niemiłosiernie waliła gównem. Szybka taksówka i udaliśmy się do największej stupy w Nepalu, czyli Swayambhunath. Oczywiście szybkie bileciki po 1000 rupii za głowę – nie odpuszczają i twardo pilnują :evil: (chociaż taki protip jak się dobrze pochodzi to można się wślizgnąć z jednej z bocznych uliczek). Stupa robi wrażenie, jest monumentalna i wspaniale wygląda w promieniach słońca. Jest położona wewnątrz okrągłęgo rynku, na którym znajdziemy sklepiki z pamiątkami.
Chwilę pochodziliśmy i zawinęliśmy się w stronę Durbar Square. Korek w okolicy był niemiłosierny, a ludzi dziesiątki tysięcy. Radośnie chciałem wkroczyć na plac a tu zonk, kolejne 1000 rupii. Tego było już za dużo, ciągle tylko płać i płać, a wszyscy wokół pakują się za darmo. Pochodziliśmy trochę wokoło. Architektura jest prawie taka sama jak w Bhaktapurze. Od placu do hotelu mieliśmy 25-30 minut, które pokonaliśmy na piechotę przebijając się przez tłumy ludzi i motocykli.
Załącznik:
image129.jpg
Załącznik:
image130.jpg
Załącznik:
image131.jpg
Załącznik:
image132.jpg


Rutyna wieczorna, czyli jedzonko, spanko i następnego dnia rano udaliśmy się na lotnisko i odlecieliśmy FlyDubaiem w siną dal. Tutaj tak na szybko dodam, że FlyDubai poleciał sobie w kulki, bo cwane stewardessy zablokowały dojścia do kibla z przodu tłumacząc, że to dla nich. Co byście zrobili bo ja zbieram się do napisania skargi na takie praktyki, zwłaszcza że miałem rząd 7 czyli 4 metry do niego, a musiałem pałować na koniec samolotu?
W Dubaju mieliśmy trochę czasu, więc poszliśmy do Dubai Mall, który muszę przyznać, że jest spoko, a pobyt w galeriach raczej ciężko znoszę :(
Taksówka do Abu Zabi i 6-godzinny (sic!) lot do Katowic.

Etap 9 – podsumowanie.

Wspaniała to była przygoda. Ciężka i pod górkę, ale widoki i możliwośc takiego bezrozumnego parcia do przodu wynagradza wszystko. Trochę żal tego ostatniego kroku, ale z powodów które już opisałem czasem tak bywa. Nie miałem na to parcia, był to cel który nie musiał być osiągnięty, to nie zawody ;)
Polecam Nepal z całego serca. Serdeczni ludzi, ceny to śmiech na sali (poza Khumbu Valley gdzie jest drogo ze względu na to, że wszystko jest targane siłą nóg, Jaków lub helikoptera). Miks kulturowy, fajne jedzenie, można z Nepalu zaatakować Indię, Bhutan (drogo) etc. No z minusów to te ciągłe zimno w nocy na trasie.
Poszło chyba 10 stron A4, jak ktoś przebrnął to szacunek i do następnej wyprawy! :)


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045


Ostatnio edytowany przez irae 31 Maj 2022 18:45, edytowano w sumie 3 razy
Góra
 Relacje PM off
43 ludzi lubi ten post.
12 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 24 Kwi 2022 14:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6357
HON fly4free
Wspaniała sprawa! Ja sam bym nie podołał (cholera wie, czy z lenistwa, starości, czy po prostu wygodnictwa), ale dzięki tej relacji poczułem, jakbym tam był. Zwłaszcza nad tą rzeką gównem cuchnącą :D
Jak nie Syria, czy Irak, to teraz Nepal... Co będzie kolejne?
Góra
 Relacje PM off
katka256 lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 24 Kwi 2022 14:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
@tropikey dziękuję bardzo i cieszę się, bo starałem się przedstawić trip w miarę obrazowo :)

Już mam określony kierunek, moja ukochana część świata :P
Boję się tylko, że przez zawirowania z kontrolerami lotów odwołają mi lot do Paryża i jak tam nie dolecę to jestem w dupie ...
_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045
Góra
 Relacje PM off  
 
#4 PostWysłany: 24 Kwi 2022 14:42 

Rejestracja: 01 Kwi 2012
Posty: 3290
srebrny
w tej rzece parenascie metrow nizej widzialem jak robili pranie... swietna wyprawa!
Góra
 Relacje PM off  
 
#5 PostWysłany: 24 Kwi 2022 15:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Maj 2016
Posty: 982
Loty: 133
Kilometry: 239 369
platynowy
Super relacja. Właśnie zgrywam też swoje fotki i wracają niedawne wspomnienia :).

Wygląda na to, że minęliśmy się w poniedziałek o włos na lotnisku w KTM.
_________________
Wasil10

Relacja Brunei, Singapur, Malezja
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 24 Kwi 2022 19:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
@wasil10

Dziękuję :)

o 9 miałem wylot z KTM :)
_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 25 Kwi 2022 02:21 
Moderator forum
Awatar użytkownika

Rejestracja: 16 Wrz 2011
Posty: 2320
Loty: 207
Kilometry: 242 241
Świetna relacja, gratuluje wyprawy :) Zazdroszczę lotów Katmandu-Lukla-Katmandu, zdradzisz jaka cena przelotów?
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 25 Kwi 2022 07:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
@klapio

Dziękuję bardzo :)
Jasne to nie tajemnica i wydaje mi się, że te ceny są stałe - w obie strony KTM-Lukla zapłaciłem 331 euro za osobę :) (linia Yeti Arilines, czyli Tara - sugerowałem się tym wyborem bo mają fajnie rozwiniętą stronę online i mogłem wszystko zdalnie zrobić)
_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045
Góra
 Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#9 PostWysłany: 26 Kwi 2022 18:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
Tradycyjnie pozwalam sobie dorzucić zdjęcia w czarnobieli dla innego zobrazowania Nepalu :)

Załącznik:
Nepal_2022_8.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_23.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_41.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_76.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_93.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_113.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_164.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_194.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_268.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_305.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_316.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_322.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_334.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_375.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_392.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_398.jpg
Załącznik:
Nepal_2022_410.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 08 Maj 2022 17:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
No to przychodzę do Was z odcinkiem 1 filmu z Nepalu :)
W tym odcinku troszkę mniej Nepalu, bo jeszcze załapaliśmy się na Dubaj, więc mam nadzieję że będzie spoko ;)



pozdro :)
_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045
Góra
 Relacje PM off
katka256 lubi ten post.
 
 
#11 PostWysłany: 08 Maj 2022 21:35 

Rejestracja: 04 Cze 2012
Posty: 3911
Loty: 350
Kilometry: 796 591
srebrny
ile w sumie dni byliście w Nepalu i ile dni trwała wyprawa w górach EBC? Ile byś polecał po swoim doświadczeniu?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 09 Maj 2022 08:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
@maxima

EBC zajął nam 10 dni bez bazy, więc w sumie bez aklimatyzacji dobrze jest liczyć te 11-12 dni (zależnie od formy i tego jak głowa zareaguje).
w Nepalu wyszło nam 14 dni, ale byliśmy tylko w Katmandu resztę dni + okoliczne UNESCO.
_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045
Góra
 Relacje PM off  
 
#13 PostWysłany: 13 Maj 2022 14:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 01 Cze 2012
Posty: 498
niebieski
@maxima nieśmiało polecę swoją relację.

nepal-czyli-treking-nie-taki-straszny-jak-go-maluja,215,128534
_________________
Droit au but!

Image
Góra
 Relacje PM off
maxima lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 17 Maj 2022 17:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
Odcinek 2 :)
W nim to ruszamy na szlak do Phakding oraz najniebezpieczniejsze lotnisko świata w Lukli :)

_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045
Góra
 Relacje PM off
katka256 lubi ten post.
 
 
#15 PostWysłany: 21 Maj 2022 18:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
Odcinek numer 3 :)
Droga do Namche Bazar, coraz wyżej coraz ciężej :)

Zapraszam do obejrzenia jak zawsze gorąco :P

_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#16 PostWysłany: 26 Maj 2022 18:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
Nie śpię tylko montuję filmy :P
od 3400 m do 4300 - żarty się skończyły :) Coraz mniej tlenu, nachylenie do Pheriche naprawdę daje w kość, ale te widoki - niepowtarzalne. Tyle jaków i osiołków już w życiu nie zobaczę w takim krótkim czasie :lol:
Zapraszam gorąco jak zawsze :)

_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045


Ostatnio edytowany przez irae, 26 Maj 2022 22:22, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
TIT lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 26 Maj 2022 18:37 

Rejestracja: 23 Wrz 2019
Posty: 60
Loty: 11
Kilometry: 28 459
👍👍👍👍👍👍
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
irae lubi ten post.
 
 
#18 PostWysłany: 31 Maj 2022 18:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Kwi 2012
Posty: 149
Loty: 67
Kilometry: 148 939
srebrny
5 odcinek i chyba najlepszy :)
Wysokość ponad 4500 metrów, strasznie polecam ;)

_________________
Relacja roku 2021 >>https://www.fly4free.pl/forum/irak-z-rodzina-tego-jeszcze-nie-grali-mnostwo-fot,214,161081 < Zapraszam!
Syria > syria-piekna-czy-bestia,214,163045
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 18 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group