Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 26 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 06 Sie 2020 00:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 307
srebrny
@bedbo, jak to : BEZ emotek???? :/ :/ :/ :D Mam wrażenie, że nadal ich nadużywam :D A poganianie jest nawet wskazane - czasami ciężko się zebrać do pisania. Dziękuję :)

Luang Prabang 2

Podobno jest najpiękniejszym miastem Laosu - rzeczywiście, jest tu co zwiedzać. Kolonialne wille, odrestaurowane pałace, złocone świątynie, a wszystko tonie w zieleni i spokoju.

Image

Zatem zwiedzaliśmy. Zwiedzaliśmy tak intensywnie, że, wybaczcie, pomieszały mi się wszystkie świątynie i ich nazwy i teraz trochę się obawiam opisywać poszczególne zdjęcia :/ :D

Image

Z całą pewnością byliśmy w Wat Mai Suwannaphumaham, oficjalnym sanktuarium rodziny królewskiej i z całą pewnością zapłaciliśmy za wejście 10 000 LAK. Natomiast co do zdjęcia już takiej pewności nie mam :/ :D

Image

Podejrzewam, że to ona, bo w przewodniku jest napisane "najbardziej zwraca uwagę pięciokondygnacyjny dach", natomiast na Waszym miejscu nie przywiązywałabym się zbytnio do zestawienia tego obrazu z nazwą, bo :

Image

ta, na upartego, też ma pięć kondygnacji :/ :D Może pozostańmy zatem przy innym opisie : w Luang Prabang jest mnóstwo świątyń. I są przepiękne. Szczerze. Przepiękny jest też podobno Pałac Królewski - tego, niestety, nie mogę szczerze potwierdzić, ponieważ był zamknięty (z powodu dziwnych godzin otwarcia dla zwiedzających - trafiliśmy akurat na jakąś przerwę).

Za to udało się nam wejść na wzgórze Phu Si, znajdujące się w pobliżu pałacu (20 000 LAK). Droga prowadzi między małymi świątyniami i posągami Buddy i nie jest trudna, wzgórze ma około 100 metrów wysokości. Natomiast na szczycie wznosi się złocona stupa i coś w rodzaju tarasu, z którego można podziwiać taki oto widok :

Image

Panorama Luang Prabang. Podobno najpiękniej wygląda podczas zachodu słońca :)

Image

Niestety, ze względu na dużą ilość turystów, którzy pragną podziwiać widoki ze wzgórza, na szczycie kwitnie też handel "dobrymi uczynkami". A cóż może być lepszym uczynkiem, niż "uratowanie" życia jakiejś istocie? Przed tarasem można więc zakupić malutkie klatki z szamoczącymi się i przestraszonymi ptaszkami. Następnie klatkę się otwiera, ptaszki wypuszcza na wolność - przy okazji szarpiąc i popychając - i już, dusza zbawiona. A to, że za chwilę ptaki ponownie są łapane i wciskane do malutkich pudełeczek, w których spędzają większą część życia, zupełnie się przecież nie liczy.

Image

Luang Prabang ma wszystko, co potrzeba turyście. Są piękne widoki, jest Mekong, mnóstwo świątyń, są restauracyjki, śliczne, małe uliczki, którymi można spacerować, napawając się klimatem. Ma też komary i upał, ale tego tematu lepiej nie poruszajmy :/ :D

Image

Dlatego cały czas nie mogłam zrozumieć, o co mi chodzi. Czemu cały czas czuję się jak na wycieczce zorganizowanej przez biuro podróży i dlaczego w kółko powtarzam w myślach : to nie jest "mój" Laos :/

Image

Wszystko było "za bardzo". Za bardzo poukładane, za bardzo idealne - hmmm, trudno to wyjaśnić. Choć z drugiej strony bardzo łatwo : możliwe, że po prostu jestem marudą :/ :D

Image

Na szczęście jest jedno miejsce, które zawsze poprawia mi humor :D Nocny targ. Ten był wyjątkowy. A właściwie wyjątkowe było jedno, szczególne stoisko - gdy zapłaciłeś 15 000 LAK, dostawałeś miskę, do której mogłeś napakować, co tylko ci się zmieści z potraw wegetariańskich wyłożonych na stole. Mi np. zmieściło się bardzo dużo, bardzo (ale trochę podtrzymywałam palcem :D Bardzo smaczne :)

Image

Świątynie, świątyniami, ale w Luang Prabang przede wszystkich chcieliśmy zrobić pewną rzecz. Właściwie to był jeden z głównych powodów, dla których tu przyjechaliśmy. Wprawdzie trochę się obawialiśmy, czy damy radę - kondycyjnie i finansowo - ale zaraz po przyjeździe do miasteczka, wybraliśmy się na poszukiwanie agencji, która organizuje trekking przez dżunglę, do wiosek plemiennych. Okazało się, że jak chodzi o obawy finansowe, to nie trzeba się zbytnio martwić - agencje oferują tak wiele różnych wariantów (cena w zależności od udogodnień, podwozu samochodem, rodzaju posiłku, ilości dni, jakości noclegów - taki wybór, że aż głowa może zaboleć), że każdy znajdzie coś dla siebie. Marzyliśmy o trekkingu dwudniowym, niestety, nie starczyło nam czasu, wybraliśmy więc jeden z najtańszych (można było jeszcze taniej, ale byliśmy tylko we dwójkę - cena spada w przypadku większej ilości uczestników, logiczne - natomiast bardzo się cieszyliśmy, że będziemy tylko my i przewodnik. Jednodniowy trekking z przewodnikiem, posiłkiem, wodą i podwózką z i do hotelu - 370 000 LAK/osoba.

Image

Dzień nie zaczął się dobrze - lało :D Choć po zastanowieniu uznaliśmy, że to nie ma znaczenia - w tym upale, tak czy siak, bylibyśmy mokrzy :D Natomiast problemem były buty. Zdecydowaliśmy, że może lepszym wyborem będą w tej sytuacji sandały. Jednak gdy minivan podwiózł nas do domu przewodnika, pan odesłał nas ponownie do hotelu i, prawdopodobnie, wyrobił sobie na nasz temat odpowiednie zdanie :/ :D

Image

W końcu udało nam się wyruszyć. Deszcz zacinał na szyby minivana, który miał podwieźć nas do rzeki, skąd zaczynaliśmy trekking, a my zastanawialiśmy się, co jest z nami nie tak, że na własne życzenie chcemy chodzić po dżungli w strugach wody :/ :D I w tym momencie wyszło słońce :) Kamień spadł nam z serca :)

Image

Pierwsze spotkanie na trasie. Martwy skorpion. Długo się mu przyglądałam, jakoś do tej pory widywałam tylko martwe. Natomiast nie jestem do końca pewna, czy chciałabym spotkać żywego :)

Image

Moje ulubione laotańskie zwierzątko :) Takie małe, ruchliwe świnki biegały wszędzie - zawsze obserwowałam je z rozczuleniem. Bardzo ciekawskie, w dodatku niesamowicie gadatliwe - każde znalezisko musiały podsumować nosowym "khmmmm" :)

Image

Szliśmy powoli pod górę, rozmawiając z przewodnikiem. Trafił się nam 23-letni, niesamowicie sympatyczny Khmer, który przeprowadził się z rodzinnej wioski w górach do Luang Prabang, aby studiować i zarabiać. Był skarbnicą wiedzy na temat laotańskich plemion i kultury, choć początkowo trochę krępowaliśmy się zadawać mu szczegółowe pytania. Lody pękły podczas odwiedzin w pierwszej wiosce :D Na samym początku trasy przechodzi się przez wioskę Khmu (ludu z Kambodży). Nasz przewodnik postanowił uatrakcyjnić nam pobyt i podeszliśmy do grupy kobiet, które robiły torby z worków po betonie. Przyglądaliśmy się ich pracy, on opowiadał o technice wytwarzania, a gdy czegoś nie był pewien, dopytywał pań po khmersku. I możecie wierzyć, albo nie, ale są takie momenty, w których nie ma znaczenia, że nie znasz języka. ROZUMIESZ słowa, po prostu rozumiesz - trochę intuicyjnie, trochę z kontekstu. I dokładnie to przytrafiło się nam. Gdy przewodnik zaczął opowiadać po angielsku, że torby służą do noszenia jedzenia i wody, jedna z pań przerwała mu i po khmersku powiedziała (jestem pewna, jestem w 100% pewna!), że one nie służą do przenoszenia wody :D Przewodnik zamilkł na chwilę, spojrzał podejrzliwie na panią, spojrzał podejrzliwie na nas i odrzekł : Ale oni o tym nie wiedzą :/ :D I wtedy i pani, i my dostaliśmy ataku śmiechu, do którego po chwili dołączył przewodnik :D I od tej pory przestaliśmy się go krępować, bo udowodnił, że jest bardzo do nas podobny :D (ale to akurat komplement nie jest :/ :D

Image

Trasa prowadziła przez dżunglę i przez pola ryżowe. Widoki - przepiękne. Czasami zaczynało kropić, czasami przestawało. Szło się naprawdę rewelacyjnie. Poruszaliśmy coraz trudniejsze tematy i staraliśmy się nie okazywać smutku, gdy odpowiadał. Życie w Laosie jest bardzo ciężkie, ludzie z wiosek jedzą wszystko, co da się złapać. Spotkaliśmy po drodze dwie panie, które łapały żuki - szczególnie łatwo złapać je właśnie po deszczu, wtedy skrzydełka się im sklejają i nie mają jak uciekać. Gdy jakiegoś zauważały, piszczały z radości i wkładały zdobycz do przytroczonego do pasa woreczka. Pan pomógł im złapać parę wyjątkowo ruchliwych okazów, serdecznie podziękowały za pomoc. Każde, ale to każde zwierzę, które jest przy domu, służy głównie do tego, żeby je zjeść. Tu nikt nie hoduje zwierząt dla przyjemności - w większych miastach zaczyna się to zmieniać, pojawiają się nawet sklepy zoologiczne, ale w wioskach, no jest jak jest. Psy np. są bardzo smaczne, pan je bardzo lubi. Nie je się ich często, to raczej potrawa przygotowywana na większe wydarzenia. No i nie każdy umie dobrze przygotować psa - najlepiej powiesić go do góry nogami i podciąć gardło, wtedy krew można zebrać na kiełbasę.............Albo ten drugi sposób. Ten z kijami...Nie chcę o tym już pisać. Koty też jedzą, o szczegóły nie miałam siły dopytać....

Image

Jeśli chodzi o węże, to w okolicach wiosek, w dżungli, nie ma się czego bać. Wąż, gdy widzi Laotańczyka, po prostu ucieka, bo wie, że inaczej zostanie zjedzony. Faktycznie, w żadnym innym kraju nie widziałam tak mało zwierząt. Zazwyczaj w dżungli coś się pojawia, jakieś ptaki, jakieś zwierzątko poruszy gałęzią, coś usłyszysz. Tu nie było nic...

Image

Po jakichś dwóch godzinach doszliśmy do wioski na szczycie góry. Tym razem była to wioska plemienia Hmong. W wiosce mieszkały cztery rodziny, a w momencie naszych odwiedzin, było tam tylko paru mężczyzn - kobiety szukały jedzenia w lesie i na leżących nieopodal łąkach. Gdy podchodziliśmy do wioski, Marcin chciał zgnieść pustą, plastikową butelkę po wodzie. Nie - przewodnik złapał go za rękę. - Te butelki to będzie najlepszy prezent dla mieszkańców. Faktycznie, gdy doszliśmy, okazało się, że cały plecak miał wypełniony pustymi butelkami. Dołożyliśmy nasze i pan, który wyszedł na przywitanie, zabrał wszystkie ucieszony. Oni tu pędzą bimber - przewodnik uśmiechnął się do nas porozumiewawczo...

Image

Wioska była prawie pusta. Dzieci karmi się "za darmo" do piątego roku życia. Później muszą zarobić na swoje utrzymanie, pracując z rodzicami. W takich ciężkich warunkach bardzo poważnie traktuje się powiedzenie : nie pracujesz - nie jesz. Oczywiście nie są to bardzo ciężkie prace, dzieci mogą łapać owady na obiad, noszą wodę, sprzątają obejście itp. Ale, mimo wszystko, trudno mi się o tym słuchało, mając w pamięci wyobrażenie polskich przedszkolaków...Szkoła, owszem, jest. Ale mało kto do niej chodzi. Po prostu, cena 20 USD za rok, to bariera nie do przeskoczenia dla większości rodzin.

Image

Nasz przewodnik bardzo tęskni za rodziną, mieszkają na tyle daleko, że odwiedza ich rzadko. Musiał jednak opuścić dom, bo rodzicom trudno było utrzymać siebie i wszystkie dziewięć dzieci. Tęskni, ale jest zadowolony - studiuje, zarabia na tyle, że sam się utrzymuje, a i rodzicom jest w stanie pomóc. Ma jedno marzenie - chciałby założyć własną, jednoosobową agencję turystyczną, mógłby dawać dużo niższe ceny, bo nie musiałby utrzymywać biura itp. Mam nadzieję, że spełni to marzenie. Zna khmerski i parę plemiennych języków, a to powoduje, że jako przewodnik w wioskach jest niezastąpiony. Dodatkowo jest bardzo przyjacielski, opiekuńczy i ciepły. I niesamowicie, niesamowicie empatyczny...

Image

Na terenie wioski zbudowano małą wiatę. Można tam odpocząć, zjeść coś. Tam też przyszedł do nas pan i rozłożył torbę z wyrobami. Jego żona wyplata to w wolnych chwilach - wytłumaczył przewodnik. - A on próbuje sprzedawać. To właściwie ich jedyny dochód. Wybraliśmy 5 plecionych bransoletek (5000 każda), a pan zawiązał nam po jednej na nadgarstku, mrucząc plemienne błogosławieństwo.

Image

Image

Ta świnka trzymana była w zagrodzie z dosyć luźnym i rozwalającym się płotem. W ten sposób właściciel broni się przed jej ucieczką. Ciężko się na to patrzyło, ale równie ciężko patrzyło się na trudne warunki życia plemienia Hmong. Tu nie można jednoznacznie określić, że coś jest "dobre" albo "złe". Jest, jakie jest. Nie mam prawa oceniać i wartościować, zwłaszcza teraz, gdy siedzę w wygodnym fotelu, piszę, mam na tyle pełną lodówkę, że stać mnie na kulinarne i kosztowne dogadzanie mojemu kotu...Jesteśmy tylko gośćmi w takich miejscach. Tylko podglądamy, nie mając pełnego obrazu. Jak przez szparę w drzwiach....

Image

W wiosce spędziliśmy jakieś dwie godziny i ruszyliśmy dalej. Niestety, zaczęło znowu lać, więc przewodnik zrobił nam cudowne kapelusze przeciwdeszczowe z liści :/ :D Nie były zbyt wygodne, jednak nietaktem byłoby z nich nie skorzystać. Pozostawało jedno wyjście - starałam się nim trącać zwisające gałęzie, zawsze była szansa, że mi spadnie i się...hmm...zgubi :/ :D Niestety, nie udało się :D

Image

Image

No. Sami widzicie :/ :D

Image

W końcu wyszliśmy z dżungli i przyszedł czas na posiłek. W takich wiatach odpoczywają rolnicy, chowają się w nich przed deszczem i upałem.

Image

Nasz przewodnik wyjął jedzenie z plecaka, zorganizował talerz i bardzo sprawnie zaczął przygotowywać posiłek. Jednak nim zaczęliśmy jeść, ugniótł małą kulkę z ryżu, dotknął nią każdej potrawy, a następnie położył kulkę na powale chatki. Najpierw musimy nakarmić duchy - oznajmił.

Image

Przepiękne miejsca, cudowne widoki. Byliśmy zachwyceni każdą chwilą spędzoną podczas trekkingu. Byliśmy spoceni, zmęczeni, mokrzy i ...po prostu szczęśliwi :)

Image

Podczas drogi nasz przewodnik zbierał różne rzeczy - tu odciął kawałek dorodnego bambusa i wrzucił go do plecaka, tam znalazł duży grzyb i najpierw go długo oglądał, a później też schował.

Image

I ostatnia wioska na trasie, również Khmu. Ta wioska wyglądała trochę inaczej, bardziej bogato. Powodem jest fakt, że leży bardzo blisko drogi i, dzięki temu, jest łatwiejsza do dotarcia przez turystów. Mieszkańcy zbudowali nawet domki, które można wynająć na nocleg, w wiosce jest też mała restauracja, choć nie sądzę, żeby tam było jedzenie. Raczej napoje i papierosy.

Image

Nim jednak poszliśmy do restauracyjki, musieliśmy odwiedzić jeden dom. Przewodnik zawołał coś przez drzwi i na progu stanęła starsza kobieta, która wyraźnie ucieszyła się na jego widok. Chłopak pogrzebał w plecaku, wyjął znalezionego wcześniej grzyba i wręczył kobiecie. Bardzo mu dziękowała. Ona nie ma męża - oznajmił, gdy odeszliśmy. - Bardzo jej ciężko żyć, ten grzyb to będą dla niej dwa obiady.....

Image

Image

I restauracja :)

Image

Usiedliśmy w niej przy ciepłej coli i gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy...Można tam było spędzić dowolną ilość czasu, niestety, dzień powoli zaczął się kończyć i trzeba było wracać, żeby zdążyć przed zmrokiem.

Image

Z wioski prowadziła czerwona, błotnista droga. Widoki nadal przepiękne, jednak szło się coraz trudniej. Z każdym podniesieniem nogi, do podeszwy butów przyklejały się kolejne kilogramy błota :)

Image

Szliśmy więc coraz wolniej - również dlatego, że tak bardzo nie chcieliśmy wracać.

Image

Niedaleko podobno znajduje się ośrodek dla słoni, te akurat wracały z kąpieli w rzece. Podobno to dobry ośrodek - są tam słonie uratowane z trudnych warunków, a tam traktują je bardzo dobrze. Jednak podobno można w ośrodku również na nich jeździć....

Image

Jeszcze tylko przeprawa przez rzekę, podwózka pod hotel i pożegnanie z przewodnikiem. A gdy wykąpani i wysuszeni siedzieliśmy na balkonie naszego pokoju, do Marcina przyszła informacja na messengerze. Zdjęcie talerza, na którym leżało coś do jedzenia i wiadomość : ugotowałem ten kawałek bambusa, który zabrałem z dżungli i bardzo chciałbym, żebyś przyszedł do mnie do domu na obiad....Nasz przewodnik...

Image

A do mnie wtedy dotarło : Wreszcie znalazłam "mój" Laos.......

Image

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#22 PostWysłany: 17 Sie 2020 18:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 307
srebrny
Muang Ngoi

Niewielka osada położona nad brzegiem rzeki, otoczona przez góry. Jeszcze niedawno można było się tam dostać tylko łodzią, teraz, podobno, prowadzi do niej wygodna droga (według przewodnika), choć uczciwie muszę przyznać, że będąc w Laosie o owej drodze nie słyszałam :) Jedyną oferowaną nam opcją dotarcia do wioski, była standardowa trasa - najpierw minivanem do Nong Khiaw, następnie łodzią z miejscowej przystani.

Image

W recepcji naszego hostelu zakupiliśmy zatem dwa bilety do Nong Khiaw na kolejny dzień (80 000 LAK/osoba). Rankiem natomiast, zgodnie z sugestią recepcjonisty ("pamiętajcie - punktualnie. Inaczej pojadą bez was") (właściwie ta sugestia wcale nie była potrzebna :D Od momentu, gdy Laotańczycy pokazali, co potrafią, zostawiając dwóch turystów pod wodospadami, zaczęliśmy się ich trochę obawiać :D , oblaliśmy się sokiem z pośpiechu, a za podawany na śniadanie omlet, podziękowaliśmy. Przygotowanie go mogłoby zająć za dużo czasu. W końcu, o godzinie 8.00, karnie ustawiliśmy się pod wejściem naszego hostelu.

Image

O godzinie 9.20 nadal tam staliśmy :/ :D Pan przybył o 9.30, a na dworzec jechało się pięć minut :/ :D (no dobrze, tak się nad tym rozwodzę, bo najbardziej szkoda mi było omletu :/ Oni je tam robili naprawdę po mistrzowsku :/ :D Oprócz tego, usługa pana składała się jeszcze z kupienia biletów w kasie na dworcu i wręczenia ich nam, a zrobił to zupełnie bez słowa. Ale za to ładnie się uśmiechał :) Schody zaczęły się, gdy odjechał - chyba zapomniał nas poinstruować, co dalej mamy robić. Chociaż, możliwe, że właśnie tak wyglądała usługa "standard" - po dworcu, z szaleństwem w oczach, biegało jeszcze kilkunastu innych turystów :/ :D Na bilecie widniała godzina odjazdu, 9.45, na tablicy informacyjnej trochę inna : 9.30, a pracownicy dworca oddalali nas zniecierpliwionym machnięciem ręki. Zapoznaliśmy się też z turystami siedzącymi w minivanie ustawionym na dworcu. Wprawdzie byli nieco zniecierpliwieni (siedzieli w pojeździe od 8.00, w dodatku ściśnięci, jak sardynki :/ :D , ale za to bardzo mili :) W końcu przyszedł jakiś groźnie wyglądający pan, wygonił z auta czekających w nim turystów, natomiast tych biegających po dworcu, zapędził do środka :/ :D Potem wybrał jeszcze parę osób z tych, których wcześniej usunął, wcisnął je do pojazdu, a drzwi dopchnął kolanem :/ :D I ruszyliśmy.

Image

Do Nong Khiew jedzie się około czterech godzin, droga była bardzo wyboista, a przy każdym podskoku auta, kolana i łokcie wbijały się we współpasażerów. Minivan był wypełniony słowem : "przepraszam" w każdym z możliwych języków, ale nikt nie narzekał. W pewnym sensie byliśmy wybrańcami - i tak mieliśmy lepiej niż ci, którzy po prostu na dworcu zostali :/ :D

Image

Z dworca w Nong Khiew można się dostać na przystań tuk-tukiem (5 000 LAK/osoba), a łódź do Muang Ngoi odpływa o 14.30. Warto jednak być trochę wcześniej, gdyby przypadkiem bilety (25 000 LAK) miały się skończyć.

Image

Gdy jednak zaczęto nas wołać do łodzi, uświadomiłam sobie, jak naiwna była moja wcześniejsza myśl. Te bilety się po prostu raczej nie kończą :/ :D W łodzi było sześć foteli, jakieś dwie ławki i trochę wolnego miejsca z tyłu, natomiast sznur ludzi zdążający na pokład wydawał się mieć przynajmniej kilometr :/ :D Wszystkim zarządzał pan "usadzający" - "proszę przesunąć nogę w lewo, zmieści się jeszcze ta pani z mężem. O, i jej dwójka dzieci" :/ :D Ludzie wsiadali i wsiadali, a ja z niepokojem obserwowałam coraz większe zanurzenie łodzi. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że jednej pani na pokład nie wpuszczono - ale ona miała ze sobą ogromne łóżko i dwie szafki, to trochę tłumaczy :/ :D

Image

Mimo wszystko, moja pewność siebie została mocno nadszarpnięta (w dodatku nie było w pobliżu żadnych kamizelek ratunkowych) Wspominałam już, jak doskonale pływam? :/ :D

Image

Ale za to gdy ruszyliśmy....Gdy ruszyliśmy, wszystkie obawy poszły w zapomnienie (no, dobrze, nie tak całkowicie, bo jednak, co jakiś czas, przypominałam sobie, gdzie jestem :/ :D Rzeczna trasa do Muang Ngoi jest tak piękna, że można umrzeć (ale, mimo wszystko, niekoniecznie przez utonięcie przecież :/ :D

Image

Płyniesz i masz wrażenie, że jesteś na jakiejś wycieczce, nie wiem, widokowej. Na pewno nie w zwykłym transporcie, którego jedynym celem jest przewiezienie cię z miejsca na miejsce.

Image

Image

Mogę to podsumować tylko tak : NAWET jeśli istnieje droga do wioski, NAWET jeśli wszyscy namawialiby was, do pokonania tej trasy busem i NAWET gdyby to miała być tańsza i szybsza opcja - odmówcie. Bo będziecie żałować.

Image

W trakcie drogi łódź podpływała do brzegów i część osób wysiadła. W środku zrobiło się dużo luźniej i trochę bezpieczni , nie, nie ma mowy, na wodzie nigdy nie jest bezpiecznie! :/ :D Ale za to przyjemniej się płynęło :)

Image

Sama podróż trwa około godziny (choć to pewnie zależy też od ilości pasażerów wysiadających w innych miejscach. Te wszystkie przybijania do brzegów, jednak zajmują trochę czasu).

Image

Aż w końcu przybiliśmy do właściwego brzegu.

Image

Muang Ngoi to bardzo specyficzna wioska. Przez jej środek prowadzi główna droga, przy której znajdują się domy, parę sklepików i restauracyjek i to właściwie tyle. Droga z jednej strony kończy się klasztorem, z drugiej - bramą. Natomiast trzeba powiedzieć, że wioska jest piękna i ma niesamowity klimat.

Image

Wychodząc z przystani co chwilę podnosiliśmy szczęki z, no może nie podłogi :D z ziemi. Nie zrobiliśmy żadnej wcześniejszej rezerwacji pokoju, ale upatrzyliśmy sobie na booking.com pewne miejsce. Hotel River View - bungalowy z tarasami nad rzeką - prowadzony przez obcokrajowca i jego żonę, Laotankę. Do hotelu bardzo łatwo trafić, ale wiecie co? Tam wszędzie jest łatwo trafić :) W dodatku dowiedzieliśmy się, jak mocno działa w wiosce poczta pantoflowa, gdy po drodze wstąpiliśmy do pierwszej zauważonej restauracji (na zupę. Trochę głupio mówić, że "na odpoczynek" :/ :D

Image

W pustej restauracyjce byliśmy jedynymi klientami (oj, zdecydowanie to nie był czas "turystyczny"), więc właściwie mogliśmy zamówić wszystko - pani i tak musiała to ugotować specjalnie dla nas. Zdecydowaliśmy się na zupę z kurczaka (to nam dawało pewność, że nikt nie doda do środka tych dziwnych rurek i kawałka jeża :/ :D , a pierwszym pytaniem pani było : gdzie śpicie? Po uzyskaniu odpowiedzi, zaczęła gotować, a my obserwowaliśmy jej synka, który razem z kolegą przeglądał coś na telefonie w kącie restauracji. W pewnym momencie pani coś do niego zawołała, a chłopcy natychmiast się podnieśli, odłożyli telefony i wybiegli z restauracji. Po dłuższym czasie wrócili, niosąc między sobą ciężki baniak z wodą. Na naszą zupę....Próbowaliście kiedyś oderwać polskiego ośmiolatka od telefonu?....W dodatku w celu pomocy mamie, a nie np. wyjścia do sklepu po nowocześniejszy telefon?....A zupa była naprawdę przepyszna - 20 000 LAK.

Image

Gdy zaczęliśmy iść w stronę hotelu, spotkani mieszkańcy krzyczeli do nas : "A, do River View. To tam!" - i wskazywali drogę. Nieco nas to zdziwiło, bo właściwie nie mieliśmy jeszcze żadnego noclegu, ale po chwili do nas dotarło - no tak, pani z restauracji :) Ale kiedy i jak zdążyła opowiedzieć o naszym planie całej wiosce, to już zupełnie nie mam pojęcia :D
Sam hotel okazał się rewelacyjny. Proste, ale posiadające wszystko, co trzeba, pokoiki (doba - 80 000 LAK). A na tarasach hamaki i piękne widoki.
Np. takie :

Image

I takie :

Image

Image

A gdy jeszcze dowiedzieliśmy się, że można dokupić śniadanie (35 000 LAK), postanowiliśmy zostać tu na zawsze :)

Image

Muang Ngoi. Jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam.

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 24 Sie 2020 22:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 307
srebrny
Muang Ngoi 2

Być może ktoś zadaje sobie pytanie, co można robić w takiej małej osadzie. Ot, jedna uliczka, parę pustych restauracyjek, rzeka i tyle. W sam raz na jednodniowy pobyt. Otóż, moi drodzy, to tylko pozory :) Spędziliśmy tam trzy noce, a spokojnie moglibyśmy spędzić dwa tygodnie i, jestem pewna, nie nudzilibyśmy się ani chwili :) Każdy dzień można zapełnić wycieczkami, zwiedzaniem i podziwianiem. Natomiast jeśli chodzi o wieczory, no cóż, sklepiki są tam znakomicie zaopatrzone (duże piwo - 10 000 LAK, ale butelki trzeba odnieść następnego dnia przez całą wioskę i trochę wstyd :/ :D Cóż zatem można robić w Muang Ngoi?

1. Punkt widokowy Phanoi View Point

Żeby go znaleźć, trzeba się kierować na usytuowany przy końcu wioski klasztor, następnie odbić w małą dróżkę w prawo, a gdy dojdziecie do płotu i pomyślicie "o cholera, zgubiliśmy drogę", to przypadkiem nie zawracajcie, bo to właśnie tam :) Bilet wstępu (10 000 LAK/osoba) kupicie od miłego pana, jeśli będziecie odpowiednio długo krzyczeli przez płot :D Samo podejście nie jest zbyt wymagające - początkowo idzie się po wykutych w ziemi schodkach, później po mostkach i drewnianych drabinkach. Główne utrudnienie to ogromny upał i wilgotność, ale nie przejmujcie się, skoro ja dałam radę, to da radę każdy :D Choć uczciwie muszę przyznać, że akurat nam wejście zajęło wyjątkowo dużo czasu :)

Image

Laotańczycy mają do zwierząt bardzo praktyczne podejście. Nie jest tak, że traktują je jakoś szczególnie źle, ale też nie wybitnie dobrze. Rozumiecie - po prostu zwierzęta są obok, biegają po obejściach, czasem dostają coś do jedzenia, czasem nie. Czasem ktoś je odepchnie, jeśli wejdą nie tam, gdzie trzeba, za to raczej nigdy nie pogłaszcze. Lepiej są traktowane te zwierzęta, które dają długofalowe korzyści - kura, bo cały czas znosi jajka, świnka, bo może urodzić dużo małych świnek...Trochę gorzej z kotami i psami. Wprawdzie w Muang Ngoi kotów się nie jada, bo mieszkańcy są przede wszystkim buddystami, a kot to stworzenie Buddy, ale z psami jest trochę inna sprawa. Zjada się je, jak są już stare - żeby mięso się nie zmarnowało, dodatkowo animiści uważają, że w ten sposób dusza psa ma możliwość przejścia w inne ciało. W jakiś sposób rozumiem ich stanowisko, ale, podglądając przez szparę w drzwiach akurat tę sytuację, oczy mi się trochę zamgliły....Zwłaszcza dlatego, że po wiosce biegało mnóstwo psów, chudych, lekko zdziczałych, raczej nie znających dotyku głaszczącej dłoni, czy pieszczotliwego wołania po imieniu. Po prostu trwały, czekając momentu, w którym ich dusza awansuje...

Image

Ale o czym to ja...? No tak, psy. Gdy szliśmy przez wioskę, zmierzając w stronę punktu widokowego, spomiędzy chat wybiegł do nas piesek. Taki psi podrostek - już nie szczeniak, jeszcze nie dorosły. Machał radośnie ogonkiem, podskakiwał i całym swoim jestestwem okazywał ogromne szczęście. Staraliśmy się go nie zachęcać, nie przyzwyczajać do człowieka, bo...Bo i tak nie będziemy mogli spełnić tej obietnicy...Pieskowi to nie przeszkadzało. Wybiegał przed nas, zawracał i okrążał wesoło - tak bardzo chciał choć raz w życiu iść na spacer ze "swoim" człowiekiem, choćby ten człowiek miał być tylko na moment, na chwilkę...(słono...słono na twarzy...) I tak jedyny piesek w wiosce, który nie uciekał przed ludźmi, stał się Pieskiem i poszedł na punkt widokowy.

Image

Wbiegał pod górę, żeby po chwili wracać i roześmianym szczekaniem ponaglać nas do szybszego marszu. Przebiegał po rosnących nad urwiskami liściach i przyprawiał nas prawie o zawał serca ("O matko, żeby tylko nie spadł" :) Na postojach dzieliliśmy się bułką i wodą, jednak, cały czas z tyłu głowy pojawiała się myśl : "lepiej, żeby wrócił do wioski..." Problem zaczął pojawiać się w tym samym momencie, w którym pojawiły się drewniane mostki. Piesek się bał...Stawiał łapki na początkowych belkach i piszczał..."Może to dobry moment, żeby go zostawić? Wróci do siebie" - pomyśleliśmy i próbując zatkać uszy, ruszyliśmy do przodu.

Image

Dogonił nas po dziesięciu minutach, sapiąc ze szczęścia...Jednak później droga stała się jeszcze trudniejsza. Zupełnie nie wiedzieliśmy, co zrobić. Z jednej strony, szkoda nam było zrezygnować z wejścia na szczyt, będąc tak blisko. Ale z drugiej - droga w dół była dla Pieska zbyt niebezpieczna, gdyby miał ją pokonać sam, a przecież "jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś"...W końcu zdecydowaliśmy : Marcin wejdzie na punkt, a ja z Pieskiem zejdę do miejsca, w którym już żadnych mostków i drabinek nie będzie. Gdy Marcin wspinał się do góry, Piesek piszczał i podbiegał za nim tyle, ile mógł, zdezorientowany. Zaczęliśmy schodzić i okazało się, że może się mu i udało wejść do góry po mostkach, ale w dół jest znacznie trudniej. Nie było wyjścia - wzięłam go na ręce, Piesek wtulił się mocno i jakoś stoczyliśmy się razem na bezpieczniejszy teren.

Image

Gdy Marcin ponownie do nas dołączył, Piesek oszalał ze szczęścia :) Zaczął skakać, biegać, zataczając coraz szersze koła. W końcu zatoczył takie szerokie, że chyba zahaczyło o wioskę :D Odczekaliśmy dłuższą chwilę i gdy upewniliśmy się, że Piesek postanowił zakończyć wycieczkę, ruszyliśmy w górę.

Image

A oto dowód, że dwukrotne wchodzenie na szczyt jednak trochę męczy :D To ślad, który zostawił Marcin na punkcie widokowym, gdy tam weszliśmy. Po prostu padł na podest :D (zdjęcia padniętego Marcina Wam jednak oszczędzę :D

Image

Ale było warto...Naprawdę było warto...

Image

Gdy schodziliśmy, rozglądaliśmy się za Pieskiem. Nigdzie go nie było. Uznaliśmy, że po prostu faktycznie wrócił sam do wioski ("Oby wrócił...Matko, oby wrócił bezpiecznie...") W wiosce go jednak nie widzieliśmy. Natomiast gdy dwa dni później szliśmy "główną" ulicą Muang Ngoi, zapytałam Marcina : "Czy to przypadkiem nie jest Piesek?" i nagle malutki, ubłocony kształt oderwał się od ściany domku, biegnąc w naszą stronę, jak torpeda. Obszczekał i obskakał nas radośnie, podkładając łebek do głaskania i wrócił pod chatkę, odprowadzany zdziwionymi spojrzeniami Laotańczyków....

Image

Byliśmy też na Phanoi Cave & View Point - bez Pieska :) Wejście 10 000 LAK, sam punkt położony dużo niżej, ale również atrakcyjny.

Image

Natomiast długo jeszcze zastanawialiśmy się, czy była jakakolwiek możliwość, żeby zabrać ze sobą Pieska do Polski...

2. Okoliczne wioski - Ban Na

Image

Image

Można również wybrać się na wycieczkę do okolicznych wiosek. My akurat zdecydowaliśmy się na Ban Na, położoną w odległości około 6 kilometrów od Muang Ngoi. Zazwyczaj takie wycieczki można zamówić w hotelu, idzie się wtedy z przewodnikiem. Jednak spokojnie można iść samemu, droga jest bardzo prosta i nie sposób się zgubić.

Image

Trasa do Ban Na jest idealną ilustracją cytatu "Nie istnieje droga do szczęścia, samo szczęście jest drogą". Poważnie. To była najpiękniejsza droga, jaką dane mi było iść :)

Image

Niedaleko Muang Ngoi trzeba kupić bilet (10 000 LAK) - uprawnia on do wejścia do leżącej przy drodze jaskini Tham Kang Cave i do wejścia do wioski.

Image

W jaskini znajduje się podziemne jeziorko, z którego wypływa strumień.

Image

A potem...potem tylko idziesz, nikt cię nie niepokoi, a ty zachłystujesz się szczęściem...

Image

Image

Ta droga jest tak piękna, tak wyciszająca, pierwotna...Dużo bym dała, żeby być tam teraz :)

Image

W jednym miejscu trzeba przekroczyć rzekę na boso, tu nie ma udogodnień dla turystów, tłumów, budek z pamiątkami. Tu jesteś zdany tylko na siebie. Idziesz. Myślisz. Medytujesz. Jeśli zabraknie ci sił, to nie wrócisz, bo nie ma autobusów. Tu jest raj...

Image

I, co najważniejsze, nie ma żadnych wielkich górek, na które na pewno nie zdołałabym się wdrapać :/ :D

Image

Każde moje marudzenie, każda wątpliwość pt. "To nie jest mój Laos", zupełnie straciła rację bytu :) Tu mogłam tylko milczeć z zachwytu i napawać się...

Image

A wioska przywitała nas widokiem, który rozwaliłby mnie na łopatki, pod warunkiem, że już wcześniej nie byłabym rozwalona :) Dzieci łapiące ważki na obiad...

Image

Dziewczynka uczyła młodszego braciszka zarzucać na ważki siatkę. To trudna praca, wymagająca doskonałej synchronizacji. Niestety,chłopczyk zawsze się spóźniał i ważki uciekały od jego strony siatki, a on zanosił się chrapliwym śmiechem :)

Image

A to już totalne mistrzostwo w polowaniu :) Każda ważka ustrzelona z tej procy, trafiała do malutkiej sakwy, którą dziewczynka miała przytroczoną do pasa - na braciszka z siatką nie miała przecież co liczyć :)

Image

Ban Na. Podobno można w niej zanocować, podobno jacyś turyści tu się pojawiają. Jednak nie poza sezonem :) Tym razem cała była dla nas :)

Image

Był więc odpoczynek przy coli w przydomowej restauracyjce, były zabawy bańkami mydlanymi z dziećmi, była zieleń i spokój i nieśmiałe uśmiechy tych najmłodszych, którzy zerkali zza domów.

Image

I było też smutno, gdy trzeba było wracać :)

3. Kajaki

W Muang Ngoi można też wypożyczyć kajaki i wybrać się na wycieczkę po rzece. My zdecydowaliśmy się na zwiedzenie Sopchem, wioski położonej siedem kilometrów w górę rzeki. Sopchem to wioska znana z tkactwa, nie bez znaczenia był też fakt, że jestem wielbicielką sportów wodnych :/ :D Przecież skoro wioska leży "w górę rzeki", czyli "pod prąd", turystów i kajaki wiezie się łodzią silnikową "do". Czyli odpadło mi jedno zmartwienie. Problematyczną kwestią powrotu "z" postanowiłam się martwić później (w dodatku podejrzałam, że na łodzi są kapoki :D

Image

Za czterogodzinną wycieczkę zapłaciliśmy 250 000 LAK. Całkowicie szczerze nie mogę powiedzieć, że było warto :/ :D Kajaki mi przeszkadzały :/ :D Ale Wy pewnie nie zwracacie uwagi na takie drobiazgi, więc zignorujcie moją ocenę :D

Image

Do wioski dopłynęliśmy łodzią, a nasz kajak smętnie kiwał się na dziobie (choć uważam, że to dla niego naprawdę idealne miejsce. Takie bycie na dziobie innej łodzi. O, albo np. na lądzie. Na lądzie kajaki też ładnie wyglądają :/ :D Ale widoki były przepiękne.

Image

Wioska również. Na każdym domu wyeksponowano utkane arcydzieła, które nadawały wiosce wyjątkowego kolorytu. Przy niektórych - panie tkały na krosnach.

Image

W ogóle mam wrażenie, że wokół Muang Ngoi są same piękne wioski - szkoda, że zabrakło nam czasu, żeby zwiedzić wszystkie.

Image

Z wioski wróciliśmy, wiadomo, kajakiem. Pan, który zawiózł nas łodzią, czekał na przystani i pochwalił nas za wyjątkowo sportowy tryb życia. Podobno przepłynęliśmy tę trasę bardzo szybko. Nie chciałam psuć mu nastroju zwierzając się, że to z nerwów :/ :D Zawsze staram się przebywać na wodzie najkrócej, jak to tylko możliwe :/ :D

Image

4. Atrakcje alternatywne

W Muang Ngoi można spędzać czas nie tylko aktywnie. Tam jest tak pięknie, że zupełnie wystarczy też zasiąść przy stoliku którejś z ulicznych restauracyjek i po prostu obserwować życie.

Image

Można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Na przykład tego, że ogromny namiot ustawiony na końcu drogi, w którym miejscowi śmiali się, tańczyli i grali w karty, tak radośnie, że chcieliśmy do nich dołączyć, wcale nie jest namiotem weselnym. To pogrzeb Laotańczyka, który urodził się z zanikiem mięśni i gdy w końcu umarł, jego sąsiedzi radowali się z tego, że teraz będzie mógł się odrodzić w nowym ciele i zrobić coś dobrego....
Albo tego, że poszczególne klany nie jedzą pojedynczych gatunków zwierząt, bo są z nimi spokrewnieni. I tak, Europejczyk, właściciel naszego hotelu nie jadł kotów (wiadomo, Budda) i ...węży :/ Ożenił się z Laotanką, której babcia uważa, że jest pół kobietą, pół wężem, dlatego w ich domu węże otacza się czcią, nie zjada...

Image

I mój absolutny hit laotańskich atrakcji :) Obserwacja małych, czarnych świnek. Te wesołe i niesamowicie ciekawskie zwierzątka biegały dosłownie wszędzie. I interesowały się dosłownie wszystkim. A gdy człowiek wsłuchał się w ich chrząkającą mowę, to prawie mógł wszystko zrozumieć :) "Khm, khm, o, kwiatek, fajnie" - i widzisz świnkę wkładającą ryjek w kwiatek. "Khm, khm, o kamień, fajnie" - i widzisz świnkę obwąchującą duży kamień. "Khm, khm, o krowa....a, nie. Krowa to nie" - i przez tabun uniesionego kurzu widzisz tylko ogonek zwiewającej w popłochu świnki :D Pasjonujące :D

Image

Muang Ngoi. Za krótko...


CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
#24 PostWysłany: 31 Sie 2020 22:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 307
srebrny
Nong Khiaw/Luang Namtha

Pobyt w Muang Ngoi minął zdecydowanie za szybko. Teoretycznie moglibyśmy zostać tu trochę dłużej, ale zostało jeszcze tyle do zwiedzenia, a czas pobytu w Laosie, niestety, kurczył się nieubłaganie. Kolejnego dnia stawiliśmy się zatem na przystani już po 9.00. Mąż kobiety - pół ćwierci węża (nie idzie mi z tą matematyką, no nie idzie :/ :D zdradził nam, że łódka odpływa o 10.00. O bilety nie trzeba się było martwić. Nie ma mowy, żeby zabrakło :/ :D

Image

Tym razem w łodzi były tylko dwa fotele - cała reszta to luźna przestrzeń (tzn. luźna to ona była, gdy łódź podpłynęła do przystani :/ :D W przeciągu paru minut zapełniła się ludźmi, plecakami, sprzętem domowym i innymi :) Ale - zagadka - naprawdę zmieścili się dokładnie wszyscy, którzy czekali na przystani. Za trwającą około godziny podróż zapłaciliśmy 25 000 LAK/osoba.

Image

I chociaż widoki podczas drogi naprawdę były przepiękne, obserwacja kadłuba łodzi zanurzającego się coraz głębiej z powodu nadmiernego obciążenia, wstrząsnęła mną na tyle, że gdy tylko postawiliśmy nogi na przystani w Nong Khiaw, namówiłam Marcina, żebyśmy zaraz-teraz poszli ukoić nerwy w pierwszej zobaczonej knajpce (nie, nie to, co myślicie :D cola - 6000 LAK :D Jednak okazało się, że nie był to najlepszy pomysł, przynajmniej w kwestii samowyciszania :D Gdy skończyliśmy pić, okazało się, że na nadbrzeżu nie ma już żadnego tuk-tuka - wszystkie zabrały turystów i pojechały, a nam pozostało pójście na dworzec autobusowy na piechotę. Niby nie tak daleko, niecałe 2 kilometry, ale każda odległość z plecakiem i w tym upale, w dodatku w samo południe, jest zbyt duża. No i Marcin tak jakby się trochę zdenerwował :/ :D

Image

Potem zdenerwował się jeszcze bardziej, ale już na szczęście nie na mnie :D Na dworcu okazało się, że tego dnia nigdzie dalej nie pojedziemy, bo autobus odjeżdża o 11.00 :/ :D Wprawdzie początkowo popatrywał jeszcze na mnie nieco podejrzliwie, ale gdy porządnie policzyliśmy czas, okazało się, że nawet bez tej przeklętej coli nie zdążylibyśmy pojawić się na dworcu o odpowiedniej porze. Zatem, w myśl zasady "po co się denerwować czymś, czego nie można zmienić", uznaliśmy, że w porządku, w takim razie DECYDUJEMY się (co, jak co, ale zawsze trzeba mieć kontrolę nad własnym życiem :D na zostanie tu na noc, bo po intensywnym zwiedzaniu okolic Muang Ngoi zasłużyliśmy na odpoczynek :D

Image

Znaleźliśmy bardzo przyjemny nocleg niedaleko dworca (150 000 LAK pokój ze śniadaniem) i postanowiliśmy robić nic :/ :D Żeby odpocząć :D Tak więc, niestety, nie dysponuję odpowiednimi informacjami na temat Nong Khiaw, chyba, że interesują Was restauracje (jest parę, a dania smaczne), supermarkety (jeszcze lepsze :D miejscowa whisky - 10 000 LAK, duża cola też 10 000), albo tajemna wiedza typu : gdzie kupić gąbkę, żeby choć trochę umyć zabłocone w Muang Ngoi buty (ale to na priv, bo długo szukaliśmy :D

Image

I powiem Wam, odpoczęłam, jak nigdy :D Dzięki temu, kolejnego dnia na dworcu byliśmy już po 10.00 - zakupiliśmy w kasie bilety do Luang Namtha (100 000/osoba, a dodatkowo trzeba było zapisać swoje nazwisko na skrawku papieru i zostawić panu w kasie - do tej pory nie wiem, po co:/), pan kierowca wskazał nam odpowiedni autobus, kazał włożyć plecaki do środka, a nam czekać na dworcowej ławce. Bardzo dobrze nam to podróżowanie szło, bardzo, do momentu, w którym kierowca odpalił silnik autobusu i odjechał z naszymi plecakami w siną dal :/ :D Biorąc pod uwagę nasz duży talent podróżniczy, aż się dziwię, że nie zostawiłam w głównym plecaku paszportu. I portfela z wszystkimi pieniędzmi :/ :D - ale to pewnie tylko dlatego, że toaleta na dworcu była płatna i nie chciałam się postawić w ...hmmm...niezręcznej sytuacji :/ :D Niestety, ponieważ na dworcu nie było nikogo, kto mówiłby po angielsku, pozostało nam tylko dalsze czekanie na ławce, z nadzieją, że to standardowa sytuacja.

Image

Pan (z busem i nienaruszonymi plecakami - sprawdziliśmy. Nieco nerwowo :D) wrócił po jakichś trzydziestu minutach. Tym razem kazał nam wejść do środka, po chwili dojechał inny bus, potem jeszcze jeden (a wszyscy pasażerowie przesiedli się do naszego) i ruszyliśmy. Trudna to była podróż. I raczej tłoczna - za każdym razem gdy pomyślałam "nie, teraz to już NAPRAWDĘ nikt więcej się nie zmieści", do środka wchodzili kolejni pasażerowie, najczęściej niosąc skrzynki po piwie obite skajem, stawiali je gdziekolwiek i zasiadali na nich z westchnieniem ulgi. Po paru godzinach bus się zatrzymał na jakimś dworcu, wszyscy wysiedli (Hurra! Hurra! Wreszcie dojechaliśmy!), a pan przełożył nasze bagaże do innego busa i kazał nam iść jeść (Czyli jednak nie...:/ :D Gdy wróciliśmy z obiadu (sałatka z czymś w rodzaju larw, chyba, nie do końca wiem, bo wyłuskaliśmy je z dania palcami, tak na wszelki wypadek :D, okazało się, że w tym busie jedziemy tylko my + pięciu panów z piwnymi krzesełkami (Hurra! Hurra!). Niestety, po dziesięciu minutach podjechaliśmy na inny dworzec, kierowca przywiązał nasze bagaże na dachu trochę większego autobusu i odjechał, a my zostaliśmy na peronie, obserwowani przez tysiące oczu ludzi, tłoczących się w jego wnętrzu. Trochę niezręcznie :/ :D Nie wyglądali na zadowolonych :/ :D W końcu "nowy" kierowca jakoś upchnął nas wszystkich (i pięciu panów, i pięć krzesełek) i pojechaliśmy dalej. Droga dłużyła się nam niemiłosiernie, w końcu, około godziny 19.00, dojechaliśmy do Luang Namtha.

Image

Dworzec w Luang Namtha jest znacznie oddalony od centrum miasteczka. Żeby tam się dostać, trzeba wziąć taksówkę. I owszem, na dworcu było mnóstwo taksówek, czekających na podróżnych. Zawsze powtarzam, że podróże kształcą, doskonale więc już wiedzieliśmy, że taksówki za chwilę, jak w Nong Khiew, gdy tylko pozbierają wszystkich turystów, znikną z dworca. A ponieważ potrafimy się uczyć na własnych błędach, nie było już mowy o żadnej coli, żeby uspokoić zszargane, tym razem ciało, nie nerwy :/ :D Zrobiliśmy więc dokładnie to, co trzeba - spokojnym krokiem wyszliśmy z dworca, stanęliśmy po przeciwnej stronie ulicy i wreszcie mogłam się z błogością zaciągnąć papierosem, obserwując, jak ostatni taksówka z dworca ODJEŻDŻA :/ :D

Image

Ale tym razem tak bardzo się nie załamaliśmy - i tak nie wiedzielibyśmy, co powiedzieć kierowcy :/ :D Z tego całego odpoczywania w Nong Khiew (i bary! Nie lekceważmy barów! :D zapomnieliśmy nie tyle zarezerwować noclegu, co nawet sprawdzić, w jakiej okolicy jest najwięcej hosteli :/ :D Gdy, tym razem akurat z nerwów, zapaliłam kolejnego papierosa, obserwując gasnące światła dworca, stało się coś niespodziewanego. Ostatni autobus wyjeżdżający zapewne do zajezdni, zatrzymał się bezpośrednio przy nas. Kierowca (ten sam, który z takim poświęceniem upychał nas do środka w miasteczku o nieznanej nazwie) gestami zapytał, czy nas podwieźć :) Powiem tyle - nie dopaliłam drugiego papierosa :D Okazało się, że kierowca i jego dziewczyna, która sprawdzała bilety w autobusie, nie znają zupełnie angielskiego. Nie było wyjścia - pan wyjął telefon, Marcin wyjął telefon i rozmawialiśmy przy pomocy translatora, a później głównie poprzez emotikony - śmieszne i rozczulające było obserwować dwóch mężczyzn, którzy wpisują do telefonu serduszka różnego rodzaju i pokazują je sobie nawzajem, bo tylko tak mogli wyrazić sympatię. Kierowca z dziewczyną byli przemili, gdy dowiedzieli się, że nie mamy noclegu, zaproponowali, że sami wybiorą nam odpowiednie miejsce. I faktycznie - pod ulokowany na głównej ulicy hotel, podjechaliśmy dalekobieżnym autobusem :) Chcieliśmy zaprosić ich w podzięce na obiad (nie uwierzycie, ile można powiedzieć łącząc emotikony :D z translatora zrezygnowaliśmy, bo najpierw pan pisał w języku swojego plemienia, potem tłumaczył na jakiś inny, potem jeszcze inny, a dopiero potem na angielski - w trakcie tych działań, cały sens wypowiedzi znikał, tworząc potworki w stylu "niezmienny łagodny oraz samotny podnóżek na zachodzie" (?:/) :D Niestety, para kolejnego dnia miała następną autobusową podróż, więc skończyło się na słownych podziękowaniach. Ale do tej pory jestem bardzo wdzięczna za pomoc i mam nadzieję, że wszystko się im dobrze układa.

Image

Gdy jednak usiedliśmy pod wybranym hotelem, pijąc mrożoną herbatę (8 000 LAK), zauważyliśmy, że w pokojach nie ma balkonów (nie, nie chodzi o to, że jesteśmy jakimiś wybrednymi francuskimi pieskami. Po prostu - balkon dla palacza to prawie najważniejsza część pokoju :D Natomiast okazało się, że co parę metrów świecą neony różnych hoteli - stwierdziliśmy więc, że poszukamy jakiegoś innego. Nim jednak zdążyliśmy dopić herbatę, podeszły do nas trzy przemiłe panie, ubrane w tradycyjne, plemienne stroje. Zmierzyły nas badającym spojrzeniem i spod przepastnych spódnic wyjęły towar - każdemu według zapotrzebowania :D Dla mnie plecione, kolorowe bransoletki (pewnie uznały, że koniecznie wymagam upiększenia :D, a dla Marcina, wiadomo, specyfik do palenia, który ponoć powoduje, że świat wokół wydaje się dużo bardziej atrakcyjny (to pewnie na wypadek, gdybym jednak nie skorzystała z magicznej mocy bransoletek :/ :D Odmówiliśmy grzecznie, ale panie były naprawdę przemiłe, ich sposób mówienia sprawił, że natychmiast się zakochaliśmy. Trudno to opisać słowami, dużo lepszy byłby tu plik dźwiękowy :) "Tiu, tiu, tiu, tiu" mówione z różną intonacją. Czasem trzecie "tiu" się wznosiło do góry, czasem czwarte. Czasami całe zdanie było intonowane bardzo wysoko. Dodatkowo panie śmiały się cały czas, całą twarzą. Naprawdę, wyjątkowo miłe to były panie, ale trzeba się było pożegnać - gdy odchodziliśmy, słyszeliśmy jeszcze ich "tiutianie" i śmiechy.

Image

Po przeciwnej stronie ulicy znaleźliśmy odpowiedni hotel "Thoulasith". Tańsze pokoje (80 000 LAK) były zajęte, ale pan zaproponował, żebyśmy dziś zostali w droższym (150 000), a jutro przeniesiemy się do tańszego. Niezbyt mieliśmy siłę, żeby szukać innego noclegu - teraz jedynym marzeniem był prysznic i coś do jedzenia - więc zgodziliśmy się na te warunki. Szybki prysznic i wybiegliśmy poszukać czegoś do jedzenia. Zdecydowaliśmy się na pizzę (wiem, trochę wstyd, poza tym, niezbyt była do pizzy podobna, ale przynajmniej nie było na niej niczego przypominającego larwy :/ :D A gdy jedliśmy, znowu podeszła do nas "tiutiająca" pani, ta najmilsza i z uśmiechem w oczach zaczęła ponownie proponować zakup bransoletki. Są takie momenty, w których człowiek zachowuje się dziwnie, głupio, absurdalnie, a w głowie ma mieszaninę emocji - no tak, pani miła, ale może chce cię oszukać. Pani podała cenę - 2 000 LAK za sztukę, Marcin wziął jedną, pani poprosiła, żeby zapłacił 5 000, a my, jak, no nie wiem, matoły, zaczęliśmy się targować. Że nie ma mowy, że mówiła 2000, że tak nie będzie...Pani tiutiała z prośba w głosie. W końcu wzięła 2 000, podziękowała miło i odeszła. A do nas wtedy dotarło, o co tak niezłomnie walczyliśmy....Dokładnie o 1 zł. O 1 zł, które dla pani może znaczyć cały posiłek....Siedząc przy piwach i pizzy, za które zapłaciliśmy 79 000 lekką ręką...A bransoletka była upleciona własnoręcznie, bardzo starannie i była naprawdę ładna.

Image

I zrobiło nam się tak głupio, tak głupio, że nie wiem co. I postanowiliśmy, że kolejnego dnia odnajdziemy panie i kupimy dużo bransoletek. Od każdej z nich, żeby było sprawiedliwie.

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#25 PostWysłany: 13 Wrz 2020 20:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 307
srebrny
Luang Namtha 2

Image

Samo Luang Namtha może i nie jest zbyt ciekawe - ot, miasteczko, jakich wiele. Natomiast jego lokalizacja sprawia, że można spędzić tu bardzo dużo czasu - niedaleko znajduje się rezerwat przyrody, a wokół miasta rozproszone są wioski plemienne. Przeczuwaliśmy więc, że to jest miejsce w sam raz dla nas :) Nim jednak zaczęliśmy robić plan zwiedzania, trzeba było załatwić sprawy organizacyjne - dzień wcześniej, szukając pizzerii, przez przypadek znaleźliśmy miejsce, które nas zachwyciło. Hotel Zuela, z pięknym podwórkiem, barem i wypożyczalnią skuterów. Przenieśliśmy się do niego (80 000 LAK/doba), wypożyczyliśmy skuter (80 000 LAK), w zestawie była też mapa regionu, i pojechaliśmy.

Image

Chwilami jednak wolałam iść na piechotę :/ :D

1. Nam Dee

Wioska znajduje się stosunkowo niedaleko, a sam dojazd nie jest zbyt wymagający. Tak do połowy drogi :/ :D Bo potem zaczynają się kamyczki, te, które odskakują spod kół i mogą cię walnąć w twarz np. I jeszcze te, na których się można poślizgnąć. No. Ale da się dojechać :)

Image

Nam Dee to wioska plemienia Lanten, które specjalizuje się w wytwarzaniu papieru z bambusa i w pięknym, kaligraficznym piśmie. Plemię posiada też bardzo bogaty zbiór legend, które, chcąc uchronić przez zapomnieniem, spisuje. Niestety, w Laosie żyje bardzo dużo grup etnicznych i każda z nich mówi swoim własnym językiem. Często jest więc tak, że dwóch Laotańczyków nie potrafi się w ogóle dogadać, bo nie znają żadnego wspólnego języka. Istnieje zatem niebezpieczeństwo, że zbiór tradycyjnych podań będzie trwał tak długo, jak długo trwać będą Lanten. Gdy ostatni członek plemienia umrze, spisane legendy staną się tylko zbiorem dziwnych znaków nakreślonych na przepięknym papierze...

Image

Przypuszczam, że wioska jest częstym celem wycieczek zorganizowanych, ale bez problemu można ją zwiedzić samodzielnie. Przy wiosce znajduje się wodospad i malutkie muzeum (właściwie jedna chata). Bilet wstępu (11 000 LAK) uprawnia też do zwiedzania wioski, a przy kasie jest parking, na którym spokojnie można zostawić skuter.

Image

Wodospad i muzeum załatwiliśmy w kilkanaście minut, bo przede wszystkim spieszyło się nam do wioski. Marzyliśmy o podglądaniu prawdziwego życia, o rozmowach z miejscowymi, o "poczuciu" klimatu i przygodzie :) Gdy jednak doszliśmy do głównej uliczki, uświadomiliśmy sobie, jacy jednak durni jesteśmy. Bo jak tu "podglądać" cudze życie? Ani się nie wtopimy w tłum, bo po pierwsze, nie ma żadnego tłumu, a po drugie - niestety, obawiam się, że wszyscy nas rozpoznają :/ :D A nawiązywanie rozmów? Hmmm, pytania w stylu : "O, pan tu mieszka?" wydały mi się trochę imbecylowate, "Co pani robi"? przesadnie ciekawskie i niegrzeczne, a "Ładna pogoda, nieprawdaż?" zdecydowanie poniżej poziomu :/ :D

Image

W dodatku sama bym się zdenerwowała, gdyby na moje podwórko nagle wepchnęła się dwójka podejrzanie wyglądających turystów i zaczęła się głupkowato dopytywać o wszystko, więc co się dziwić miejscowym? Nie wiem, nie mam pojęcia, jak to robią Prawdziwi Podróżnicy, wiecie, ci, którzy gdziekolwiek pójdą, momentalnie mają przyjaciół, wszyscy zapraszają ich do domów i bez znudzenia opowiadają o swoim życiu, a nawet zdradzają plemienne tajemnice. A potem ci podróżnicy kręcą swoje programy, piszą książki, a czasami odkrywają zaginione cywilizacje. No nie wiem, naprawdę :/

Image

Gdy więc sobie uświadomiliśmy ten straszny fakt, zrobiło się nam dosyć przykro. I, zamiast chodzić między domami i udawać, że tak sobie po prostu przechodzimy, wcale nie podglądamy, poszliśmy nad rzekę.

Image

I to była doskonała decyzja, bo nad rzeką zaraz poprawił się nam humor. Dzieci! Cudowne, wesołe, roześmiane, ciekawskie...:) O tak, nawiązywanie kontaktu z dziećmi jest dużo prostsze :)

Image

Image

W rzece pluskali się sami chłopcy, to zresztą częsty widok w Laosie, osobno chłopcy, osobno dziewczynki. Podobnie było z nawiązywaniem kontaktu - do mnie podchodziły głównie dziewczynki, chłopcy się jakby wstydzili, tymczasem na Marcina dziewczynki nawet nie popatrzyły. On należał do chłopców. Tak więc, chłopcy pluskali się w wodzie, a później w mydlinach z baniek, wtem...

Image

Na nadrzecznej skarpie pojawiła się banda dziewczynek. Stanęły w rządku, przyjęły widocznie lekceważące (chłopców) pozy i pomachały do nich czymś trzymanym w rączkach, chwaląc się z wyższością :D Poważnie, obserwacja tych niewerbalnych sygnałów była niesamowita :D Gdy wreszcie udało mi się dojrzeć, co trzymają, szczęka opadła mi na ziemię z zaskoczenia. Jadąc do wodospadu, zatrzymaliśmy się w wioskowym sklepiku i, po chwili zabawy, daliśmy córeczce właścicielki aparacik do baniek. razem z mamą przyglądały się mu z dużym zainteresowaniem, widać było, że nie znają takiej zabawki. Od tego czasu minęła jakaś godzina, a dziewczynki na skarpie trzymały w rączkach wypełnione mydlinami kubki po napojach i słomki...Przyszły się pochwalić chłopcom swoim nowym odkryciem...Inna sprawa, że gdy tylko zobaczyły, że chłopcy mają "prawdziwe" bańki, buzie im trochę posmutniały. Pierwszy raz w życiu, z taką intensywnością, dotarło do mnie, że nawet gdy nam się wydaje, że nie wpływamy na otoczenie, że nie "rozrzedzamy" kultury, jednak to robimy...

Image

Po chwili konsternacji, dziewczynki przełamały wstyd i zbiegły ze skarpy, po drodze wyrzucając swój wynalazek :) I wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa :)

Image

Image

Nad rzeką spędziliśmy jakąś godzinę i był to bardzo dobry czas:) Dziewczynki się pożegnały i poszły swoich dziewczyńskich spraw, a chłopcy zaczęli nas śledzić :D Ci odważni tak bardziej bezpośrednio, szli za nami jak kaczątka, ci nieśmiali - z ukrycia, krzakami :D

Image

A nam humor poprawił się tak bardzo, że postanowiliśmy zdać się na los i nie zawracać sobie głowy wymyślaniem wydumanych pytań, żeby nawiązać kontakty. Co ma być, to będzie, trudno. I takie podejście przyniosło natychmiastowe efekty, bo po pięciu minutach pewna pani po prostu zawołała nas do domu :)

Image

Pani chciała nam pokazać swój warsztat do robienia papieru. Faktycznie, papier był wyjątkowy, do tego stopnia, że sami, bez żadnych nacisków z jej strony, zapytaliśmy, czy nie moglibyśmy kupić (mogliśmy. 20 000 za ogromną, złożoną w kwadraciki płachtę).

Image

Tradycyjny strój Lanten. Gdy się dowiedziałam, ile plemion jest w Laosie, nie byłam w stanie ich rozróżnić. Później jest coraz łatwiej - różnią się nie tylko strojami, po pewnym czasie człowiek zaczyna rozróżniać na podstawie rysów twarzy.

Image

Potem inna pani zaprosiła nas do swojej chatki, pokazała wnętrze i opowiadała o swoim życiu (ale w języku Lanten, więc nie możemy napisać książki :D Natomiast komunikacja niewerbalna szła nam bardzo dobrze :)

Image

Pani wytwarzała ozdoby - kolczyki, zawieszki do kluczy (2 zawieszki - 20 000 LAK)

Image

A jeszcze później prawie wszyscy mieszkańcy wioski zaprosili nas do swoich domów :) Bardzo mili ludzie, ci Lanten, ale nie mieliśmy więcej pieniędzy :D


2. Złota Stupa

Na obrzeżach miasta, na wzgórzu, znajduje się Złota Stupa. Owszem, jest ładna, ale jakoś tak bez szału, przynajmniej dla mnie. Dużo większe wrażenie zrobiła na mnie droga do niej :)

Image

Przepiękne widoki. Człowiek ma ochotę co chwilę zatrzymywać skuter i po prostu patrzeć.

Image

Sama stupa wygląda natomiast tak :

Image

Image

Image

A już największe wrażenie wywarło na mnie pewne spotkanie :) Zostawiliśmy skuter pod domem mnichów i szliśmy kawałek na piechotę. Było przyjemnie, leniwie, szliśmy powoli, rozmawiając. W zaroślach na poboczu, zobaczyliśmy...kota. Ładny był, czarny, a ponieważ zawsze zachwycamy się kotami, i nim zaczęliśmy się zachwycać. Coś nam jednak nie pasowało, był jakiś taki...skupiony? Napięty? Nagle, na trawie pionowo "stanął" wąż, długi na jakiś metr i zaczęła się walka. Raz atakował kot, raz wąż, szybkimi, celnymi uderzeniami...Obserwowaliśmy to, nie wierząc własnym oczom. Wszystko odbyło się tak szybko, że nim zdążyliśmy wyjąć aparat, było po wszystkim.

Image

Zdążyliśmy zrobić tylko takie zdjęcie - jeśli się przyjrzycie, to zobaczycie głowę węża w pyszczku kota. Na zdjęciu wydaje się mały, ale gdy kot ukrywał się w zaroślach ze zdobyczą, to wężowe ciało ciągnęło się jeszcze długo za nim. Czasem myślę o tym widoku, gdy przyglądam się, jak mój kot przelewa swoje ciało, przewracając się na drugi bok podczas drzemki :)

Image

CDN.
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
 
#26 PostWysłany: 23 Wrz 2020 23:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 10 Lip 2013
Posty: 307
srebrny
Luang Namtha 3

Luang Namtha, a właściwie możliwości z nią związane, zrobiły na nas takie wrażenie, że praktycznie co wieczór schodziliśmy do mieszczącego się w osobnym budynku baru. Nie, nie z tego powodu, o którym myślicie :) (choć zdarzało nam się też w nim zatrzymywać - 12 000 LAK butelka :) Po prostu bar był również recepcją hoteliku. Codziennie, z duszą na ramieniu zadawaliśmy to samo pytanie : "Czy możemy przedłużyć pobyt o jeszcze jedną noc?" W końcu doprowadziliśmy do tego, że gdy przemiły pan recepcjonista spotykał nas gdziekolwiek, o każdej porze dnia, z uśmiechem krzyczał : "Tak, wolne!" i dodawał : "Skuter też wolny" :D Przestaliśmy nawet oddawać kluczyki i parkowaliśmy "nasz" pojazd pod samymi oknami pokoju. Istniało zagrożenie, że nie wyjedziemy stąd nigdy, a przynajmniej nie prędko :)

Image

3. Nammat Mai

Wioska jest jedną z niewielu leżących w okolicach Luang Namthy zgrupowań plemienia Akha. Akha to lud rolniczy, większość jego członków wyznaje animizm i kult przodków. Kobiety zajmują się też szyciem - wytwarzają piękne torebki, bransoletki oraz bardzo wyszukane nakrycia głowy.

Image

Żeby do niej trafić, trzeba przejechać przez (nie będę tu oryginalna, stale to powtarzam :) bardzo malownicze tereny. Laos jest naprawdę wyjątkowy pod tym względem, właściwie muszę się zmuszać, żeby zdjęcia opisać jakoś inaczej, niż "wspaniałe, urzekające, szczęka opada". Natomiast sama droga, no cóż, była, jaka była :)

Image

Przynajmniej mogłam się pocieszać, że skoro I TAK już mam bandaż na kolanie, to drugi raz sobie chyba tej nogi nie rozwalę :D Poza tym, opatrunek to zawsze jakaś ochrona :)
Wioska nie miała żadnego oficjalnego wejścia, budki z biletami czy miejsca, w którym można zapłacić. Zawsze jakoś wyobrażam sobie, że tego typu opłaty przeznaczane są na rozwój wioski i poprawienie bytu jej mieszkańców i zawsze trochę głupio się czuję, gdy tego nie robię. Choć z drugiej strony, w Luang Namtha można było wykupić wycieczkę zorganizowaną do plemiennych wiosek, nie najtańszą, jednak nie wydaje mi się, żeby te pieniądze były przekazywane tym, za których oglądanie się płaci. Raczej zarabia na tym tylko agencja - dla mnie to taki dość duży dylemat moralny...Dlatego wolę sprzedaż czegoś w rodzaju biletów przez samych mieszkańców, bezpośrednio przed wioską, zawsze wtedy można mieć większą nadzieję. A skoro budki nie było, a my bardzo-bardzo chcieliśmy wejść do wioski, postanowiliśmy, że będziemy kupować wszelkie możliwe wyroby od mieszkańców, żeby choć trochę zrekompensować im to nachalne "podglądactwo".

Image

Nie musieliśmy długo czekać :D Jeszcze przed wejściem do wioski podbiegły do nas dziewczynki, prezentując wioskowe wyroby, dorośli natomiast nie zwracali na nas żadnej uwagi. Kupiliśmy od każdej po bransoletce (5000 LAK), żeby było sprawiedliwie i ruszyliśmy do środka.

Image

Akha stawiają bramy w miejscu ducha wioski. Bramy strzegą wioski przed demonami i nie wolno ich dotykać, bo duch się rozgniewa, a wtedy nie ma innego wyjścia, tylko trzeba go przebłagać. A to wcale nie jest takie proste - z tego co doczytałam na tablicy informacyjnej, od pewnego człowieka, który koniecznie musiał wszystko sprawdzać namacalnie, duch zażądał świni (sztuk 1), kur (sztuk 2) i butelki alkoholu (gatunek nie był wymieniony). Również lubię wszystkiego dotykać, więc to duże szczęście, że NAJPIERW przeczytałam tablicę stojącą przy bramie :D

Image

Dorośli zupełnie nie zwracali na nas uwagi - nie byli mili, nie byli niemili. Raczej traktowali nas, jakbyśmy nie istnieli. Dzieci natomiast były dużo bardziej nieśmiałe, niż gdzie indziej - po początkowych handlowych rozmowach, tylko te bardziej odważne zdecydowały się iść w dużej odległości za nami. Nie mogłabym powiedzieć, że atmosfera w wiosce była napięta, ale...ale było tam coś dziwnego.

Image

Image

Pewnie trudno się cieszyć, gdy się ma swoje problemy. Lud Akha ma się coraz gorzej, rząd zabiera im ziemię, ludność robi się coraz bardziej uboga, niektórzy, w poszukiwaniu zarobku uciekają do miast. Ale co może robić w mieście rolnik z dziada pradziada?...

Image

Na wzniesieniu, trochę na obrzeżu wioski, znajdowała się jej tradycyjna część. Lud Akha obchodzi mnóstwo świąt, najczęściej związanych z cyklem rolniczym. Jednym z najbardziej znanych (przynajmniej wg Wikipedii) jest Święto Huśtawki. Wikipedia podaje również, że huśtawka stawiana jest po to, aby przypomnieć, w jaki sposób Bóg sprowadził lud Akha na ziemię. Ja jednak nie jestem tego taka pewna - według nielicznych dzieci, które były na tyle odważne (i na tyle umiały mówić po angielsku), że poszły z nami, stawianie huśtawki ma dużo wspólnego z wchodzeniem w dorosłość, a huśtanie się na niej, jest rodzajem inicjacji. Choć może te dwie rzeczy w jakiś sposób się łączą.

Image

Aha, huśtawki też nie wolno dotykać :) Choć powiem Wam, że atmosfera tego miejsca raczej nie powodowała, żebym miała ochotę radośnie biegać od jednego miejsca do drugiego i niefrasobliwie obłapiać wszystkie, dziwnie wyglądające przedmioty. A było ich wiele...

Image

Na drzewach przymocowane były różne drewniane ozdoby, które na pewno coś znaczyły i pełniły jakąś funkcję. Byłam trochę zawiedziona - swoim brakiem wiedzy, ignorancją, która nie pozwoliła mi na zrozumienie bogactwa tego miejsca. Trochę zła, że tak trudno spotkać kogoś, kto mówiłby po angielsku i zechciał objaśnić, o co w tym wszystkim chodzi. A na koniec wściekła na samą siebie, że, owszem, chciałam tu być, ale jakim trzeba być matołem, żeby pakować się komuś do jego codziennego życia i oczekiwać, ba, żądać, żeby ktoś natychmiast mi je objaśnił....Ot, myślenie Europejczyka...

Image

Image

I kolejna brama ducha. Atmosfera w wiosce nasycona była mistycyzmem i jakimś smutkiem, nostalgią. Albo...może to były moje własne emocje?

Image

Image

Staliśmy na wzgórzu, patrząc na wioskę, która, jeśli nadal plemieniu będzie zabierana ziemia, wkrótce zupełnie opustoszeje. Już było czuć, że wioska jest lekko wyludniona. Nie było słychać charakterystycznego gwaru życia, tylko przed niektórymi domami siedziały rodziny, oddające się codziennym zajęciom.

Image

Image

I czuliśmy się trochę, jak dziecko, które podgląda coś ważnego przez szparę w drzwiach...Wie, że to, co robi, nie jest dobre, ale ta tajemnica tak bardzo je kusi....Nie wszystko zobaczy, nie wszystko usłyszy, coś zinterpretuje inaczej, coś sobie dopowie...

Image

Image

Rzeka, najważniejsze miejsce w wiosce. Można się wykąpać, można umyć samochód, poza tym, to miejsce spotkań - tu przychodzi się poplotkować, gdy słońce zaczyna zachodzić.

Image


4. Cmentarz Czarnych Tajów

Niedaleko Luang Namthy, między Phoung a Pasak, przy drodze znajduje się święty las, a w nim cmentarz Czarnych Tajów. Nazwa tej grupy etnicznej pochodzi od koloru ich spódnic i nakryć głowy.

Image

Jadąc wzdłuż lasu, trzeba wypatrywać grobowców wśród drzew. Przy wejściu stoi tabliczka z prośba o zachowanie szacunku dla zmarłych. Natomiast sam cmentarz jest bardzo klimatyczny. Popatrzcie:

Image

Image

Przy grobach zmarłym zostawia się wszystko to, czego mogą potrzebować do życia.

Image

Pieniądze,

Image

kołdry.

Image

Same grobowce budowane są w formie czegoś w rodzaju domków i ozdabiane sztandarami, wstęgami i właściwie wszystkim, co tylko możliwe.

Image

Image

Jak dla mnie - bardzo warto.

CDN.

P.S. Wiem, mało tekstu, w dodatku smutny. I chyba nie do końca o Laosie, choć to Laos mnie sprowokował :) Bardziej o tym, jak mało wiemy. I właściwie o przemijaniu...Ech, chyba powinnam iść spać. Dobranoc :)

Image
_________________
magiczna-torpeda-akcja-na-dom-dziecka-w-nepalu,18,108915
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 26 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group