Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 11 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 12 Paź 2019 18:15 

Rejestracja: 20 Cze 2015
Posty: 153
Loty: 123
Kilometry: 202 393
niebieski
Gruzja. W planach była od zawsze, ale z roku na rok odkładana. Bo jakoś, w danym momencie, zawsze był atrakcyjniejszy wyjazd, który dostawał priorytet. Poza tym podświadomie trochę uprzedziłem się czytając, jak to wyeksploatowany już kierunek, a po gruzińskiej gościnności nic nie pozostało. Tymczasem przyszedł czerwiec i zrodziła się potrzeba wyjazdu. Pomysłów było kilka, ostatecznie padło na Gruzję i z perspektywy czasu jestem zadowolony z wyboru.

Po krótkim zgłębieniu tematu zorientowałem się, że bardziej interesuje mnie wschodnia część kraju, dlatego też powstał taki składak podyktowany preferencjami, jak i kosztami dolotu:

23 lipca: Warszawa – Kijów – Tbilisi (Ukraine Int. Airlines)
30 lipca: Kutaisi – Warszawa (WizzAir)

Image

Pierwsze półtora dnia przewidziane zostało na stolicę i okolicę, następne 5 dni na objazd Gruzji wynajętym autem 4x4. Miała być przygoda i przygoda była, głównie za sprawą wyprawy do Tuszetii i przejazdu przez Mały Kaukaz. Tampo jak zwykle szalone, kilometrów w stosunku do posiadanego czasu za dużo, odpoczynku podczas urlopu brak. Ale były emocje, a to dla każdej przygody jest najważniejsze.

Zapraszam również na relację video z odbytej podróży. Sporo materiałów z drona.




We wtorek 23 lipca pierwszy odcinek podróży przebiegał przez Kijów. Wylot z Warszawy o 6 rano, dalej do Tbilisi o 12. Przerwę wykorzystaliśmy na krótki rekonesans. Od ostatniej wizyty na kijowskim lotnisku zauważyłem, że doprowadzono linię kolejową.

Image

Wizyta na ukraińskiej ziemi musiała skończyć się wizytą w lotniskowej knajpie i zamówieniem pielmieni. Ostrzegam wszystkich, że kelnerzy są wycwanieni i w płatności kartą widzą same problemy (straszą dużą prowizją), płatność gotówką w EUR też możliwa, ale po ich kursie i zaokrągleniach. Do tego na koniec werbalne żądanie daj mi napiwek, mimo że sam nabił opłatę serwisową.
Przelot do Gruzji nie odbywa się po najkrótszej trasie. Od zestrzelenia nad Donieckiem MH17 wszelkie loty odbywają się z wyminięciem separatystycznych republik Ługańskiej oraz Donieckiej. Samoloty oblatują je od strony północnej (przez Rosję) lub południowej (przez Morze Czarne). W naszym przypadku obraliśmy kurs na Odessę, ominęliśmy Krym, a potem dopiero skręt na wschód.
Z lotniska do centrum miasta jest bezpośredni bus (nr 37). Pierwsze wrażenie ma lekki odcień postsowiecki (nieład, charakterystyczne budownictwo), który podsycają mijane co jakiś czas stare Łady. Tbilisi jest pięknie usytuowane, a ścisłe centrum robi bardzo przyjemne wrażenie. Wybrukowane uliczki, sporo knajpek, jest ładnie i klimatycznie. Pierwsza kolacja, pierwszy łyk gruzińskiego wina, wieczór przechodzi w noc, a my kończymy na wygodnych sofach w najstarszej dzielnicy Abanotumani, pośród wciąż działających łaźni siarkowych.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Nowy, pełny dzień w Tbilisi rozpoczynamy od wyprawy do Mcchety. Po typowym, obfitym gruzińskim śniadaniu, wsiadamy w metro i przemieszczamy się do stacji Didube.

Image

Image

Image

Image

Image

Stąd kursują marszrutki do celu naszej wyprawy. Po początkowym małym zamieszaniu, bo okolice tej stacji to duży bazar ze stojącymi w różnych miejscach busikami, a każdy z nich odjeżdża w inną część kraju, odnajdujemy nasz środek transportu i ruszamy.

Image

Podróż jest krótka, raptem półgodzinna. Mccheta to dawna stolica kraju, kolebka kultury gruzińskiej, miejsce pochówku królów. Głównym punktem miasta jest monastyr Sweti Cchoweli, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Podobno trzeba tu być, żeby móc powiedzieć „byłem w Gruzji”.

Image

Image

Miasteczko jest bardzo ładne, niezatłoczone, a sam monastyr faktycznie wprowadza aurę tajemniczości i oddaje ducha narodu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na okolicznym wzgórzu, za rzeką o swojskiej nazwie Kura, znajduje się zewsząd widoczny, nie mniej ważny, monastyr Dżwari. Z taksówkarzem ustalamy, że zawiezie nas na górę, poczeka, a dalej pojedziemy do Tbilisi z powrotem na stację metra Didube. Z Dżwari, zwanym monastyrem krzyża, wiąże się legenda, jakoby Św. Nino zatrzymała się na modlitwę na najwyższym wzniesieniu Mcchety i postawiła tu krzyż. W miejscu tym powstał monastyr. W środku jest dosyć skromnie, specjalnie nie wyróżnia się.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na pewno warto tu dotrzeć dla widoku całej doliny z Mcchetą i monastyrem Sweti Cchoweli.

Image

Image

Stąd doskonale widoczna jest wiodąca na północ Droga Wojenna, natomiast my wracamy w drugą stronę, do stolicy.

Image

Wysiadamy z metra na Placu Wolności i dalej przemierzamy miasto pieszo, idąc reprezentatywną ulicą Kote Afkhazi.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zatrzymaliśmy się na posiłek, nieświadomy zamówiłem dla siebie całe chaczapuri serowe i już to, że kelner życzył mi powodzenia, powinno dać do myślenia. Generalnie zatkało mnie, bomba z opóźnionym zapłonem. Nadawałem się do turlania.

Image

Przedreptaliśmy okolicę, byliśmy na moście Wolności, pod krzywym zegarem, w starej katedrze Sioni i wszystkich okolicznych, wartych zobaczenia miejscach.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Późnym popołudniem zmieniamy stronę miasta i trafiamy do wybudowanego 15 lat temu, w podzięce narodu gruzińskiego za uzyskanie wolności, robiącego wrażenie swoją wielkością Soboru Trójcy Świętej. Jest to trzecia co do wielkości prawosławna świątynia na świecie. W środku dosyć surowa, na zewnątrz z ładnym widokiem na miasto.

Image

Image

Image

Image

Wieczorem czas na wjazd kolejką linową na wzgórze z punktem widokowym, gdzie obok zejścia do twierdzy Narikala znajduje się doskonale widoczny z dołu miasta pomnik Matki Gruzji - Kartlis Deda. Oddaje ona charakter Gruzinów, w jednej dłoni dzierży miecz, w drugiej czaszę z winem. Bo miejscowi to naród typowo południowy – jak trzeba to ugoszczą, jak wymaga tego sytuacja to rozprawią się. Warto tu trafić tuż po zachodzie słońca, gdyż Tbilisi jest pięknie oświetlone.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na koniec dnia trafiamy do knajpy, gdzie kelner przyjmując drugie zamówienie na wino podał dwa razy więcej niż zamawialiśmy (przyniósł 1l). Extra pół litra to od niego gratis, bo – jak stwierdził – jesteśmy Polakami. Może tak jest, może to gra pod napiwek, w każdym razie podczas tego wyjazdu spotkaliśmy się z dowodami sympatii dla naszej nacji.

Image

Image

Image

Image

Następnego dnia rozpocznie się nasza samochodowa część wyprawy po Gruzji.
_________________
Moje relacje: Sycylia, Kijów + Czarnobyl, Islandia, Tajlandia + Kambodża, Norwegia, Meksyk, Iran, Malta, Kenia, Szkocja, Izrael, Peru, Gruzja
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
eskie uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 12 Paź 2019 18:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 22 Lip 2017
Posty: 1114
Loty: 62
Kilometry: 123 390
złoty
@b79

Napisz proszę gdzie wypożyczałeś 4x4 i jak wrażenia z jazdy. Koszty wypożyczenia i ubezpieczenia też są ważne. Jadę 25.12-01.01
_________________
Coito ergo sum
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 12 Paź 2019 18:40 

Rejestracja: 20 Cze 2015
Posty: 153
Loty: 123
Kilometry: 202 393
niebieski
@eskie zgłoś się przez facebooka do Martyna z Gruzji. Polka, która tam mieszka i ma całą flotę 4x4. Pełne ubezpieczenie i zgoda na bezdroża. Na pewno najtańsza opcja, porównując do sieciówek. Ceny nie podam, bo w zimie pewnie leci w dół.
_________________
Moje relacje: Sycylia, Kijów + Czarnobyl, Islandia, Tajlandia + Kambodża, Norwegia, Meksyk, Iran, Malta, Kenia, Szkocja, Izrael, Peru, Gruzja
Góra
 Relacje PM off
eskie lubi ten post.
eskie uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 12 Paź 2019 20:25 

Rejestracja: 02 Mar 2012
Posty: 5549
HON fly4free
Piękne zdjęcia.Czekam na c.d . Mam sentyment do tego kraju i jego mieszkańców. :)
Góra
 Relacje PM off
zuzanna_89 lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 15 Paź 2019 18:27 

Rejestracja: 20 Cze 2015
Posty: 153
Loty: 123
Kilometry: 202 393
niebieski
Przez następne dni dysponowaliśmy autem Mitsubishi Outlander Sport 2.0. W Gruzji warto postawić na napęd 4x4 i móc pojechać tam, gdzie kończy się asfalt, a zaczyna przygoda.
Pierwotnie myślałem o zwykłym aucie i wizycie w pustynnym Parku Waszlowani na wschodnim krańcu Gruzji (wymagane auto terenowe, ale można załatwić np. z miasta Sighnaghi bądź Telawi jednodniowy wypad z przewodnikiem i jego autem), ale szybko uznałem, że w tym miejscu powinno być się jesienią, a nie upalnym lipcu. Obejrzałem jednak na youtubie jakiś film z „drogi do Omalo” i zachorowałem na wizytę w Tuszetii. Ostatnio zauważyłem, że najlepiej wspominam te wyjazdy, gdzie były największe emocje, dlatego zorganizowałem wymagane dla tej podróży auto i kropka nad i została postawiona. Marzenia trzeba realizować.

Startowaliśmy z Tbilisi natomiast zwrot auta miał mieć miejsce w Kutaisi. Tak więc nasza podróż przez Gruzję była z punktu A do B, bez konieczności wracania się na koniec.
Auto miało sekwencyjną skrzynię biegów, niestety do końca nie wiedziałem jak przełączyć się w tryb w pełni automatyczny – musiałem cały czas operować manetkami do zmiany biegów. W górach miało to sens, ale na trasach przejazdowych niekoniecznie.

Image

Nasz pierwszy dzień w drodze zakładał objazd po wschodnim regionie Gruzji, Kachetii. Wyruszyliśmy na południe, minęliśmy miejscowość Rustawi i dalej udaliśmy się przez tereny półpustynne, po bezdrożach, w stronę monastyru Dawid Gareja. Droga wiedzie wzdłuż granicy z Azerbejdżanem. Początkowo mija się krowy, jednostkę wojskową, potem robi się coraz puściej: po miniętym opuszczonym kołchozie nastaje surowa pustynia.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W pewnym momencie musiałem źle pojechać, ponieważ trochę nadłożyliśmy drogi i momentami ciężko było odróżnić co jest jeszcze drogą, a co nie. Nie zmienia to faktu, że czasami są znaki kierujące w stronę monastyru, ale żywej duszy w okolicy brak. Po jakimś czasie, kilku pagórkach, gdzie auto dostało w kość, zaczął nam doskwierać coraz większy upał. Ewidentnie klimatyzacja wysiadała, aż dostałem komunikat o przegrzanym silniku i konieczności zatrzymania się. Termometr wskazywał na zewnątrz temperaturę 102F (auto amerykańskie, w przeliczeniu jest to ok. 38 st. C), ale po wyjściu okazało się, że na otwartej przestrzeni przynajmniej jest przewiew. Na horyzoncie wieżyczki graniczne z Azerbejdżanem, pojawił się po chwili przejeżdżający samochód straży granicznej. Panowie zapytali, czy wszystko w porządku, czy trzeba pomóc. W porządku :) Musieliśmy tylko odczekać, aż skończy się gotować woda pod maską, co mimo niesprzyjającej aury miało miejsce. Więcej problemów z autem nie było.

Granica na horyzoncie:
Image

Gdy dobiliśmy do głównej drogi, wciąż piaskowo-żwirowej, okazało się, że dojeżdżają tu nawet duże autobusy wypełnione turystami. Monastyr Dawid Gareja jest przedmiotem sporu pomiędzy Gruzją a Azerbejdżanem. Część kompleksu znajduje się po drugiej stronie granicy. Z tego co mi wiadomo, obecnie żołnierze nie pozwalają na spacer wzdłuż linii granicznej, sytuacja trochę zaogniła się. Gdy byliśmy w lipcu, można było wspiąć się na wzgórze (podobno warto dla samego widoku na stronę azerską), ale raz że temperatura była mordercza, dwa że nasz plan nie pozwalał na taki luksus czasowy.

Image

Image

Image

Image

Image

Sam monastyr pochodzi z VI wieku. W wyniku licznych najazdów w pewnym momencie stał się niezamieszkały, a od początku ubiegłego wieku ponownie przebywają w nim mnisi. Powiem szczerze, że trochę większe miałem oczekiwania wobec tego miejsca. Bardziej interesujący był dojazd, niż sam monastyr.
W drodze powrotnej, tym razem w kierunku północnym, zaczął objawiać się pierwszy asfalt, ale wciąż dziurawy. W pierwszej napotkanej miejscowości Udabno znajduje się bar prowadzony przez… Polaków. Krótki postój, kawa, przekąska.

Image

Image

Kierujemy się w kierunku Sagaredżo, wysuszony słońcem krajobraz powoli ustępuje wdzierającej się coraz odważniej zieleni.

Image

Image

Image

Docieramy wreszcie do trasy wiodącej od stolicy na wschód kraju, do serca regionu Kachetii. Przy drodze co chwila mijamy kramy, gdzie kobiety sprzedają głównie miód i wina, ewentualnie owoce.

Image

Image

Kachetia słynie przede wszystkim z wyrobu wina. Według licznych źródeł to tutaj 8000 lat temu powstał ten trunek. Do tej pory pielęgnuje się tradycyjny sposób wyrobu „ghwina” (oryginalna nazwa) polegający na składowaniu glinianych dzbanów zakopanych w ziemi aż do momentu, gdy wino dojrzeje.
Docieramy do miejscowości Sighnaghi, ale najpierw odwiedzamy zlokalizowany na stromym zboczu monastyr Bodbe. Jest tu żeński klasztor, ale przede wszystkim grób patronki Gruzji, św. Nino, z rąk której przyjęto chrzest.

Image

Image

Image

Image

Dalej zdjęcia ze starej bazyliki:
Image

Image

Grobowiec św. Nino
Image

Przerwę na posiłek spędzamy we wspomnianym mieście Sighnaghi, które uznawane jest za jedno z najładniej położonych w Gruzji. Zlokalizowane na wzgórzu, z widokiem na równinę poprzedzającą wypiętrzenie Kaukazu. Jeśli ktoś chciałby skupić się na zwiedzaniu Kachetii, wypadu do parków narodowych, zwiedzaniu zabytków czy licznych tu winnic, miasto to wydaje się najlepszą opcją na bazę noclegową.

Image

Image

Image

Image

Image

Trafiamy do knajpki z pięknym widokiem z tarasu widokowego, zamawiamy wino i gruzińskie specjały, w tym po raz pierwszy chinkali, czyli duże pierożki z nadzieniem mięsnym (są też inne wersje). Należy chwycić je palcami, nadgryźć bok i wyssać zawartość. Krojenie nożem skończyłoby się wylaniem będącego w środku rosołku, a to już podpada pod błąd w sztuce spożycia.

Image

Image

Ostatni nasz odcinek biegnie do stolicy regionu, gdzie mamy nocleg - miasteczka Telawi. Po drodze mamy jeszcze dwie zaplanowane atrakcje. Pierwszą jest monastyr Nekresi, znajdujący się na wzgórzu na wysokości 800m. Trasę serpentynami na górę poprzedza budka strażnicza i szlaban. Wystarczy powiedzieć gdzie jedziemy i wpuszczają. Kompleks świątynny robi wrażenie. Jest pięknie zlokalizowany (widoki), ładny (klimat) i zamieszkały przez mnichów (nabożeństwo w kaplicy).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Do następnej atrakcji – dawnej stolicy królestwa Kachetii, twierdzy Gremi – docieramy tuż po godz. 20 przez co obiekt oglądamy tylko z zewnątrz; jest już zamknięty.

Image

Image

Do Telawi docieramy po zmroku. Właściciel mówi tylko po rosyjsku, więc kontakt utrudniony, ale wciąż na poziomie słowiańskich języków. Zaproszenie do prywatnej domowej piwniczki na degustację zrozumieliśmy, ale jakoś tak wieczór potoczył się, że niestety nie dotarliśmy tam.
Rano przywitał nas piękny widok z balkonu na piętrzące się góry, do których w tym dniu zmierzaliśmy.

Image

Plan był trochę szalony, by przebyć tak trudną drogą do Tuszetii na raptem jeden dzień. Według mnie warto, chociażby dla samej trasy i przygody, dla mojej żony – na tak krótki czas – nie. Śniadanie, jak zwykle bardzo sycące, jemy w towarzystwie gospodarza, który gdy dowiedział się, że jedziemy do Omalo, zaciął się na słowie осторожно (ostorożno).
Robimy jeszcze małe zakupy na miejscowym bazarze, kupujemy pomidory i świetne w Gruzji brzoskwinie. Pan nie chce przyjąć pieniędzy. Jesteśmy Polakami, nie przyjmie – to подарок (podarok). Jak widać język rosyjski wciąż umożliwia tu komunikację, chociaż całkiem dużo osób mówi już po angielsku.
Do przejechania mamy raptem 100 km, ale tylko 30km w warunkach cywilizowanych. Ten pierwszy, jeszcze dobry odcinek, wiedzie przez monastyr Alawerdi. Pochodzi z XI. wieku i jest po prostu piękny. W środku bardzo surowy z nie mniej surowym zacięciem jednego z mnichów, który przybiegł do mnie aż spod ikonostasu i wyprowadził ze świątyni, ponieważ robiłem zdjęcia stojąc w progu wejścia.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Droga do Omalo zaczyna się przewrotnie bardzo dobrym i równo wypoziomowanym asfaltem. Od skrętu z głównej trasy znak do celu pokazuje 72 km. Droga co roku, wraz z nowym sezonem, musi być udrażniana i remontowana (stąd widoczna obecność ciężkiego sprzętu). Oficjalnie otwierana jest w połowie czerwca (w praktyce przejezdna bywa już nawet w maju), a zamykana z końcem października. Co tu dużo mówić – nie jest łatwo. Wymaga odwagi, wielogodzinnego skupienia kierowcy, wyobraźni i doświadczenia. Myślę że pasażer też się meczy, bo „są momenty”, a jeśli aura nie sprzyja, silnik za słaby (pojemność 2.0 minimum, auto 4x4 obowiązkowo, chociaż widziałem miejscowego szaleńca, który mimo niskiego prześwitu i zwykłego auta jakoś tu wjechał) może być problematycznie. Dlatego warto dla takiego kalibru przygody i emocji udać się do Tuszetii i mieć na rozkładzie „najniebezpieczniejszą drogę w Gruzji” :) Jest ryzyko utraty życia – są wypadki śmiertelne.
Początkowo droga wiedzie wzdłuż rzeki Stori przez tereny zalesione. W pewnym momencie mija się polankę, gdzie rozstawione są wozy załadowane ulami. Z czymś takim jeszcze nie spotkałem się, ale widać mobilne pasieki mają sens, skoro w okresie letnim pszczoły wywożone są do pracy w takie miejsca.

Image

Podłoże zmienia się na wybitnie kamieniste. Staram się nie szarżować, zwalniać przed większymi osuwiskami, żeby przypadkiem nie przebić opony. Jeśli coś mnie stresuje, to właśnie wizja, że zmieniam koło i nie ma już opcji zapasowej. A trzeba wiedzieć, że w Tuszetii nie ma żadnej stacji benzynowej, warsztatu, ani wulkanizatora. Trasa wiedzie wzdłuż skarpy, niczym wydrążona rynna z zabudowanym bokiem, tak że czasami spływający z góry strumyk bije w przednią szybę i dach auta.

Image

Pniemy się w górę, raz jest to podłoże błotniste, miejscami zalane wodą, by po chwili rozjeżdżać kamienie, niektóre na tyle duże, że trzeba brać je między koła. Są tu wodospady i spływające w poprzek drogi brody rzeczne. Co jakiś czas trafiamy na inne auta, wówczas albo o włos mijamy się na wąskiej drodze, albo ktoś przystaje w szerszym miejscu, tak by drugie auto mogło przejechać. I tak krok po kroku, coraz wyżej, aż zaczynają się pierwsze serpentyny.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W 1/3 trasy mija się kamienny domek z gruzińską flagą, gdzie wystawione są kanistry. Ostatnia szansa na dolewkę paliwa. Od tego momentu opuszczamy zielone tereny nizinne, zaczynają się góry.

Image

Droga przypomina wąski taras przyklejony do stromego zbocza. Pojawiają się kapliczki, miejsca pamięci miejscowych, którzy zginęli pokonując tę drogę. Na ogół są to płyty z ciemnego granitu z wygrawerowanymi twarzami poległych osób, ale czasami też np. cała postać wraz z jej ulubionym koniem. Są też rekwizyty, takie jak lusterko, kierunkowskaz lub nawet maskownica auta (grill). No i najważniejszy zwyczaj w miejscowej kulturze: stoi butelka z czaczą (bimber) i szklaneczka. Pokonując trasę pije się zdrowie tych, którym poświęcone jest dane miejsce (potwierdzam – widziałem praktykujących Gruzinów). Tych kapliczek i miejsc postoju jest naprawdę dużo. I jak widać, tradycja wydaje się być niezagrożona…

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Od pewnego momentu robi się mgliście, ale droga jest lepsza, gruntowa. Czasami trzeba przejechać przez potok zatapiając do połowy koła. Momentami podjazd (zwłaszcza po skręcie na serpentynie) jest na tyle stromy, że nie mogę wjechać, ślizgam się. Wówczas trzeba znaleźć trochę miejsca i rozpędzić się.

Image

W takich oto warunkach dojeżdżamy na przełęcz Abano (2826 m). Wieje, jest chłodno i wilgotnie, ale robimy przerwę. Budują tu kapliczkę, obok postawiony stół biesiadny, jest też wbita polska flaga. Jesteśmy w najwyższym miejscu, została nam ostatnia część trasy (1/3), tym razem w dół. W oddali widoczna już Tuszetia, pełna słońca.

Image

Image

Image

Zjazd w dół, kolejne serpentyny, kamienie, urwiska, przepaście.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zbliżamy się do jęzora zmrożonego śniegu z wnętrza którego wypływa wartki strumień przecinający naszą drogę. Tym razem nie mogę opuścić potoku, podjazd jest mokry, koła ślizgają się. Po chwili przeszkoda pokonana, czuć tylko swąd spalonej gumy.

Image

Image

Obniżając się coraz niżej znowu zjeżdżamy do strefy kamieni. Mijamy wrak roztrzaskanego auta, jedziemy równolegle do rzeki. Robi się bardzo słonecznie, wiemy już, że najgorsze za nami. Jesteśmy w Tuszetii!

Image

Image

Image

Image

Pierwsze osady. Wydawać by się mogło, że osiągnęliśmy cel naszej podróży, ale niestety dojazd musi jeszcze trochę potrwać. To nie koniec serpentyn, ale jest już inaczej – ciepło i sucho. Droga zajęła nam 6 godzin z kilkoma postojami widokowymi (czystego czasu jazdy 5h).

Image

Image

Gdy dojeżdża się do Omalo i widzi w oddali zarys fortecy Keselo, gdy dookoła jest tak zielono, słońce przygrzewa, pasą się konie, a drewniane domki wprowadzają klimat letniskowy, ma się wrażenie przekroczenia granicy baśniowej krainy, gdzie wysiłek nagradzany jest poczuciem szczęścia.

Image

Image

Omalo dzieli się na górne i dolne. Różnica wynika z położenia. Aby dotrzeć do twierdzy Keselo trzeba jeszcze trochę podjechać w górę. Na samą fortecę można wejść. Składają się na nią wieże obronne zbudowane z płyt kamiennych ułożonych kaskadowo. W okolicy jest wiele miejsc, skąd pobiera się budulec. Z kamieni powstawały wieże obronne, z których Tuszetia słynie, jak i zwykłe domostwa. Fortyfikacje miały charakter obronny, bo miejscowi byli gorącokrwiści. Jak ktoś podpadł, oblężenie trwało długo i wymagało upływu krwi. Należy również pamiętać, że po tej stronie gór dominuje obrządek prawosławny, ale już po drugiej stronie Kaukazu zamieszkują muzułmanie. A że podłożem konfliktów są często różnice kulturowe, region ten od zawsze był charakterny a ludność bitewna.

Image

Image

wieża wewnątrz
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jest już późne popołudnie, jesteśmy głodni. W Omalo górnym jest jakiś bar, ale serwują wyłącznie kawę i herbatę. W Omalo dolnym wiszą przy drodze jakieś bannery z żarciem, ale na miejscu – mimo widocznej kuchni i panującego ruchu – nie chcą nam nic sprzedać. Jest źle. Głód doskwiera, a karmią tylko swoich nocujących klientów. Jest to niestety efekt uboczny elitarności tego miejsca. Liczba zmierzających tu produktów żywnościowych jest mocno ograniczona. Mijamy jeszcze po drodze piekarnię, ale czynna będzie dopiero od rana. Nie pozostaje nam nic innego jak ruszyć do okolicznej miejscowości Shenako, gdzie mamy nocleg. To raptem 6,5km, ale dojazd zabiera kolejne 30 minut.
Jeśli mogę komuś doradzić wybór noclegowy pomiędzy Omalo a Shenako, to gorąco namawiam na Shenako. Podstawowa różnica wynika z charakteru osad. W Omalo widoczne są co chwila miejsca noclegowe, turyści i ich auta. W Shenako centralnym punktem jest urokliwa cerkiewka, zielony placyk przed nią i dopiero miejscowe zabudowy. Przebywają tu miejscowe dzieci i przesiadujący na ławeczce mieszkańcy. Drogi brak, mija bokiem wioskę i ucieka poza zasięgiem wzroku na wschód. Jest przez to swojsko, prawdziwie i niezwykle oryginalnie.

Image

Image

Image

Zaczepiłem pierwszą napotkaną kobietę pytając o nasz nocleg. Okazało się, że to właścicielka. Na pytanie czy nas nakarmi, odpowiedziała że oczywiście. Poszedłem za ciosem – czy nas napoi? A czemu nie? Spotkało nas wielkie szczęście, niezwykle ciepłe i serdeczne, do tego władające językiem angielskim.
Kolacja była rewelacyjna. I nawet nie dlatego, że byliśmy po całym dniu głodni. Przygotowany posiłek powstał z miejscowych produktów – smaczny i w wydaniu lokalnym. Właścicielka ma swoje kurczaki, ogródek z warzywami, pasiekę, zbiera grzyby, robi własne dżemy, piecze chleb, jedynie wino ściąga z winnicy córki. Tak więc objedliśmy się, dostaliśmy na spróbowanie czaczę (bimber), domówiliśmy dodatkowe wino…

Image

Miejscowi w górach nie przebywają przez cały rok. Pojawiają się w sezonie letnim i prowadząc gospodarstwa żyją z turystyki, nieliczni z wypasu owiec. Infrastruktura pozostała jednak oryginalna. Nasz domek zbudowany był, zgodnie z miejscową sztuką, z kamiennych płyt. Izby zostały przerobione na pokoje dla gości (na 2 kondygnacjach), a w części parterowej była kuchnia z jadalnią. Prądu tu nie ma, ale są na dachach baterie solarne, przez co woda jest ciepła (prysznic jak najbardziej), żarówki świecą, a gniazdka umożliwiają podładowanie całego sprzętu.

Image

Image

Image

Image

Już po zachodzie słońca zwiedziliśmy cerkiewkę (można wejść do środka), obeszliśmy Shenako, pokręciliśmy się wśród miejscowych.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

A gdy nastała zupełna noc, stanęliśmy obok domu i zadarliśmy głowy do góry. W moim 40-letnim życiu takiego widoku jeszcze nie uświadczyłem…

Image

Image

Image

I tak skończył się ten pełen wrażeń dzień.
_________________
Moje relacje: Sycylia, Kijów + Czarnobyl, Islandia, Tajlandia + Kambodża, Norwegia, Meksyk, Iran, Malta, Kenia, Szkocja, Izrael, Peru, Gruzja
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
kasiak80 uważa post za pomocny.
 
 
#6 PostWysłany: 22 Paź 2019 21:29 

Rejestracja: 20 Cze 2015
Posty: 153
Loty: 123
Kilometry: 202 393
niebieski
Noc spędziliśmy w starych łóżkach pod grubymi kołdrami. Mimo nie do końca szczelnej izby było ciepło, spało się dobrze.

Image

Na śniadanie dostaliśmy jajecznicę z kabaczkami, miejscowe dżemy i miody.

Image

Pomieszczenie jadalne było całe wymazane wpisami zachwyconych turystów, namierzyliśmy też polskie wpisy dziękczynne.
Image

Krótki spacer po okolicy, odwiedzony monastyr, wypatrzone na zboczach owce, pełno pasących się koni.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Sielska kraina, wyizolowana, chroniona górami, z jedną jedyną drogą dojazdową. Ma to swój smaczek.

Image

Image

Image

O ile wcześnie rano mocno świeciło słońce, tak w porze wyjazdu zaczęło być pochmurnie. Padający deszcz mógłby nam mocno utrudnić życie. Pierwszy odcinek z Shenako do Omalo przebiega przez las, ale najpierw trzeba zjechać w dół do poziomu przepływającej rzeki, a potem odrobić wysokość i wspiąć się autem, po ubitej ale błotnistej drodze, na szczyty po drugiej stronie. Pani gospodarz ostrzegła, że gdy pada deszcz, nie każde auto daje radę. Ale na szczęście nie padało. Przy wjeździe do Omalo znajduje się otwarta w porze porannej piekarnia. Można kupić wodę, zamówić kawę, herbatę, no i przede wszystkim kupić miejscowy chlebek lawasz.

Ostatni rzut okiem na Omalo
Image

Image

Po krótkiej przerwie i zebraniu sił na morderczy zjazd ruszyliśmy w trasę. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy kamieniołomie, skąd miejscowi zbierają budulec w postaci kamiennych płyt, z których powstawały wieże wartownicze, jak i wszystkie miejscowe domy i mury.

Droga przebiega tak jak dzień wcześniej, tyle że w odwrotnej kolejności. Pierwszy odcinek pod górę – trzeba wjechać na przełęcz Abano. Jako że tego dnia mieliśmy do pokonania 320km - docelowo zmierzaliśmy do Stepancmindy - od początku narzuciłem tempo jazdy i rygor braku postojów widokowych. Oczywiście w głowie cały czas straszyła przebita opona, ale jakoś tego dnia odważniej pokonywałem drogę, mimo o wiele gorszych warunków.

Image

Image

W połowie wijących się na szczyt serpentyn mgła zrobiła się tak gęsta, że widoczność była na poziomie 50m. Na szczęście nie padało, ale było wilgotno. Trudność tej trasy polega na tym, że podłoże jest sypkie, a zakręty o 180 st. są równocześnie ostrymi podjazdami w górę. Momentami auto nie dawało rady, wówczas trzeba szukać miejsca na rozpędzanie się. Na przełęczy widoczność była zerowa, temperatura lekko powyżej zera.
Jedziemy dalej, tym razem w dół, więc powinno być prościej. Po drodze mijamy Kamaza pełnego na pace towarów, kilka aut, retro transport, czyli objuczone konie sunące do góry. Cały czas we mgle.

Image

Image

Image

Jazda w takich warunkach trwała dwie godziny, tak że gdy tylko zjechaliśmy poniżej poziomu chmur, zrobiliśmy 10-minutową przerwę. Jazda w ciągłym, dużym skupieniu męczy. Gdy tak patrzyłem na stojącą przy drodze kapliczkę poświęconą kolejnej osobie, która nie dojechała do celu, zacząłem zastanawiać się, jak wygląda tu jazda w warunkach zimowych.

Image

Image

Ale życie pokazało nam, że nawet w środku lipca Tuszetia zbiera śmiertelne żniwo. Już na samym dole, w miejscu gdzie rozstawione są mobilne ule, a po chwili zaczyna się asfalt, minęły nas zmierzające do góry kolejno: pogotowie, straż, policja. Potem dowiedzieliśmy się, że Kamaz wraz z 12 osobami spadł w przepaść (analizowałem zdjęcia z netu, ale to raczej nie był mijany przez nas Kamaz, którego uwieczniłem na nagraniu video), część ludzi zdążyła wyskoczyć, dwie osoby były poszukiwane, reszta zginęła we wraku pojazdu, który obsunął się w 400m przepaść. Do tej pory jest to największa katastrofa, jaka wydarzyła się w 2019 r. na drodze do Omalo. Droga przez dwa dni była nieprzejezdna. Nam udało się zjechać praktycznie tuż przed zdarzeniem. Podróż w dół trwała 4 godziny licząc z przerwą.

Nasza dalsza trasa przebiegała na zachód, musieliśmy dotrzeć do Gruzińskiej Drogi Wojennej. Najkrótszy odcinek, wskazywany przez google maps przez miejscowość Achmeta, był mi odradzany przez kolejne pytane osoby. Podobno wertepy. Wybraliśmy trochę dłuższą trasę przez przełęcz Gombori. Ładne, niezbyt wysokie góry, ale tu dla odmiany były remonty drogi. Sporo czasu straciliśmy i na jedno wyszło.

Image

Po drodze ponownie przejeżdżaliśmy obok monastyru Alawerdi, gdzie zatrzymaliśmy się w knajpce naprzeciwko kompleksu świątynnego na posiłek. Odradzam – ponad godzina oczekiwania.

Image

Image

Tak więc wjeżdżając na Drogę Wojenną byliśmy mocno spóźnieni. Zbliżała się godzina 18, a przed nami było jeszcze 100 km i perspektywa jazdy po ciemku. Jeśli chodzi o wyczyny kierowców to trasa ta jest kwintesencją Gruzji za kółkiem. Wyprzedzanie w dowolnych miejscach – na zakrętach, pod górę, zmuszanie innych do ucieczki na pobocze, nieużywanie kierunkowskazów, a nawet świateł mijania po zmroku. Do tego pełno transportu sunącego do/z Rosji. Stare, kopcące auta transportowe, ledwie podjeżdżające pod wzniesienie. Nawet ZIŁy tu jeszcze jeżdżą. Dużo też aut osobowych na rosyjskich blachach. Trasa ta, wytyczona przez przełęcze oddzielające pasma górskie Kaukazu, ma rodowód sięgający czasów perskich. To właśnie tędy przez wieki sunęły kolejne armie zmierzające na południe. Ostatni raz raptem w 2008 r. - rosyjskie czołgi dojechały aż pod Tbilisi.

Zatrzymaliśmy się przy bardzo ładnie usytuowanej twierdzy Ananuri. Obiekt może nie zrobił na mnie dużego wrażenia, ale już lokalizacja tuż nad turkusowym jeziorem tak.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kolejnym miejscem wartym zwrócenia uwagi jest górska miejscowość Gudauri. Miejsce z aspiracjami. Liczne wyciągi narciarskie, powiększająca się baza hotelowa, ale klimatu uroczej miejscowości otoczonej górami nie stwierdziłem. Wręcz odwrotnie, droga z ciężkim transportem i jeden wielki plac budowy. Nie chciałbym tu spędzać czasu, a z tego co mi wiadomo, Gruzini są dumni ze swojej stolicy zimowej.

Image

Ściemniało się już, więc pozostało jedynie dojechać do Stepancminda (ładniejsze niż Gudauri), zameldować w pokoju i wyskoczyć na późny posiłek. Niestety, zupełnie nie trafiłem z jadłem. Żona zamówiła wołowinę z warzywami - smaczne i aromatyczne, a ja jakąś wodnistą zupę bez smaku. Tym razem pudło.

Image

Image
_________________
Moje relacje: Sycylia, Kijów + Czarnobyl, Islandia, Tajlandia + Kambodża, Norwegia, Meksyk, Iran, Malta, Kenia, Szkocja, Izrael, Peru, Gruzja
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 28 Paź 2019 20:40 

Rejestracja: 20 Cze 2015
Posty: 153
Loty: 123
Kilometry: 202 393
niebieski
Obudziłem się po 7. Za oknem piękna, słoneczna pogoda. Widać potężny, robiący wrażenie ośnieżony szczyt Kazbeku. Ładny widok, ale uznałem że zdjęcie zrobię potem, bo czas jeszcze poleżeć. O godzinie ósmej były już tylko chmury…

Stepancminda, widok na miasto zza rzeki Terek:
Image

Po klasycznym gruzińskim śniadaniu (czyli obficie) ruszamy zobaczyć ikonę Gruzji, czyli pocztówkowy widok monastyru na tle gór. Myślisz Gruzja, widzisz przed oczami Cminda Sameba. Od pewnego czasu wiedzie na szczyt asfaltowa droga, są przygotowane miejsca parkingowe. A jeszcze jakiś czas temu wjazd był po błotnistej drodze, zarezerwowanej raczej dla aut terenowych, co obrotni Gruzini wykorzystywali oferując drogą usługę transportu.

Image

Image

Wciąż nisko utrzymujący się poziom chmur niestety nie pozwolił na podziwianie szczytu Kazbeku. Na szczęście widok na Cminda Sameba był niezagrożony i faktycznie, robi wrażenie.

Image

Image

Image

O ile zewnętrzny widok monastyru, jego położenie przed pasmem gór, jest imponujący, tak w środku obiekt nie wyróżnia się szczególnie. Bo z monastyrami w Gruzji jest tak, że każdy następny przypomina poprzedni. Ten akurat jest mały i ma to swój urok, do tego trafiliśmy na nabożeństwo.

Image

Image

Image

Image

Cminda Sameba znajduje się na samym szczycie wzniesienia, rozpościera się stąd niezwykła panorama na osadzone w dole Stepancminda oraz pasmo szczytów górskich dobijających do 3800m. W kierunku północnym wiedzie droga do granicy z Rosją (12km).

Image

Image

Image

Image

Standardowo, napięty plan nie pozwalał na leniuchowanie i dokładniejsze zwiedzanie okolicy, trzeba było ruszać w drogę, gdyż nocleg przypadał tym razem na samym południu Gruzji, przy granicy z Turcją (trasa ponad 300km). Po drodze zaplanowana została jedna duża atrakcja, tj. dolina Truso. W grę wchodziła jeszcze wycieczka do wioski Juta, gdzie podobno można dojechać nawet zwykłym autem, no ale skoro mieliśmy 4x4 wybór padł na dolinę Truso, uważaną za najpiękniejszą w Gruzji.

Kilkanaście kilometrów na południe od Stepancminda skręciliśmy w kierunku zachodnim. Jest to region bezpośrednio graniczący z Osetią Południową. Ledwie po zjechaniu z głównej drogi zaczynają się doskonale widoczne, opuszczone gospodarstwa domowe.

Image

Image

Są to stare, zamieszkałe w lepszych czasach przez Osetyjczyków wioski. Teraz pozostały tylko ruiny domów, powybijane szyby i widoczny ślad, że wojna najbardziej dotyka zwykłych ludzi. Google maps pokazywało, że aby dotrzeć do Truso, należy pokonać serpentyny, innej drogi brak. Do wysokości wioski Kvemo Okrokana trasa była do pokonania nawet dla zwykłego auta. Ale od momentu wjazdu pod górę serpentynami, zaczęła się jazda po kamieniach.

Image

Image

Image

Image

Wjechaliśmy prawie na samą górę, pokonując wiele zakrętów, a dalej według mapy droga miała podążać równolegle do rzeki Terek, tyle że 300 m wyżej. Ale niestety, praktycznie przed ostatnimi dwoma serpentynami trafiliśmy na osuwisko kamieni, które zupełnie odcięło możliwość jazdy. Jedynie co nam pozostało, to obejrzenie panoramy z tej perspektywy i ponowny zjazd na dół. O dalszej drodze do doliny Truso (okazuje się, że jest droga wzdłuż rzeki – google maps jej nie pokazuje) nie było już mowy, zbyt dużo czasu straciliśmy.

Image

Image

Zatrzymaliśmy się na spacer w opuszczonej wiosce Kvemo Okrokana, mieliśmy ochotę podjechać kawałek dalej, do następnej Mna, ale okazało się, że stacjonuje tu gruzińska jednostka wojskowa i musieliśmy zawrócić. Swoją drogą są tu znaki zakazujące używania aparatów fotograficznych, telefonów, latania dronem. Od granicy z Osetią w linii prostej dzieliło nas ok. 11 km. Gdybyśmy dotarli do celu naszej podróży, tj. twierdzy Zakagori, odległość od granicy byłaby o połowę mniejsza.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wracamy na Drogę Wojenną, tym razem zmrok nam nie grozi, więc jest czas na przystanki. Stajemy obok źródełka, które płynąc po zboczu wytrąca wapień. Efekt jest taki, że cała skała jest błyszcząca, w kolorze beżowym. Nie jest ślisko, można po niej chodzić.

Image

Image

Jedziemy dalej na południe. Wzdłuż drogi widać rozstawione obozy: namioty, co chwila bannery z owieczkami i napisem halal. Mężczyźni z brodami, kobiety w burkach. Nie wiem co to było. Wakacje dla muzułmanów w Gruzji? Zlot? W każdym wygląda na to, że z jakiegoś powodu zjeżdżają tutaj Czeczeńcy.

Zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym Gudauri. Jest tu pomnik przyjaźni gruzińsko-rosyjskiej skąd podziwia się panoramę na dolinę i góry. Pełno tu sprzedawców, można zaopatrzyć się w miody, słodycze, jak i skosztować mięs z rusztu. Grille, szaszłyki, jedzenie halal. Muzułmanie bardzo widoczni.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zjeżdżamy serpentynami przez Gudauri, utwierdzam się jak dzień wcześniej, że zimowa stolica Gruzji zupełnie mi nie pasuje. Hotelowa noclegownia i wyciągi dookoła.
Na tym odcinku dość odczuwalny i zauważalny jest transport ciągnący z Rosji. Droga kręta, więc tworzą się zatory. Poza tym nie są to nowoczesne auta, to widać i czuć.

Przemierzamy dalej na południe, z jedną przerwą na posiłek, aż dojechaliśmy do zjazdu na drogę ekspresową łączącą Tbilisi z Kutaisi.

Image

Image

Od tego momentu na odcinku 100km mieliśmy po dwa pasy w każdą stronę i brak krów na drodze! Środek Gruzji charakteryzuje rzadki widok, gdy jest zupełnie płasko. Przemierzając w kierunku zachodnim sunie się równiną oddzielającą dwa pasma górskiej – na północy są to szczyty Kaukazu, a od południa Małego Kaukazu. Mijamy objazdem miasto Stalina, czyli Gori. Co jakiś czas przejeżdżamy przez nowoczesne tunele, aż docieramy do rozwidlenia, gdzie droga dalej wiedzie Kutaisi, a my odbijamy na południowy-zachód, w kierunku Turcji.
Po drodze przejeżdżamy przez uzdrowiskową miejscowość Borjomi, znaną głównie z wód mineralnych, dostępnych również w Polsce. Krajobraz jest zupełnie inny niż do tej pory. Dominują niskie góry oraz lasy. W Borjomi jest wiele tras spacerowych, źródła siarkowe i - z tego co zauważyłem, a wpływ na moje odczucie ma infrastruktura - klimat jest wybitnie sanatoryjny.
Już po zmroku dojeżdżamy do miejscowości Achalciche, gdzie mamy nocleg z widokiem na pięknie podświetlony zamek Rabati. Mieszkamy w bezpośrednim sąsiedztwie twierdzy, jest klimatycznie. Posiłek w okolicznej knajpie, zamawiamy kurczaka w czosnku (czkmeruli). Nie do przejedzenia, jedna porcja wystarczyłaby dla dwóch osób. Wracamy do hoteliku, a tam uprzejma pani właściciel przynosi na tacy po lampce swojego wina i kawał ciasta. W Gruzji naprawdę ciężko nie pić wina, zwłaszcza gdy każdy gospodarz prowadzi swój wyrób i na ogół chwali się tym, częstując.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przedostatni dzień. Jest bardzo słonecznie, jesteśmy na południu Gruzji. Po śniadaniu (czy muszę dodawać, że obfite? Ale zawsze takie samo – słony ser, placki, warzywa, chlebek lawasz, miód, dżem, kawa) idziemy spacerkiem do XII-wiecznego, zrekonstruowanego zamku Rabati. Jest tuż po 9 rano i mamy szczęście, gdyż jesteśmy jeszcze sami. Turyści pojawią się, ale dopiero po 10. Jestem zaskoczony, że należy kupić bilety wstępu, bo to dopiero pierwszy taki przypadek w Gruzji.

Image

Image

Image

Image

Image

Teren zamku to głównie fortyfikacje obronne, ale też domostwa, fontanny, ogrody. W architekturze widoczne są mocne wpływy islamu, ale przede wszystkim stoi tu meczet z potężną, złotą kopułą. Warto wejść na najwyższą basztę, skąd rozpościera się widok na miasto i okolicę.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Naszą główną atrakcją dnia było zwiedzanie zespołu skalnego miasta-klasztoru Wardzia. Musimy dojechać 60km, kierunek zbieg granic ormiańskiej i tureckiej. Krajobraz w tej części Gruzji jest inny, południowy. Dużo skałek, niektóre wpadają w czerwony odcień. Krowy bez zmian – dużo na drogach. Zamiast wypasać się na zielonych skrawkach ziemi wybierają rozgrzany asfalt.

Image

Image

Image

Zatrzymujmy się obok kładki przewieszonej nad wartką rzeką, idziemy eksplorować brzeg po drugiej stronie. Zaskoczenie – nic tu nie ma poza krzakami, ale kładkę zrobili.

Image

Image

Wardzia jest pięknie widoczna z drogi dojazdowej. Skalne miasto, przypominające strukturą ser z dziurami, obecny widok zawdzięcza trzęsieniu ziemi z XIII w. Kiedyś było całkowicie niewidoczne, ukryte wewnątrz skały. Posiadało 13 kondygnacji, ok. 3000 wykutych komnat. W skrajnych przypadkach, podczas mongolskich najazdów, schronienie znajdowało tutaj ok. 60 tys. okolicznej ludności. W wyniku trzęsienia ziemi 2/3 całej skalnej struktury osunęło się w kierunku rzeki Kura, a to co obecnie widać, to odsłonięta pozostałość.

Image

Image

Image

Image

Wstęp do Wardzi jest płatny. Pierwszy odcinek, na poziom wejścia do miasta, należy pokonać pieszo bądź skorzystać z kursującego busika. W środku lata, przy tak dużym upale, wybór wydaje się prosty, mimo to byli chętni na wdrapywanie się.
Do zwiedzania udostępniono ok. 300 komnat. Są one w swojej formie dosyć surowe. Należy pamiętać, że cały kompleks został doszczętnie ograbiony przez Persów (XVI w.), co skończyło się upadkiem Wardzi. Obecnie stacjonuje tu grupka mnichów, a ich część mieszkalna jest wyłączona ze zwiedzania.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Największe wrażenie robi wydrążony w skale monastyr i oraz sieć wewnętrznych korytarzy. W środku jest przyjemnie chłodno, wrażenie jakby klimatyzację włączono. Czasami strop jest na tyle niski, że trzeba przemieszczać się w pozycji pochylonej. Widać też pionowe szyby, które zdradzają wielopoziomową strukturę miasta. Wardzia robi wrażenie i na pewno warto tu przyjechać.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Część zamieszkała przez mnichów:
Image

Wracamy tą samą trasą. Po drodze zatrzymujemy się w Chertwisi, gdzie znajduje się twierdza, której fundamenty pochodzą z II wieku. Obecnie jest to raczej ruina (zostały głównie mury), ale nie ma co się dziwić - przez wieki obiekt odbijany był z rąk do rąk.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przerwa na posiłek, a potem ponownie przejeżdżamy przez Achalciche, gdzie mieliśmy nocleg. Obieramy kierunek do miasta Kutaisi.

Image

Image

Główna droga wiedzie naokoło gór – przez Borjomi, a potem dołącza do ekspresówki z Tbilisi (z tym, że na tym odcinku nie ma już dwóch pasów). Korzystam jednak z faktu posiadania auta 4x4 i porywam się na przejazd przez Mały Kaukaz, na przełaj, przez góry. Czasowo powinno wyjść na jedno, kilometrowo zyskujemy (120 kontra 180 km). Kierujemy się na zachód, drogą zmierzającą do Batumi (również nie jest polecana dla aut z niskim prześwitem). Po kilkunastu kilometrach odbijamy na północ, do kolejnej miejscowości uzdrowiskowej: Abastumani. Klimat nawet bardziej sanatoryjny niż w Borjomi. Lasy, budynki Chruszczówki, trasy spacerowe, w okolicy siarkowe źródła termalne. Jest też obserwatorium. Tuż za miastem kończy się asfalt, a zaczyna wijąca w górę droga gruntowa. Jeździ tędy trochę miejscowych, nawet zwykłymi Ładami. Widać, że będzie tu kiedyś asfalt, ponieważ trwają roboty (wszystko rozkopane) i stoi trochę ciężkiego sprzętu. Wjeżdżamy coraz wyżej, początkowo jedzie się lasem, w dole widać miasto Achalciche, potem zaczyna się odkryty teren. Droga o wiele lepsza niż w Tuszetii – żadnych kamieni, jedynie grunt. Zaczął się mały wyścig z czasem, ponieważ słońce zmierzało już coraz niżej ku zachodowi. Po drodze takie atrakcje, jak stado krów zbiegające na noc do zagrody. Zrobiliśmy krótki przystanek w najwyższym punkcie, tj. na przełęczy Zekari (2182 m). Miejsce to stanowi granicę pomiędzy dwoma regionami, po jednej stronie Samcche-Dżawachetia skąd przyjechaliśmy, a po drugiej Imertia ze stolicą Kutaisi, do której zmierzamy. Co ciekawe, obszar nie jest zupełnie wyludniony. Są tu zabudowania pasterzy, kręcą się dorodne świnie, pasą konie, słychać dzwoneczki krów.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Odcinek przez góry, w porze zachodzącego słońca, był bardzo klimatyczny. Sporo chmur w oddali, wszędzie pustka, na horyzoncie szczyty gór, czasami tylko widoczni jacyś pasterze. Po minięciu przełęczy zaczął się zjazd w dół, kolejne serpentyny, linia rozpoczynającego się lasu. Tuż przed miejscowością Sairme (kolejne uzdrowiskowo) droga już lepsza, zaczyna się asfalt. Dojechaliśmy do cywilizacji! A że było już po zachodzie, mogłem stwierdzić, że najgorsze za nami.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zatrzymałem się jeszcze przy sprzedawcy miodów i win. Miał tylko butelki 3 litrowe i strasznie chciał mi taką ilość sprzedać. Ostatecznie skończyło się na 1 litrze, musiałem tylko zorganizować odpowiednią butelkę po wodzie mineralnej.
Do Kutaisi dojechaliśmy po 21. Mimo asfaltowej drogi nie obyło się bez wymijania ledwo widocznych krów. Nasze miejsce noclegowe znajdowało się na zboczu z widokiem na miasto, tak więc spożywanie ostatniego dla nas w Gruzji wina było umilone nocną panoramą Kutaisi.

Image

Image

Ostatni dzień. Zwiedzanie Kutaisi odpuszczamy, wystarczy rzut oka podczas śniadania.

Image

Image

Image

Image

Zdanie auta umówione mieliśmy już na lotnisku, na godz. 13. Do tego czasu przewidziane zostały dwie atrakcje. Pierwsza, tuż obok miejsca gdzie spędziliśmy noc, to katedra Bagrati. Oryginalna budowla pochodziła z XI wieku. Niestety, była w znacznym stopniu zniszczona. Gruzini do tego stopnia „dali się ponieść” odbudowie (np. metalowe wstawki w konstrukcji ściany), że pozycja ta karnie wyleciała z listy obiektów UNESCO. Na plus za to panorama miasta widoczna ze wzgórza.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Drugi cel naszej wyprawy wymagał wyjechania 10km poza Kutaisi.

Image

XI-wieczny kompleks klasztorny Gelati znajduje się na liście UNESCO, a obecnie jest remontowany. Bardzo ładne miejsce, charakteryzuje je cisza i spokój. Monastyr obsadzony jest przez mnichów (są tu ich domki). Ze wzgórza rozpościera się panorama na ośnieżone szczyty górskie oraz – po drugiej stronie – na Kutaisi, w tym katedrę Bagrati, którą wcześniej odwiedziliśmy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Są tu też wspaniałe WCty dla kobiet, typu open space, z zapewniającą intymność klimatyczną przegródką.

Image

Nasza wyprawa dobiega końca. Udajemy się na lotnisko i - ku naszemu zaskoczeniu - nie możemy namierzyć żadnej knajpy. Raz, że w drodze na lotnisko prawie ich nie ma, dwa, że o godz. 12 niekoniecznie są czynne. Trafiamy do jakiegoś baru doklejonego do sali weselnej. Cóż, na bezrybiu i rak ryba.

Oddajemy auto, mam przejście z policją, bo zatrzymałem się przed lotniskiem, gdzie tego robić nie wolno. Na szczęście skończyło się tylko na pogrożeniu palcem i tym oto sposobem miło pożegnaliśmy się z Gruzją. Być może kiedyś tu jeszcze wrócę, wybrzeże plus Swanetia kuszą!

Image

W Gruzji jest bardzo dużo bezdomnych psów, nawet na lotnisku:
Image

Image

Image

Morze Czarne:
Image

Mam nadzieję, że ktoś to czytał :)

Koszty:
Całość wyszła 2550 zł/1os
- w tym 334 EUR kosztowało auto 4x4 z pełnym ubezpieczeniem z zerowym depozytem (5 dni)
- 1582 zł bilety lotnicze z bagażem na 2 os.
- noclegi 2 os. 640 zł
- reszta żarcie, paliwo, wydatki
_________________
Moje relacje: Sycylia, Kijów + Czarnobyl, Islandia, Tajlandia + Kambodża, Norwegia, Meksyk, Iran, Malta, Kenia, Szkocja, Izrael, Peru, Gruzja
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
kasiak80 uważa post za pomocny.
 
 
#8 PostWysłany: 30 Paź 2019 11:46 

Rejestracja: 07 Kwi 2014
Posty: 547
niebieski
Czytał. Choć bardziej oglądał :-)
Góra
 Relacje PM off
b79 lubi ten post.
 
 
#9 PostWysłany: 05 Lis 2019 14:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Paź 2014
Posty: 833
Loty: 148
Kilometry: 261 432
srebrny
Dobrze, że są te konkursy na relacje i takie "perełki" są z gąszczu postów wyciągane :) Droga do Omalo wyrywa z butów! Muszę jechać! :) Gruzja jest przepiękna, rok temu pojechałam "tylko" do Stepancmindy, ale widzę, że jak najszybciej muszę nadrobić zaległości! Świetne foty, jak zawsze zresztą :)
_________________
Moje relacje:
Włochy - Liguria / Indonezja / Malmo+Kopenhaga / Dublin / Sri Lanka+Malediwy / Maroko / Amsterdam / Kaukaz
i: https://www.instagram.com/ola.javv/
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 10 Lis 2019 13:25 

Rejestracja: 08 Lis 2011
Posty: 518
Loty: 63
Kilometry: 202 612
złoty
Świetne zdjęcia, ciekawe opisy, dobry film. Zajrzałem na chwilę, a połknąłem całość opisu i filmu (no dobra, film troszkę przewijałem ;) ).
A ja myślałem, że w Kirgistanie mieliśmy złe drogi... :lol:
_________________
Image

Link do moich relacji:
<USA - Roadtrip z namiotem na dachu>; <Seszele Luksusowo? Budżetowo? Panie, a nie można obu? Można!>,
<Islandia - lodowe góry i maskonury.>, <Ej, ale będzie widać góry? - Kirgistan Kazachstan> - pisze się
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 24 Lis 2019 20:27 

Rejestracja: 14 Wrz 2019
Posty: 10
Jest tutaj tu nowa i została jeszcze do obejrzenia relacja z Kanady. Ale chyba mnie już nie zakręci. Na początku Gruzja jak Gruzja, miasta jak miasta, ulice jak ulice, ludzie jak ludzie...ale potem te góóóóóórrrrrryyyy!!! Coś wspaniałego!
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 11 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group