Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 1 post ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 11 Wrz 2019 22:43 

Rejestracja: 04 Lut 2017
Posty: 134
Loty: 78
Kilometry: 81 900
niebieski
Zastanówcie się chwilę i powiedźcie, czy wiecie, gdzie leży Armenia i jakie kraje są obok? Jakie miasto jest jej stolicą? Może znacie inne ormiańskie miasta? Jakie są główne atrakcje Armenii? Odpowiedź na m.in. te pytania znajdziecie w tej długiej relacji z naszej ośmiodniowej wycieczki.
Według mnie genialnym podsumowaniem Armenii jest poniższe zdjęcie pochodzące z broszury reklamowej. Sądziliście, że aż taka różnorodność jest możliwa w dość nieznanym jeszcze państwie?
Załącznik:
1.jpg

Rok wcześniej kupiłem bilety Warszawa-Kijów-Erywań za 412 zł RT od osoby, czyli w cenach, o jakich można już w Ukrainian Airlines zapomnieć. Na dziesięć dni przed terminem skasowano nam popołudniowy lot powrotny Erywań-Kijów, ale na szczęście znalazło się miejsce na lot poranny tego samego dnia. Odszkodowania wprawdzie nie będzie, jednak nie popsuło to ogólnego zadowolenia z całej wyprawy.
31 sierpnia lądujemy na lotnisku w Erywaniu. Warto wymienić trochę pieniędzy już na lotnisku, bo kurs (przynajmniej w banku na lewo od strefy wyjścia – nazwy nie zapamiętałem) był identyczny, jak w kantorach na mieście (1 euro = 522 dram). Można także kupić kartę sim – za niecałe 30 zł nabyłem darmowe smsy i rozmowy lokalne, kilka GB Internetu i pakiet minut na rozmowy do Polski.
Z lotniska można wydostać się np. taksówkami (oczywiście omijamy naciągaczy w hali przylotów) lub busikiem EliteBus jeżdżącym co pół godziny (cena ok. 2,50 zł). W Erywaniu działa bardzo sprawnie m.in. Yandex Taxi i konkurencyjna korporacja GG. My skorzystaliśmy z oferty Yandexa jadąc na lotnisko ostatniego dnia o godzinie 4 rano i zapłaciliśmy za usługę poniżej 20 zł.
Acha, jeszcze jedna uwaga. Nie omijajcie punktu informacji turystycznej przed strefą wyjścia, tylko weźcie tyle różnych materiałów, ile się da, bo mogą się trafić wśród nich perełki. Mieliśmy niestety okazję rozmawiać z niezbyt zorientowaną życiowo panią, więc ulotki i katalogi zastąpić musiały poważniejszą rozmowę. I bardzo dobrze, bo można trafić na darmowe wycieczki i rabaty do najpopularniejszych tour-operatorów, a także kupony zniżkowe do różnych barów, kawiarni, hoteli itp. My dzięki temu pojechaliśmy na darmową wycieczkę o wartości kilkunastu euro od osoby, a także zapłaciliśmy po 12% mniej za dwie kolejne. Kupony przydały się także w burgerowni, gdzie zapłaciło się aż 30% taniej.
Dojechaliśmy do centrum, potem jeszcze odbyliśmy kilkunastominutowy spacer do naszego wynajętego apartamentu (620 zł za osiem nocy) i po dłuższych poszukiwaniach stanęliśmy przed nim. Uwielbienie mieszkańców Erywania do prywatności wydaje się być wielkie. Szczelne bramy, wysokie płoty, siatki, dachy, zamykanie na kłódkę – to dominuje przynajmniej w starszej zabudowie. Nasze mieszkanie znajdowało się za jedną z takich bram. Wygląda to strasznie, prawda?
Armenia leży poniżej Gruzji i graniczy z Turcją, Azerbejdżanem i Iranem. Koleje losu spowodowały, że tylko z pierwszym i z ostatnim z wyżej wymienionych krajów utrzymywane są stosunki dyplomatyczne. Jeśli spojrzy się na mapę, to widać dodatkowo różne białe plamy, autonomiczne republiki, sporne terytoria. Zapytany Ormianin o to, czy bardziej nienawidzi się Turków, czy Azerów, bez wahania odpowiedział: „Wsio piździec”. Turcy wymordowali ponad milion Ormian w XX wieku, a z Azerbejdżanem trwała niedawno wojna o Górski Karabach. Obecnie jest to teren azerski opanowany przez Armenię, nie uznawany przez świat. Co ciekawe, można wykupić u tour-operatorów wycieczki do Górskiego Karabachu, który chce udowodnić, że jest normalną prowincją. Aby tam wjechać, należy pokazać paszport i otrzymać papierową wizę lub wbitą w paszport, z tymże mając stempel z Górskiego Karabachu, nie ma się potem podobno wjazdu do Azerbejdżanu.
Załącznik:
2.jpg

Warto wspomnieć, że jak przystało na były kraj zależny od ZSRR, praktycznie każdy mieszkaniec posługuje się językiem rosyjskim, więc nawet po polsku idzie się dogadać. Ich własny język, a co za tym idzie alfabet, jest dla nas całkowicie abstrakcyjny i bezużyteczny. Przez to samodzielne poruszanie się po mieście komunikacją publiczną jest niemożliwe, trzeba pytać o drogę innych pasażerów. Przesadzam? Oto przykład i zagadka – dokąd jechała ta marszrutka (bo ja nie wiem)?
Załącznik:
3.jpg

Co do transportu – po Erywaniu i okolicach jeżdżą głównie busy (starsze i młodsze wiekowo), trolejbusy i autobusy. Oczywiście o typowych rozkładach jazdy należy zapomnieć, tylko cierpliwie czekać na przyjazd. Jest także jedna linia metra. Pojazdy są dwuwagonowe i niezatłoczone, a do tego nowe i estetyczne. Wagon może dla przykładu wyglądać tak:
Załącznik:
4.jpg

Metro może być bardzo przydatne, jeśli chcemy dojechać na dworzec kolejowy (stacja metra Sasunci Dawit). Przejazd metrem odbywa się po zakupieniu żetonu (poniżej złotówki), który wygląda tak, jakby był uszkodzonym plastikowym krążkiem, a nie czymś, co otwiera elektroniczne bramki.
Załącznik:
5.jpg

No i jak to bywa na Ukrainie, czy w Gruzji, liczba taksówek i pojazdów taksówkopodobnych jest nieograniczona. Wychodzisz na ulicę, mija kilka sekund i już widzisz samochody z kogutem lub z charakterystycznym zielonym światełkiem w kształcie litery T za przednią szybą. Stoją one także praktycznie wszędzie. Teoretycznie istnieje cennik podobny dla wszystkich pojazdów (stała stawka za pierwsze 4 kilometry i potem doliczanie kilometrowe), ale w praktyce należy od razu ustalić swoją cenę za kurs, żeby nie było później niemiłych zaskoczeń). Taniej, niż w taksówkach, będzie w Yandexie i GG, gdzie cena jest znana z góry w aplikacji.
A jaki jest sam Erywań? Jak każde miasto bardzo zróżnicowany – samo centrum jest interesujące i na wysokim poziomie europejskim, ale im dalej, tym bywało gorzej. Na pewno najbardziej charakterystyczną budowlą jest kompleks Kaskady, który góruje nad stolicą. Stojąc przed nim i mając perspektywę pokonania prawie 600 schodów, może odejść ochota na spojrzenie na Erywań z góry, ale na szczęście można wjechać na szczyt ruchomymi schodami. Przed Kaskadami znajdują się dwa place ze sztuką współczesną, a wewnątrz można również obejrzeć mniej lub bardziej udane przykłady sztuki.
Załącznik:
6.jpg

Załącznik:
7.jpg

Załącznik:
8.jpg

Załącznik:
9.jpg

Załącznik:
10.jpg

Załącznik:
11.jpg

Załącznik:
12.jpg

Nad Kaskadami znajduje się olbrzymi pomnik nawiązujący do przyjaźni ormiańsko-radzieckiej. W sumie nic ciekawego. Pomnik jak pomnik.
Załącznik:
13.jpg

Gdy pójdziemy dalej, trafimy do parku Ahtanak, gdzie oprócz atrakcji dla dzieci usytuowana jest kolejna monumentalna budowla – muzeum wojskowe Matka Armenia. Nie wiem, czy można wchodzić do środka budynku, ale na pewno można obejrzeć kilka pojazdów wojskowych.
Załącznik:
14.jpg

Załącznik:
15.jpg

Patrząc czy to z Kaskad, czy spod Matki Armenii, ma się przed sobą dużą część Erywania. Widoki może nie są spektakularne, ale bardzo ciekawe i co ważne, przy dobrej pogodzie widać górę Ararat, do której jeszcze wrócę w dalszej części relacji.
Załącznik:
16.jpg

Załącznik:
17.jpg

Kolejnym charakterystycznym punktem w Erywaniu jest Plac Republiki, przy którym znajdują się muzea i budynki rządowe. Jest to teren bardzo zadbany, z licznymi typowo turystycznymi atrakcjami i widoczkami.
Załącznik:
18.jpg

Załącznik:
19.jpg

Załącznik:
20.jpg

Załącznik:
21.jpg

Załącznik:
22.jpg

Ogólnie centrum stolicy Armenii jest bardzo wdzięczne do spacerów. Wprawdzie zajmuje kilka kilometrów kwadratowych, ale dość szybko pokonuje się kolejne atrakcje. Parki, ciekawe budynki, nowoczesne hotele, starsze kamienice – do wyboru, do koloru.
Załącznik:
23.jpg

Załącznik:
24.jpg

Załącznik:
25.jpg

Załącznik:
26.jpg

Załącznik:
27.jpg

Załącznik:
28.jpg

Załącznik:
29.jpg

Załącznik:
30.jpg

Załącznik:
31.jpg

Po mieście poruszałem się z mapą i w końcu dotarłem do miejsca, gdzie powinien być cyrk. Idę, patrzę, szukam – nie widzę niczego przypominającego cyrk. W końcu wchodzę do budynku z poniższego zdjęcia, pytam pracowników, czy to aby na pewno miejsce pokazów ze zwierzętami, sztuczkami, akrobatyką itp. Tak, to cyrk, ale w remoncie. Małe wielkie zdziwienie mną owładnęło.
Załącznik:
32.jpg

Punktem obowiązkowym jest wizyta na dwóch targowiskach. Pierwsze, zwane szumnie Vernissage, oferuje głównie pamiątki z Armenii, ale przeważnie nie w wersji „Made in China”, tylko naprawdę ładne, pomysłowe i co najważniejsze niestandardowe. Ceny zróżnicowane, można znaleźć coś za kilka złotych, ale i za kilka tysięcy. Na mnie największe wrażenia wywarł sklep, w którym sprzedawane były szachy. Armenia to kraj mający prawdziwego fioła na punkcie tej gry, a dzieci uczą się grać w szachy w szkołach jako przedmiotu obowiązkowego. Nie jest tak, że prowadzi te zajęcia jakiś pierwszy z brzegu nauczyciel-zapchajdziura, ale trenerzy certyfikowani przez tamtejszy związek szachowy.
Sprzedawane szachy naprawdę robią wrażenie – szachownica często zrobiona jest z jednego kawałka drewna, wszystko robione jest ręcznie i najwyższej jakości. Można zamówić sobie dodatkową dedykację wewnątrz opakowania lub na nim. Naprawdę są to wyroby najwyższej jakości. A może to już sztuka?
Załącznik:
33.jpg

Załącznik:
34.jpg

Załącznik:
35.jpg

Załącznik:
36.jpg

Drugim miejscem koniecznym do odwiedzenia jest GUM, czyli typowe targowisko, na którym można kupić wszystko od gumy do majtek do wykwintnych wędlin. Wokół budynku i na parterze rządzą handlarze jedzeniem, a na piętrze pozostałym badziewiem, więc nawet tam nie wchodziliśmy. A targowisko to coś, co uwielbiam w krajach poradzieckich. Jeśli byliście na przykład w takich miejscach na Ukrainie, czy w Gruzji, to również w GUM będziecie w siódmym niebie. Jedyną różnicą jest to, że warunki sanitarne w Erywaniu są zdecydowanie lepsze i raczej trudno zobaczyć krwawe ochłapy mięsa leżące gdzieś na podłodze.
Kiedyś w telewizji był odcinek programu Wojciecha Cejrowskiego z Jerozolimy o arabskich kupcach. Sądzę, że część z nich mogłaby brać korepetycje u ormiańskich towarzyszy. Trzeba naprawdę wielkiego samozaparcia, żeby nie kupić o wiele więcej, niż chcieliśmy. Idąc alejkami GUM-u słyszymy zewsząd zaproszenie na degustację, prezentację towarów, handlarze wręcz wciskają do ręki swoje produkty. To jest kwintesencja takich miejsc, nic zatem dziwnego, że w końcu musieliśmy stać się „ofiarą” arab…, znaczy się ormiańskiego handlarza. Naszym „oprawcą” stał pan około 60-letni. Na dzień dobry zaserwował po kieliszku winka i jak uczciwie przyznał, taką procedurę powitania stosuje wobec wszystkich klientów, a że ma ich codziennie wielu, to i musi być dużolitrażowym człowiekiem. Następnie kilka próbek do degustacji, zachwalanie swojego asortymentu, opowieści, że jego znajomi z Polski kupują przy każdej wizycie u niego pięciolitrowe bańki domowego wina. W przerwie degustacja wódeczki, znów przekąska i wreszcie zakupy. Na koniec oczywiście pożegnalna lampka winka i nic dziwnego, że niektórzy tak „zmiękczeni” klienci nie mają serca odejść i muszą znów kupić coś na jego stoisku. Na szczęście nasza przygoda nie była bardzo intensywna, ale jak sami przyznacie, pan handlarz miał stoisko bardzo wszechstronne i apetyczne.
Załącznik:
37.jpg

Załącznik:
38.jpg

Załącznik:
39.jpg

Kilka metrów dalej zostaliśmy „wciągnięci” przez panią ze stoiska z mięskiem i wędlinkami. Jako tłustolubny człowiek czasami eksperymentujący z nietypowym jedzeniem skusiłem się na tak banalną rzecz, jak podsuszana kiełbasa o wyglądzie i zapachu sprasowanej suszonej kaszanki i na tak niebanalne rzeczy, jak te ze zdjęcia poniżej. Co to jest????
Załącznik:
40.jpg

Hmmm, marynowana łapka kurza, marynowana skóra wieprza, marynowana świńska nóżka i uwaga – hit! – marynowany grzebień kurzy. Podobno nic nie ma prawa się zmarnować, więc Ormianie lubią pojeść tak niestandardowe rzeczy. A jak smakowały? To już moja mała słona tajemnica.
Bardzo ciekawe podejście do serwowania piwa mieliśmy w jednym z barów, który wyglądał dość skromnie i był to typowy bar piwno-wódczany z domieszką jedzenia. Co było do spożywania? Ja tego nie wiem, ale może ktoś zna ormiański?
Załącznik:
41.jpg

Załącznik:
42.jpg

Piwo było serwowane w nietypowy – przynajmniej dla mnie – sposób. Otóż właściciel szedł do lodówko-zamrażarki, skąd wyjmował kufel pokryty grubą warstwą szronu, który przy nalewaniu piwka stopniowo rozmrażał się. Mała rzecz, a cieszyła.
Załącznik:
43.jpg

Od przyziemnych spraw pora przejść do doznań bardziej kulturalnych. Udaliśmy się do fabryki dywanów Megerian, która zlokalizowana jest wśród blokowisk i nie jest bardzo duża, ale ma szlachetne pochodzenie i niebanalną historię. Szczerze mówiąc fabryka nie wywarła na mnie większego wrażenia, ot wycieczka po obiekcie, zobaczenie pań przy pracy i muzeum starych dywanów. Oczywiście przewodnik zachwalał kosmiczną jakość dywanów wykonywanych jakimś tam ściegiem tysiąc razy lepszym, niż pogardzane dywany perskie i o kolorach nie do wyblaknięcia przez setki lat. Pod koniec wycieczki można kupić sobie dywanik/dywan, z tymże ceny najmniejszych wyrobów zaczynają się od kilkuset w górę. Dolarów, nie złotych.
Załącznik:
44.jpg

Załącznik:
45.jpg

Załącznik:
46.jpg

Załącznik:
47.jpg

W Erywaniu można zobaczyć (bo niestety nie zwiedzić) dwa stadiony – Republikański (wraki samochodów są bardzo rozpowszechnione w całej Armenii, nie ma co się dziwić, po prostu sobie tam leżą i nikomu nie przeszkadzają) …
Załącznik:
48.jpg

Załącznik:
49.jpg

… i stadion Hrazdan (w remoncie, bez nawierzchni). W jego sąsiedztwie można obejrzeć bardzo ciekawy (jak to nazwać?) pomnik, który upamiętnia fakt zdobycia przez klub Ararat Erywań w 1973 roku zdobył mistrzostwo ZSRR. Postaci piłkarzy są naturalnej wielkości, odwzorowane z dbałością o szczegóły. Bardzo ciekawa inicjatywa.
Załącznik:
50.jpg

Załącznik:
51.jpg

Załącznik:
52.jpg

Miałem przyjemność znaleźć się na terenie zewnętrznym siedziby prezydenta Armenii. Rezydencja jest oczywiście pilnowana, ale gdy nie ma głowy państwa na miejscu, to można pokręcić się wokół budynku. Żołnierze z karabinami skutecznie zniechęcali do głębszej eksploracji siedziby.
Załącznik:
53.jpg

Załącznik:
54.jpg

Niedaleko można obejrzeć sobie siedzibę ormiańskiego parlamentu. Budynek duży, ale bez efektu wow.
Załącznik:
55.jpg

Załącznik:
56.jpg

Na pewno warto udać się do Muzeum Ludobójstwa Ormian, zwanego z angielskiego Genocide Museum. W Polsce nie za wiele wiemy o zdarzeniach głównie z 1915 roku, ale także z wcześniejszych i późniejszych lat. Z rąk Turków zginęło wówczas około 1,5 mln ludzi i pamięć o tych wydarzeniach jest bardzo bolesna do chwili obecnej. Wystawa jest miejscami bardzo kontrowersyjna i bez cenzury pokazuje okrucieństwo tamtych czasów. Muzeum jest nowoczesne, a cały kompleks dopełniają 44-metrowy obelisk i wieczny ogień.
Załącznik:
57.jpg

Załącznik:
58.jpg

Załącznik:
59.jpg

Załącznik:
60.jpg

Załącznik:
61.jpg

Załącznik:
62.jpg

Załącznik:
63.jpg

Obok muzeum znajduje się również park, gdzie zasadzonych jest przez czołowych polityków i przedstawicieli międzynarodowych organizacji kilkadziesiąt drzewek pamięci. Niestety, jednym z gorzej wyglądających jest polskie drzewko Donalda Tuska.
Załącznik:
64.jpg

Załącznik:
65.jpg

Warto wspomnieć, że w Erywaniu można znaleźć jedyny w Armenii meczet, zwany Błękitnym Meczetem. Można do niego wejść, nie ma za wielkich obostrzeń i wpuszczane są bez problemów nawet kobiety.
Załącznik:
66.jpg

Załącznik:
67.jpg

Załącznik:
68.jpg

Spacerując po Erywaniu znaleźliśmy się przypadkiem w bardzo ciekawym sklepie, który w pełni odzwierciedlał umiłowanie Ormian do słodkości. Czegóż w nim nie było! Różne owoce suszone, wędzone, na słodko, słodziej i jeszcze słodziej. Pięknie wyglądające kompozycje krzyczały, żeby je jeść, a ekspozycja towarów była jak z luksusowego butiku. A te żółto-białe patyczki na ostatnim zdjęciu to cukier z dodatkami smakowymi do stosowania np. w herbacie.
Załącznik:
69.jpg

Załącznik:
70.jpg

Załącznik:
71.jpg

Załącznik:
72.jpg

Erywań nazywany jest różowym miastem z powodu koloru części budynków. Powstały one z kamienia o nazwie tuf, który jest bardzo odporny na czynniki atmosferyczne, a do tego występuje w kilkunastu kolorach i odcieniach, nawet w wersji czarnej. Według mnie nazwa różowe miasto jest mocno przesadzone, ale czego nie robi się dla turystyki i sloganów.
Załącznik:
73.jpg

Powoli przechodzę do tej ciemniejszej – czytaj: biedniejszej – części Erywania. Wiele jest pustostanów, upadłych fabryk, brudu na podwórkach, wiązania z trudem końca z końcem. Bloki, blokowiska, domki prywatne na przedmieściach są nadszarpnięte zębem czasu, często wyglądają bardzo ubogo. Na ulicznych bazarkach sprzedawane są różne rupiecie, by tylko zarobić trochę pieniędzy. Co ciekawe, na ulicach nie widać praktycznie bezdomnych i pijanych. Obiektywnie patrząc, to każde miasto ma swoje ciemniejsze strony.
Załącznik:
74.jpg

Załącznik:
75.jpg

Załącznik:
76.jpg

Załącznik:
77.jpg

Załącznik:
78.jpg

Świadomie zrezygnowaliśmy z wizyty w wytwórni koniaku Ararat. Primo – drogo, secundo – dużo turystów. Co ciekawe, można w Erywaniu znaleźć co najmniej jeszcze dwa podobne miejsca, gdzie przedstawiony jest proces destylacji alkoholu i można skosztować wyrobów własnych.
Pora wyruszyć w opisie poza Erywań. Podczas dotychczasowych wyjazdów zagranicznych nigdy nie posiłkowaliśmy się zorganizowanymi wycieczkami grupowymi, ale po otrzymaniu katalogów na lotnisku uważniej skupiliśmy się na tym temacie i ostatecznie pojechaliśmy na trzy ekspedycje (w tym jedną gratisową), zorganizowane przez Yerani Travel. Na Placu Republiki można znaleźć mnóstwo busów różnych małych tour-operatorów, ale nie sprawdzaliśmy ich oferty ufając porzekadłu, że jednak wielkość ma znaczenie.
Byłem święcie przekonany, że Armenia nie jest bardzo popularnym turystycznie krajem, a już na pewno poza Erywaniem. Tymczasem dojazd do pierwszej atrakcji i pierwsze zdziwienie. Tak wyglądał parking. Na oko z 500 osób w okolicy.
Załącznik:
79.jpg

Aaaa, zapomniałem napisać, gdzie dojechaliśmy. Otóż pierwszym przystankiem był kompleks Khor Virap. Cudowne miejsce. Mega klimatyczne obiekty sakralne, w tym z głębokimi celami, do których schodzi się po wąskich, ciasnych schodach i drabinach. Na jednym z budynków widoczne są wydrapane napisy – Ormianie uciekający przed pogromem tureckim w ten właśnie sposób przekazywali informację bliskim o tym, że żyją.
Załącznik:
80.jpg

Załącznik:
81.jpg

Załącznik:
82.jpg

Załącznik:
83.jpg

Załącznik:
84.jpg

Krajobraz wokół jest niesamowity i to z każdej strony.
Załącznik:
85.jpg

I tutaj pojawia się wreszcie Ararat, czyli święta dla Ormian góra. Wszystko byłoby w porządku, ale jest pewne ale … Ararat leży na terenie Turcji. Tak, z murów Khor Virap widać pobliską granicę państwową, której nie można przekraczać i jest to dla Ormian naprawdę dramatem. A tak właściwie Ararat to dwa odrębne szczyty i często na mapie podpisane są nazwą Masis. Co ciekawe, to właśnie na tej górze miała osiąść arka Noego po biblijnym potopie, a jeszcze ciekawsze jest to, że wyższy wierzchołek Araratu ma większą wysokość względną od Mount Everestu (czyli liczoną od poziomu przyległego terenu).
Święta dla Ormian góra jest przedstawiana w sztuce, literaturze i ma swoje miejsce w godle kraju. Faktycznie, patrząc na Ararat czuje się niewytłumaczalne ciarki. Przy dobrej pogodzie szczyt widoczny jest nawet z Erywania, który leży ponad 30 km od góry. Niestety, często jest on otoczony przez chmury i tylko częściowo widać wierzchołek.
Załącznik:
86.jpg

Załącznik:
87.jpg

Załącznik:
88.jpg

Załącznik:
89.jpg

W niektórych materiałach turystycznych można znaleźć obrazek, na którym Khor Virap znajduje się praktycznie przy samym Araracie, a góra ściśle otacza kompleks. Rzeczywistość nie jest tak piękna, ale i tak robi wrażenie.
Załącznik:
90.jpg

Po kilkudziesięciu minutach jazdy, głównie wśród pięknych gór, dojechaliśmy do Jaskini Areni. To tutaj znaleziono najstarszy w Armenii but, to tutaj odkryto najstarsze w Armenii miejsce produkcji wina. Sama jaskinia nie miała charakteru „mieszkalnego”, tylko głównie rytualny i użytkowy. Kilkanaście minut w zupełności wystarczyło na zapoznanie się z kompleksem.
Załącznik:
91.jpg

Załącznik:
92.jpg

Załącznik:
93.jpg

Załącznik:
94.jpg

Załącznik:
95.jpg

Kolejny odcinek drogi i znaleźliśmy się w jednym z bardziej niesamowitych wg mnie miejsc – w XIII-wiecznym klasztorze Noravank. Leżący na odludziu kompleks zmusza do refleksji. Turystów było znów bardzo dużo, część z nich traktowała to miejsce jako prawie że plac zabaw, pozując do głupich i jeszcze głupszych zdjęć.
Załącznik:
96.jpg

Załącznik:
97.jpg

Załącznik:
98.jpg

Załącznik:
99.jpg

Załącznik:
100.jpg

Załącznik:
101.jpg

Załącznik:
102.jpg

Wyzwaniem jest wejście do górnej części klasztoru. Ma to pokazać, że droga do Boga jest trudna i wyboista. Schody były naprawdę wąskie i wysokie, a niska lina prawie nie pomagała we wspinaczce. Zejście było jeszcze trudniejsze, wielu „bohaterowiczom” drżały nogi.
Załącznik:
103.jpg

Załącznik:
104.jpg

Załącznik:
105.jpg

Załącznik:
106.jpg

Załącznik:
107.jpg

Ostatnim punktem tej wycieczki była wizyta w winiarni „Hin Areni”. Po krótkim zwiedzaniu winiarni można było spróbować trzech różnych win, ale obiektywnie muszę przyznać (nie znam się na niuansach bukietów, roczników, szczepów itp.), że były bardzo niedobre i szybko opuściłem ten przybytek.
Załącznik:
108.jpg

Załącznik:
109.jpg

Załącznik:
110.jpg

Załącznik:
111.jpg

Załącznik:
112.jpg

Jadąc przez miasteczko widziałem dziesiątki budek z winem domowej roboty, owocami, warzywami i przetworami. Smakołyki najwyższej klasy! Opuściwszy winiarnię „Hin Areni” trafiłem do takiej prywatnej „winiarni”. Jak? Otóż spytałem pierwszego z brzegu handlarza o domowej roboty wino i po chwili zostałem zaproszony przez niego do swojego pobliskiego domu, gdzie pan miał własną „winiarnię”. Wejście przez garaż. Warunki higieniczne takie sobie, ale za to jaki wybór! Wina standardowe, ze smakiem, własny koniak, gorzałka. Po prostu raj na ziemi dla miłośnika domowych destylarni. Oczywiście zakupiłem niewielki zapas winka malinowego i z porzeczek, a dodatkowo „musiałem” zdegustować kilka innych wyrobów podsuwanych przez uprzejmego pana gospodarza. Trunki przelewane są z dużych pojemników do plastikowych butelek, oczywiście wielokrotnego użytku. A te szlachetniejsze, kilkuletnie, leżakują w zakorkowanych butelkach. Zapewne też wielokrotnie napełnianych i opróżnianych.
Załącznik:
113.jpg

Załącznik:
114.jpg

Załącznik:
115.jpg

Załącznik:
116.jpg

Wyszedłem od pana i od razu trafiłem na stoisko pani i po chwili procedura powtórzyła się, ale tym razem „winiarnia” stała na o wiele większym poziomie. Do degustacji alkoholi pani dodawała domowy ser, z dumą prezentowała zawoskowane beczułki, w których przechowuje wino przez kilka lat. Znów spróbowałem różnych trunków, znów dałem się złamać i kupiłem litrowe wino winogronowe. Bardzo porządne w smaku. Tak jak i ja dziwiła się, czemu wycieczki zwożone są do podłej winiarni „Hin Areni”, a pomijane są miejsca tak cudowne, jak jej „winiarnia”.
Załącznik:
117.jpg

Załącznik:
118.jpg

Załącznik:
119.jpg

Kolejnego dnia pojechaliśmy na drugą wycieczkę, tę darmową. Zaczęło się od czegoś smacznego, a mianowicie od pokazu wypieku tradycyjnego pieczywa ormiańskiego o nazwie lawasz. Czym różni się wypiekany na miejscu od tego sprzedawanego w sklepach? Chrupkością. Ten pierwszy kruszy się przy zawijaniu, a drugi ma konsystencję naleśnika i owija szczelnie wkładkę. A wkładką może być wszystko, co chcemy. My degustowaliśmy lawasz z jakąś zieleniną i słonym serem i była to zaiste zacna smakowo mieszanka. A jak się robi to pieczywo? Pani wałkuje ciasto, potem rusza nim w powietrzu, nakłada na zwykłą poduszkę i wkłada na kilka sekund do rozgrzanego pieca zakopanego w podłożu. Po chwili lawasz jest gotowy do jedzenia. Oczywiście rwie się go rękami dzieląc się nim z innymi.
Załącznik:
120.jpg

Załącznik:
121.jpg

Kilka minut później zameldowaliśmy się przy świątyni w Garni. Wygląda ona bardzo rzymsko i jest naprawdę stara. Jak to bywa w takich przypadkach, jej pochodzenie i przeznaczenie nie są do końca znane. Dodatkowo niedaleko świątyni odkryto pozostałości po łaźniach. Atrakcje dla mnie takie sobie, ale jeśli spojrzymy wokół, to krajobraz w pełni zadowoli każde gusta. Jest super.
Załącznik:
122.jpg

Załącznik:
123.jpg

Załącznik:
124.jpg

Załącznik:
125.jpg

Załącznik:
126.jpg

Załącznik:
127.jpg

Wycieczkę skończyliśmy w kompleksie świątynnym Geghard. Kolejne miejsce popularne wśród turystów i pełne tajemniczości, znaków chrześcijańskich i klimatu sprzed wieków. Warto dodać, że część klasztoru została wykuta w litej skale. Znów małe ciarki przechodziły przez ciało.
Załącznik:
128.jpg

Załącznik:
129.jpg

Załącznik:
130.jpg

Załącznik:
131.jpg

Załącznik:
132.jpg

Załącznik:
133.jpg

Załącznik:
134.jpg

Załącznik:
135.jpg

Załącznik:
136.jpg

Kolejny dzień i kolejna wyprawa. Tym razem zaczęliśmy od obłędnych miejsc – monastyrów Hovhanawank i Saghmosavank. Na szczęście było tylko kilku turystów i na spokojnie można było pokontemplować monastyry i ich otoczenie.
Załącznik:
137.jpg

Załącznik:
138.jpg

Załącznik:
139.jpg

Załącznik:
140.jpg

Załącznik:
141.jpg

Załącznik:
142.jpg

Załącznik:
143.jpg

Załącznik:
144.jpg

Załącznik:
145.jpg

Załącznik:
146.jpg

Załącznik:
147.jpg

Załącznik:
148.jpg

Załącznik:
149.jpg

Załącznik:
150.jpg

Załącznik:
151.jpg

Kolejną atrakcją była Aleja Alfabetu, czyli przedstawienie znaków/liter ormiańskiego alfabetu. Średnio ciekawe miejsce. W oddali widoczny jest duży krzyż złożony z wielu mniejszych krzyży. Obraz dopełniają posągi osób zasłużonych dla Armenii.
Jako ciekawostkę dodam, że napisy i inskrypcje w monastyrach z dawnych wieków są praktycznie nie do zrozumienia w czasach obecnych. Jak tłumaczył przewodnik, kształt liter jest dosyć zbliżony, jednak dawniej odczytywano je zupełnie inaczej i jeden znak mógł mieć wiele znaczeń. Ponadto nie posługiwano się typowymi cyframi, tylko zapisem znakami.
Załącznik:
152.jpg

Załącznik:
153.jpg

Załącznik:
154.jpg

Załącznik:
155.jpg

Bez żalu opuściliśmy Aleję Alfabetu i oczom ukazał się taki oto widok. Od razu skojarzył mi się z amerykańskimi filmami i bezkresnymi drogami. Welcome to America!
Załącznik:
156.jpg

Niestety, miłe złego początki. Droga okazała się tak fatalna, że zajęła pierwsze miejsce w moim rankingu dziurawych dróg. Co kilkadziesiąt metrów bus zwalniał i walczył z kolejnymi wykrotami. Doznanie fatalne. Nigdy nie powiem już złego słowa na temat stanu polskich szos.
Po kilkudziesięciu minutach mordęgi dotarliśmy do fortecy Amberd, położonej na wysokości ok. 2300 metrów. Budowla jest z VII wieku i można oglądać ją tylko z zewnątrz. Bez przeszkód można za to zwiedzać pobliski monastyr. Nie muszę dodawać, że widoki wokół były nieziemskie.
Załącznik:
157.jpg

Załącznik:
158.jpg

Załącznik:
159.jpg

Załącznik:
160.jpg

Załącznik:
161.jpg

Załącznik:
162.jpg

Załącznik:
163.jpg

Załącznik:
164.jpg

Tak to oto zakończyliśmy wycieczki z tour-operatorami. Chciałbym pokazać wam jeszcze jedną rzecz. Smakołyk kupiony u przydrożnych handlarzy. Zgadniecie co to jest?
Załącznik:
165.jpg

Nie, nie oliwki. Orzechy włoskie, zwane w Armenii greckimi. A jak przyrządza się to jedzenie? Zrywa się młode, niedojrzałe orzechy, nieco obiera się je ze skóry i pakuje do słoika w mega słodkiej zalewie. Jemy je w całości, bo skorupka nie zdążyła się jeszcze wykształcić.
Jedziemy do Gyumri – taką decyzję podjęliśmy demokratycznie. To drugie po Erywaniu miasto pod względem wielkości (120 tys. mieszkańców), ale ma bardzo ponurą przeszłość i to sprzed kilkudziesięciu lat. Ale po kolei.
Do Gyumri wybraliśmy się pociągiem, szumnie nazwanym ekspresem, który ok. 120 km trasę pokonał w ponad dwie godziny. Zwykły pociąg, nieszumnie nazywany elektriczką, pokonuje ten dystans w ponad trzy godziny. Kolej w Armenii jest bardzo słabo rozwinięta, połączenia to tylko kilkanaście odcinków, a stan pociągów jest podobno nienajlepszy. My do naszego ekspresu nie możemy przyczepić się, bo był to dość porządny skład z klimatyzacją. Przez większość drogi wyglądaliśmy przez szybę, bo jak się już domyślacie, widoki były bardzo ciekawe i nietypowe.
Załącznik:
166.jpg

Załącznik:
167.jpg

Załącznik:
168.jpg

Załącznik:
169.jpg

Gyumri, zwane w przeszłości Aleksandropolem i Leninakanem, zostało dotknięte w 1988 roku trzęsieniem ziemi. Według różnych źródeł zginęło ok. 25-30 tysięcy ludzi, a duża część miasta została zniszczona. Runęły prawie wszystkie wysokie budynki, a wstrząsy wytrzymały jedynie niższe domy. Obecnie w samym mieście nie ma za wielu ruin, prawie wszystko zostało odbudowane. Rozmawialiśmy z osobami, które żyły wtedy w mieście i wspominały one tamte tragiczne dni. Jeden z rozmówców opowiedział, że na jego oczach zawaliła się kopuła kościoła i zabiła kilku uczniów. Inny stracił prawie całą rodzinę w zawalonym wieżowcu. Do dzisiaj można spotkać osoby mieszkające w odpowiednikach naszych altanek działkowych, które nie potrafiły poradzić sobie po trzęsieniu ziemi. Obecnie budownictwo rozwija się poza dawnym miastem, powstało wiele bloków, w których mieszkania otrzymały osoby pokrzywdzone w 1988 roku. Żeby zobaczyć więcej zniszczonych budowli, należy wyjechać kilka, kilkanaście kilometrów za Gyumri.
To właśnie kopuła tego kościoła w tle spadła na dzieci. Budynek na pierwszym planie, w którym znajdowała się w przeszłości szkoła dla dziewcząt, praktycznie w ogóle nie ucierpiał.
Załącznik:
170.jpg

Nie udało się za to odbudować w pełni innej cerkwi. Na zdjęciach widać, jak wyglądała kiedyś, jak wyglądała po trzęsieniu ziemi i jak ma wyglądać w przyszłości. Niestety, renowacja idzie bardzo wolno, głównie w środku.
Załącznik:
171.jpg

Załącznik:
172.jpg

Załącznik:
173.jpg

Niedaleko centrum pozostała ruina dawnej fabryki włókienniczej. Obecnie część fabryki pracuje, ale część wygląda tak, jak na zdjęciach. Czy to ma być formą zachowania w pamięci tamtego wydarzenia? A może po prostu nie ma środków, żeby uprzątnąć teren?
Załącznik:
174.jpg

Załącznik:
175.jpg

A czy Gyumri wyróżnia się czymś turystycznym? Nie, jak podkreślają mieszkańcy, nie ma niczego, co można zobaczyć. Ładnie wygląda samo centrum, park, reprezentacyjna uliczka pełna jest barów i sklepów, a do tego można pokrążyć po starych rejonach miasta z dawną zabudową. Poza tym naprawdę nie ma co robić w Gyumri. Byliśmy w nim około pięciu godzin i to w zupełności wystarczyło. Acha, w mieście stacjonuje kilka tysięcy żołnierzy rosyjskich. Oczywiście dla bezpieczeństwa. Zareagują w przypadku agresji ze strony Turcji. Oczywiście w razie jej agresji na Rosję, a nie na Armenię.
Załącznik:
176.jpg

Załącznik:
177.jpg

Załącznik:
178.jpg

Załącznik:
179.jpg

Załącznik:
180.jpg

Kolejnym odwiedzonym miastem był Wagharszapat, zwany częściej Eczmiadzyn. Można dojechać do niego z Erywania marszrutką nr 203 za symboliczne pieniądze. Najważniejszym zabytkiem jest zespół katedralny (najstarszy w całej Armenii) i siedziba odpowiednika naszego papieża w kościele ormiańskim – Katolikosa. Wejście na teren katedralny jest oczywiście bezpłatny, ale niestety obecnie budowla przechodzi remont i nie można zwiedzać katedry.
Załącznik:
181.jpg

Załącznik:
182.jpg

Załącznik:
183.jpg

Załącznik:
184.jpg

Załącznik:
185.jpg

Eczmiadzyn to miasto pełne budowli sakralnych. Niedaleko od zespołu katedralnego znajduje się kościół św. Gajany z VII wieku. Nie jest duży, ale i tak robi wrażenie.
Załącznik:
186.jpg

Załącznik:
187.jpg

Niewiele zostało za to z kościoła św. Marianny, datowanego nawet na V wiek. Obecnie są to tylko ruiny ruin.
Załącznik:
188.jpg

Załącznik:
189.jpg

W pobliżu znajduje się kolejna budowla sakralna – kościół St. Shoghakat z XVII wieku. Pochowana jest w nim w jednej z naw święta dziewica Marianna, stąd miejsce to otoczone jest dużą czcią ze strony wiernych.
Załącznik:
190.jpg

Załącznik:
191.jpg

Byłem w Eczmiadzin tylko dwie-trzy godziny, więc nie mogłem w pełni poznać zabytków tego miasta.
Załącznik:
192.jpg

Następnie autobusem podjechałem do ruin katedry w Zvartnots z VII wieku. Wstęp – podobno jako do jedynego obiektu sakralnego w Armenii – jest płatny i szczerze mówiąc nie wiem, czy warto zwiedzić to miejsce. Obecnie oglądać można jedynie ruiny kiedyś wspaniałej katedry i niewielkie muzeum. Plusem jest widok na Ararat, ale niezbyt imponujący. Znów foldery swoje, a żywe oczy swoje – ruiny leżą daleko od góry, a nie przy samej górze.
Załącznik:
193.jpg

Załącznik:
194.jpg

Załącznik:
195.jpg

Załącznik:
196.jpg

Załącznik:
197.jpg

Załącznik:
198.jpg

Pobyt w Armenii zakończyliśmy wypadem nad jezioro Sevan. Dotarliśmy do niego busem (jeśli zbierze się komplet dziewięciu osób, to rusza w drogę). Na mapie wyglądało tak, że wystarczy dojechać do miasta Sevan i stamtąd jest rzut beretem nad jezioro Sevan. Okazało się jednak, że na piechotę praktycznie nie da się tam dotrzeć i zmuszeni byliśmy wziąć taryfę (ok. 10 zł). Monastyr nad jeziorem prezentował się tradycyjnie bardzo ładnie, a kolor wody dopełniał piękna krajobrazu.
Załącznik:
199.jpg

Załącznik:
200.jpg

Załącznik:
201.jpg

Załącznik:
202.jpg

Załącznik:
203.jpg

Na koniec tradycyjnie ciekawostki, spostrzeżenia, zdziwienia.
Dosyć popularne są – jak to się mądrze mówi – kompaktowe stacje paliw. A po polsku – jeden dystrybutor plus marne zaplecze w postaci np. przyczepy. Do tego do kupienia mikstury nieznanego przeznaczenia w zwykłych plastikowych butelkach.
Załącznik:
204.jpg

Sporo wjazdów na podwórka jest ładnie ozdobionych malunkami. Tutaj motyw oczywiście z Araratem w tle.
Załącznik:
205.jpg

Ruch drogowy to temat rzeka. Może nie jest tak hardcorowo, jak w Gruzji, ale i tak kierowcy niewiele robią sobie z przepisów ruchu drogowego (o ile coś takiego obowiązuje w Armenii). Ruch jest szalony, trzeba być niezłym magikiem, żeby nie zrobić stłuczki i jak powiedział taksówkarz, trzeba mieć więcej, niż dwoje oczu. Przykłady? Samochód „taksówkopodobny” czeka na klientów tuż przed przejściem dla pieszych na pasie do ruchu na wprost. Zero trąbienia, zero nerwów, tylko cierpliwe wyprzedzanie taksi.
Załącznik:
206.jpg

Remont drogi na długości jakichś 4-5 km. Prawy pas zamknięty, lewy przeznaczony do jazdy na wprost, a samochody z naprzeciwka jadą poboczem. Proste i skuteczne rozwiązanie zamiast ruchu wahadłowego. Problemy miały tylko nowoczesne samochody z czułym zawieszeniem, które jechały wyboistym poboczem dość wolno.
Załącznik:
207.jpg

Na zdjęciu sposób, jak z dwóch pasów ruchu zrobić trzy i rozładowywać korki, wcale niemałe.
Załącznik:
208.jpg

Potrzeba matką wynalazków – tak oto oznakowano wyrwę w drodze (widać była za głęboka nawet jak na standardy ormiańskie).
Załącznik:
209.jpg

Ceny paliw. Ostatnia pozycja to diesel. Dla przypomnienia: ok. 520 AMD = ok. 1 Euro.
Załącznik:
210.jpg

Na drogach bardzo mało jest TIR-ów w naszym rozumieniu. Transport zapewniają charakterystyczne ZIŁ-y, Kamazy i inne wehikuły sprzed wielu dziesięcioleci. Wożą i siano, i cegły, i zwierzęta, i owoce. Pełna wszechstronność i niezawodność. Naprawa młotkiem.
Załącznik:
211.jpg

Załącznik:
212.jpg

Załącznik:
213.jpg

Po cholerę przyczepka, skoro wszystko można zmieścić w bagażniku i na dachu?
Załącznik:
214.jpg

Takie widoki spotkałem jeszcze tylko w Gruzji. Ormiańscy kierowcy byli bardzo zdziwieni, gdy pytałem o niekompletność ich samochodów. A po co mi światła, skoro jeżdżę tylko w dzień? Zderzak? A po cholerę mi on? To nic, że nie mam pół bagażnika – mam przecież tablicę rejestracyjną. Jeżdżę takim samochodem, jakim chcę i amen.
Załącznik:
215.jpg

Załącznik:
216.jpg

Załącznik:
217.jpg

Wracając z Zvartnots doświadczyłem przyjemności podwiezienia przez przypadkowego kierowcę, który słyszał moje pytanie w sklepie o to, gdzie znajduje się przystanek do Erywania. Wsiadłem do jego samochodu (z zewnątrz kompletnego) i … oniemiałem. Okazało się, że pan właśnie sprowadził samochód z Dubaju (bo taniej, niż z Europy) i jest w trakcie przekładania kierownicy i systemów z prawej na lewą stronę. Kierownica przełożona, reszta nie do końca, ale przecież to nie przeszkadza w jeździe. Znów był zdziwiony moim zdziwieniem.
Załącznik:
218.jpg

Załącznik:
219.jpg

W Gruzji cmentarze wyglądają podobnie, ale często mają mniejszą część dla odwiedzających. W Armenii przy mogiłach spotykają się całe rodziny, czasami ucztują przy wspominaniu zmarłych.
Załącznik:
220.jpg

Załącznik:
221.jpg

Takie widoki nie są obce w wielu krajach, prawda? Mieszanina kabli i rury z gazem ziemnym na powierzchni. Wschodni standard?
Załącznik:
222.jpg

Załącznik:
223.jpg

No i to by było na tyle. Armenia została tylko częściowo zwiedzona. Na pewno nie zawiodła, a wręcz zachwyciła. Kto lubi takie klimaty, to niech korzysta, póki mało jest jeszcze autobusów z Azjatami. Z Tbilisi to tylko niecałe 300 km, z Kutaisi niecałe 500 km. A na przykład z Warszawy 2779 km. Egzotyka prawie że na wyciągnięcie ręki.
Załącznik:
224.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
eskie uważa post za pomocny.
 
 
 [ 1 post ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group