Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 46 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 30 Maj 2017 16:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
@‌olus‌
Było nawet coś jeszcze lepszego - tradycyjne, malawijskie, drewniane canoe ;) ale o tym w dalszej części relacji :)
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
olus lubi ten post.
 
      
#22 PostWysłany: 04 Cze 2017 11:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
Cape Maclear, 1 maja. Dzień piąty.

-Happypants? Nikt nie kupuje tego chłamu! – zaśmiała się Michelle – młoda Tajwanka, pracująca w organizacji pozarządowej w Lilongwe. Craig skonsternowany wpatrywał się w toń jeziora, mieniącej się już pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Nie mogłem odmówić jej racji. W ciągu swoich paru pierwszych godzin pobytu na Cape Maclear, zostałem zaczepiony przez co najmniej tuzin „majfrendów” oferujących szyte na zamówienie szorty czy tandetne bransoletki lub naszyjniki (o absurdalnie wysokiej cenie jak na prawdopodobnie chińską masówkę)

-Ale co w takim razie powinienem robić? Wszyscy sprzedają „Happypants”..
-No właśnie! I zobacz z jakim efektem. Musisz być innowacyjny. Wyróżniać się. Ludzie, którzy tu przyjeżdżają nie chcą pierdół, które mogą kupić w domu. Chcą unikalnych przeżyć. Coś co mogą dostać tylko tutaj. Wczoraj byłam na rejsie łódką, za który zapłaciłam 40 dolarów. Poczęstowano nas świeżo przyrządzoną rybą prosto z jeziora. I wiesz co, Craig? Na plaży nigdzie tego nie ma. Wszystkie guesthousy podają hamburgery i naleśniki.. Serio? Karmicie Amerykanów hamburgerami, a Brytyjczykom podajecie „English Breakfast”? Spróbuj takiego podejścia: Zagaduj turystów, powiedz że pokażesz im lokalny targ. Kupią sobie składniki na obiad, zabierzesz ich do siebie, przyrządzicie wspólnie coś lokalnego. Przedstawisz im swoją rodzinę – powiesz: zobaczcie, to moja babcia. Ma dziewięcioro wnucząt.. Uwierz mi, zapłacą za coś takiego!

Michelle pożegnała się z nami i oddaliła się w stronę swojego guesthouse’a. Jako, że chciałem zobaczyć jeszcze wioskę, poszedłem w przeciwną stronę, a Craig zaproponował mi swoje towarzystwo. Czyżby właśnie wcielał w życie pomysł Michelle? Tego nie wiedziałem, ale byłem szczęśliwy słysząc propozycję wspólnego gotowania w jego domu. Zwłaszcza, że nie zaczęła się od „Hello my friend”..

Rybacy wracający z połowu

Image

Image

Image

Stoły używane do suszenia ryb
Image

Lampiony, których rybacy używają do nocnego połowu ryb
Image


Spotkaliśmy się ponownie o 16:00. Wpierw udaliśmy się na targ rybny, gdzie obiecałem kupić potrzebne składniki. Większość porannego połowu była już wyprzedana, ale i tak udało nam się zaopatrzyć w Rybę Tygrysią. Jest to gatunek słodkowodny z rodziny alestesowatych, uznawany za najgroźniejszą afrykańską rybę drapieżną. Zdecydowana większość ludzi mieszkających na wybrzeżu jeziora utrzymuje się z rybołówstwa – mężczyźni wypływają tuż po zapadnięciu zmroku, a wracają dopiero koło 7 rano – codziennie spędzają więc całą noc na jeziorze – łącznie około 12-13 godzin. Do połowu używają specjalnych lampionów, które montują na swoich canoe oraz łódkach. Ryby zwabione blaskiem podpływają blisko łodzi, a wtedy rybacy zarzucają sieć. Dlatego najlepiej łowi się podczas bezksiężycowych nocy, kiedy jest zupełnie ciemno. To jak wielu ludzi trudni się tutaj tym zajęciem, najlepiej widać właśnie w nocy – kiedy jezioro rozświetlone jest migoczącym blaskiem setek lampionów, które zdają się unosić na powierzchni wody.. Niestety tak intensywna eksploatacja zasobów akwenu, grozi w przyszłości klęską ekologiczną. Ryb jest co raz mniej – populacja nie nadąża się odradzać, a rybacy zarzucają sieci z co raz mniejszym prześwitem – tak że nawet młode ryby padają ich łupem.

Targ w Chembe
Image

Kupujemy Rybę Tygrysią
Image

Image

Tak wygląda Tiger Fish. Nasz okaz był dużo mniejszy. (Zdjęcie nie jest mojego autorstwa)
Image


Kontynuowaliśmy spacer po targowisku. Kupiłem jeszcze cztery miseczki ryżu, trochę mąki, kilka pomidorów, cebulę, woreczek oleju. Nieoczekiwanie dowiedziałem się, że mój nowy kolega jest zawodnikiem amatorskiej drużyny piłkarskiej Chembe Sundowns, a stało się to, gdy poprosił abym kupił jeszcze mały woreczek soli.

- Potrzebujemy soli na jutrzejszy mecz

Przeszły mnie ciarki. Wszystko co chwilę później usłyszałem od Craiga, czytałem pół roku wcześniej w „Hebanie” Ryszarda Kapuścińskiego.. Ale czy to możliwe, że obserwacje, które poczynił polski dziennikarz pół wieku wcześniej, wciąż były tak bardzo aktualne?
-Bo widzisz Michal.. Przeciwnicy będą chcieli przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Użyją więc magicznych zaklęć w formie mikstury. Ukryją ją prawdopodobnie za słupkiem bramki. Musimy więc dosypać odrobinę soli do mikstury, aby zniwelować działanie zaklęcia. Powinniśmy to jednak zrobić w sposób dyskretny, aby przeciwnik się nie dowiedział i żeby myślał, że jego zaklęcie wciąż pozostaje w mocy…

Słuchałem i byłem jak zahipnotyzowany – w skwarze afrykańskiego słońca, każde słowo Craiga zdawało mi się perfekcyjnie logiczne i zrozumiałe..


„Djambule” w języku chichewa oznacza „zdjęcie” – miejscowe dzieciaki uwielbiają być fotografowane
Image

Image

Image

Image


Do domu dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. Przyjrzałem się panoramie roztaczającej się z podwórka mojego gospodarza. Niesamowite, że ludzie tutaj klepią taką biedę, a mają swoje domy w tak spektakularnych lokalizacjach, że bogaci Amerykanie czy Europejczycy powinni bić się w licytacjach o dostęp do tego skrawka raju. Dlaczego więc wciąż ich tu nie ma? No właśnie – dlaczego?

Do kolacji zasiedliśmy z Bonficem – przyjacielem Craiga, oraz żoną mojego gospodarza, Getar. Na niewielkim palenisku Bonfice grillował rybę, a Getar szykowała Nsimę – tradycyjne afrykańskie placki przyrządzane z grubo mielonej mąki. Craig zajęty był szykowaniem sosu do ryby – przyrządził go z pomidorów i cebuli podsmażonej na patelni. Malawijska kuchnia jest niestety dość uboga w porównaniu np. do kuchni azjatyckiej. Z mięsa najpopularniejszy jest drób oraz ryby, podawane głównie z nsimą, ziemniakami lub ryżem. Z warzyw miejscowi jedzą głównie cebulę, pomidory i kapustę, natomiast z przypraw używają tylko sól i pieprz.

Kolacja smakowała jednak wybornie – zwłaszcza, że zjedliśmy ją wspólnie pod rozgwieżdżonym parasolem malawijskiego nieba.

Widok z podwórka Craiga ;)
Image

Image

Image

Craig i jego żona Getar
Image
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
13 ludzi lubi ten post.
 
      
#23 PostWysłany: 04 Cze 2017 18:53 

Rejestracja: 14 Wrz 2016
Posty: 41
Punkty statusowe: 7
Ten Tiger Fish wygląda jak pirania po czarnobylu :D Mam nadzieję, że smakował lepiej niż wygląda :P
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#24 PostWysłany: 05 Cze 2017 15:03 
Site Admin
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Sty 2011
Posty: 5093
Loty: 245
Kilometry: 396 301
Super się czyta, czekam na więcej :)
_________________
Image
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#25 PostWysłany: 17 Cze 2017 11:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
Cape Maclear, 2 maja. Dzień szósty.


- Wróć. Nie możesz położyć w tym miejscu nasion. Poruszasz się w lewo i kończysz tam, gdzie trafiasz na puste pole.

Craig po raz setny raz tłumaczył mi zasady gry Bawo – malawijskiej wersji warcabów (przynajmniej tak mi się to skojarzyło). Choć gra jest popularna w wielu krajach afrykańskich, to wywodzi się własnie z Malawi. Jak podaje portal „mancala wikia” , w położonym na południu Blantyre rozgrywany jest nawet ogólnokrajowy turniej, którego zwycięzca otrzymuję nagrodę o wysokości 35.000 Kwacha (230USD). Jest to całkiem sporo w kraju, gdzie średnia miesięczna pensja to 65 USD..

Gramy w Bawo

Image

Skończyliśmy partię, dopiliśmy kawę i umówiliśmy się na 15:30. Craig obiecał zabrać mnie na mecz swojej drużyny – Sundowns FC, a do tego czasu miałem nurkować na pobliskiej Thumbi Island. Po ósmej rano plaża na przylądku Maclear zaczynała żyć w pełni swoim codziennym życiem – kobiety prały ubrania i zmywały naczynia na brzegu jeziora, dzieci bawiły się na plaży, psy goniły się nawzajem, rybacy naprawiali sieci i szykowali się do kolejnego połowu.

Image

Image

Stoły używane do suszenia ryb

Image

Udałem się do pobliskiej Fat Monkey Lodge i za 15 dolarów wypożyczyłem kajak. Dopłynięcie na Thumbi Island zajęło mi pół godziny, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż z poziomu plaży wyspa nie wydawała się aż tak oddalona. Na szczęście okolice przylądka Maclear słyną z tego, że jezioro jest tu bardzo spokojne, więc bez większych trudności udało dopłynąć się do celu. Na brzegu czekał już na mnie komitet powitalny złożony z czterech strażników parku narodowego. Pobrali ode mnie opłatę za wstęp w wysokości 7 dolarów i udzielili paru wskazówek dotyczących bezpieczeństwa podczas nurkowania w pobliżu skał. Od samego początku uderzył mnie spokój tego miejsca. Pomimo, że dźwięk doskonale niesie się po wodzie, nie było tu słychać muzyki z guesthousów czy dzieciaków bawiących się na plaży. Pospiesznie wyjąłem przywieziony z Polski sprzęt do snorkellingu i wskoczyłem do wody.

W drodze na Thumbi Island

Image

Widok z wyspy. Na drugim plane – Domwe Island

Image

Jezioro Malawi jest trzecim co do wielkości jeziorem afrykańskim . Jest też dość głębokie – w najgłębszym miejscu ma 706 metrów, a więc zdecydowanie więcej niż morze Bałtyckie (max. 459 metrów). Zamieszkują je ryby z rodziny pielęgnicowatych znane również jako pyszczaki. Niemal 100% gatunków jest tutejszymi endemitami i nie występują nigdzie poza obrębem tego akwenu. Wrażenia są nie do opisania. Przypomniałem sobie jak rok wcześniej zwiedzałem wrocławskie Afrykarium. Część obiektu jest opisana jako „Wielkie Jeziora Afrykańskie”, a za grubą, szklaną ścianą można podziwiać bajecznie kolorowych mieszkańców jeziora Malawi. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oto znalazłem się po drugiej stronie szyby. Nurkowanie w jeziorze raczej nie należy do szczególnie niebezpiecznych. Nie ma tu ostrych raf koralowych ani parzących meduz. Krokodyle w jeziorze są praktycznie niespotykane, choć zdarza się że bywają widziane – zwłaszcza w pobliżu ujścia rzek. Do ryzyka związanego z nurkowaniem w słodkowodnych akwenach afrykańskich z pewnością należy złapanie bilharcjozy – pasożyta, który pozostając przez dłuższy czas niewykryty potrafi uszkodzić ludzkie organy wewnętrzne. Do zarażenia najczęściej wystarczy zamoczenie nogi w wodzie. Ryzyko jest więc dość spore, zwłaszcza że guesthousach woda w kranach czy pod prysznicem pochodzi prosto z… jeziora. Na szczęście leczenie jest bardzo proste – wystarczy wziąć jedną tabletkę prazykwantelu, która „odrobacza” nas w ciągu doby. Lek jest powszechnie dostępny zarówno w Malawi, jak i w Polsce.

Warunki do nurkowania były jednak idealne – brak fal i silnych prądów oraz doskonała przejrzystość wody. Bez trudu mogłem dostrzec skały leżące na dnie, kilkanaście metrów pode mną. Najlepszym miejscem do obserwacji pyszczaków są okolice skał, gdzie zwierzęta gromadzą się i zjadają algi rosnące na kamieniach. Doprawdy niezwykła jest bioróżnorodność tutejszej fauny – ryby czerwone, żółte, niebieskie, zielone.. w promieniach popołudniowego słońca, jezioro mieniło się wszystkimi kolorami tęczy.

Kolorowy, podwodny świat jeziora Malawi

Image

Image

Image

Image

Image

Nim się zorientowałem dochodziła 15. Musiałem wracać aby oddać kajak do Fat Monkeys. Byłem też umówiony z Craigiem, który obiecał zabrać mnie na mecz. Z pewnym żalem opuszczałem to niesamowite miejsce, ale obiecałem sobie jeszcze tu wrócić.
Do domu Craiga przyszedłem pół godziny przed meczem. Zastałem jego żonę Getar. Craig poprosił ją aby zabrała mnie na boisko. Sam musiał wyjść wcześniej bo czekała go jeszcze rozgrzewka. Piłka nożna to w Afryce najważniejsza religia, a kiedy zbliża się godzina meczu, wioska pustoszeje. Wzdłuż linii bocznych gromadzą się młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni. Za trybunę służy nawet powalony baobab.

Choć zawodnicy biegają po piaszczystym klepisku, to mecz odbywa się zgodnie z duchem zasad wymyślonych przez Anglików ponad 150 lat temu. Pomimo wysokich temperatur, rozgrywka trwa regulaminowe 90 minut. Sędziemu głównemu pomaga dwóch liniowych, których zadaniem jest wyłapywanie spalonych oraz… pilnowanie czy rozentuzjazmowany tłum nie przekracza narysowanych patykiem linii bocznych boiska. Liniowy przechadza się wzdłuż pola gry i łodygą trzciny uderza po nogach tych, którzy przekraczają zakazaną granicę i wstępują w rewir zarezerwowany dla sportowców. Wszystko oczywiście w atmosferze żartów – nikt prawdziwej krzywdy tutaj nikomu nie wyrządza. Nad bezpieczeństwem zawodników czuwa trzech sanitariuszy, którzy śpieszą do poszkodowanego w każdym groźniej wyglądającym starciu. Pomimo amatorskiej rangi spotkań, zawodnicy obu drużyn wyposażeni są w komplety piłkarskie. Większość z nich to podarunki od europejskich klubów wysyłających do Afryki używane stroje treningowe, które w przeciwnym razie trafiłyby na śmietnik.
Po pierwszej połowie Sundowns przegrywali 0:1. Ku rozpaczy Getar, znakomitą główką popisał się napastnik Golden Stars FC.

Wszyscy są w drodze na mecz

Image

Piłka – ulubiona zabawka afrykańskiego dziecka

Image

Image

Image

Image

Przerwa meczu to czas, kiedy każdy malawijski dzieciak może poczuć się jak boiskowy gladiator. Boisko błyskawicznie zapełnia się maluchami zawzięcie dryblującymi swoimi ręcznej roboty piłkami. Niestety większość „piłek” to zwinięte w kłębek foliówki, obwiązane sznurkiem. Warto o tym pamiętać wybierając się do Afryki – piłka z Decathlonu za 15zł uszczęśliwi tam niejedno dziecko.

- Getar, potrzymaj mój aparat.

Niewiele myśląc rzuciłem się za piłką, którą jeden z chłopców zbyt daleko sobie wypuścił. Na boisku wybuchła wrzawa – biały z obserwatora stał się uczestnikiem wydarzeń. Kobiety klaskały, mężczyźni się śmiali obserwując moje nieporadne próby odebrania piłki młodym adeptom futbolu. Swój występ przepłaciłem kontuzją, kiedy poślizgnąłem się na żwirowym podłożu i poharatałem sobie nogę. Za to za walkę zebrałem podwójną porcję wiwatów.

Przerwa meczu

Image

Druga połowa meczu była nie mniej emocjonująca co pierwsza. We znaki dawało mi się jednak odwodnienie, więc z powodu zawrotów głowy resztę gry obejrzałem na siedząco. W samej końcówce wyrównującego gola dla Sundowns strzelił Chico – kolega z drużyny Craiga. Eksplozję radości poprzedził głęboki wdech powietrza wydobywający się z setek gardeł. Trwał może sekundę, ale zawierał w sobie wszystko o czym wie każdy kibic z wieloletnim stażem. Euforia.

Zaklęcie przeciwnika zostało złamane. Sundowns pozostają w grze o mistrzostwo.


Sundowns FC – Golden Stars FC



Moment po strzeleniu wyrównującego gola

_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#26 PostWysłany: 17 Cze 2017 19:56 

Rejestracja: 14 Wrz 2016
Posty: 41
Punkty statusowe: 7
Pyszczaki mają dość niezwykły sposób rozmnażania się. Stąd też ich nazwa :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#27 PostWysłany: 18 Cze 2017 10:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
Zgadza się :) Po zapłodnieniu, samica pobiera ikrę do pyska. Inkubacja trwa od 3 do 4 tygodni. Po wykluciu, narybek wypływa "na świat" prosto z pyska samicy :)
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#28 PostWysłany: 18 Cze 2017 12:41 

Rejestracja: 11 Lut 2017
Posty: 19
Punkty statusowe: 2
Fantastyczna podróż, podziwiam i zazdroszczę.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#29 PostWysłany: 22 Cze 2017 23:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
Cape Maclear, 3 maja. Dzień siódmy.

Pan Jezus już się zbliża.

-My friend.. możemy chwilkę pogadać?
-Dzięki, ale nie chcę kupować żadnych souvenirów
- Nie przyszedłem w tej sprawie… Robisz mi konkurencje?! Przyznaj się! Przyjechałeś tutaj robić biznes, a nie na wakacje? – Jezus był wkurzony.

Zdębiałem. Nie wiedziałem o co mu chodzi. Dopiero rozmowa z Craigiem uświadomiła mi, że parę godzin wcześniej poleciłem niemieckiej turystce wypożyczenie kajaka w Fat Monkeys, bo tam było najtaniej, a teraz jakby było tego mało, płyniemy z Craigiem i Bonficem na Thumbi Island drewnianym canoe, pożyczonym od ich przyjaciela, zamiast wypożyczyć boski kajak prosto od Jezusa.
Ogarnął mnie boży gniew. Przyjechałem odpocząć od europejskiego konsumpcjonizmu, a ten natręt nie dość że zaburza mój spokój ducha od samego początku, to jeszcze ma do mnie jakieś idiotyczne pretensje.

Rynek zweryfikował, maj friend. Pogódź się z tym i wyciągnij wnioski.

Poranne starcie z malawijskim mesjaszem souvenirów nie zrujnowało mi humoru, bo na ten dzień mieliśmy zaplanowane pierwszorzędne atrakcje. O 10:00 pożyczyliśmy drewniane canoe od przyjaciela Craiga i razem z Bonficem wyruszyliśmy na Thumbi Island. Zabraliśmy ze sobą woreczek ryżu, pomidory, cebulę oraz średniej wielkości suma, którego kupiłem od rybaków wracających z porannego połowu. Zabraliśmy ze sobą również garnki, sztućce i kilka talerzy. Wiosłowanie ciężkim, drewnianym wiosłem do najłatwiejszych nie należy. Mimo to nie chciałem zmienić się z Craigiem, bo zależało mi na tym, aby doświadczyć tego, co miejscowi rybacy mają na co dzień. Samo canoe do najwygodniejszych również nie należy. Do wąskiego otworu mieszczą się tylko nogi, więc wioślarz musi siedzieć bokiem na burcie i wiosłować będąc obróconym względem kierunku do którego zmierza. Kiedy dopłynęliśmy do brzegu nie czułem rąk. Pospiesznie wyjąłem zestaw do nurkowania i wskoczyłem do wody. Tym razem nie miałem wyspy tylko dla siebie. Były jeszcze dwie Niemki, które za moją radą wypożyczyły kajaki w Fat Monkeys, oraz kilku turystów z RPA.
Nurkowanie za to, znów obfitowało w spektakularne widoki – zwłaszcza gdy ryby zaczęły formować się w wielką ławicę skupioną w pobliżu jednej ze skał. Szybko podążyłem za nimi w celu wykonania kilku ciekawych ujęć. Nie wiedziałem dlaczego tak nagle się zgrupowały -taki stan rzeczy zrozumiałem dopiero gdy wynurzyłem się z wody i zobaczyłem turystów na łódce rzucających chleb prosto na moją głowę. Byli nieźle ubawieni faktem, że wraz z rybami do chleba podpłynął jakiś Polak.


Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image



O 14 zjedliśmy na skałach obiad przygotowany przez Craiga i Bonfice’a. Wyszło tego całkiem sporo, więc poczęstowaliśmy również strażników parku. Był to zdecydowanie najsmaczniejszy sum jakiego w życiu jadłem. Craig zdecydowanie powinien otworzyć punkt gastronomiczny. Przed powrotem zdążyłem jeszcze rozejrzeć się po wysepce, czego nie zdążyłem zrobić poprzedniego dnia. Spotkałem wiele kolorowych jaszczurek, spośród których niektóre były rozmiaru małego kociaka. Z apetytem jadły resztki po naszym obiedzie.



Image

Obiad ;)

Image

Image

Image

Prawie jak Seszele ;)

Image

Image

Image

Image

Image


Po powrocie Craig i Bonfice zabrali mnie na trekking po okolicznych wzgórzach. Naszym celem był bezimienny wierzchołek górujący nad wioską Chembe, z którego rozpościera się wspaniały widok na przylądek Maclear oraz wyspę Thumbi. Wejście utrudniała jednak wyjątkowo bujna, wysoka trawa – dwa tygodnie wcześniej skończyła się w Malawi pora deszczowa.
Z pewną obawą przedzierałem się przez gęste zarośla – strażnicy parku przestrzegali przed czarnymi mambami, które akurat miały swój sezon wylęgu. Oprócz tego w parku występują również kobry i skorpiony. Starałem się o tym nie myśleć i skupiłem się na rozmowie z moimi przewodnikami.

- Craig, udało się wam dosypać soli do mikstury zawodników Golden Stars? Gdzie ją ukryli?
-Nieeee – Craig głęboko się zamyślił – Byli sprytni i nosili zaklęcie przy sobie. Nawet wiem, który obrońca. Miał je w kieszeni. Nie dało rady nic zrobić.
Postanowiłem sprowadzić rozmowę na bardziej mi znany, europejski grunt.
-Znasz jakichś polskich zawodników?
-No jasne. Lewandowski! Wszyscy go tu znają.
-Ktoś jeszcze? Błaszczykowski? Piszczek?
-Aaaa Pisek… to on jest Polakiem? Jasne, że go znam. Gra w Borussi Dortmund.


Craig i Bonfice
Image

Image

Dzikie jagody, których zjedzenie podobno jest śmiertelne

Image

Image

Thumbi Island

Image


Klimaty piłkarskie towarzyszyły mi już do końca dnia. Wieczorem poszliśmy na mecz do miejscowego „klubu”. Juventus grał w półfinale Ligi Mistrzów z AS Monaco. Bardzo prawdopodobne, że miałem przed sobą jedyny telewizor w wiosce, co ma jednak swoje plusy – ludzie spotykają się ze sobą, zamiast siedzieć zamknięci w swoich domach. Miejscówka okazała się szałasem krytym trzciną, pozbawioną nawet podłogi – widzowie oglądali mecz siedząc na piasku. W trakcie meczu, jeden z miejscowych pobierał od każdego opłatę w wysokości 150 kwacha, która była biletem wstępu na mecz. Szałas pękał w szwach, widzowie co jakiś czas ukradkiem na mnie spoglądali – pewnie zachodzili w głowę dlaczego nie oglądam spotkania razem z innymi przyjezdnymi, w turystycznej części przylądka Maclear
Wybuch radości. To Dybala popisał się efektownym dryblingiem. Najmłodsi widzowie w pełnym rozgorączkowaniu starają się sobie wyjaśnić jak młody Argentyńczyk wykiwał rywali.
Przestałem obserwować grę, skupiłem się na reakcjach kibiców i wsłuchałem się w najbardziej uniwersalny język świata - ten sam, który można usłyszeć w piwiarni Warka na Świdnickiej we Wrocławiu, podczas topowego meczu Ligi Mistrzów.

To był jeden z nielicznych momentów podczas tej podróży, kiedy czułem się jak w domu.


Chembe

Image

Image

Image
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
DMW uważa post za pomocny.
 
      
#30 PostWysłany: 01 Lip 2017 14:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
W drodze do Senga Bay, 5 maja, Dzień dziewiąty.

Poprzedniego wieczora pożegnałem się z Craigiem, Bonficem, Getar, a także z samym przylądkiem Maclear – miejscem, które wbrew pierwszym oczekiwaniom, wiele nauczyło mnie o Malawi i jego mieszkańcach. Przed spakowaniem swoich rzeczy poszedłem na targ i zrobiłem zakupy. Ryż, mąka, warzywa, ryba, trochę owoców.. może to niewiele ale chciałem się jakoś odwdzięczyć za okazaną mi gościnę. Podarowałem zakupy Craigowi i Getar – obiecali przyrządzić nazajutrz obiad, na który zaproszą również Bonfice’a i jego żonę. Zahaczyliśmy również o stoisko z pamiątkami, które prowadzi Bonfice. Wbrew wcześniejszym postanowieniom, zdecydowałem się kupić kilka drewnianych figurek– nie tyle z potrzeby ich posiadania, co z chęci wsparcia człowieka, który okazał mi tyle bezinteresowności. Wybrałem dwa rzeźbione wieszaki naścienne w kształcie jaszczurek, drewnianą figurkę canoe i maskę. Od Craiga z kolei kupiłem małą, drewnianą planszę do gry w Bawo – pamiątka dla mnie najcenniejsza, bo nie dość, że będę mógł nauczyć rodzinę i przyjaciół zasad tej typowo malawijskiej gry, to jeszcze została ona wyrzeźbiona przez osobę, z którą tak bardzo się zaprzyjaźniłem.

W piątek obudziłem się przed szóstą. Craig uzgodnił ze znajomym kierowcą matoli, że zajedzie przed mój hostel i zawiezie mnie do Monkey Bay. Minibusy na Cape Maclear nie mają stałych godzin odjazdów i nigdzie nie można znaleźć informacji dotyczących ich kursów. Dlatego turyści muszą wynająć taksówkę i słono za nią zapłacić – podróż w jedną stronę to wydatek rzędu 20-25 dolarów. Ja dzięki pomocy Craiga pojechałem zatłoczoną matolą za 7000 kwacha (ok. 8 dolarów).

Pożegnanie z Cape Maclear

Image

W drodze do Monkey Bay

Image


Pół do ósmej wysiadłem przed budynkiem terminalu w Monkey Bay, skąd odpływa M.V. Ilala – jedyny prom kursujący wzdłuż całego jeziora od Monkey Bay, aż do położonej niemal 600 kilometrów dalej miejscowości Chilumba. W okienku kasy spytałem o bilet do Senga Bay. Otrzymałem kartę pokładową za 5000 kwacha (ok. 6 USD) – jak się okazało – uprawniającą mnie do podróżowania na górnym pokładzie – w pierwszej klasie. Z bliska statek wzbudził we mnie pewne obawy – wątpliwości zrodziła zardzewiała i połatana burta. Jeden z pracowników portu chyba zauważył, że opuściła mnie odwaga.

– Don’t worry sir! – Wesoło zagadał, a beztroski ton jego wypowiedzi zaczął rozwiewać czarne myśli jakie kłębiły mi się w głowie – It’s a malawian Titanic!

Nie wiem czy się przesłyszałem, czy może gość nie był świadom tego, jaki los spotkał brytyjski liniowiec – tak czy owak, chwilę później podziwiałem z górnego pokładu Ilali,
widok roztaczający się na zatokę.

M.V. Ilala


Image

Image


Oprócz mnie w pierwszej klasie zameldował się Amerykanin i Norweg – poznali się dopiero pół godziny wcześniej, lecz obaj podróżują po Afryce już od wielu miesięcy. Wkrótce Norweg musiał nas niestety opuścić, bo podczas kontroli biletów okazało się, że ma wykupioną drugą klasę i został wyproszony z górnego pokładu. Początkowo nawet żałowałem, że nie kupiłem drugiej klasy. Co prawda oznaczałoby to podróżowanie w ścisku przez następnych parę godzin, ale dałoby mi kolejną okazję do zaobserwowania mieszkańców Malawi w ich codziennym życiu. Rozważałem nawet zejście na dół, ale ostatecznie zrezygnowałem z pomysłu – perspektywa podróżowania w komfortowych warunkach (po raz pierwszy w Malawi), wydała się aż nadto kusząca.

Tak się podróżuje w pierwszej klasie! ;)

Image

Posiłek w okrętowej restauracji – ryż i ryba Chembe, występująca jedynie w jeziorze Malawi

Image


Wkrótce zostawiliśmy za sobą przylądek Maclear, a jezioro coraz bardziej zaczynało przypominać otwarte morze. Daleko na horyzoncie majaczyła się linia brzegowa Mozambiku, a statek kołysał się na zaskakująco wysokich falach. Niemałe zaskoczenie budził we mnie widok drewnianych canoe, które z tej perspektywy wyglądały jak łupiny orzecha rzucone na wzburzoną wodę. Nie przypuszczałem, że rybacy aż tak daleko wypuszczają się w połów – byliśmy co najmniej dziesięć kilometrów od brzegu.

Image

Parę godzin później zaliczyliśmy pierwszy postój – na następnym miałem wysiadać. Ilala zgasiła silnik kilkaset metrów od brzegu i spuściła do wody dwie łodzie z napędem motorowym. Szybko zapełniły się pasażerami i ich bagażami. Po kilkunastu minutach ruszyły w kierunku osady.

Image

Image

Image

Image


Na pokładzie łódki znalazłem się trzy godziny później. Ilala stała w bezpiecznej odległości od skał zdobiących wybrzeże Sengi, a uroku temu pejzażowi dodawało chylące się ku zachodowi słońce. Wielu pasażerów tutaj wysiadało, więc udało mi się załapać dopiero na drugi kurs. Pracownicy promu pomagali pasażerom zejść po metalowej drabince, a następnie podawali im bagaże. Wielu z nich podróżowało z ciężkimi workami ryżu lub kukurydzy, niektórzy wieźli ze sobą żywe kurczaki. Po załadowaniu łódź ledwo unosiła się na powierzchni wody. Silnik odpalił z cichym sapnięciem i ruszyliśmy w kierunku plaży.

Z początku nie wiedziałem kim są ci ludzie. Stali po kolana w wodzie w dość licznej grupie i ewidentnie na nas czekali. Rodziny pasażerów? Sprzedawcy? Gdy zbliżyliśmy się na odległość kilkunastu metrów, owi ludzie głośno krzycząc, rzucili się w naszą stronę. Przez ułamek sekundy przeszło mi nawet przez myśl, że to jakaś zorganizowana grupa rabusiów. Okazało się jednak, że są tragarzami. Pasażerowie podawali im swoje ciężkie ładunki, po czym sami wyskakiwali za burtę łodzi. Jeden z pasażerów był na tyle wygodny, że wynajął dwóch tragarzy. Jeden zabrał jego bagaż, a drugi - jego samego! Zapanował totalny chaos. Nagle zdałem sobie sprawę, że któryś z tragarzy zabiera się za mój 70-litrowy plecak. Poprosiłem go żeby poczekał. Nie byłem przygotowany na taką ewentualność – żyłem w świadomości, że łódź zabierze nas do samego brzegu, ewentualnie, że wysiądziemy na jakiejś rampie czy pomoście… W pośpiechu przepakowałem najcenniejsze rzeczy – pieniądze, paszport, telefon, słuchawki… wszystko miałem pochowane w zapinanych kieszeniach w nogawkach moich spodni. Następnie zdjąłem grube, trekkingowe buty i wskoczyłem do wody, która sięgała mi niemal do ramion. Przede mną potężnie zbudowany Malawijczyk taszczył mój wielki plecak, dbając przy tym aby się nie zamoczył. Nim dotarliśmy do brzegu, przedarliśmy się jeszcze przez gęste sitowie, co wzbudziło moje obawy gdyż w takich miejscach lubią przesiadywać krokodyle. Stwierdziłem jednak, że gdyby niebezpieczeństwo było realne, to ludzie by tu nie wysiadali. Totalnie przemoczony dotarłem do brzegu i dałem tragarzowi napiwek w wysokości 1000 kwacha.
Drugi raz podczas tej podróży poczułem frustracje z powodu afrykańskiego podejścia do życia. Pomyślałem, że pięćdziesiąt lat temu ludzie tak samo musieli wyskakiwać za burtę, tak jest teraz i za pięćdziesiąt lat też tak będzie, bo nikomu nie wpadnie do głowy by wybudować prosty, drewniany pomost o długości kilkunastu metrów.

W drodze na brzeg

Image

Porzuciłem te rozważania i udałem się do Steps Campsite, gdzie planowałem przenocować. W Senga Bay miałem zostać tylko do rana i następnie udać się na północ, do Nkhotakhota – mojego ostatniego celu podróży. Nie wybrałem tego miejsca przypadkowo – w Nkhotakhota pracuje polski Salezjanin, którego bardzo chciałem odwiedzić i przy okazji zobaczyć na własne oczy jak wygląda praca w afrykańskiej placówce misyjnej.

Byłem ciekawy jakim człowiekiem okaże się ksiądz Józef. W ciągu tygodni poprzedzających mój wyjazd wymieniliśmy kilkanaście maili, a następnego dnia miałem w końcu poznać go osobiście.

Zasnąłem wsłuchując się w monotonny szum fal i ciche cykanie świerszczy.

Image

Image

Image
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
 
      
#31 PostWysłany: 01 Lip 2017 20:56 

Rejestracja: 25 Lut 2012
Posty: 149
Loty: 2
Kilometry: 2 660
Punkty statusowe: 11
niebieski
Ty to lubisz trzymać ludzi w napięciu! :)
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#32 PostWysłany: 03 Lip 2017 21:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
Staram się ;)
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#33 PostWysłany: 09 Lip 2017 15:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
Nkhotakhota, 6 maja. Dzień dziesiąty

- Zambia jest już zupełnie innym państwem niż była dziesięć lat temu, mówię ci.. Kiedy przyjechałem tam przed laty, kraj był w wielkiej zapaści. Teraz rozwija się turystyka, jest coraz więcej miejsc pracy, poprawia się służba zdrowia, ludzie są bardziej zadowoleni z życia. Mozambik też powoli idzie naprzód, a Malawi? Michał, ja naprawdę czarno to tutaj widzę.

Siedzieliśmy w pokoju gościnnym szkoły parafialnej św. Don Bosco – założyciela zgromadzenia salezjanów i salezjanek. Ksiądz Józef wrzucił do filiżanki herbaty kostkę cukru i parokrotnie zamieszał. Był pełnym wigoru, postawnym mężczyzną, na oko po pięćdziesiątce. Już po paru minutach rozmowy wiedziałem, że jest to typ gościa, o którym ciotka na imieninach powiedziałaby: „Obrotny z niego facet. Potrafi się zakręcić”. W Nkhotakhota pełni rolę dyrektora placówki oraz głównego kapłana (czy też pastora, jak na księży mówią Malawijczycy). Do Malawi przyjechał w 2012r. Wcześniej przez trzy lata posługę pełnił w Zambii.

- Czy za ogólnie złą sytuację gospodarczą afrykańskich krajów odpowiada wyłącznie kolonializm?
- Kolonializm nigdy się nie skończył i nie zanosi się na to aby miał się zakończyć. Popatrz – w wielu afrykańskich krajach masz lepsze drogi niż w Polsce. Wszystkie wybudowane za chińskie pieniądze. Prezent? Nie. Te drogi najczęściej prowadzą do złóż surowców mineralnych, skąd Chińczycy mogą brać do woli. Ewentualnie skorumpowani rządzący znoszą im cła na towary importowane i stąd Afrykę zalewa fala chińskiej tandety. Europa też w niczym nie pomaga. Te ich projekty są śmiechu warte. Pomoc doraźna. Starannie wykalkulowana na to, aby Afryka nigdy się nie usamodzielniła.
- Podróżując przez Malawi wielokrotnie mijałem tabliczki informujące o projektach realizowanych przez Unię Europejską. Przecież te nakłady finansowe, które idą na edukację, choćby z obszaru rolnictwa, muszą dawać jakieś efekty – próbowałem odnaleźć choć promyk nadziei w tej pochmurnej wizji księdza Józefa.
- Projekty? – wyartykułował to słowo w sposób, który jasno miał mi uświadomić jak niedorzeczną hiperbolą się posłużyłem – Rozejrzyj się – gdzie widzisz te projekty?
-Cóż.. gospodarka może i leży, ale za to tak pogodnych ludzi nigdzie jeszcze nie spotkałem – Mój rozmówca kończył herbatę i zbierał się do wyjścia, a ja uparłem się, aby zakończyć rozmowę pozytywnym akcentem.

Twarz salezjanina rozjaśnił szeroki uśmiech
- Cheers! – powiedział podnosząc szklankę.

Budynki szkolne w salezjańskiej placówce misyjnej, Nkhotakhota.

Image

Na dziedzińcu przed budynkami szkolnymi trwał właśnie festyn z okazji Dnia Św. Dominika Savio – patrona dzieci i młodzieży. Józef (prosił by mówić mu po imieniu) miał tego dnia dużo pracy, więc resztę dnia spędziłem w towarzystwie niemieckiego wolontariusza Jonasa, który od września jest na 10-miesięcznym programie w Nkhotakhota, w trakcie którego pomaga w organizacji zajęć lekcyjnych oraz jest trenerem chłopięcej drużyny piłkarskiej (co jako zapalony fan HSV Hamburg, realizuje z wielką pasją). Był krótko ostrzyżonym dziewiętnastolatkiem o nieco „misiowatej” aparycji.

- Jonas.. oprócz księdza Józefa i brata Franciszka jesteś tutaj jedynym Europejczykiem. Nie tęsknisz za domem?
- Tęsknię, ale najgorzej było na początku. Kiedy przyjechałem, niemal od razu zachorowałem na malarię. To naprawdę paskudna choroba. Przez trzy tygodnie myślałem, że tu wykituję. Szczęście w nieszczęściu, że stało się to tutaj. O ile szpitale w Malawi są koszmarne i nikomu nie życzę pobytu w takim miejscu, tak akurat na malarię przygotowani są doskonale. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że dużo lepiej niż nowoczesne niemieckie kliniki. Wiesz.. dla nich to codzienność z którą musza się zmagać. Oprócz tego, mam same pozytywne doświadczenia z Malawi, a do tego rodzice co jakiś czas przysyłają mi paczkę z niemiecką czekoladą. Es ist wunderbar!

Festyn trwał w najlepsze. Dwóch didżejów co chwilę wymyślało nowe zabawy dla rozemocjonowanych dzieciaków. Przeciąganie liny, „gorące” krzesła, berek, ciuciubabka, pociąg. Ku uciesze najmłodszych, Jonas przybrał rolę głównego wodzireja zabawy. Później z pewnym żalem mówił mi o swoim rychłym powrocie do Niemiec. Byłem w stanie zrozumieć dlaczego – najwyraźniej wśród Malawijczyków odnalazł swój drugi dom.

O osiemnastej, za jego namową postanowiłem wziąć udział w różańcu na który zaprosił mnie Józef.
- Wiesz.. Ja sam nie jestem zbyt wierzący, ale kiedy tylko mogę staram się brać udział w różańcu, bo jest to świetna forma medytacji – przekonywał mnie Jonas – Od razu czuję jak odpływają ode mnie negatywne emocje i ogarnia mnie spokój.

W krótkim nabożeństwie wzięliśmy udział w czwórkę – Józef, brat Franciszek, Jonas i ja. Przez niemal pół godziny chodziliśmy wzdłuż dziedzińca przed budynkiem administracyjnym placówki – od garażu, w którym zamknięty był terenowy Land Cruiser, do bramy wjazdowej znajdującej się jakieś 50 metrów dalej. I tak w kółko. W tym czasie Józef prowadził modlitwę (w języku angielskim z racji międzynarodowego towarzystwa), a my odpowiadaliśmy według wyuczonej formułki.
Nie wiem czy to dzięki monotonii wypowiadanych słów, które przypominały mi hinduską mantrę, czy może z racji hipnotyzującej ciszy afrykańskiej prowincji, wzbogaconej dźwiękami cykad - 20 minut zleciało mi w mgnieniu oka. Jonas jednak miał rację – już dawno nie czułem się tak odprężony.

Po różańcu udaliśmy się do kantyny, gdzie zjedliśmy ryż z gulaszem z serc drobiowych i z warzywami, a następnie Jonas zabrał mnie do pomieszczenia dla wolontariuszy, gdzie miałem już przygotowane posłanie. Pierwszy raz podczas tej podróży miałem spać w łóżku, a nie jak dotychczas – w namiocie.

Kolejny dzień zapowiadał się niezwykle ciekawie – w planach była podróż do wioski Mthawira, gdzie Józef będzie odprawiał mszę w języku chichewa. „Outpost” – tak nazywa się tutaj kościółki w małych wioskach, gdzie nie ma kapłana na stałe i aby odprawić mszę musi dojeżdżać z Nkhotakhota. Byłem niezmiernie ciekaw jak wygląda liturgia przy udziale tak rozśpiewanych i roztańczonych wiernych. Podejrzewałem, że malawijska msza różni się pod każdym względem od tego co można zobaczyć w polskim kościele i jak się okazało - nie pomyliłem się.

Festyn z okazji dnia Św. Dominika Savio

Image

Jonas tłumaczy zasady nowej gry

Image

Image

Image

Image

Image

Zawodnicy drużyny trenowanej przez Jonasa

Image
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
#34 PostWysłany: 09 Lip 2017 21:36 

Rejestracja: 14 Wrz 2016
Posty: 41
Punkty statusowe: 7
w te stroje piłkarskie zaopatrują ich jakieś organizacje pozarządowe? Jak wcześniej wrzucałeś zdjęcia to też było widać, że drużyna gra w jednakowych koszulkach
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#35 PostWysłany: 10 Lip 2017 09:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
Podejrzewam, że to europejskie kluby piłkarskie wysyłają do Afryki używane stroje treningowe, które w przeciwnym razie trafilyby na śmietnik. Koszt niewielki, a realizują się w obszarze CSR i do tego promują marketingowo :P
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
kieras86 lubi ten post.
 
      
#36 PostWysłany: 15 Lip 2017 21:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
Nkhotakhota, 7 maja. Dzień jedenasty

Przed szóstą obudził mnie dźwięk dzwonów. Wyjrzałem przez okno – odświętnie ubrani ludzie schodzili się na poranną Mesę. Tak nazywa się tutaj msza święta. Mesa.

Wraz z Jonasem udaliśmy się do pobliskiego kościoła, w którym Józef odprawiał już nabożeństwo. Skromnie urządzone pomieszczenie skrywało dwa rzędy surowych, drewnianych ławek bez oparć i niewielki ołtarz. Kościół był zapełniony ledwie w połowie.
- To przez to, że msza jest odprawiana po angielsku. Liturgia w chichewa gromadzi tłumy – szepnął Jonas witając się z paroma znajomymi Malawijczykami. Był przyjemny rześki poranek – w Nkhotakhota temperatury w nocy i nad ranem oscylują w okolicach 15-17 stopni Celsjusza, a przyjemną aurę wzmacnia delikatna bryza wiejąca znad jeziora. Ceremonia pod wieloma względami przypominała tą europejską, z tą różnicą że było więcej śpiewu, a wierni nawet tańczyli. Całość trwała półtorej godziny, co podobno jest ekspresowym trybem odprawiania mszy, bo te w języku chichewa często trwają nawet dwa razy dłużej.

Z Józefem i bratem Franciszkiem spotkaliśmy się w jadalni, gdzie zasiedliśmy do wspólnego śniadania. Był siódmy maja i cały świat żył zaplanowanymi na wieczór wyborami prezydenckimi we Francji. Nie inaczej było w salezjańskiej placówce misyjnej w Nkhotakhota. Józef nie krył swoich sympatii dla skrajnie prawicowej liderki Frontu Narodowego, Marie Le Pen, równocześnie ciskając gromy na całą instytucję Unii Europejskiej, która swoją nadmiernie liberalną polityką doprowadzi do zagłady cały kontynent. Dostało się też homoseksualistom oraz unijnym urzędnikom, przy których nawet Mugabe zdawał się być uczciwym i godnym zaufania człowiekiem.
Słuchałem tej antyeuropejskiej tyrady i kątem oka obserwowałem Jonasa, który przywdział maskę stoickiego spokoju, ale wiedziałem że w środku cały się gotuje. Jako zwolennik popularnego na zachodzie liberalizmu, często wdawał się w utarczki z Józefem kwestionując wyznawane przez niego ultraprawicowe wartości. Dlatego obaj starają się unikać poruszania tematów zapalnych.

Przed dziesiątą spotkaliśmy się na dziedzińcu. Józef przyodziany już w ornat, wyprowadził Land Cruisera i otworzył bramę. Polecił mi abym wskoczył „na pakę” i zajął miejsce obok trzech ministrantów. Miejsce w kabinie zajął Ojciec George. W taki właśnie zwyczajny-niezwyczajny sposób wyruszyliśmy w kierunku Mthawiry. Poruszaliśmy się wyboistą drogą, więc co chwilę podskakiwałem na bagażniku terenowego auta, czym wzbudzałem śmiech moich trzech towarzyszy – zapewne przyzwyczajonych do podróżowania w taki sposób. Po paru minutach zjechaliśmy już na równą, asfaltową drogę biegnącą na północ. Okazało się przy tym, że Józef ma ciężką nogę – usiadłem tyłem do kierunku jazdy, bo pęd powietrza uniemożliwiał otwarcie oczu czy nawet oddychanie. Mijaliśmy niewiele samochodów – a jeśli już jakieś, to głównie ciężarówki lub minibusy. Na luksus posiadania własnego samochodu osobowego mało kto może sobie tutaj pozwolić. Poboczami przemieszczali się głównie piesi noszący na głowie ciężkie worki z ryżem lub kukurydzą oraz długie łodygi trzciny cukrowej. Było również wielu rowerzystów, w tym również – rowerowych taksówek. Po parunastu minutach ponownie zjechaliśmy na polną, wyboistą drogę i niedługo później byliśmy na miejscu.

Kościół w Mthawira

Image

Image

Moim oczom ukazał się niewielki budynek, znacznie skromniejszy od tego w Nkhotakhota. Na schodach małego kościółka siedziały kobiety i dziewczynki ubrane w odświętne, kolorowe stroje. Niemniej odświętnie ubrani mężczyźni, stali w cieniu rozłożystego drzewa i rozmawiali o czymś. Nasz przyjazd wywołał niemałe poruszenie – ci ludzie wyczekiwali białej terenówki, gdyż zwiastowała ona rychłe rozpoczęcie Eucharystii. Józef został przez każdego wyściskany i z każdym zamienił po parę słów – w czasie swojego pięcioletniego pobytu w Malawi nauczył się płynnie mówić w chichewa czym wzbudził mój wielki podziw. Wkrótce wszyscy zajęli miejsce w kościele przydzielone według określonego porządku – mężczyźni po prawej stronie siedzieli na drewnianych ławkach, kobiety – po lewej stronie zajęły miejsce na kamiennej posadzce.

Rozległy się pierwsze tony pieśni powitalnej – wesoła melodia popłynęła z odtwarzacza CD, bo w kościele brak było organów i organisty. Wszyscy wstali ze swoich miejsc i rozpoczęli radosny śpiew wzbogacony tańcem, który przypominał wyćwiczony układ choreograficzny. Podział widoczny był również w czasie śpiewu – mężczyźni stanowili głos przewodni, kobiety z kolei śpiewały w chórku odpowiadając na męskie wezwania do modlitwy. Nad całością czuwał dyrygent, który inicjował kolejne zwrotki i machając ręką nadawał tonację pieśni. Biła z tej ceremonii pewna siła, której nie sposób było się oprzeć. Dyskretnie wyjąłem aparat i zacząłem nagrywać ten wyjątkowy spektakl.

W międzyczasie do kościoła wkroczył orszak składający się ministrantów, księdza Józefa oraz kobiet w zielonych chustach na głowie. Kapłan zajął miejsce za ołtarzem i powitał wiernych swoiskim „Mulibwanji”, na co ci chórem odpowiedzieli „Ndili bwino, kaya inu?”. Usiedliśmy. Msza rozpoczęła się od modlitw, które jak przypuszczałem są podobnymi, które można usłyszeć w kościele w Polsce. Następnie Józef odprawił kazanie, którego z wielkim zainteresowaniem słuchali zgromadzeni wierni. Nie wiedziałem o czym mówi. Udawało mi się wyłapywać pojedyncze słowa takie jak „ambuye”, „kwambiri”, „bwanji” czy „Christu”. Co jakiś czas Józef zadawał pytanie, na które wszyscy chóralnie odpowiadali, czasami wtrącił coś zabawnego, co ludzie kwitowali śmiechem. Odniosłem wrażenie, że są bardzo zżyci z kapłanem oraz że darzą go wielkim szacunkiem.

Image

Image

Po skończonym kazaniu i paru kolejnych modlitwach, głos zabrał dyrygent. Jego przemowa była najprawdopodobniej wyrazem zachęty dla parafian aby składali ofiarę. Przed ołtarz wyszedł ministrant z drewnianym pudełkiem. Ludzie ustawili się w kolejce jak do komunii świętej, a dyrygent zainicjował kolejną radosną pieśń w rytm której kolejka posuwała się naprzód. Pomyślałem, że składanie ofiary jest tutaj formą dobrej zabawy. Coś jak „Jedzie pociąg z daleka”. Ludzie śmiali się, śpiewali, tańczyli, wrzucali banknoty do pudełka, po czym… wracali na koniec kolejki i powtarzali wszystko od nowa. Po trzech takich rundkach, prowadzący ceremonię zajrzał do skrzynki i sceptycznie pokiwał głową. Po raz kolejny zaapelował do zgromadzonych, aby wsparli finansowo parafię, na co zgromadzeni entuzjastycznie zareagowali i ponownie zaczęli formować „wężyk”. Na koniec do świątyni wkroczyły kobiety z koszami pełnymi darów. Przed ołtarzem szybko uformowała się góra złożona z kiści bananów, bochenków chleba, pomidorów, kukurydzy, worków z ryżem oraz batatów. Był to widok bardzo niecodzienny z mojego, europejskiego punktu widzenia. Czasy składania danin w formie płodów rolnych, w Polsce należą już chyba do zamierzchłej przeszłości.

Po mszy ksiądz Józef, Ojciec George i ja zostaliśmy jeszcze zaproszeni na obiad przez mężczyznę, który prawdopodobnie pełnił rolę kościelnego. Na skromnie zastawionym stole ustawionym tuż przy ołtarzu, znalazło się kilka małych kawałków twardego i dość żylastego mięsa, parę placków Nsima i odrobina gotowanych warzyw. Byłem pod wrażeniem tej ujmującej gościnności – „Czym chata bogta tym rada”, „gość w dom, Bóg w dom”. Choć określiłbym siebie jako antyklerykała często dość krytycznie spoglądającego na instytucję kościoła katolickiego, to byłem pod wielkim wrażeniem poświęceń na jakie byli gotowi ludzie aby wyrazić wdzięczność kapłanowi za jego ciężką pracę na rzecz lokalnej społeczności.

Image

Image

Po skończonym posiłku zebraliśmy się przed kościołem, a Józef poprosił mnie abym wykonał parę pamiątkowych fotografii do kroniki Misji. Cieszyłem, się że moja obecność na coś się przydała. Dotychczas niewiele z pięcioletniej działalności salezjanina w Malawi, zostało udokumentowane na zdjęciach. Po serdecznym pożegnaniu załadowaliśmy banany i inne ofiarowane dary na pakę Land Cruisera i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Resztę dnia spędziłem w towarzystwie Jonasa. Spakowałem też swoje rzeczy, ponieważ rano miałem zaplanowany powrót do Lilongwe. Wieczorem niemiecki wolontariusz oprowadził mnie jeszcze po budynkach szkolnych.

-Widzisz Michał.. kiedy tu przyjechałem, myślałem że oni uczą się czegoś innego. Czegoś prostszego. Tymczasem kiedy zobaczyłem zadania z fizyki czy chemii to aż złapałem się za głowę, bo nie pamiętam abyśmy coś takiego przerabiali w liceum w Kolonii. Problemem jest jednak brak materiałów naukowych. Brakuje dosłownie wszystkiego. Podręczników, zeszytów, przyborów geometrycznych, a nawet ołówków. Nie mogę odmówić im dobrych chęci – często sami przychodzą do klas w środku nocy i próbują nadrabiać zaległości, niestety rano są niewypoczęci i zasypiają w trakcie lekcji. Zła organizacja czasu – są nieprzytomni wtedy kiedy mogliby najwięcej skorzystać, bo do ich dyspozycji jest nauczyciel.

- Jonas jak postrzegasz działalność księdza Józefa?

- Jak miałeś okazję zauważyć, często się nie zgadzamy. Ojciec Józef wyznaje zupełnie inne wartości, których do końca nie rozumiem, ale mimo to staram się szanować jego spojrzenie na wiele spraw. Choćby jego skrajną niechęć do Unii Europejskiej – organizacji, która według mnie przyczyniła się do niesamowitego rozwoju i która dała nam, młodym niebywałe możliwości podróżowania po świecie, pracowania w innych krajach, zdobywania nowych doświadczeń. On dorastał w innych czasach i ceni inne wartości. Ale Michał.. odkładając na bok politykę… On robi tutaj niesamowitą robotę. Serio. Skala poświęceń na jakie jest w stanie się zdobyć dla tych ludzi jest naprawdę przeogromna. I zawsze przebacza. Bez względu na wszystko każdemu przebacza.


Właściwy człowiek we właściwym miejscu.



Malawijska msza i śpiewy w języku chichewa



Próba chóru w salezjańskiej placówce misyjnej w Nkhotakhota



Popołudniowy mecz koszykówki, na dziedzińcu szkoły Św. Don Bosco

Image

Mecz drużyny prowadzonej przez Jonasa

Image

Od lewej: Jonas, ksiądz Józef i ja

Image

Brat Franciszek jest Czechem i pochodzi z Moraw

Image
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
      
#37 PostWysłany: 15 Lip 2017 22:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 665
Loty: 274
Kilometry: 454 803
Punkty statusowe: 77
złoty
Czytam z zapartym tchem.
Dzięki @gecko - prosty, doskonały tekst, narracja i świetne zdjęcia.
Podróżujesz tak, jak mnie się marzy podróżować.
Gratuluję, dla mnie relacja roku.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#38 PostWysłany: 15 Lip 2017 23:02 

Rejestracja: 25 Lut 2012
Posty: 149
Loty: 2
Kilometry: 2 660
Punkty statusowe: 11
niebieski
Bardzo dobry tekst. Czyta się bardzo przyjemnie. Ogląda również. Czekam na ciąg dalszy.
Góra
 Profil Relacje PM off  
      
#39 PostWysłany: 16 Lip 2017 10:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
@sko1czek @julk1

dzięki za miłe słowa, cieszę się że długie godziny poświęcone pisaniu tej relacji, nie idą na marne :D Tak naprawdę pozostał mi do napisania tylko krótki epilog, a później obiecane podsumowanie, w którym zawarte będą informacje praktyczne związane z planowaniem podróży do Malawi. Także... stay tuned ;)
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
macq91 lubi ten post.
 
      
#40 PostWysłany: 17 Lip 2017 23:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2011
Posty: 333
Loty: 87
Kilometry: 178 351
Punkty statusowe: 66
złoty
Lilongwe, 9 maja. Dzień ostatni.

-Muli bwanji! Zastałem Adriana?

-Ndili bwino, kaya inu? Kręci się tu gdzieś, zaraz go zawołam

Zupełnie jak dwa tygodnie wcześniej poszedłem do Welcome Lodge, kupiłem butelkę Carlsberga, usiadłem na kanapie i wpatrywałem się w telewizor. Wówczas przyjaciel Adriana (ten który przedstawił mi go jako wybitnie uzdolnionego artystę), oglądał Invictus z Morganem Freemanem i Mattem Damonem w rolach głównych. Teraz włączone było jakieś południowoafrykańskie MTV.
Kilka minut później przyszedł Adrian.

-Heeey maaaan! Jak twoja podróż?
-Dzięki, było naprawdę ekstra! Widziałem słonie w Liwonde, nurkowałem na Cape Maclear i odwiedziłem polskiego księdza na placówce misyjnej w Nkhotakhota. Po południu wyjeżdżam, więc przyszedłem się pożegnać. Chciałbym ci też podziękować, bo.. jakby to powiedzieć.. zapoczątkowałeś ciąg niezwykle pozytywnych wydarzeń, które mnie spotkały w ciągu tych dwóch tygodni.
- Przyjemność po mojej stronie. Bardzo się cieszę, że Malawi zrobiło na tobie tak dobre wrażenie. Wiesz.. mamy tu naprawdę świetnych ludzi, dla których okazja do rozmowy z turystą z tak odległego kraju też jest doskonałą okazją do tego aby czegoś dowiedzieć się o świecie - Adrian tego dnia w niczym nie przypominał zjaranego lekkoducha, którego poznałem dwa tygodnie wcześniej. Mówił precyzyjnie, jasno formułował swoje myśli. Zdecydowanie nie był na haju. Za to śmiech wciąż miał ten sam – W listopadzie, najpóźniej w grudniu chcę zadebiutować na Spotify. W przyszłym roku będę organizował krótką trasę po Europie.
- Tylko nie zachlej przed koncertem jak ostatnio! Nie no, a tak na serio to życzę Ci powodzenia. Gdybyś przypadkiem znalazł się w Polsce to daj mi znać – ogarniemy Ci jakiś występ we Wrocławiu. Ludziom się spodoba, mówię ci.

Pogawędziliśmy jeszcze z pół godziny, po czym Adrian odprowadził mnie do Mabuya Camp, gdzie poprzedniego dnia znów rozbiłem swój namiot. Przy barze rozpoznałem znajomego rastamana.

-Łooo.. to znowu ty! Jak twoja podróż? – W głosie Mojżesza usłyszałem autentyczne zdumienie faktem, że ostatecznie wróciłem na Mabuya. Pewnie już dawno stracił jakąkolwiek nadzieję na zrobienie ze mną biznesu. Streściłem mu swoje wrażenia z pobytu w Malawi.
- Majfrend.. przemyślałeś może moją ofertę? Dziesięć dolarów za naszyjnik, sześć dolarów za bransoletkę, pięć dolarów…
- Mojżesz.. bardzo ci dziękuję, ale naprawdę nie mam już kasy. Spłukałem się na safari w Liwonde, a muszę mieć jeszcze na taksówkę na lotnisko – starałem się być nieugięty.
-Man… sprzedam ci ten naszyjnik za 2000 kwacha. To są dwa dolary. Tylko dwa dolary. Nie zrobiłem dzisiaj żadnego biznesu – Mojżesz autentycznie posmutniał. Sztuczna maska domokrążcy odpadła i ujrzałem twarz zmęczonego życiem człowieka, którego byt zależy od tego czy wciśnie zachodniemu turyście figurkę, którą pracowicie strugał przez ostatnich parę godzin.
Powiedziałem mu, że chętnie kupię od niego ten naszyjnik za 2000 kwacha.
Mojżesz cały się rozpromienił.


************************************************************************************************************

Myślałem o dwóch tygodniach spędzonych w tym kraju, o ludziach których poznałem, o dziwnych zbiegach okolicznościach, które mnie do nich doprowadziły, o sytuacjach które wymknęły się spod kontroli, a których nie starałem się naprawiać, tylko dałem się ponieść nurtowi wydarzeń. Zastanawiałem się, czy Sundowns Craiga pokonają w następnym meczu Villa Stars, o czym w kolejnym kazaniu opowie Józef swoim parafianom, czy Doris wracając z Zomby znów spędziła cały dzień w autobusie czekając aż się zapełni..
Myślałem o tym wszystkim zmierzając taksówką w stronę międzynarodowego portu lotniczego Kamuzu, na przedmieściach Lilongwe. Za oknem widziałem robotników naprawiających zepsutą balustradę, dzieci bawiące się starą oponą, kobiety noszące na głowie kosze pełne pomarańczy oraz mężczyzn dyskutujących o czymś w cieniu rozłożystego drzewa i leniwie żujących łodygę trzciny cukrowej.

W radio leciało studyjne nagranie „Chulu Cha Nchele” Adriana Kwelepety…

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Image
Relacja z Wysp Owczych
Góra
 Profil Relacje PM off
4 ludzi lubi ten post.
 
      
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 46 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Przeszukaj temat:
  
phpBB® Forum Software © phpBB Group