Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 17 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 18 Maj 2023 22:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 372
Loty: 1219
Kilometry: 2 433 138
platynowy
- Thok, moje prawdziwe imię to Thok. I jestem Dinka. Było nas sześcioro a ja byłem najmłodszym synem, cały klan modlił się za moją rodzinę aby urodził się chłopiec. Udało się. To był czas niepokoju. Nasz klan buntował się przeciw panom z północy, wybuchła wojna. Miałem szczęście, wysłali mnie do Ugandy a potem na studia do Kenii. Tam stałem się Johnem.

John-Thok siada obok mnie na ziemi. Jest wieczór, latają dookoła świetliki, porykują krowy należące do klanu Mundari. John zaskoczył mnie swoją szczerością, widać, że bardzo chce mi opowiedzieć ważną historię.

- Muszę ci opowiedzieć o Sudanie Południowym – zachęcony przeze mnie rozgaduje się bardziej - Wszystko zaczęło się w latach pięćdziesiątych. Sudan był jednym z pierwszych krajów, który zrzucił kolonialną dominację Brytyjczyków. Wtedy powstała nowa elita w Chartumie, arabskich władców, bogatych latyfundystów i nowej generalicji. Odkryli, że duże pieniądze można zarobić na handlu bawełną, kauczukiem i sezamem. Ale północny Sudan to piaski i pustynie. Jedyny żyzny fragment to wąski pas wzdłuż Nilu. Tam od wieków biedni fellachowie i inne arabskie ludy koczownicze mieli swoje poletka uprawne. Więc elita chartumska postanowiła wypędzić swoich pobratymców aby przejąć te tereny pod dochodowe uprawy. Wypędzić oczywiście do nas – na południe. My byliśmy dla nich zawsze źródłem siły roboczej – niewolnikami. Murzyńskie południe, które zawsze trzeba było spacyfikować, porywano moich pobratymców do pracy na plantacjach i często nas po prostu zabijano. Nie wiem jak zaczęła się ta wojna, mój ojciec twierdził, że fellachowie ukradli Dinka krowę. Krowa dla nas święta rzecz ale to oczywiście legenda, tak naprawdę chodziło zawsze o władzę. Tutaj w Sudanie Południowym jest nas wiele plemion. My, Dinka, jesteśmy najliczniejsi, są jeszcze Nuerowie, Mundari i inni. Ta wojna z północą była krwawa i trwała ponad 22 lata. Nikt się tym konfliktem nie interesował na świecie, kogo to obchodziło. Zginęły miliony ludzi. Wywalczyliśmy niepodległość w 2011 roku i utworzyliśmy nowe państwo. My mamy tu na południu żyzne pastwiska oraz źródła ropy naftowej. Ale jedyny rurociąg biegnie na północ przez Chartum. Nowy konflikt w Sudanie, który wybuchł kilka tygodni temu znowu spowodował problemy z jej przesyłem, stąd wszyscy tacy podenerwowani w Jubie. Jesteśmy ciągle młodym krajem, niedawno zakończyliśmy kolejną wojnę domową pomiędzy Dinka i Nuerami. Próbujemy coś budować, bardziej otworzyć się świat. Turystyka jest dla nas kolejną szansą, wiem co się dzieje w Kenii i Tanzanii, ile tam turystów przyjeżdża. U nas ich jeszcze nie ma. Cieszę się, że przyjechałeś pomimo obaw. Opowiesz u siebie po powrocie, mam nadzieję, jak wygląda nasz świat.

John mówi po angielsku z ciężkim akcentem, muszę kilka razy dopytać i poprosić aby powtarzał, chcę wszystko zrozumieć. Jesteśmy w wiosce Mundari nad samym brzegiem Nilu Białego około 50 kilometrów na północ od Juby. John jest naszym przewodnikiem, poznałem go kilka godzin wcześniej w Jubie, w hotelu Royal, gdzie zostawił mnie i mojego kolegę David, nasz fixer z Sudanu Południowego (@Cart – dzięki za namiar). David odebrał nas dwóch z lotniska – przylecieliśmy z samego rana z Entebbe z Ugandy, krótki lot ugandyjskimi liniami, całkiem przystępny cenowo. David upewnił się na lotnisku czy przejdziemy wszystkie formalności. Wizę online załatwiliśmy dzięki jego zaproszeniu już miesiąc wcześniej. Lotnisko w Jubie to wielki barak a większość przylatujących to pracownicy organizacji humanitarnych, które ciągle działają w Sudanie Południowym. My turyści to prawdziwy rarytas. Musimy wypełnić formularz zdrowotny, gdzie głównym tematem pytań jest ebola, pokazać żółtą książeczkę z febrą, dowód szczepień na Covid i po kilku dyskusjach wewnętrznych, niewielkiej interwencji Davida, ubrani po cywilnemu urzędnicy wbijają nam wizy. Na hali przylotów wszystkie bagaże są otwierane i sprawdzane bardzo dokładnie. David patrzy na to ze spokojem, wie jak co załatwić aby było dobrze. Zabiera nas do samochodu i informuje, ze zostawi w hotelu na 2-3 godzinki aby załatwić nam pozwolenia na wyjazd z Juby. Jest jeszcze poranek więc nie oponujemy. Wyjeżdżając z lotniska robię fotkę:

Image

David o mało nie dostaje zawału serca! – Nie rób tego proszę więcej! Tu nie wolno niczego fotografować. Żołnierze są bardzo przeczuleni i lepiej nie trafić na kogoś, kto uzna, że zachowujecie się podejrzanie, obcokrajowcy dalej traktowani są tutaj trochę jak najeźdźcy, co chcą nam ukraść ropę, krowy i Bóg wie co jeszcze.
No dobra, patrzymy na siebie i powstrzymamy się od robienia fotek niesamowitego otoczenia – miasta Juby, które wygląda jak prawdziwe miasto trzeciego świata, ulice bez asfaltu, wszyscy handlują gdzie się da, bieda aż piszczy i jest miks ogrodzonych pod prądem posiadłości i lepianek z blachy falistej. Czarna Afryka w pełnej krasie, bez turystów i bez dobrobytu. Mijają nas półciężarówki z żołnierzami na pace, takie z przymocowanym karabinem po środku. Wiedziałem, ze będzie dziko ale rzeczywistość przerasta wyobrażenia. Zrobiłem zdjęcie jeszcze z samolotu Uganda Airlines na podejściu więc miejcie pogląd jak wygląda Juba:

Image

Image

David zostawia nas w hotelowej restauracji, wjechaliśmy przez bramę do innego świata – bogatych ludzi, basenów i drinków - Muszę załatwić Wam te papiery – mówi – i znika na 3 godziny. Biali, basen, sielanka, zamawiamy piwko po 3 dolary:

Image

David wraca i chce się rozliczyć. Dość długo z nim negocjowałem na whatsappie jeszcze w styczniu. Cenę opuścił dopiero jak wybuchła wojna domowa w Sudanie Północnym. No wyjazd na 3 dni do Sudanu Południowego nie jest tanią wycieczką. Spora część tej kasy pójdzie na pozwolenia i łapówki.
Wyciągam uzgodnione dolce i David łapie się za głowę! - Zapomniałem wam powiedzieć, ze tu przyjmują tylko nowe banknoty, te po 2011 roku i niepodniszczone. - No takich to nie mam, skąd miałem wiedzieć!. Dobra, podjedziemy do marketu, jak masz kartę kredytową to da się załatwić - OK, jedziemy więc. Przez pobliskim marketem stoi wóz sił UN – pytam o fotkę – możesz zrobić z ukrycia przez szybę jak dam ci znać – mówi David. Normalnie partyzantka fotograficzna! Cykam:

Image

Za ladą terminal na kartę, przykładam odważnie moją kredytówkę. Facet potwierdza i wydaje Davidowi kasę. Ale David część bierze w dolcach a część w lokalnej walucie, robię wielkie oczy na gruby plik banknotów. Oni wiedzą naprawdę co znaczy inflacja! - Tu też możesz zrobić fotkę – rzuca wesoło rozluźniony David, zasłaniając mnie od tyłu.

Image

Pakujemy się do bardzo starej Toyoty Landcruiser, poznaję Johna – John będzie się wami opiekował, można mu zaufać – mówi David – my spotkamy się za trzy dni tuż przed waszym wylotem - jedzie więc nas pięciu, oprócz nas dwóch, John i jeszcze kierowca i kucharz. John zaczyna od ostrzeżenia aby nam nie przyszło do głowy robić jakiekolwiek zdjęcia w mieście. Chyba boi się bardziej niż David. No cóż taki tutaj klimat!
Wyjeżdżamy z miasta, jeszcze stacja benzynowa, fotkę cyknąłem oczywiście za pozwoleniem Johna i tylko wtedy, kiedy porządnie porozglądał się dookoła.

Image

Ale jak już jedziemy szybciej to nie mam oporu cyknąć parę fotek telefonem przez szybkę boczną.

Image

Image

Image

Image

Nie wyjechaliśmy jeszcze całkiem z Juby a już trafiamy na pierwszą blokadę wojskową. Sznur przeciągnięty w poprzek jezdni obciążony plastikowymi butelkami z piaskiem. Stajemy w kolejce, wokół nagle pełno żołnierzy z karabinami. Chłopaki wychodzą, my siedzimy. Niepokojąca scena bo nie wiemy co się może wydarzyć. Zagląda nam do samochodu ubrany po cywilnemu lokales z kałachem przewieszonym przez ramię. No jasny szlag, to chyba jakiś film, myślę sobie. John przychodzi i prosi nam abyśmy dali paszporty, ma ze sobą gruby plik jakichś dokumentów - Nie obawiajcie się, damy radę, znam tu miejscowego, to też Dinka - Niechętnie rozstajemy się paszportami, w sumie nie mamy innego wyjścia.
Wszystko trwa prawie pół godziny. Wracają z tym gościem z kałachem. Za samochodem z tyłu John odlicza plik banknotów i dyskretnie wsuwa gościowi do kieszeni, widzę to w lusterku. Chłopaki są rozluźnieni – jedziemy, udało się – Co się do diabła udało?? Myślę głupio….
Droga jest asfaltowa, widać, że dopiero świeżo zrobiona – to Chińczycy ją zbudowali, prowadzi do samego Chartumu – trzeba czymś transportować nasze towary na północ.
Dziesięć minut później kolejna blokada. Historia się powtarza, zabierają paszporty, konferują dobre pół godziny, łapówka do łapy i znowu uśmiech na ustach Johna.

Czy to już koniec? – nie, będzie jeszcze jedna a tam nie znam ludzi, więc trochę dłużej to może potrwa - Nie do wiary, minęło półtorej godziny od kiedy wyjechaliśmy a dalej jesteśmy na rogatkach Juby. Ostatnia blokada, obok na poboczu stado murzyńskich dzieci, zeszły z paki pickupa przed nami – dobre 15 osób, jak się tam zmieścili?

Tym razem czekamy prawie godzinę, widzę co jakiś czas Johna jak z kimś gestykuluje. Nie wygląda na szczęśliwego… Podjeżdża pod nas lokales na motorku i włącza się w dyskusję z miejscowymi. Najwyraźniej to pomaga, bo chłopaki wracają z naszymi paszportami. John pochmurny – musiałem dać więcej, jest jakiś nowy gość na tej blokadzie, którego nie znamy. Na szczęście przyjechał Gabriel – jeden z szefów wioski Mundari, do której jedziemy, on zna miejscowych. To wszystko przez tę nową wojnę na północy - Robię jeszcze szybko fotę przez szybkę pobocza jak już ruszamy.

Image

Image

Chłopaki się wyluzowują - koniec blokad, jak będzie pusta droga to możecie już robić fotki - pakuję się nam na asfalt wielkie stado krów, trąbimy na nie a te krowy niechętnie rozstępują się przed nami. Zauważam, że wszyscy pasterze mają przerzucone przez ramie karabiny…

Image

Image

Image

Image

Kilkanaście kilometrów później zjeżdżamy z asfaltu i skręcamy prosto w busz, zupełnie na dziko bez żadnej drogi. John uśmiecha się do mnie – zaraz będziemy na miejscu, musimy znaleźć tylko ślady krów i przejechać te moczary.

Image

Image

Image

Są krowy, wjeżdżamy między nie.

Image

Na horyzoncie pojawia się gigantyczne stado krów i wioska Mundari – nasz dzisiejszy cel. Patrzę i opada mi szczęka…..

Stay tuned….
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"


Ostatnio edytowany przez hiszpan, 08 Paź 2023 16:48, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
31 ludzi lubi ten post.
5 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 19 Maj 2023 08:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 2178
Loty: 860
Kilometry: 1 936 563
platynowy
Musiało się coś zmienić od czasu zamieszek w Sudanie, bo my nie mieliśmy żadnych blokad.
Ta droga do Chartumu to będzie za kilka lat, na razie asfalt kończy się przed Bor. Toyotka też wydaje się całkiem nowa - oni tam mają takie prosto wyglądające wersje afrykańskie. Mnie też się wydawało, że samochód ma ze 20 lat, a miał 2. Takie same mieliśmy w Etiopii.
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#3 PostWysłany: 20 Maj 2023 16:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 372
Loty: 1219
Kilometry: 2 433 138
platynowy
Wielkie, nieprzebrane morze krowich głów. Głów z wielkimi kręconymi rogami. Krowy po sam horyzont aż po brzeg Nilu Białego.

Image

Stoję na dachu naszej Toyoty i nie mogę wyjść z podziwu. Przyjechaliśmy przed chwilą, razem ze strumieniem krów wracających z pastwisk do wioski – zobacz, każda krowa wie gdzie ma stanąć, idzie do swojego palika i grzecznie czeka aż jej opiekun ją do tego kołka przywiąże – opowiada mi John. Krowy są dla klanu Mundari wszystkim. Są ich całym majątkiem i skarbem. Każda krowa ma swojego opiekuna i każda traktowana jest jak członek rodziny. Każda jest zaopiekowania i czyszczona osobno. Mundari po prostu żyją pomiędzy nimi, śpią, jedzą i całą swoją uwagę poświęcają dbaniu o nie.

Image

Image

Image

Stanęliśmy wśród tych krów, zaczęto nam się ostrożnie przypatrywać, na razie z oddali. John po prostu wypakowuje z samochodu sprzęt biwakowy i krzesła - zaraz dojedzie Gabriel, on im wszystko wytłumaczy skąd się tu wzięliśmy i że nie mamy złych zamiarów. Musimy chwilkę poczekać, jedzie starym motorem - mówi ze spokojem.
Ale jest grupa, która nie chce czekać: to dzieci. Wpatrują się we mnie i mojego kolegę w ten sam sposób jakby u nas wylądowało ufo. Mam plan jak przełamać te lody 😊 Wyjmuję aparat i robię fotkę chłopczykowi, który najodważniej podszedł najbliżej. Potem go wołam pokazując z daleka ekran aparatu. Widzę zdziwienie ale też przemożną ciekawość. Podchodzi i krzyczy głośno jak zobaczył siebie na ekraniku. To ośmiela pozostałą dziatwę.

Image

Już za momencik mamy na głowie stado dzieci, które pozują z rękami ułożonymi jak rogi krowy (to jest najbardziej pożądane ujęcie dla wszystkich) i domagają się oglądania siebie na wyświetlaczu.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

No cóż – raczej nie widzą tu turystów zbyt często!

John uśmiecha się do mnie – bardzo dobry pomysł, starszyzna już patrzy na nas inaczej. Zaraz przyjdą się przywitać.
Przyjeżdża Gabriel, uśmiechnięty wita się z nami, zna trochę angielski więc proponuje spacer po wiosce i opowiedzenie jak żyją Mundari.

Image

Gabriel jest pastorem, nie mieszka w tej konkretnej wiosce ale zna ten klan. Sudan Południowy jest w teorii chrześcijański – jeszcze jeden powód do wojny. Arabowie z Chartumu próbowali wprowadzać prawo szariatu na terenie całego starego Sudanu, to wywołało dodatkowe zamieszki w przeszłości.
Wchodzimy między krowy – nie bójcie się, są nauczone, że ludzie przechodzą między nimi i tak układają rogi aby nikogo nie zranić – opowiada Gabriel, niesamowite ale dokładnie tak się dzieje. Krowy stoją grzecznie przy palikach dość gęsto a przechodzenie pomiędzy nimi jest super łatwe, po prostu się odsuwają i odwracają głowę.

Image

Image

Image

Image

Image

Teraz już więcej mieszkańców wioski idzie nas zobaczyć. Mamy klasyczne odwrócenie ról, to my jesteśmy niesamowitą atrakcją turystyczną dla nich. Nagle objawiliśmy się pośród powracającego bydła i w dodatku jeszcze szanowany przez nich Gabriel jest najwyraźniej naszym przyjacielem.

Image

Image

Gabiel opowiada - w tej wiosce mieszka pięć tysięcy krów i około tysiąca członków klanu. Wszyscy są mniej lub bardziej ze sobą spokrewnieni więc jak jakiś Mundari zapragnie wziąć kolejną żonę a może ich mieć dużo, to musi iść do innej zaprzyjaźnionej wioski.
Żona kosztuje od 50 do 100 krów więc na większą rodzinę mało kto może sobie pozwolić.
Cały klan żywi się tylko mlekiem tych krów. To jest ich jedyny posiłek. Bardzo rzadko i tylko z okazji specjalnych uroczystości (np. wesele jakiegoś znacznego członka klanu) Mundari zabijają i jedzą całą krowę. I to też wybierają wtedy najstarszego lub najbardziej schorowanego osobnika.
Młodzi Mundari są niesamowicie wysocy. Przychodzą do nas 15-17 letni młodzieńcy którzy mają dobre 2 metry wzrostu!

Image

Potrafią wypić do 5 litrów mleka dziennie więc jest to na pewno jeden z czynników ich niesamowitej postury.
Wszyscy jak jeden mąż chcą aby robić im zdjęcia a potem je oglądać. Nie mamy oporów.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jesteśmy świadkami w pewnym momencie jak pobliska krowa zaczyna sikać. Stojący obok chłopak natychmiast podkłada głowę pod ciepły strumień! Gabriel się śmieje – tak właśnie farbujemy włosy, na pewno zauważyliście, że mnóstwo miejscowych ma pomarańczowe włosy, to właśnie nasz styl – wyjaśnia. Nie udało mi się zrobić tej foty ale uwierzcie, widok był szokujący.

Image

Image

Jeden z chłopaków koniecznie chce pokazać mi swoją krowę, no jest piękna. Chłopak wyciąga wielgachny dzwonek i demonstruje jakiś rytuał z nim związany.

Image

Image

Nagrałem filmik:



Pokazuję mu nagranie – no jest w szoku, woła swoich kolegów i przez dobre 15 minut prosi mnie abym pokazywał ten filmik wszystkim jego znajomym w wiosce

Image

Image

Pytam o kobiety – o te nie mają takich praw do zajmowania się krowami, nawet niemile widziany jest fakt aby je dotykały! No ale to właśnie kobiety zajmują się ich dojeniem, to im wolno, więc role są podzielone. Chłopcy i mężczyźni spędzają całe dnie z krowami na pastwiskach, wieczorem po powrocie je oporządzają i są wolni. Rano kobiety je doją, jest posiłek i wyjście stada na pastwiska.
No właśnie, wszyscy są krótko obcięci i mam naprawdę problem z rozpoznaniem mężczyzn od kobiet, zwłaszcza tych co noszą koszulki.
Dodatkowo przyjechaliśmy dość późno do wioski, cały dzień zleciał nam na formalnościach i tym oczekiwaniu na blokadach. Jest coraz mniej światła do dobrych zdjęć

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

John z ekipą rozbija namioty i chłopaki rozstawiają kuchenkę spirytusową aby zrobić nam posiłek. Odpalili też mały generator prądotwórczy, który daje światło. Jeden z młodych podchodzi z prośbą o podładowanie komórki. Ma jakiś archaiczny model z dużą klawiaturą.
Moja komórka milczy od lądowania w Jubie, żadna sieć nie ma roamingu w Sudanie Południowym. Hmm obiecałem dać znać żonie i nie wiem jak to zrobić. Ale właśnie Gabriel informuje nas, że już się zbiera do swojego klanu. Proszę o możliwość wysłania smsa z jego komórki, nie ma problemu, na szosie bliżej Juby złapie zasięg. Moja żona dostanie smsa z dziwnego numeru 😊
Pytam Johna czy ma żonę – tak oczywiście, moja kosztowała 87 krów – no a ile kosztuje krowa? – no to zależy oczywiście ale tak pomiędzy 200 a 400 dolarów. Żona to jednak kosztowny wydatek (hehe żadna nowość dla nas Panowie 😉)

Image

Image

Image

Szybko zapada zmierzch, wokół krów Mundari rozpalają ogniska - dym odpędza owady a także czyści krowy z insektów, które złapały w ciągu dnia – opowiada John – poza tym popiół z tych ognisk używany jest rano jako swoisty „krem do twarzy” służący do dezynfekcji. Ogniska oczywiście rozpalane są z ususzonych krowich odchodów, które wysychają na słońcu cały dzień.

Mundari śpią przy swoich krowach, na ziemi na kocach lub na takich prowizorycznych "łóżkach"

Image

Image

Zdjęcia krów pośród tych ognisk to jeden z najpiękniejszych widoków w moim życiu. Zaznaczam, że te fotki oddają tylko w minimalnym stopniu klimat tej chwili.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jemy kolację na ciepło, zrobioną przez naszego kucharza – tutaj pełny wypas – i siadamy pogadać z Johnem. Ciągnie te swoje opowieści o Sudanie, Dinka i Mundari
... i nagle słyszę bicie tam-tama. John podnosi głowę, nasłuchuje i uśmiecha się po chwili - będzie zabawa w naszej wiosce. Jest sygnał, taka „wiadomość głosowa”, że nasza wioska organizuje tańce wieczorem - no cóż, my umawiamy się na imprę Messengerem lub Signalem a Mundari używają … tam-tamu. Też skutecznie 😉

Jest już dobrze po 20-tej kiedy dwóch młodych przychodzi do nas. Gadają chwilę z Johnem – jesteście zaproszeni, to wielki zaszczyt bo bawią się zwykle tylko w swoim towarzystwie. Ja jako Dinka nie mam tam wstępu - trochę smutno tłumaczy John.

Idziemy w ciemnościach wśród krów oświetlanych światłem księżyca i dogasających ognisk w kierunku centralnego placu wioski. Razem z nami idą też goście z sąsiednich wiosek. Jest mega ciemno, tylko księżyc przyświeca.

W takt bębnów cały tłum zaczyna się poruszać, dziewczyny śpiewają, chłopaki podskakują, wszyscy razem świetnie się bawią.

Image

Image

Patrzymy na to z boku. Rytm jest hipnotyzujący – to naprawdę nie jest pokaz dla turystów, tak bawią się od wieków miejscowi, Jest nieprzebrany tłum, który tańczy i podskakuje rytmicznie. Co jakiś czas młode chłopaki tłuką się długimi dzidami ale to oczywiście część rytuału. Myślę, że to jedno z tych przeżyć, którego nie da się kupić nigdzie za pieniądze…

Image

Krowy jak najbardziej są też na imprezie, posmarowane popiołem z ognisk.

Image

Image

Image

Posłuchajcie i popatrzcie jak to wygląda:



Oczywiście przychodzą po nas. Staraliśmy się stać z boku ale przecież przyjęli nas na gościnę i nie wypada nam odmówić. Ja wprawdzie jeszcze nie odzyskałem w pełni sił w nogach po wejściu na Kilimandżaro (raptem 3 dni wcześniej) więc o pełnym skakaniu nie ma mowy ale przebywanie w tym miejscu w takim klimacie jest jednym z moich bardziej niesamowitych przeżyć :)
Zabawa kończy się około 11 wieczorem. Obok nas siedział dorosły facet na krzesełku, nie bawił się tylko obserwował. Wstaje teraz tuż przy mnie i zarzuca na ramię kałasznikowa… To przynosi otrzeźwienie – gdzie jestem i w jakim ciągłym zagrożeniu żyją ci ludzie.
Odprowadzają nas do naszych namiotów. Mam głowę pełną myśli i wrażeń. Ale śpiwór i wygodny materac w namiocie sprawiają, że zamykam szybko oczy. Odgłosy z wioski, porykiwaniu krów nie sprawia już na mnie żadnego wrażenia. Śpię fantastycznie dobrze….
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"


Ostatnio edytowany przez hiszpan 25 Cze 2023 19:51, edytowano w sumie 2 razy
Góra
 Relacje PM off
37 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 20 Maj 2023 16:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Sty 2012
Posty: 4289
HON fly4free
R - E - W - E - L - A - C - J - A
_________________
navigare necesse est
Image
Góra
 Relacje PM off
Kalispell lubi ten post.
 
 
#5 PostWysłany: 20 Maj 2023 18:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Lis 2014
Posty: 785
Loty: 145
Kilometry: 238 175
niebieski
Świetne! Chce się więcej!
Góra
 Relacje PM off  
 
#6 PostWysłany: 20 Maj 2023 18:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 2178
Loty: 860
Kilometry: 1 936 563
platynowy
Super..., szkoda, że aparat trochę niedomaga i daje duże ziarno, ale klimacik jest :)
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#7 PostWysłany: 20 Maj 2023 19:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 06 Lut 2014
Posty: 3122
Loty: 334
Kilometry: 525 609
platynowy
czekam wielce na ciąg dalszy.
_________________
W "relacjach": Filipiny (2018), Armenia(2017), Argentyna(2016), Kazachstan (2016) i Maroko(2015).

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#8 PostWysłany: 20 Maj 2023 20:06 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 9066
Loty: 1012
Kilometry: 974 480
platynowy
Aż samemu chce się jechać.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 21 Maj 2023 06:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 27 Lis 2011
Posty: 734
Loty: 175
Kilometry: 328 914
złoty
Świetnie się to czyta, normalny reportaż.

- Hasło "Pij mleko będziesz wielki" jednak ma sens ;-)
- Impreza musiała być niesamowitym przeżyciem. Dźwięki, zapachy, otoczenie. Dzisiaj coraz bardziej ciężko o autentyczne klimaty.
- Może to lekko głupio zabrzmi, ale chyba trzeba w dzisiejszych czasach uważać z tymi gołymi zdjęciami dzieci... wiadomo że to wszystkie pięknie autentyczne jest, ale czasy są jakie są.
- Zastanawiały mnie te łapówki na kontrolach. W zasadzie czemu miały służyć. Normalnie jak by nie dostali to co? Nie można wyjechać z miasta?

Czekam na resztę relacji. Czytałem z wielką uwagą i zainteresowaniem od pierwszego już posta. Gratuluję stylu.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 21 Maj 2023 11:52 

Rejestracja: 31 Maj 2013
Posty: 1418
Loty: 840
Kilometry: 1 265 975
srebrny
@hiszpan Jeżeli oni mogą mieć po kilka żon to znaczy nie są chrześcijanami, chyba że jest to jakiś mix religijno-kulturowy.
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 25 Maj 2023 18:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 372
Loty: 1219
Kilometry: 2 433 138
platynowy
Ale jak to dzieci? – no tak, wszystkie odchody krowie zbierane są z samego rana przez dzieci, są mega dumne z tego zajęcia i wszystkie jak jeden mąż uczestniczą w tym sprzątaniu. Zobaczcie sami – opowiada John kiedy wyczołgałem się wyspany z namiotu i obserwuję budzącą się wioskę o brzasku poranka.

Słońce powoli wychyla się znad horyzontu i maluje nam świat swoimi ciepłymi kolorami

Image

Image

Image

Image

No chciałbym zobaczyć w Polsce dzieci, które, po pierwsze chętnie garną się do pomagania dorosłym a jeszcze na dodatek wykonują tak niewdzięczną pracę z naszego punktu widzenia. Wszystkie tutejsze maluchy siedzą po uszy w krowich odchodach i zgrabnie zbierają je na kupki, które potem słońce ususzy na materiał opałowy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Generalnie cały poranek trwa sprzątanie i ogarnianie krów.

Image

Image

Image

Image

Wczorajsze ogniska dymią wciąż wprowadzając niesamowity nastrój do tego ślicznego poranka

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Spożywamy przygotowane dla nas śniadanie i robimy ostatni spacer po wiosce, obserwując jak żyją miejscowe rodziny. To wszystko są prymitywne namioty, płachty tkanin zasłaniające skromne posłania. Tu nikt nic nie ma do ukrycia

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kobiety powoli przygotowują się do dojenia krów

Image

My zbieramy nasz obóz – musimy wyruszyć niestety wcześniej, John jest tutaj stanowczy – mamy te blokady wojskowe do przejechania, nie wiadomo ile nam zajmą czasu, przejedziemy przez Jubę i na popołudnie musimy dotrzeć do Bor, tam mamy umówioną łódkę na Nil.

Image

Nasz kucharz zgrabnie zbiera wszystkie śmieci do worka, patrzymy na to z aprobatą. Ale chwilę później bierze duży zamach i worek ląduje hen gdzieś daleko w krzakach! No to jest już szokujące! Pogadamy poważnie z Davidem jak go jutro spotkamy.
Czas pożegnać gościnny klan Mundari i ruszyć w dalszą drogę. Zanim dojedziemy do chińskiego asfaltu musimy przejechać mokradła i drogi gruntowe. Napęd na cztery koła przydaje się bardzo, w pewnym momencie już myślimy o pchaniu Toyoty przez błota ale finalnie nasz driver daje radę.

Image

Znowu asfalt. Mijamy dużą bazę chińską. To miejsce, gdzie składowane są wszystkie chińskie ciężarówki i jest wytwórnia asfaltu do budowy drogi. John patrzy na tę bazę niechętnie – no niby nam pomagają, budują te drogi ale nikt naprawdę nie wie co Chińczycy będą chcieli w zamian. W ich bezinteresowność nikt tu tak naprawdę nie wierzy.
No właśnie dotknęliśmy jednego z dużych problemów Afryki. Obecność Chińczyków i ich parcie na zdominowanie wielu sektorów lokalnych gospodarek i źródeł surowców.

Jakie jest nastawienie miejscowych? Mieliśmy ciekawy przykład dzień wcześniej w Ugandzie. Musieliśmy zanocować w Entebbe bo samolot do Juby był z samego rana a przylecieliśmy z Arushy wieczorem. Na kwaterę wiózł nas wysłany przez hotel samochód ale nie byliśmy jedynymi pasażerami. Kierowca zabrał też Etiopczyka, który nocował w tym samym hotelu. Sam zagaił rozmowę jeszcze przy terminalu. Zapytał skąd jesteśmy i z dumą zaczął opowiadać – zobaczcie, będzie nowy terminal w Entebbe. Budują i finansują go Chińczycy. Bo wiecie, ja jestem socjalistą i socjalizm jest teraz bardzo potrzebny Afryce – zdębiałem, grzecznie go pytam czy właśnie sądzi, że Chińczycy to naprawdę socjaliści? – oczywiście, wprawdzie nigdy nie byłem w Chinach ale to na pewno socjaliści tak jak ja. Studiowałem we Włoszech więc wiem, jak wygląda kapitalizm. Wy w Polsce też macie kapitalizm amerykański ale na pewno pamiętacie dobre czasy socjalizmu. Chiny robią teraz dużo dobrego dla Afryki, dla Ugandy i Etiopii też oczywiście więc na pewno są socjalistyczne i będą wszystkim pomagać w duchu socjalizmu.

No i mamy odpowiedź. Żadna głębsza dyskusja z nim nie była już możliwa. Pełna indoktrynacja, którą skądś znamy na naszym podwórku. Nie przyjął argumentu, że według mnie Chiny to właśnie najbardziej kapitalistyczne i agresywne państwo świata i zamierza podbić sobie Afrykę i potem rządzić nią jak się będzie im podobać. Jaki socjalizm? Co ten gościu wygadywał, myślałem, że takie myślenie to może jeszcze na Kubie i Korei Północnej a nie u wykształconego Etiopczyka.

Już John ma chyba większy instynkt samozachowawczy.

O dziwo wczorajsze blokady udaje nam się pokonać w całkiem rozsądnym czasie. Nie ma już tego ciśnienia wśród wojskowych co dało nam wczoraj popalić. Po prostu John idzie pogadać chwilę i bach - sznurek blokady opada przed nami, można jechać dalej.
Wracamy do Juby, musimy przejechać most na Nilu, są obecnie dwa, bardzo mocno pilnowane przez wojsko. Co oznacza brak możliwości dobrych zdjęć.

Image

Ale Johnowi też trochę schodzi ciśnienie i pozwala na kilka zdjęć ulicznych przez przednią szybę – no łaskawca normalnie. Ruch w Jubie jest mega chaotyczny, no trudno się też jeździ takimi gruntowymi ulicami, które nie są równe. Bardziej niż na inne samochody i motorki uważamy na dziury i kałuże.

Image

Image

Image

Chłopaki zostawiają nas w restauracji jeszcze jednego hotelu dla bogatych, jest czas na wifi i przepłukanie gardła ugandyjskim piwem. Ochroniarze pilnują wjazdu a za bramą hotel znowu wygodna i bezpieczna enklawa. Ale niesamowity kontrast parę godzin po naszej wizycie wśród pierwotnych Mundari.
John wraca za pół godziny już bez kucharza i gratów biwakowych. Pakujemy się w trasę do miejscowości Bor nad Nilem Białym. Kolejna wyprawa w nieznane….

c.d.n.
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
JanuszOnTour uważa post za pomocny.
 
 
#12 PostWysłany: 30 Maj 2023 18:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 372
Loty: 1219
Kilometry: 2 433 138
platynowy
- Zobaczysz, będą do Sudanu Południowego przyjeżdżać rzesze turystów, mamy wspaniałe atrakcje przyrodnicze takie jak Park Narodowy Boma, jest tam dwa razy więcej zwierząt niż Serengeti w Tanzanii, mamy niesamowite krajobrazy, góry w których wytyczymy szlaki turystyczne, widzieliście dziś rozlewiska Nilu, jedne z największych w Afryce , ptactwo, papirusy, hiacynty no i wreszcie plemiona, Mundari, Dinka, Latuka, sama egzotyka - Nuang zapala się coraz bardziej. Siedzimy w kantynie hotelu, w którym zatrzymują się głównie pracownicy organizacji pomocowych, szumnie nazwanego Park Palace w Bor. Nuang również pracuje dla Davida, jest lokalnym Dinka i jednocześnie przewodnikiem po Sudd Swamp, wielkim podmokłym obszarze bagiennym wzdłuż Nilu na północ od Juby, ciągnącym się aż do granicy z Sudanem.

Nuang ma tę pracę od niedawna, bardzo chce coś zrobić więcej, wierzy, że turystyka to przyszłość, choć odległa, tego regionu. Tak jak John, również był w Kenii, wrócił do Sudanu Południowego i próbuje swoich sił w trudno rodzącym się przemyśle turystycznym. Patrzę na Johna, wzdycha lekko, już siedzi w tym biznesie wystarczająco długo – Park Narodowy Boma jest od lat zamknięty, nie ma tam żadnej działającej infrastruktury turystycznej. Może będzie można wynająć samolot w Jubie i polatać nad zwierzętami w parku ale będzie to koszmarnie drogie. Nie mamy dróg, dojazd wszędzie zajmuje całe wieki. Na razie możemy Wam zaoferować tylko to, kilka wiosek plemiennych i Sudd – Nuang smutnieje ale dalej ciągnie pomysły na bardziej masową turystykę w Sudanie.

Jesteśmy w Bor, 4 godziny drogi od Juby. Miasto znane jako epicentrum ruchu wyzwoleńczego i uzyskania niepodległości przez Sudan Południowy a także miejsce zamieszek podczas wojny domowej w 2013 roku pomiędzy Dinka i Nuerami. Nil rozlewa się tu bardzo szeroko tworząc wiecznie zmieniające się kanały, pływające wyspy, bagna i trzęsawiska. Głębokość wody nie przekracza 4 metrów więc rzeka w tym miejscu nie jest żeglowna dla dużych statków towarowych.

Dojazd tu też nie był łatwy. Ruszyliśmy około południa z Juby, chłopaki po drodze odwiedzają znajomy zakład wulkanizatorski i pożyczają oponę na zmianę – jak nam się koło uszkodzi to kaplica, na trasie rzadko kto jeździ aby nam pomóc.

Image

Oczywiście przy wyjeździe w kierunku na Bor stoją znane nam już wojskowe blokady. Ale mamy dziś chyba szczęśliwy dzień. John idzie pogadać, chłopaki klepią się po plecach i sznurek z butelkami z piaskiem ląduje na ziemi. Wow, jaka odmiana. Na drugiej blokadzie nawet nie wychodzimy z samochodu.
Droga miejscami jest asfaltowa, cały czas w budowie więc piękne odcinki po twardej nowej nawierzchni mieszamy z typowym off-roadem objazdów budowy. Nie jest gotowy jeszcze żaden most więc zdarza nam się przekroczyć rzekę przez bród. Stado dzieci pierzcha z wody tuż przed maską.

Po około godzinie jazdy zajeżdżamy do Mongalla. Typowy bazar uliczny w centrum wioski. Chłopaki zamykają nas w samochodzie i idą kupić coś do jedzenia i picia. W międzyczasie interesuje się nami uzbrojony żołnierz. Puka przez szybkę, trochę nie wiemy co robić. John na szczęście wraca i wdaje się z nim w rozmowę. Po chwili informuje nas, że musimy go podwieźć do pobliskiej bazy, jakieś 15 kilometrów – no musimy, rozumiecie chłopaki – no tak, nie ma dyskusji z uzbrojonym żołnierzem. Dosiada się do nas z karabinem na kolanach.
Na szczęście jego baza jest nam po drodze i nawet wesoło odmachuje nam wysiadając.

Przecinamy Park Narodowy Bandingilo, droga tutaj zbliża się mocno do jednej z odnóg Nilu Bialego.

Image

Image

Niestety oprócz ptactwa nie widać żadnych dzikich zwierząt na terenie parku.

Nagle nasz kierowca gwałtownie zjeżdża na pobocze i zatrzymuje się w obłoku kurzu. Patrzymy, na drodze przed nami coś jedzie całą szerokością asfaltu. Widzimy dwa pickupy obsadzone żołnierzami z centralnym karabinem na pace, jadą obiema stronami jezdni, potem dwa czarne landrovery, limuzyna i znowu dwa pickupy z żołnierzami – żadnych zdjęć chłopaki – ostrzegawczo woła John. Przejechali na pełnym gazie. – to był gubernator prowincji Jonglei, gdzie leży Bor. To jego firma buduje tą drogę a on rządzi w prowincji jak chce, to nerwowy gość, lepiej mu się nie narażać, należy do niego połowa miasta – mam w pamięci niejeden film przygodowy gdzie jechały takie konwoje z lokalnymi watażkami, chyba najbardziej przypomniał mi się „Pan życia i śmierci”. No ale tym razem było to na żywo.
W Bor nie ma żadnego asfaltu, podobnie jak w Jubie. Ale ruch uliczny jest praktycznie żaden. Zrzucamy graty w Park Palace. No ładny ten hotel.

Image

Na recepcji wiszą dwa wielkie zdjęcia – Johna Garanga, bohatera narodowego uzyskania niepodległości, pierwszego prezydenta Sudanu Południowego oraz obecnego prezydenta, jego następcy Salvy Kiir Mayardit. Aktualny prezydent wszędzie portretowany jest w wielkim kowbojskim stetsonie, którego podobno dostał od samego Georga Busha.
Mamy szczęście, przez konflikt na północy, gości jest mniej i mamy dwa osobne, całkiem znośne pokoje z ciepłą wodą i przyborami toaletowymi i wygodnym łóżkiem z moskitierą.
Do przystani jest rzut kamieniem i wchodzimy na małą łódkę razem z Nuangiem, Johnem i lokalesem, który nie ukrywa radości z zarobienia dodatkowej kasy. To typowa rybacka łódka.

Image

Wypływamy na Sudd. Jest piękne popołudnie, płyniemy na północ co chwila zmieniając odnogi i lawirując pomiędzy pływającym wszędzie zielskiem.

Image

Image

Image

Jest prześlicznie, mnóstwo ptactwa lata dookoła – żurawie, pelikany i inne wodne ptaszki

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Spotykamy rybaków w miejscowych pirogach

Image

Image

Co jakiś czas pojawiają się charakterystyczne chatki – to domy Dinka, naszych współplemieńców – dumnie opowiada Nuang.

Image

Image

Image

Image

Image

Naszym celem jest jedna z pływających wiosek Dinka, którą zarówno Nuang jak i John często odwiedzają – mamy tutaj czasami turystów, głównie Arabów, którzy przyjeżdżają na łowienie ryb. Dzisiaj na kolację kupimy świeżą tilapię, w kantynie nam ją przyrządzą.

Image

Wioska jest malutka, mieszka tu jedna rodzina. Oczywiście po zejściu na ląd najpierw ostrożnie nam się przyglądają a potem jak zwykle dzieci ośmielają się podejść pierwsze. Znowu zaczyna się zabawa z fotografią i oglądaniem siebie na wyświetlaczach aparatów.

Image

Image

Dzieci wszędzie zachowują się tak samo. Ale tutaj już tak nie podnoszą charakterystycznie rąk imitując rogi krów jak Mundari

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dinka są tak samo rośli jak Mundari. Jednak wyglądają i ubierają się trochę inaczej.

Image

Image

Image

- Tutejsi Dinka żywią się głównie rybami, mają również krowy ale małe stada i mleko jest tylko uzupełnieniem ich diety. Ich głównym źródłem przychodów jest sprzedaż suszonych ryb. Jak chcą kupić krowę to muszą zanieść na targ w Bor całotygodniowy połów.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Domy w tej wiosce wyglądają bardzo ubogo – to przez zeszłoroczną powódź, nie odbudowaliśmy się jeszcze, nie wiemy czy nie nadejdzie podobna w tym roku więc nie ma sensu budować czegoś trwałego. – powodzie to poważny problem Sudd Swamp.

Image

Image

Image

Zwiedzamy wioskę i poprzez Nuanga pytamy o wiele rzeczy. Podchodzi do mnie młody chłopak w białej koszuli i czarnych spodniach. Ma ponad 2 metry wzrostu. Przedstawia się po angielsku i opowiada, że to on chodzi do szkoły (tylko kilka osób z rodziny ma takie szczęście) i zamierza wyjechać stąd jak tylko będzie miał taką możliwość. Słyszał o Polsce a nawet o Lewandowskim bo kibicuje Barcelonie. Trochę odstaje tym ubiorem i znajomością angielskiego i świata od otoczenia czym mnie lekko szokuje. Chciałby studiować w Europie, ma taki plan i zamierza go konsekwentnie zrealizować – no brawo za ambicję. Nuang dopowiada, że cała wioska jest z niego dumna i wspiera go jak może. Niestety nie zapamiętałem jego imienia.
Spacerujemy brzegiem Nilu – odejdźcie bardziej od brzegu, dużym problemem dla Dinka tu żyjących są krokodyle, potrafią znienacka zaatakować z wody zwłaszcza dzieci – ostrzega Nuang. Pytam go jak się można przed nimi uchronić? – na szczęście krokodyle bardzo cuchną i można już z oddali wyczuć, że zbliżają się do wioski, takie jest tutejsze życie… - dodaje.

Image

Żegnamy się po paru godzinach z Dinka, słońce jest już nisko. Pięknie zachodzi nad Sudd Swamp.

Image

Image



Do Bor dopływamy już w ciemnościach. Przy nadbrzeżu Nuang kupuje dwie tilapie – zaraz poprosimy w kuchni aby je przyrządzili dla Was, trochę to będzie kosztować ale to już drobiazg.
Oczy nam się świecą na ten wieczorny bazar, chętnie poszlibyśmy pochodzić – nic z tego – ostrzega Nuang – miejscowi nie znają turystów, dla nich biali to albo najeźdźcy albo pracownicy organizacji pomocowych, których też za bardzo tu nie lubią. Wracamy prosto do hotelu – no niestety, na siłę nie będziemy przecież chodzić. Idziemy na pyszną rybkę prostu z Nilu…
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
JanuszOnTour uważa post za pomocny.
 
 
#13 PostWysłany: 04 Cze 2023 22:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 372
Loty: 1219
Kilometry: 2 433 138
platynowy
Hotel Park Palace w Bor należy do gubernatora prowincji. W związku z tym większość pracowników organizacji pomocowych zatrzymuje się tutaj, nie ma innego wyjścia. Parking przed hotelem zastawiony jest białymi terenowymi toyotami i pickupami oznaczonymi albo logiem UN – Narodów Zjednoczonych albo WFP – World Food Programme. W salach konferencyjnych hotelu odbywają się szkolenia pracowników i wolontariuszy. Jest gwarno i tłoczno. Co dla nas dziwne wszyscy biali, których spotkaliśmy głównie w kantynie, rozmawiają po rosyjsku.

Pytam o to Johna – no tak, jest bardzo dużo Rosjan, tak naprawdę nie wiadomo czym się tu zajmują, dlatego miejscowi w Bor są tak naprawdę niechętnie a nawet miejscami wrogo do nich nastawieni. Dlatego nie chcieliśmy abyście wieczorem chodzili po nocnym bazarze, dla nich jesteście właśnie jednymi z nich. Przylatują tu helikoptery z pomocą humanitarną i żywnością a kogo bym nie spytał o to z miejscowych to do końca nie jest zadowolony z zasad tej pomocy. Oczywiście potrzeby są bardzo duże, w 2021 roku Nil wylał tutaj mocno i zatopił szereg wiosek. Zginęło mnóstwo ludzi ale przede wszystkim ci co przeżyli zostali bez dobytku. Potopiły się stada krów, źródło utrzymania wielu plemion. Na szczęście większość udało się uratować, ale pastwiska zostały zalane błotem z powodzi. Sporo miejscowych klanów postanowiło emigrować wraz z krowami na południe w kierunku Juby ale tam są już inne plemiona i wiem, że od dwóch lat mamy mnóstwo lokalnych zamieszek na terenach wokół stolicy spowodowanych tą migracją popowodziową.

Jedziemy przez miasto i obserwujemy ciągle konsekwencje tej wielkiej powodzi. Droga biegnie wysokim nasypem, który uratował część miasta przed większym zalaniem. Na terenach popowodziowych z trudem odbudowuje się ponownie życie. Widać, że pomoc jest tu ciągle potrzebna. Wszędzie króluje tymczasowa blacha falista...

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W porcie rybackim ciężarówki ładują wielkie skrzynie z solonymi i suszonymi rybami. – to jedno z głównych źródeł utrzymania miejscowych, eksport ryb do Kenii. Mnóstwo wiosek łowi ryby, suszy je i zwodzi tutaj, widzieliście taką wczoraj – opowiada John

Mijamy lotnisko a tak naprawdę lądowisko, gdzie właśnie wylądował duży helikopter Mi-26 z Word Food Programme, który jest rozładowywany. To maszyna rosyjska jeszcze niedawno oznaczona rosyjskimi znakami i flagą. Dzisiaj już wszystkie te oznaczenia są zamalowane na kadłubie.

Image

Image

Po drugiej stronie drogi spacerują marabuty, jedne z najbrzydszych ptaków świata, ale równocześnie bardzo intrygujące.

Image

Image

W drodze powrotnej zatrzymujemy się w jednej z wiosek Dinka. John pozwala nam na zrobienie kilku fotek ale nie wchodzenie już głębiej. Jest popołudnie, młodzież i dorośli są albo na pastwiskach albo na Nilu, nie ma z kim załatwić zgody na większą interakcję. Nie czuje się tu pewnie, tłumaczy, że wprawdzie to też Dinka ale inny klan niż jego. No cóż niestety musimy pozostać przy samych chatach znad skraju wioski. Ta wioska bardzo różni się od tej, w której byliśmy dwa dni temu u Mundari. Chaty są porządne i krowy stanowią tylko poboczną część dobytku. – To też głównie rybacy – tłumaczy John – Są oczywiście wioski Dinka, w których krowy, tak jak u Mundari, stanowią centralny obiekt utrzymania.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dzisiaj ponownie blokady drogowe przed Jubą nie stanowią już większego problemu. Czasami wystarczy tylko, że John pomacha przez otwartą szybę i możemy jechać dalej. – To dlatego, że musicie mieć pozwolenia na wyjazd z Juby tylko, przy okazji sprawdzania takiego papierka zawsze można wycyganić łapówkę, na powrocie już nie ma tych urzędowych obostrzeń więc nas tak łatwo puszczają.

Widoki z drogi są mega urozmaicone:

Image

Image

Image

Image

Mamy jeszcze 2 godziny w Jubie przed porą dotarcia na lotnisko i John zawozi nas do kolejnej restauracji hotelowej – tym razem jest to RiverCamp ze stolikami usadowionymi nad samym Nilem. Żegnamy się Johnem, dajemy mu jeszcze parę dolarów w kieszeń i czekamy na Davida, który ma nas podwieźć na lotnisko.
Na Nilu dosłownie na wprost hotelu stoi na wpół zatopiony prom. Widok jest mega surrealistyczny.

Image

Pytamy kelnera kiedy ten prom tu zatonął, widać już po nim, że leży w tej wodzie dłuższy czas. – No już dobrych pięć lat temu – śmieje się kelner odpowiadając dobrą angielszczyzną – nie ma w Jubie technicznych możliwości usunięcia tego wraku a ponadto szefowie nie chcą aby go usuwać, stanowi dodatkową ciekawostkę dla naszych gości.

Nad brzegiem Nilu poniżej skarpy miejscowa młodzież kąpie się, kobiety piorą ubrania, ktoś czerpie wodę. Nil jest tu głównym graczem dla całej populacji, daje i zabiera życie.

Image

Zjawia się David. Rozmawiamy z nim jeszcze chwilkę o jego planach. – Moje biuro turystyczne jest jednym z kilku jakie powstały w ostatnich latach w Sudanie Południowym. Obliczyłem, że mam dzisiaj 30% rynku – śmieje się bo oczywiście te trzydzieści procent oznacza kilku lub kilkunastu turystów miesięcznie – Mam też inną firmę handlową, gdzie normalnie zarabiam ale wierzę, że ten biznes turystyczny w końcu u nas też zaskoczy – widać, że zaraża tą wiarą swoich pracowników, przypomina nam się opowieść Nuanga w Bor.

David ciągnie dalej – najwięcej mamy chętnych wędkarzy na połowy ryb w Nilu, ten biznes dobrze się rozwijał aż do kwietnia, kiedy wybuchły zamieszki w Chartumie, teraz mam niestety mnóstwo odwołań. Cieszę się bardzo, że przyjechaliście mimo sytuacji na północy. Jak widzieliście, jest może trochę bardziej nerwowo w mieście i na blokadach ale załatwiłem wszystkie papiery i mam dobrych ludzi do bezpiecznego przewożenia gości w te miejsca, gdzie dziś można. Przyjeździe następnym razem jak będzie otwarty Park Narodowy Boma, będzie można odwiedzić inne plemiona, pojechać w góry.

Jedziemy na lotnisko. David wchodzi z nami do baraku-terminala – Muszę z wami podejść do urzędników imigracyjnych, na pewno będą od was chcieli wyciągnąć jaką kasę za nieuzasadnione opłaty, taki tu jest standard – i oczywiście ma rację, interweniuje przy okienkach bardzo stanowczo co pozwala nam uzyskać bezproblemowo pieczątki wyjazdowe.

Żegnamy się z naszym fixerem i z całym Sudanem Południowym. Kraj, który nas, doświadczonych podróżników z plecakiem, bardzo zaskoczył. Ale równocześnie zachwycił tą pierwotną, nietkniętą przez masową turystykę przyrodą, otwartością ludzi i możliwością obcowania z kulturą, która nie jest jeszcze zmanipulowana pogonią za zyskiem i zarobkiem na podróżnikach.

Image

Nie twierdzę, że Sudan Południowy już teraz jest świetnym miejscem na wakacje ale spotkałem ludzi, którzy wierzą, że jak wykonają swoją pracę to będzie. Ta przyszłość wydaje się niestety jeszcze bardzo odległa …

The End.
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Relacje PM off
23 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#14 PostWysłany: 05 Cze 2023 11:39 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 9066
Loty: 1012
Kilometry: 974 480
platynowy
@hiszpan Świetna i inspirująca relacja. Czy możesz się podzielić, jak ten wyjazd wyglądał od strony kosztowej?
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 06 Cze 2023 14:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 372
Loty: 1219
Kilometry: 2 433 138
platynowy
Dotarcie do Juby samolotem to koszmarna kasa. Lecieliśmy najpierw do Arushy (trekking na Kilimandżaro) i część mojej ekipy wracała tą samą trasą przez Addis Abebę. Ja zmieniłem wylot powrotny na Jubę i wyszła dopłata ponad 1200zł tylko w Ethiopianie. Do tego przelot Uganda Airlines: 2 odcinki po 600zł każdy (z nocowaniem w Entebbe ale to już po taniości).
Do tego fixer bierze też niemało, oczywiście musi opłacić pozwolenia, hotele, przejazdy no i łapówki - to kwota zależna od ilości dni i osób. Udało się trochę wynegocjować "dzięki" zamieszkom w Sudanie Północnym. Trzeba się liczyć z 1k usd raczej plus niż minus.
Ale przez trzy dni w Sudanie oprócz trzech browarów po 3usd nie wydałem już ani grosza.
_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Relacje PM off
5 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#16 PostWysłany: 11 Lis 2023 11:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Wrz 2011
Posty: 372
Loty: 1219
Kilometry: 2 433 138
platynowy
Blisko pół roku po tej podróży mój towarzysz w końcu zebrał się i zmontował nasze filmy z tego wyjazdu. Nagrywane kamerką GoPro i moim Iphonem. Jest trochę komentarza więc polecam posłuchać, zobaczyć i poczuć jeszcze raz te niesamowite klimaty.

Pierwsza część - Mundari:



i druga - wśród Dinka:

_________________
Image

"Turysta to ktoś, kto już od przyjazdu myśli o powrocie do domu, podczas gdy podróżnik nie wie, czy w ogóle wróci"
Góra
 Relacje PM off
3 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 13 Gru 2023 00:10 

Rejestracja: 15 Lut 2016
Posty: 376
Loty: 117
Kilometry: 143 680
niebieski
hiszpan napisał(a):
Młodzi Mundari są niesamowicie wysocy. Przychodzą do nas 15-17 letni młodzieńcy którzy mają dobre 2 metry wzrostu!

Potrafią wypić do 5 litrów mleka dziennie więc jest to na pewno jeden z czynników ich niesamowitej postury.


No to może być tajemnica ich koszykarskich talentów 8-)

wyprawa i relacja fantastyczne! Zazdroszczę i gratuluję! :)
_________________
2018: Anglia, Litwa, Austria, Węgry, Kosowo, Albania, Czarnogóra, Włochy, Rosja, Holandia, Hiszpania. 2019: Chorwacja, Niemcy, Czarnogóra, Czechy, Chiny. 2020: Hiszpania i...:/ 2021: Litwa. 2022: Albania, Słowacja, Czechy, Niemcy. 2023: Gruzja, Litwa, Albania, Cypr. 2014: Hiszpania...
Góra
 Relacje PM off  
 
 [ 17 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group