Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 45 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 21 Lis 2022 23:21 

Rejestracja: 06 Wrz 2020
Posty: 1197
HON fly4free
Dzięki Ethiopianowi wyjazd w połowie się zwraca? :) Świetna relacja!
Góra
 Relacje PM off  
 
#22 PostWysłany: 21 Lis 2022 23:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1629
Loty: 781
Kilometry: 1 817 108
złoty
W połowie? Dowcipniś ;-)
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#23 PostWysłany: 23 Lis 2022 13:59 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 395
złoty
W Sudanie Południowym

Obawialiśmy się tego kraju. Od uzyskania niepodległości w światku podróżniczym miał opinię jednego z najtrudniejszych, najmniej ciekawych i najdroższych. Krótko mówiąc – dobry kraj na zaliczenie, tzn. przylot do stolicy, krótki pobyt i wylot. Punktem obowiązkowym dla chcących wyjechać poza stolicę było „cow site” – wizyta u plemienia Mundari, niedaleko Dżuby.
My mieliśmy ambitniejsze plany, polegające na zwiedzeniu wszystkich regionów NomadMania. To wymagało opuszczenia Dżuby na co najmniej dwie noce. @cart skontaktował się z różnymi fixerami i ostatecznie zdecydowaliśmy się na usługi Davida z Boma Hills Tourism. David prowadzi biuro już długo, ale nawet on po raz pierwszy robił trasę, którą uzgodniliśmy.
Problemy z Sudanem Południowym polegają na trudnościach w transporcie, wszechobecnym łapownictwie, zakazie robienia zdjęć i tym podobnych atrakcjach. David znał te wszystkie przeszkody i załatwił m.in. zezwolenie na robienie zdjęć (trzeba było podać model aparatu) oraz permit na opuszczenie Dżuby. Jak widać, w Sudanie Południowym fixer jest w zasadzie niezbędny, nie bylibyśmy w stanie wyrobić tych dokumentów samodzielnie. Dzięki pomocy Davida błyskawicznie dostaliśmy też aprobatę e-wizy, kosztującej zaporowe 120 USD. E-wiza jest do uzyskania tylko przy zaproszeniu z lokalnego biura.
……….
Wylecieliśmy z Asmary niemal punktualnie, po drodze przechodząc przez chyba 8 osób sprawdzających nasze paszporty czy bilety (kolejny przejaw bezsensownej bezpłatnej służby na rzecz państwa). Po przeskanowaniu bagażu każdy szedł jeszcze na kontrolę manualną. U mnie poszło szybko, ale @cart przetrzymali konkretnie.

W Addis wylądowaliśmy praktycznie o czasie, do kolejnego samolotu pozostała jednak mniej niż godzina. Wystarczająco, żeby połączyć się ze światem po trzech dniach bycia prawie off-line. W samolocie do Dżuby na prawie 200 miejsc zajętych było 21, za to w półtoragodzinnym locie dawali pełen obiad. Z tych dwudziestu jeden jakieś dziewiętnaście osób to byli oficjele, pracownicy ONZ i rozmaitych organizacji pomocowych. Pozostała dwójka to ja i @cart.

Przylot był bezproblemowy - chcieli jedynie wizę, certyfikaty szczepienia na covid i żółtą gorączkę – to pierwszy pozytyw. Drugi pozytyw - dwa dni wcześniej rząd Sudanu Południowego zniósł obowiązki testu na covid, więc na lotnisku nie musieliśmy spędzać dużo czasu. David już czekał i odwiózł nas do hotelu Rivercamp nad Białym Nilem, typowej enklawy dla białych i pracowników organizacji międzynarodowych, ogrodzonej i strzeżonej. Niezbyt lubię takie miejsca, ale po czterech dniach dość surowych warunków w Erytrei nie narzekałem na jeden dzień „luksusu”. Mieliśmy tam nawet basen i wreszcie bardzo dobry Internet. Hotel jest położony perfekcyjnie, tuż przy miejscu, gdzie zatonął statek pasażerski. Mogliby wrak usunąć, ale ponoć właściciele hotelu i goście się nie zgadzają. Popieram - wrak wygląda bardzo fotogenicznie zarówno w dzień, jak i w nocy. I stwierdzam ze smutkiem, że jest to jedyne fotogenicznie miejsce w całej Dżubie.
(wszystkie zdjęcia tradycyjnie by @cart)
Image
Image

Kolejnego dnia z rana nasz fixer zabrał nas w długą drogę do Bor położonego w stanie Jonglei. Po drodze mijaliśmy tereny parku narodowego Badingilo, będącego miejscem wielkiej migracji zwierząt. My jednak żadnego dużego zwierzęcia nie spotkaliśmy. Przynajmniej ssaka, bo ogromne ptaki się zdarzały. Droga była całkiem dobra, choć asfalt skończył się dość szybko.
Image
Image

Zaraz za Dżubą zaczynają się tereny plemienne, z chatkami z trzciny, a nawet ludźmi ubranymi tylko w przepaski biodrowe (potem się dowiedzieliśmy, że te osoby w przepaskach to młodzieńcy czekający na inicjację jako mężczyźni, dorośli się tak skąpo nie ubierają). Z drogi nie udało się zrobić dobrych zdjęć, ale zatrzymaliśmy się przy dużym zbiegowisku. Okazało się, że to zawody zapaśnicze. W listopadzie przypada koniec pory deszczowej i czas żniw, kiedy to ludzie są najsilniejsi i chcą spróbować swoich sił w zapasach z konkurencyjnymi wioskami czy klanami. Publiczność reagowała bardzo żywo mimo, że większość walk zakończyła się remisem.
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

A to był tylko przedsmak pełnej egzotyki, którą pokażemy w kolejnym odcinku.
Góra
 Relacje PM off
25 ludzi lubi ten post.
7 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#24 PostWysłany: 24 Lis 2022 19:53 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 395
złoty
Z wizytą u plemienia Dinka

Ostrzegam - będzie dużo zdjęć, wszystkie by @cart. Próbowałem być selektywny, ale @cart zrobił dziesiątki perełek

Z Bor nasz plan przewidywał podróż łódką do Minkamman, na drugim brzegu Nilu Białego. Nil w zasadzie zaraz za Dżubą tworzy gigantyczne rozlewiska Sudd, szerokie na kilkadziesiąt kilometrów i długie na grubo ponad tysiąc, aż do granicy z Sudanem i dalej. Droga do Minkamman zajęła nam ponad godzinę. Po drodze mijaliśmy setki kanałów, jezior i wysp, z których większość nie jest związana z gruntem (w języku polskim mamy na takie wyspy piękną nazwę pło). Sudd to raj dla rybaków, z którymi mieliśmy się później bliżej poznać. Na razie wystarczyło pobieżne obserwowanie ich dłubanek, zakończone zakupem 5-kilowej ryby (w cenie jakichś 12złotych), którą wieczorem zjedliśmy.

W Minkamman zameldowaliśmy się w siedzibie szefa hrabstwa, przedstawiając wszystkie permity. Wyglądało to bardzo oficjalnie i mogło trochę dziwić, ale turyści są tu na tyle rzadcy, że komisarz może sobie pozwolić na osobiste spotkanie z każdym z nich. Nasza podróż tego dnia nie skończyła się w Minkamman. Stamtąd jeden z nielicznych samochodów, załatwiony przez naszego fixera, zabrał nas w ponadgodzinną podróż na zachód. Nie była to wcale przyjemna podróż. Stłoczeni obok kierowcy na miejscu dla jednej osoby co i rusz podskakiwaliśmy na wybojach drogi, która na mapie wyglądała jak krajowa. W ponad godzinę przejechaliśmy niewiele więcej niż 20 kilometrów. Ale było warto, w końcu dojechaliśmy do obozu pasterzy plemienia Dinka, jednego z największych plemion zamieszkujących Sudan Południowy. Pamiętacie Meę z "W pustyni i w puszczy"? Mea pochodziła właśnie z plemienia Dinka.

Zawsze podchodzę z rezerwą do zwiedzania wiosek tubylczych. Mam obawy, że wszystko jest robione pod turystów i autentyczność jest podkolorowana pod ich potrzeby. Tutaj szybko wyzbyłem się rezerwy - na pierwszy rzut oka było widać, że ci ludzie turystów nie widzą (prawie) wcale, nasz fixer wspomniał, że z nikim tu nigdy nie był i nie mamy powodów, by mu nie wierzyć. Dzieci dotykały naszej skóry, prawdopodobnie pierwszy raz w życiu widząc białego człowieka. Najfajniejsze było to, że dla członków plemienia byliśmy taką samą atrakcją, jak oni dla nas. Trudno się temu dziwić dowiedziawszy się, jak wygląda życie takich pasterzy. Praktycznie całe życie spędzają przy krowach, które są ich podstawowym źródłem pożywienia.

Niemal od początku wpadliśmy w zachwyt, najpierw z widoku tysięcy krów (i to dosłownie, członek plemienia wyjaśnił, że jest ich około 10 tysięcy, ponad trzy razy więcej niż ludzi), potem z reakcji tubylców, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli ustawiali się do zdjęcia - ba, wielu wręcz o to prosiło, szczególnie ci, którzy chcieli pochwalić się szczególnie dorodnymi okazami.

Image
Image
Image

A dobra krowa potrafi kosztować nawet kilkanaście krów gorszej jakości. To i tak dużo mniej niż żona - żeby wziąć żonę trzeba zapytać wszystkich członków jej bliższej i dalszej rodziny (de facto całego klanu) ile krów sobie za nią życzą. Ostateczna cena może wynieść i ponad 100 krów, choć zazwyczaj jest to dużo mniej. Najlepsze krowy mają uczepione dzwonki, ozdobę, która sama w sobie potrafi sporo kosztować.
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Z innych ciekawostek:
1. Pasterze Dinka oraz inne plemiona tego typu zwykle uprawiają wielożeństwo. Rekordzista z Południowego Sudanu ma 105 żon, choć słyszałem o jeszcze większych kozakach u Masajów w Kenii.
2. Oficjalny wiek zamążpójścia to 18 lat, ale nie dotyczy to pasterzy, gdzie najczęściej dziewczęta wychodzą za mąż po osiągnięciu dojrzałości płciowej, w wieku około 15 lat.
3. Edukacja w kraju teoretycznie jest obowiązkowa. Znów nie dotyczy to pasterzy, którzy nawet nie mogą posłać dzieci do szkoły, bo obowiązkiem dzieci jest opieka nad krowami. Zazwyczaj tylko jedno dziecko z licznej rodziny jest edukowane, a i to niechętnie, bo edukacja kosztuje wiele krów, a krowy to dla nich wszystko.
4. Plemię dzieli się na część pozostającą w wiosce (starszyzna, część kobiet i dziewczynek, które uprawiają ziemię) oraz pasterzy, śpiących w prymitywnych chatach i codziennie wypędzających krowy na pastwiska.

Image

5. Wielkie znaczenie mają wszystkie produkty krowie. Oczywiście mleko jest podstawą pożywienia i młody mężczyzna potrafi wypić 5l za jednym posiedzeniem. Pewnie dlatego są tacy wysocy, już 10-latkowie byli zwykle od nas wyżsi, a mężczyźni ponad dwumetrowi to u Dinka normalka. Próbowaliśmy - mleko jest smaczniejsze niż od naszych krów, którego jako dziecko nigdy nie mogłem wypić bez schłodzenia
6. Innym produktem krowim o wielkim znaczeniu jest ich kupa, używana tu jako opał. Spalony krowi kał wydziela ostry, gryzący w oczy dym, którym byliśmy zaraz przesiąknięci. Za to zdjęcia w oparach dymu wyszły wyjątkowo.

Image
Image
Image
Image
Image

7. Spalony popiół jest używany jako środek dezynfekujący - dzieci i dorośli smarują nim ciała swoje oraz krów, w tym nawet rogi.

Image
Image

8. Chyba najbardziej zaskakujące jest użycie krowiego moczu. Nie był wcale rzadki widok sikającej krowy i chłopaka podstawiającego pod strumień swoją głowę. Bo mocz jest traktowany jak naturalny barwnik do włosów, dzięki któremu stają się brązowe. Mocz jest też używany do mycia rąk, dobrze dezynfekuje. Przypadków picia nie odnotowaliśmy.

Image
Image

9. Wreszcie z krowich produktów nie można zapomnieć o mięsie. Mięso to jednak prawdziwy rarytas. Krowy zabija się bardzo rzadko, z powodu ważnej uroczystości lub wtedy, gdy krowa jest chora.
10. W obozie mieszka kilka różnych klanów, władzę sprawuje kilkuosobowa starszyzna każdego z ich. W wiosce jest jeden szef, który ma uprawnienia sędziego, ale tylko w mniej poważnych sprawach. Zabójstwo podlega jurysdykcji władzy centralnej.
11. Wszyscy członkowie plemienia mają bardzo krótkie włosy i obcinają je brzytwą. Przez to ciężko czasem odróżnić kobietę od mężczyzny, szczególnie, że te chudzielce nie wyróżniają się obfitym biustem. Kobietę można poznać po ozdobach, czasem bardzo drogich - bransoletka z kości słoniowej potrafi kosztować tyle, co krowa.

Image

12. Jeśli o włosy chodzi, w miastach jest większa dowolność. Kiedy jednak pasterz znajdzie się w mieście z dłuższymi włosami, władza potrafi mu je przymusowo obciąć.
13. Krowy mają ogromne rogi, pozakręcane w fantazyjny sposób. Mimo groźnego wyglądu są niesamowicie potulne, mam wrażenie, że obracając łeb patrzyły, aby przypadkiem nikogo nie uszkodzić.

Image
Image
Image

Spędziliśmy z Dinka noc, śpiąc w namiotach w centralnej części obozu - spaliśmy nieźle, choć obóz żył przez całą noc. Wstaliśmy o świcie, dzięki temu mogliśmy obserwować poranny udój i wyprowadzanie krów.

Image
Image

Po wyjściu krów i pasterzy w obozie zostało może 10% mieszkańców i nieliczne zwierzęta. Wkrótce i my się pożegnaliśmy z tym niesamowitym miejscem.

Image
Góra
 Relacje PM off
32 ludzi lubi ten post.
10 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#25 PostWysłany: 24 Lis 2022 20:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2015
Posty: 1319
Loty: 269
Kilometry: 480 468
złoty
Zdjęcia miazga.
Góra
 Relacje PM off  
 
#26 PostWysłany: 24 Lis 2022 21:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Sty 2018
Posty: 711
Loty: 172
Kilometry: 168 355
srebrny
@Woy
Cytuj:
Aha, roamingu oczywiście nie ma, polska karta sim jest bezużyteczna. To już mój szósty kraj, gdzie polski telefon milczy. Siódmym był zresztą Sudan Południowy. Nie działają też karty, nie ma bankomatów - jak za starych czasów cash is the king.


Wymienisz te kraje w których Polska karta SIM nie zalogowała się do lokalnej sieci? Bardzo zaciekawiłeś mnie tym.
_________________
Image
Image
Góra
 Relacje PM off  
 
#27 PostWysłany: 24 Lis 2022 21:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1629
Loty: 781
Kilometry: 1 817 108
złoty
Dorzucę jeszcze kilka zdjęć ;). Dla mnie osobiście jak tylko wjechaliśmy na teren obozu to był kompletny szok. Nie wiedziałem w którą stronę się patrzeć, bo wszędzie bombardowało mnie maksimum bodźców. Ci wszyscy ludzie byli mega nami zainteresowani i ciekawi mnie kto dla kogo był ciekawszy :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
benedetti uważa post za pomocny.
 
 
#28 PostWysłany: 24 Lis 2022 23:55 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 395
złoty
Martinuss napisał(a):
@Woy
Cytuj:
Aha, roamingu oczywiście nie ma, polska karta sim jest bezużyteczna. To już mój szósty kraj, gdzie polski telefon milczy. Siódmym był zresztą Sudan Południowy. Nie działają też karty, nie ma bankomatów - jak za starych czasów cash is the king.


Wymienisz te kraje w których Polska karta SIM nie zalogowała się do lokalnej sieci? Bardzo zaciekawiłeś mnie tym.


Ależ proszę:

Fidżi (to było w 2012, dziś już działa), Grenlandia (2013, jest szansa, że teraz działa), Dżibuti, Somalia (konkretnie Somaliland), Wyspy Świętego Tomasza i Książęca. No i teraz doszły Erytrea i Sudan Południowy. Dla ścisłości, zawsze miałem telefon w Orange.
Góra
 Relacje PM off
Martinuss lubi ten post.
Martinuss uważa post za pomocny.
 
 
#29 PostWysłany: 25 Lis 2022 00:26 

Rejestracja: 31 Maj 2013
Posty: 1224
Loty: 703
Kilometry: 1 063 763
srebrny
Uaktualnię: na Fidzi już działa, na Grenlandii też. Na Sao Tome w 2021 nie było, Brunei 2022 nie ma, Palau w 2016 nie było (TMobile)
Góra
 Relacje PM off
Martinuss lubi ten post.
Martinuss uważa post za pomocny.
 
 
#30 PostWysłany: 25 Lis 2022 00:31 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 395
złoty
@DMW Z racji Twojego wpisu przypominam sobie, że mogłem przeoczyć Brunei (wizyta w 2017) i Palau (oczywiście również pamiętny dla społeczności f4f rok 2016).
Góra
 Relacje PM off
Martinuss lubi ten post.
Martinuss uważa post za pomocny.
 
 
#31 PostWysłany: 25 Lis 2022 00:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1374
Loty: 532
Kilometry: 846 995
złoty
Dodam Mauretanię (2022) - bez roamingu.
Góra
 Relacje PM off
Martinuss lubi ten post.
Martinuss uważa post za pomocny.
 
 
#32 PostWysłany: 25 Lis 2022 20:22 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 395
złoty
U rybaków i w stolicy. Podsumowanie Sudanu Południowego

Droga powrotna zajęła nam chyba jeszcze więcej i trzęsło jeszcze mocniej, ale w końcu dojechaliśmy do przeprawy. Wróciliśmy przez rozlewiska Sudd do Bor.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Po południu czekała nas jeszcze wycieczka łodzią do obozu rybaków. Tu poznaliśmy proces oprawiania, solenia i wędzenia ryb, które są następnie sprzedawane zwykle do DR Konga. Było równie egzotycznie, co u Dinka – wielopokoleniowa rodzina żyjąca na malutkiej przestrzeni, zajmująca się wyłącznie połowem i obróbką ryb. Ponad 50% populacji stanowiły małe dzieci.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Noc spędziliśmy w Bor, stolicy ogromnego stanu Jonglei, większego niż 1/3 Polski. Samo miasto wygląda jednak jak dziura z jednym w miarę przyzwoitym hotelem - niestety zajętym przez wszelkiej maści ONZ-owców, przez co my musieliśmy spać w takim mniej porządnym, bez ciepłej wody i z krótko działającym prądem. W drodze powrotnej do Dżuby zaskoczyła nas cena benzyny w Bor - litr kosztował 1100 funtów, czyli 1,83 dolara, 9 złotych! W kraju, który ma ogromne zasoby ropy naftowej! Niestety Sudan Południowy nie doczekał się jeszcze własnej rafinerii, co częściowo tłumaczy wysoką cenę. W Dżubie litr benzyny kosztował już tylko 800 funtów czyli 1,25 dolara.

Sama Dżuba to miasto nie warte większej wzmianki, chyba najbrzydsza z widzianych przeze mnie stolic. Poza prezentowanym wcześniej wrakiem statku zrobiliśmy zdjęcia jednego miejsca - katedry rzymskokatolickiej. A propos zdjęć, wspominałem, że nasz fixer musiał nam załatwić specjalne permity, bez których moglibyśmy mieć kłopoty. Ale nawet z permitami nie mogliśmy robić zdjęć budynków rządowych i wojskowych oraz jakichkolwiek urzędników państwowych.
Image
Image

Nasłuchaliśmy się historii o wymuszaniu łapówek na wyjeździe, więc z małą obawą pojechaliśmy na lotnisko. Poza niespodziewanymi problemami z moim biletem, rozwiązaniami po jakichś dwudziestu minutach, kontrola graniczna przeszła sprawnie i nikt od nas nic nie chciał. Może dlatego, że wcześniej zapłaciliśmy po 50 USD za tzw. alienation certificate, wklejkę do paszportu z rejestracją cudzoziemca. Nie znaliśmy tego wymogu i prawdopodobnie niewielu podróżników o nim wie, stąd problemy na granicy. Z drugiej strony 115 USD za wizę i 50 za ten certyfikat czynią z Sudanu Południowego jeden z najdroższych krajów pod względem obowiązkowych opłat wjazdowych i wyjazdowych.

Spodziewaliśmy się po Sudanie Południowym wszystkiego, co najgorsze, ale rzeczywistość była dużo bardziej kolorowa. Dzięki naszemu fixerowi Davidowi nie mieliśmy żadnych problemów i zobaczyliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy. Za kilka lat, jeśli rząd spełni obietnicę i naprawi wszystkie główne drogi, kraj ma szansę na przyciągnięcie większej liczby turystów. Dzisiaj to ciągle bardzo, ale to bardzo niszowy kierunek, i tak zostanie jeszcze przez jakiś czas.
Góra
 Relacje PM off
21 ludzi lubi ten post.
6 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#33 PostWysłany: 29 Lis 2022 17:27 

Rejestracja: 16 Maj 2021
Posty: 29
O, nareszcie jakieś naprawdę fajne kadry na tym forum :-)
Widzę, że wystarczy wyjechać do Południowego Sudanu i już się jest Sebastião Salgado.
Czy tam zawsze jest taki smog w powietrzu? Tak, czy siak - warto było zabrać prawdziwy aparat.

I jeszcze poważne pytanie. Jak jest z robieniem zdjęć w Erytrei? W szczególności z robieniem zdjęć ludziom? Czy poza tymi paniami pod kościołem nikt się nie czepiał? A tamtejsza bezpieka?
Góra
 Relacje PM off  
 
#34 PostWysłany: 29 Lis 2022 17:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1629
Loty: 781
Kilometry: 1 817 108
złoty
Ten dym jest wszechobecny. Palą tam odchodami krowimi by odgonić wszelkiej maści komary i inne gryzące insekty. Po godzinie cały byłem śmierdzący, szczypało w oczy i zbierało się na kaszel. No ale klimat na zdjęcia pierwszorzędny :) W Etiopii już tego nie widzieliśmy. Niby krowa ma podobną wartość, ale tylko w Sudanie Południowym używali odchodów i moczu krów do wszystkiego, czego się dało.

W Erytrei niektórzy się chowali, inni uciekali zawstydzeni, a ktoś tam machał by nie robić. A ja też trochę oszukiwałem, bo dużo strzelałem z biodra. Na szczęście bezlusterkowiec ma tryb cichy i nie słychać trzasku lustra ;)
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#35 PostWysłany: 29 Lis 2022 21:42 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 395
złoty
Pierwsze kroki w Etiopii

Przylot z Dżuby do Addis Abeby to jakby przylot do innego świata. Niby i Etiopia i Sudan Południowy są zaliczane do kategorii państw rozwijających się, ale gołym okiem widać, że różnica w rozwoju jest gigantyczna. Addis to nowoczesne miasto z dobrze rozwiniętym transportem publicznym, przypominające miasta w Indiach czy Malezji. A 150km do miasta Ziway gdzie spaliśmy, pokonaliśmy doskonałą drogą ekspresową (budowaną przez Chińczyków) w półtorej godziny. Spaliśmy w hotelu sieci Haile, należącej do legendarnego biegacza etiopskiego Haile Gebreselassie, obecnie poważanego biznesmena. Sam hotel, choć niby 3-gwiazdkowy, pozostawia trochę do życzenia, ale maniery kelnerów były lepsze, niż w większości hoteli w Polsce (nie wspominając o tym, że wszyscy dobrze mówili po angielsku). No i miał saunę, z której z przyjemnością skorzystałem. Hotel był położony nad sporym jeziorem, wokół którego obejrzeliśmy trochę ptaków.

Image
Image
Image
Image
Image

Nasz przewodnik i kierowca stawili się punktualnie - kolejny punkt dla nich. Mieliśmy do pokonania jakieś 400km, więc dyscyplina była wskazana. Ekspresówka się skończyła, lokalne drogi nie zawsze miały dobrą nawierzchnię, a w dodatku były niemiłosiernie wprost zatłoczone. Porządku pilnowała drogówka, ale samochodów z turystami nie zaczepiali. Według naszych ludzi policja jest bardzo mocno skorumpowana, a od dobrobytu szybko rosną im brzuchy (co jest obiektem żartów nawet podczas spotkań z politykami). Widzieliśmy też policjantkę muzułmańską, która w sprytny sposób połączyła zakaz noszenia spodni i zakrywania głowy. Podobno Etiopia - kraj niesamowicie zróżnicowany wyznaniowo - nie ma konfliktów religijnych, w czym pewnie trochę pomaga fakt, że zdecydowana większość jest zwolennikami monoteizmu wywodzącego się od Abrahama. Sporą część stanowią liczni protestanci, od potężnych tu Adwentystów Dnia Siódmego do Etiopskiego Kościoła Katolickiego. Oczywiście głównym wyznaniem chrześcijańskim pozostaje Etiopski Kościół Ortodoksyjny.

Pierwszym przystankiem był Park Narodowy Abidżata-Szalla, w którym podczas krótkiego trekingu mogliśmy z bliska sfotografować strusie, guźce, gazele i trochę ptactwa.

Image
Image
Image
Image

Dalej mijaliśmy po drodze miasto Szaszamane, na którego przedmieściach osiedlili się Jamajczycy. Historia ich przybycia do Etiopii jest całkiem ciekawa. Pewnego razu wielki megaloman, cesarz Etiopii Haile Selasje (tenże sam, którego był łaskaw opisać Ryszard Kapuściński w swojej książce "Cesarz") wybrał się w podróż na Jamajkę. W tym czasie kraj ten nawiedziła katastrofalna susza i lokalni sprzedawcy nadziei (w Polsce znani głównie pod nazwą ksiądz) ogłosili, że osoba która sprowadzi do kraju deszcz musi być bogiem. Traf chciał, że deszcz spadł w trakcie wizyty Hajle Selasje, który zapewne z przyjemnością przyjął tytuł boga. W swojej łaskawości pozwolił Jamajczykom osiedlić się w całkiem żyznej części Etiopii. Pozostało ich wielu do dziś, a w wioskach, gdzie mieszkają, można legalnie uprawiać i palić zioło.
Na obiad zatrzymaliśmy się w Sodo, jedząc jedno z narodowych dań Etiopii - surową wołowinę. W zasadzie zamówiliśmy trzy rodzaje - zupełnie surową dla naszych przewodników, średnią dla mnie i wysmażoną dla @cart - ale zgodnie z miejscowym zwyczajem każdy z każdym dzielił się tym, co ma na talerzu. Wszystkie trzy były wyśmienite, a smaku dodawał nam fakt, że wszyscy byli dla nas niesamowicie mili i uśmiechnięci. Ja po surowej i półsurowej wołowinie czułem się świetnie, ale @cart nie posłużyła.

Po jedzeniu nasz przewodnik zapewnił dodatkową atrakcję - kupił czat (quat), narkotyczne liście żute namiętnie przez mieszkańców Rogi Afryki. Niestety, mimo przeżucia sporej ilości tego zielska nie poczułem absolutnie nic.

Po długiej drodze dojechaliśmy do wioski Dorze, położonej na górze o wybitności ponad 1000 m względem otoczenia. Do Dorze wiedzie niezła szutrowa droga, na której trzeba uważać na małe dzieci, usiłujące wyżebrać od turystów napiwki za wykonany naprędce lokalny taniec. To ciemna strona turystycznych miejsc w Etiopii - kraj nie ma w ogóle obowiązkowej edukacji, w z związku z czym dzieci zamiast do szkoły są czasem wysyłane na łatwy zarobek u zwiedzających.

Wrażenie turystycznej pułapki nieco się wzmogło po dotarciu do samej wioski. Zostaliśmy powitani przez ubranych w tradycyjne stronę mieszkańców, otrzymaliśmy obowiązkowy wiecheć trawy i udaliśmy się na zwiedzanie z mówiącym dobrym angielskim przewodnikiem. Nie będę nudził szczegółami dotyczącymi życia ludu Dorze - zdjęcia trochę wyjaśnią. Doświadczenie jest wybitnie pod turystów, ale czuliśmy się dobrze zaopiekowani, zwłaszcza po czterech kieliszkach lokalnego bimbru.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#36 PostWysłany: 29 Lis 2022 23:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1629
Loty: 781
Kilometry: 1 817 108
złoty
Z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że pomimo, że Dorze ma cały czas kontakt z turystami to jednak byliśmy tam jedyni, więc lekką magię można było poczuć. Zrobili dla nas placek na zagrychę i postawili dużą butelkę bimbru 45%. Ja przechyliłem tylko 2 kielonki, ale jak się ekipa podłączyła to butelczyna pękła a @Woy pięknie śpiewał na toast :). W życiu nie piłem tak dobrego pędzonego alkoholu. 100x lepszy niż nasza wódka, której bez zapojki nie przyjmę :D
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off
sko1czek uważa post za pomocny.
 
 
#37 PostWysłany: 30 Lis 2022 01:02 

Rejestracja: 08 Sie 2013
Posty: 1768
niebieski
Pytanie z czego oni to pedza, miejmy nadzieje, ze z niczego pochodzacego od krowy ;)
Góra
 Relacje PM off  
 
#38 PostWysłany: 30 Lis 2022 16:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1629
Loty: 781
Kilometry: 1 817 108
złoty
Z roślin. Podawali z jakich, ale zapomniałem ;). Zagrycha była ze sfermentowanego ciasta pochodzącego z łodyg drzewa bananowego, takiego fejkowego, bo nie dającego bananów.
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com

Image
Góra
 Relacje PM off
sko1czek uważa post za pomocny.
 
 
#39 PostWysłany: 01 Gru 2022 01:01 

Rejestracja: 07 Sty 2015
Posty: 1396
niebieski
macio106 napisał(a):
@cart Pytanie, aby zaspokoić moją ciekawość. Wiadomo że w Erytrei jest dużo pozostałości po Włochach i czy to prawda że Erytrejczycy są zakochani w kolarstwie i dużo jeżdżą na rowerze,a Biniam Girmay to taki ichniejszy Lewandowski?


Trochę w temacie kolarstwa w Erytrei można posłuchać tutaj:
https://dzialzagraniczny.pl/2022/09/cze ... aryjskiej/

Ja do czasu tego podcastu nie wiedziałem w tym temacie nic.
Góra
 Relacje PM off  
 
#40 PostWysłany: 04 Gru 2022 20:58 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 395
złoty
W Konso

Ostatnio niewiele się w relacji działo, ale to przez przygotowania do kolejnej podróży, znowu do Afryki. Ten odcinek i pewnie kilka kolejnych wysyłam z miejsca, które tutaj jeszcze nie było opisywane ;) )

Dzień zaczął się leniwie, od obserwacji zwierzaków, które były same leniwe lub wstydliwe. A mowa o krokodylach (lenie) i hipopotamach (wstydziochy), które widzieliśmy na jeziorze Chamo, w Parku Narodowym Nechi Sar. Mamy wątpliwości, czy prawie trzy godziny były tego warte, ale może jesteśmy za bardzo zblazowani, widziawszy te zwierzęta w wielkich ilościach w Tanzanii, Kenii czy Ugandzie. Uchwycić hipcia było niezwykle ciężko, bo ledwo wystawiały łeb, żeby się za chwilę schować – dlatego musicie nam uwierzyć na słowo, że je widzieliśmy.

Image
Image
Image
Image


A propos leniuchowania, Etiopia to idealny kraj dla tych, którzy chcą się poczuć jako ranne ptaszki, w dodatku młode. Według kalendarza etiopskiego dzień zaczyna się o 6 rano, więc jeśli ktoś lubi spać do południa, 13 grudnia czy w jakikolwiek inny dzień, może z podniesionym czołem powiedzieć, że wstał o szóstej. No i automatycznie poczuć się młodziej o siedem lat, bo według tutejszego kalendarza mamy dopiero 2015 rok! A przybywający przed 12 września odejmą sobie jeszcze rok więcej, w sumie aż osiem.

Wracając do podróży- znad jeziora słabą drogą przetelepaliśmy się do Konso, wpisanego na listę UNESCO AD 2011 lub AM 2003 (spostrzegawczy zauważą, że wpisy robi się przed 12 września - zazwyczaj w czerwcu lub lipcu). Po drodze mieliśmy spaloną wioskę, położoną tuż przy rzece oddzielającej jedno plemię od drugiego. Tragiczne wydarzenia miały miejsce niecałe dwa lata temu i pokazują, że w Etiopii napięcia etniczne to codzienność nie tylko w Tigraju.

W Konso o napięciach etnicznych nie było mowy, bo wioska jest w centrum terytorium zamieszkałego praktycznie wyłącznie przez lud Konso. Odwiedziliśmy wioskę Gamole, będącą żywym skansenem i pomnikiem kultury tego ludu. W obrębie trzech linii kamiennych murów (kiedyś chroniących przed dzikimi zwierzętami i najeźdźcami, dziś wyłącznie o znaczeniu symbolicznym) mieszkają ludzie zajmujący się głównie uprawą roli na będących symbolem regionu tarasach. Takie tarasy to codzienność na Filipinach, w Chinach czy Wietnamie, ale w Etiopii to prawdziwa rewolucja – tylko Konso transformowali krajobraz w ten sposób, inne plemiona traktowały i traktują góry jako linię demarkacyjną, a z aktywności ekonomicznych wypasają tam co najwyżej kozy.

Image
Image

Po raz kolejny cieszyliśmy się z posiadania fixera, bo znaleźć samemu właściwą wioskę i sprawić, żeby nas stamtąd nie pogoniono, nie byłoby takie proste. Fixer załatwił przewodnika, z którym bezpiecznie zwiedziliśmy wioskę. Od niego wiemy, że lud Konso dzieli się na 9 klanów, a zawierać małżeństwo wolno tylko z osobą z innego klanu. Ludem rządzi król, a gdy umiera, wszyscy udają, że zachorował. Balsamują zwłoki i trzymają je 9 lat, 9 miesięcy i 9 dni, a dopiero po tym okresie przestają udawać i świętują koronację nowego króla, najstarszego syna poprzednika. A co, gdy nie ma syna? Nie wiem, nie wdawaliśmy się w szczegóły praw sukcesyjnych Konso.

Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image


Lud jest też znany ze stawiania tzw. waka, drewnianych pomników na pamiątkę władców i innych strażników. A w centralnym punkcie wioski stawia niby maszty, przewiązywane konopną liną co jedno pokolenie, czyli co 18 lat. Przez policzenie wiązań można sprawdzić jak długo istnieje dana wioska.

Image


Mimo udanej wizyty poczuliśmy pewien niesmak. Większość mieszkańców pozowała chętnie do zdjęć, ale prawie natychmiast domagała się napiwku. To samo z chmarą towarzyszących nam wszędzie dzieci. Doświadczenie zupełnie różne od Południowego Sudanu i wizyty u Dinka, gdzie przyglądaliśmy się tubylcom z taką samą ciekawością, jak oni nam.
Góra
 Relacje PM off
11 ludzi lubi ten post.
benedetti uważa post za pomocny.
 
 
 [ 45 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group