Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 17 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 01 Lut 2021 20:34 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 293
srebrny
Z wielkim zdziwieniem zauważyłem, że na forum fly4free nie ma jeszcze żadnej relacji z Tanzanii kontynentalnej. Czas ten brak uzupełnić, tym bardziej, że ten kraj niezmiennie pozostaje zupełnie otwarty, a można się tam dostać nawet bezpośrednim lotem z Polski. Zapraszam do relacji!

______

28.12.2020
Nie minęły nawet trzy tygodnie od zakończenia ostatniej podróży do Brazylii - https://www.fly4free.pl/forum/w-pandemii-tez-mozna-rodzinnie-dookola-brazylii,212,156263, a tu trzeba było rozpoczynać kolejną. "Trzeba było" należy oczywiście wziąć w cudzysłów, ale musiałem wykorzystać do końca roku dwa dni wolne, a spędzenie ich na siedzeniu w domu nigdy nie wchodzi w grę. Żona urlopu już nie miała, mogłem jechać sam, co dodatkowo rozszerzyło możliwości planowania.

No właśnie, gdzie wyjechać na koniec roku, żeby nie zbankrutować i nie zostać na miejscu zamkniętym? Opcji z testem jest już trochę, ale przecież nie wystarczy, żeby kraj był otwarty, bo otwarte muszą być też jego główne atrakcje. Tu wyboru nie ma aż tak wielkiego (a na 1 lutego, w czasie pisania tej relacji, jest ich jeszcze mniej). Ostatecznie padło na Tanzanię, która na mocy swojego wszechwiedzącego prezydenta ogłosiła się na początku pandemii wolna od wirusa i taka pozostaje, przynajmniej oficjalnie, do tej pory. O tanzańskim Trumpie Johnie Magufuli będzie jeszcze w kolejnych odcinkach.

Do Tanzanii można się dostać bardzo prosto, korzystając z czarterów polskich biur podróży na Zanzibar. Pewnie nie zawsze jest opcja kupienia samego biletu, na pewno bez problemu można kupić pakiet z hotelem. Opcja jest dla osób z grubym portfelem – spotkałem małżeństwo z 5-letnim dzieckiem, które za 2 tygodnie zapłaciło 34 tys. zł. Z kolei inna 3-osobowa polska rodzina zapłaciła za taki sam pakiet, ale kupowany last minute, „tylko” 14 tys. zł.

Tradycyjne loty rejsowe na koniec roku kosztują około 3 tys. – 3,5 tys. zł i wymagają co najmniej jednej przesiadki. Sporo, ale z pomocą przychodzi Miles and More. Loty z Warszawy do Afryki Wschodniej to jeden z najlepszych sposobów na spalenie mil. Ostatecznie za bilet zapłaciłem 40 tys. mil i 380 zł dopłat. Bilet za mile kupowany w czasach Covid ma tę zaletę, że można bezpłatnie zmieniać lub anulować podróż. Minus jest taki, że loty z Warszawy wymagają dwóch przesiadek – w Addis Abebie i gdzieś jeszcze. Na to „gdzieś jeszcze” wybrałem Stambuł sądząc, że Turcja, do tej pory znana z liberalnego podejścia do turystyki, nie zaskoczy nagłymi restrykcjami.

Drugi dzień świąt, wracam ze spotkania z rodziną, wieczorem odpalam forum, a tu bomba – Turcja od 28 grudnia ma wymagać testu nawet na tranzycie! A ja mam przecież tego dnia wylot, jestem poza Warszawą i nie zdążę zrobić testu na czas. Gorączkowe poszukiwanie dostępnych opcji, prawie nieprzespana noc, ale poranek przynosi chwilową ulgę. Turcja zdecydowała się na odsunięcie w czasie obowiązku przedstawienia testu o dwa dni. Na wylocie będę miał więc spokój, problem będzie tylko z powrotem. W Aruszy, skąd miałem wracać, można zrobić test, ale próbki i tak są badane w Dar es Salaam i na wynik czeka się 72 godziny. Nie do zrobienia, bo Turcja też wymaga wyniku nie starszego niż 72 godziny. Na szczęście telefon na niemiecką infolinię Miles and More (polska w niedzielę nie działa) załatwił sprawę – w drodze powrotnej przebukowałem bilet z przesiadki w Turcji na lotnisko w UE. Leci się trochę dłużej, ale za to nie będzie nerwówki z testem. Wszystko skończyło się więc dobrze, ale cała sytuacja pokazuje, że podróżowanie w obecnych czasach jest tylko dla ludzi o mocnych nerwach. A zresztą po kilku dniach Turcja zmieniła zasady i tranzyty znów nie wymagają już testu.

Plus tranzytu przez Turcję był taki, że mogłem wreszcie zobaczyć nowe stambulskie lotnisko. Ostatnim razem byłem tam w lutym 2019, kilka dni przed oficjalnym otwarciem, więc jeszcze na Ataturku.

Załącznik:
20201228_152632.jpg

Załącznik:
20201229_001633.jpg


Mając jak zwykle zbyt mało czasu i chcąc dużo zobaczyć, musiałem zaplanować wszystko wcześniej. Dodatkową trudnością było to, że leciałem sam i miałem specyficzne wymagania co do rzeczy do zobaczenia – wszystkie 7 miejsc z listy UNESCO w Tanzanii. O ile 5 z nich leży na turystycznym szlaku, dwa są nieco obok, a upakowanie ich wszystkich w 12-dniową podróż to lekkie wyzwanie. W każdym razie bez marginesu czasowego trzeba było wszystko zamawiać online. Spodziewałem się, że będzie drogo, ale nie, że aż tak. Próbowałem nawet sprawdzić, czy safari da się zrobić wynajmowanym samochodem – na upartego da się, ale dla pojedynczego turysty jest to kompletnie nieopłacalne. Dość powiedzieć, że sama opłata za zjazd do wnętrza krateru Ngorongoro to 300$ od samochodu! Przy takich cenach konieczne było znalezienie grupy i na szczęście lokalnemu organizatorowi udało się mnie dokooptować, przez co na wyjeździe nie zbankrutowałem.

W niemal każdej mojej podróży poza UE w ostatnich dwóch latach pierwsze dni to jakieś niemiłe przygody. Tutaj było tak samo – najpierw nerwówka z Turcją, potem z hotelem w Dar es Salaam. Przyleciałem do Dar bardzo późno, o 22.30, a następnego dnia kierowca miał mnie zabrać na safari już o 7 rano. Chciałem więc hotel blisko lotniska i znalazłem jeden idealny – Nemart’s Hotel, 4 gwiazdki, 30 dolarów, a według Booking, Google Maps czy Maps.me odległość od lotniska to niecałe 4 kilometry. Taksówkarz zaśpiewał mi cenę 40k szylingów (około 17 dolarów) mówiąc, że przecież hotel jest bardzo daleko. Na to ja mu pokazuję trasę na GPS, że to przecież bardzo blisko. Zgodził się obniżyć cenę do 15k szylingów jeśli to będzie prawda.

Ale okazała się nieprawdą. We wskazanym miejscu nie było kompletnie nic, poza zakazanymi i odrapanymi przedmieściami. Na szczęście taksówkarz wiedział, gdzie naprawdę znajduje się ten hotel – zamiast 4 km, było to 16 km! Zajechaliśmy tam przed północą i przez dobrych 15 minut dobijaliśmy się do bramy. W pewnym momencie myślałem, że trzeba będzie szukać nowego miejsca do spania, ale w końcu strażnik otworzył. Sam pokój był w porządku, choć recepcjonistka chciała za niego 45$ zamiast 30$ - na szczęście po rozmowie z właścicielką się wycofała. W każdym razie za oszukiwanie w ten sposób klientów powinni odpowiedzieć. Złożyłem zażalenie do Booking.com domagając się zwrotu pieniędzy za taksówkę i moje roszczenie zostało zaakceptowane – 15$ różnica w cenie taksówki została mi zwrócona.

30.12.2020

Z rana przekonałem się po raz pierwszy, że choć w Tanzanii jest drogo, turysta otrzymuje za to adekwatną jakość. Spodziewałem się opóźnienia, a mój kierowca był nawet pół godziny przed czasem, mimo, że przecież hotel był na głębokich przedmieściach. Wyruszyliśmy w 4-godzinną drogę do Selous Game Reserve i przekonałem się, że wyjazd tam samemu nie byłby najlepszym pomysłem. Droga jest generalnie słaba, a miejscami zupełnie fatalna. Raz nawet się niegroźnie zakopaliśmy, ale tuż obok dżip z offroadowym bieżnikiem zakopał się tak, że trzeba było wołać na pomoc tubylców, żeby go wyciągnąć.

Poza tym incydentem dojechaliśmy do Selous bez przeszkód i zatrzymałem się w niezłym African Safari Lodge. Idąc z restauracji do swojego domku zauważyłem między innymi sporego węża (obecni tam Masajowie stwierdzili po moim opisie, że niejadowitego) oraz takiego małego ślimaczka…
Załącznik:
20201231_070044.jpg


No, może nie był aż taki mały…

Załącznik:
20201231_070053.jpg

A po południu miało się zacząć od pierwszej atrakcji, czyli safari na łódce po drugiej największej rzece Tanzanii - Rufidżi. I już chwilę po wyjeździe spotkaliśmy grupę dzikich słoni.

Załącznik:
20201230_160500 — kopia.jpg

Załącznik:
DSC00012.JPG

W łódce było jeszcze lepiej, bo z dużych zwierząt doszły krokodyle oraz multum hipopotamów. A z małych zwierząt doszło kilka przepięknych ptaszków.

Załącznik:
DSC00020.JPG

Załącznik:
DSC00026.JPG

Załącznik:
DSC00042.JPG

Załącznik:
DSC00022.JPG

Załącznik:
DSC00039.JPG

Załącznik:
DSC00082.JPG


Ugryzła mnie też mucha, co wywołało we mnie lekki niepokój – Selous jest znany z występowania muchy tse-tse, która wygląda bardzo podobnie do naszej muchy. Przewodnik mnie jednak uspokoił, że żeby zarazić się chorobą trzeba takich ugryzień znieść dużo więcej w dłuższym okresie. I choć nie bardzo mogłem znaleźć potwierdzenie tej tezy, uspokoiło mnie, że w 2019 w Tanzanii zidentyfikowano trzy przypadki zakażenia śpiączką afrykańską, a w 2018 ani jednego.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
37 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 02 Lut 2021 08:59 

Rejestracja: 21 Maj 2011
Posty: 212
niebieski
Co do ugryzienia to obserwuj miejsce. Jak zacznie robic sie czerwone, zaognione i dziwnie to lepiej idz do ichniejszego lekarza. Kolezance po takim pojedynczym ugryzieniu wycinali larwe spod skory.
Zdjecia piekne
Góra
 Relacje PM off
Woy lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 03 Lut 2021 00:48 

Rejestracja: 25 Wrz 2015
Posty: 141
Loty: 90
Kilometry: 155 294
niebieski
Pisz dalej , bo czekam z niecierpliwością, też tak zamierzałem, ale nie wyszło, więc po tej relacji, zwłaszcza po zdjęciach mam nadzieję że wróce do tematu
Góra
 Relacje PM off
Woy lubi ten post.
 
 
#4 PostWysłany: 03 Lut 2021 18:23 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 293
srebrny
Część II

Prawdziwe oglądanie zaczęło się następnego dnia, bo pojechaliśmy do właściwego parku narodowego na safari samochodowe. Zanim przejdę do zwierząt kilka słów wstępu co do samego parku. Rezerwat zwierząt Selous został tak nazwany na cześć angielskiego podróżnika Frederica Selous, który już na początku XX w., gdy tereny te były pod władzą niemiecką, zachęcał tubylców do przesiedlenia się w inne miejsce po to, żeby zwierzęta miały ogromną przestrzeń dla siebie. Ludzie też na tym skorzystali, bo zachęty odbywały się przez tworzenie na obrzeżach dzisiejszego parku szkół i szpitali. Powstał największy rezerwat przyrody w Tanzanii, o powierzchni 55 tys. km², czyli mniej więcej tyle, ile ma cała Chorwacja. Selous wprawdzie chronił zwierzynę na zasadzie monty pythonowskiego „Kocham zwierzęta, dlatego lubię je zabijać”, ale chcąc nie chcąc przyczynił się do większej ochrony przyrody w Afryce. Zginął właśnie tutaj walcząc z Niemcami podczas I wojny światowej i stąd między innymi park nazwano jego imieniem.

Ale już się tak nie nazywa. Jak wiadomo, wszędzie trwa dekolonizacja nazw, więc dlaczego nie w Tanzanii rządzonej przez prezydenta, który uważa się za najmądrzejszego na świecie. Od 2019 park nazywa się Park Narodowy Nyerere, na cześć pierwszego prezydenta Tanzanii, którego imię nadano już tylu lokalnym miejscom, że JPII może się w Polsce schować ze wstydu.

Obecny prezydent Magufuli zrobił z parkiem coś znacznie gorszego niż zmiana nazwy na „pospolitą”. Polecił wybudować w środku parku ogromną elektrownię wodną na rzece Rufidżi. Pomysł nie był nowy, ale wszyscy wcześniejsi prezydenci odkładali go na półkę w obawie przed krytyką państw Zachodu oraz katastrofą przyrodniczą. Ale Magufuli takimi rzeczami się nie przejmuje – elektrownia ma być tu i koniec. Żadne z przedsiębiorstw z Zachodu nie zamierzało finansować ani wykonywać tego przedsięwzięcia, ale znalazła się firma z Turcji, która wraz z firmą z Chin nie mają takich skrupułów. No więc obecnie przez środek parku narodowego biegnie całkiem porządna droga, którą co chwila przejeżdżają kilkunastotonowe ciężarówki, głównie z cementem. Sam widziałem żyrafy czy antylopy płoszone z drogi przez ciężarówki. Jak tak dalej pójdzie, Selous dołączy do miejsc, które zostały skreślone z listy UNESCO.

Załącznik:
DSC00104.JPG


Ten Magufuli to w ogóle niezłe ziółko. Bezpośrednio lub pośrednio doprowadził do faktycznego systemu monopartyjnego, gdzie opozycja wprawdzie (jeszcze) istnieje, ale ma coraz mniejszy wpływ na sytuację w kraju i reprezentację w parlamencie. Tanzańczycy wprawdzie się buntują, ale dość nieśmiało. W ogóle jest to naród pokojowy i spokojny – symbolem Tanzanii jest żyrafa, która nie wydaje z siebie słyszalnych dźwięków.

W sylwestra cały dzień spędziłem na safari. Zaczęliśmy o 7.30, skończyliśmy o 18.00 z przerwą na lunch pod baobabem.
Załącznik:
20201231_121144.jpg

Byłem pod wrażeniem mojego przewodnika – niestrudzenie jeździł przez tyle czasu po niesamowitych wertepach. Bo w Selous, w odróżnieniu do niemal wszystkich tanzańskich parków narodowych póki co można jeździć off road. To znaczy niby nie można, ale skoro nie ma wytyczonych oficjalnych dróg, wszyscy jeżdżą tam, gdzie chcą. Według mojego przewodnika taka jazda jest nawet lepsza, bo wszelkie ślady off roadu i tak zupełnie znikną po porze deszczowej, a wytyczona oficjalnie droga już zostanie.

Dla turysty jazda poza drogami to niezła gratka, bo można zobaczyć zwierzęta z naprawdę bliska.
Raz podjechaliśmy do lwów podczas sjesty.
Załącznik:
20201231_134116.jpg

A po dłuższej chwili nawet się obudziły… Warto dodać, że lew ma totalnie w zadzie obecność jakichś samochodów w pobliżu. Można do niego podjechać na niemalże pół metra.

Załącznik:
20201231_135402.jpg


Załącznik:
DSC00130.JPG

A niedługo później, poszukując lwów jedzących zdobycz rozjechaliśmy chyba połowę krzaków w okolicy – bezskutecznie, nie mogliśmy znaleźć ofiary, tylko najedzone lwy, ciężko dyszące po polowaniu. Świadczą o tym otwarte szeroko pyski i ciężkie oddechy, których niestety na zdjęciach nie słychać.
Załącznik:
20201231_161324.jpg

Załącznik:
DSC00135.JPG

A oprócz tego udało się złapać dziesiątki innych zwierzaków.
Załącznik:
20201231_074827.jpg
Załącznik:
DSC00131.JPG

Załącznik:
20201231_105725.jpg

Załącznik:
20201231_164009.jpg

Załącznik:
20201231_164013.jpg

Załącznik:
20201231_164531.jpg
Załącznik:
20201231_164553.jpg

Załącznik:
DSC00086.JPG
Załącznik:
DSC00102.JPG
Załącznik:
DSC00111.JPG
Załącznik:
DSC00126.JPG
Załącznik:
DSC00137.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
31 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 03 Lut 2021 22:54 

Rejestracja: 16 Cze 2013
Posty: 8
Loty: 49
Kilometry: 66 181
Super relacja. Czekamy na dalszy ciąg oraz szczegóły dotyczące logistyki i kosztów safari
Góra
 Relacje PM off
meczko lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 04 Lut 2021 18:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 Cze 2019
Posty: 23
Loty: 32
Kilometry: 77 235
Świetna relacja! Jesli nic sie nie zmieni , 8 marca takze lece do Tanzanii , ba nawet mam zaplanowane Safari w ... Selous takze czekam z wypiekami na kazdy kolejny odcinek :)
Góra
 Relacje PM off
meczko lubi ten post.
 
 
#7 PostWysłany: 05 Lut 2021 17:41 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 293
srebrny
Cz. III

Nowy Rok rozpocząłem od safari na piechotę, czyli spaceru po dżungli w towarzystwie lokalnego przewodnika. Po raz kolejny przyznaję, że organizacja jest tu w pełni profesjonalna – powitał mnie przedstawiciel lokalnego plemienia, ubrany (a w zasadzie nieubrany) w strój, którego ponoć ludzie buszu tradycyjnie używają do polowania. Pewnie sporo w tym stylizacji, tym bardziej, że w okolicy nikt już nie żywi się wyłącznie w lesie, ale na pewno przewodnik znał się na rzeczy. W stroju bojowym skradał się w taki sposób, że mimowolnie mzungu musiał złapać klimat. Akurat padał deszcz i trochę komicznie wyglądało, gdy obok bosy i prawie nagi przewodnik prowadził grupę ubranych w płaszcze przeciwdeszczowe turystów. Ja postanowiłem się trochę bardziej wczuć w klimat, więc solidarnie mokłem, choć ubrany w t-shirt.
Załącznik:
20210101_063827.jpg


Przewodnik uzbrojony był w groźnie wyglądającą dzidę, ale gdyby napotkany zwierzak się jej nie przestraszył, za nami szedł drugi strażnik ze strzelbą. W tym przypadku ostrożność nie była chyba przesadna – w buszu można się natknąć na hienę czy hipopotama, a szczególnie w przypadku tego drugiego to naprawdę nie są żarty.

Niebezpiecznych zwierząt nie udało się spotkać, ale i tak było fajnie. Przewodnik pokazywał dużo i dużo opowiadał o zwyczajach społeczności łowieckich. W niektóre z nich trudno uwierzyć – na przykład w to, że popularnym napojem na wzmocnienie jest wywar z gotowanych odchodów (!) słonicy, pomieszany z sokami i przyprawami. Kupa słonia płci męskiej się nie nadaje, ponoć dlatego, że jest za mało mokra – słonica sika w swoje odchody, a słoń z powodów anatomicznych jakieś pół metra dalej.
Może to przez ten wywar w Tanzanii oficjalnie nie ma koronawirusa?

Przewodnik pokazał małą roślinkę, która przy dotknięciu ponoć strasznie swędzi i wywołuje potrzebę drapania, czasem aż do krwi. Jak żona po porodzie nie chce się z mężem kochać, koleżanki z plemienia usypiają ją i wcierają roślinkę w miejsce, które tylko mąż może skutecznie podrapać…

Opowiadał też o termitach, które w sytuacjach kryzysowych służą w dżungli za szybkie źródło pożywienia. Gdy głodny myśliwy nie daje już rady polować, rozbija kopiec od góry i zaczyna dmuchać powietrzem w głąb. Wywołuje to panikę wśród termitów, które tysiącami zaczynają wychodzić na zewnątrz i można je pożerać garściami. Sam spróbowałem i były naprawdę smaczne (przepraszam za nieostre zdjęcie).

Załącznik:
20210101_071404.jpg


Kiedy doszliśmy do baobabu, przewodnik stanął, wzniósł ręce do góry, przyłożył je do czoła i złożył drzewu pokłon. To na pewno było trochę przedstawienie dla mzungu, bo gdyby tubylcy robili to przed każdym baobabem, to by przez cały czas tylko machali rękami i kłaniali się. Niemniej jednak w tradycyjnych wierzeniach baobab jest łącznikiem ludzi z bogami, a sok z tego drzewa jest pierwszym pokarmem, który daje się nowo narodzonemu dziecku. Kiedy ktoś chce wsparcia boga czy bogów, wycisza się i medytuje, wkłada w uszy kulki z drewna baobabu i idzie (koniecznie w pojedynkę) spać. Nazajutrz rano baobab przekaże mu najlepsze rozwiązanie problemu.

Z Selous pojechaliśmy do Kilwa Masoko, przez jakieś trzy godziny jadąc okropną drogą, którą bezpiecznie pokonać można tylko na motorze lub offroadowym dżipem. Gdy jest sucho, można przejechać nawet tirem, ale gdy tylko popada robi się tak ślisko, że tir stoi i czeka aż droga wyschnie. To nie żarty, widzieliśmy trzy takie tiry, a gdybyśmy mieli pecha, mogłyby zupełnie zablokować drogę stojąc w poprzek. Plusem jazdy po tych wertepach była możliwość obserwowania prawdziwego życia na tanzańskiej prowincji.
Załącznik:
20210101_095901.jpg

Załącznik:
20210101_105359.jpg


W Kilwa Masoko z drugim przewodnikiem przeprawiliśmy się promem do Kilwa Kisiwani, ruin miasta, którego korzenie sięgają VIII w. n.e., początków ekspansji terytorialnej islamu. Według legendy, sułtanat założyli władcy Szirazu i, choć źródła historyczne nie potwierdzają obecnie tej tezy, wydaje się być uznawana za prawdziwą – to samo powiedział mi przewodnik. Niezależnie od pochodzenia założycieli, ciąg dalszy dziejów Kilwa Kisiwani jest dobrze udokumentowany. Od X w. do początków XVI w. istniał tu Sułtanat Kilwa, będący lokalnym centrum politycznym i ekonomicznym. Jego upadek nastąpił wraz z przybyciem Portugalczyków, którzy jednak szybko ustąpili pola Omańczykom.

Wszyscy ci władcy pozostawiły w Kilwa Kisiwani wspaniałe budynki. Wycieczkę rozpocząłem od pałacu Husuni Kubwa, spektakularnych ruin pałacu sułtana z XIV w., a więc z czasów Sułtanatu Kilwa. Ruiny są bardzo dobrze zachowane i dają dobre wyobrażenie o tym, jak potężne było to królestwo – pałac jest naprawdę rozległy i wyposażony w wiele uprzyjemniających życie nowinek, jak pierwszy w Afryce (przynajmniej według słów przewodnika) basen.

Załącznik:
20210101_152353.jpg

Załącznik:
20210101_153009.jpg

Załącznik:
20210101_153154.jpg

Z wykopanej przez niewolników sułtana XIV-wiecznej studni do dziś mieszkańcy okolicznej wioski czerpią wodę – widziałem na własne oczy!
Załącznik:
20210101_155615.jpg


Pałac Husuni Kubwa do pozostałych ruin dzieli około kilometra i 15-20 minut marszu wśród wiejskich zabudowań. Spacer w upale i przy dużej wilgotności nie należy do najprzyjemniejszych, choć obserwacja miejscowego życia częściowo to wynagradza. Największa grupa ruin znajduje się w północno-zachodnim krańcu wyspy. Zwiedzanie rozpocząłem od starego cmentarza sułtana i jego rodziny, aby następnie przejść do najbardziej spektakularnej części ruin z Pałacem Makutani (wspaniały pałac z okresu omańskiego) i Wielkim Meczetem – pierwszym meczetem kongregacyjnym w Afryce Subsaharyjskiej. Ostatnim odwiedzonym budynkiem był dobrze zachowany fort – wybudowany przez Portugalczyków w trakcie ich krótkiego panowania na wyspie, ale rozbudowany i ulepszony przez Omańczyków.

Ogólnie ruiny są w niezłym stanie, prace konserwacyjne cały czas trwają, a ogrom budynków, które pozostały, daje dobre wyobrażenie o tym, jak potężnym ośrodkiem była kiedyś Kilwa. Zdecydowanie zasłużony wpis i jedno z ciekawszych miejsc na tanzańskiej liście UNESCO, a dla mnie wspaniały początek 2021 r.

Załącznik:
20210101_155926.jpg

Załącznik:
20210101_161832.jpg

Załącznik:
20210101_163925.jpg

Załącznik:
20210101_165353.jpg

Załącznik:
20210101_164452.jpg

Załącznik:
20210101_164754.jpg

Załącznik:
20210101_170143.jpg



Mój wyjazd do Kilwa Masoko był zorganizowany, ale bez problemu można załatwić wszystko na miejscu. Z Dar es Salaam jeżdżą tu autobusy, a centrum dla zwiedzających z przewodnikami znajduje się 300m od portu, z którego odpływają łódki do ruin Kilwa Kisiwani. Kilwa Masoko jest samo w sobie popularnym miastem ze sporą bazą hotelową. Ja miałem przyjemność mieszkać w domku 100 m od plaży, obserwując setki ludzi spacerujących po plaży i celebrujących Nowy Rok.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
19 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#8 PostWysłany: 08 Lut 2021 18:39 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 293
srebrny
Droga z Kilwa Masoko do Dar es Salaam była podobno wybudowana zaledwie kilka lat temu, ale wygląda jakby miała kilkadziesiąt lat, tyle w niej dziur. 330 km trzeba pokonać w ponad 5 godzin, a końcówka przez przedmieścia i centrum Dar es Salaam to prawdziwy koszmar. W Dar kupiłem ekspresowo bilet na prom na Zanzibar (uwaga, lepiej płacić w USD, cena w szylingach jest mniej korzystna). Na promie komplet, żadnego dystansu czy maseczek. Nie zważając na obecność dzieci puścili wszystkim jakieś mordobicie typu terminator. To chyba jakaś promowa tradycja, w Malezji na promach też widziałem krwawe filmy. Niech się dzieciaki przyzwyczajają, a co!

Zanzibar to trochę inna bajka niż Tanzania kontynentalna. Wyspa zawsze była autonomiczna, a przez wiele lat była zupełnie niezależnym państwem. Obecnie autonomia jest częściowa, a Zanzibar wybiera swojego prezydenta i ma własny parlament. W porcie jest kontrola graniczna, a zagraniczni turyści przybywający z Dar otrzymują pieczątkę Zanzibaru (co ciekawe, przy wylocie pieczątek nie ma). Stolica – oficjalnie też nazywana Zanzibar, mniej oficjalnie Stone Town – na pierwszy rzut oka prezentuje się nieźle, bardziej przypominając miasta arabskie niż afrykańskie – również przez rysy twarzy lokalnych mieszkańców. Turystów mnóstwo, otwarcie Tanzanii spowodowało, że Zanzibar stał się turystyczną mekką dla całego świata. Dla nas w UE jest trochę więcej opcji, ale na przykład tacy Rosjanie nie za bardzo mają gdzie pojechać bez testu i bez wizy. No więc przybywają tłumnie na Zanzibar - codziennie przylatuje tu jakiś samolot z Rosji i wyspę odwiedza 3000 Rosjan tygodniowo.

Dla mnie obecność tłumu turystów to raczej wada niż zaleta, dlatego z założenia swoją obecność na Zanzibarze zredukowałem do minimum. Przeszedłem wzdłuż i wszerz Stone Town, podziwiając dziesiątki pięknych fasad, zajrzałem do fortu, zwiedziłem Meczet Piątkowy oraz People’s Palace Museum – dawny pałac sułtanów Zanzibaru. Miasto jest dobrze oświetlone i szczególnie po zmroku prezentuje się całkiem ładnie, choć nie mogę powiedzieć, że sprawiło na mnie jakieś szczególne wrażenie. Mimo nagabujących co chwilę miejscowych można spokojnie chodzić po zmroku uważając tylko, żeby się nie zgubić w plątaninie uliczek.
Załącznik:
DSC00140.JPG

Załącznik:
20210103_134004.jpg

Załącznik:
20210102_180948.jpg

Załącznik:
20210102_185404.jpg

Załącznik:
20210102_185639.jpg

Następnego dnia rano wybrałem się na spice tour, wycieczkę na lokalną farmę z przyprawami. I przyznam, że był to dobry wybór – na niewielkim terenie zgromadzono chyba wszystkie drzewa i krzewy, które uprawia się na Zanzibarze, m.in. kawę, wanilię, goździki, pieprz oraz wiele owoców. Całość jest oczywiście mocno pod turystę, z pokazami tańców, wspinania się na palmę, ozdobami z liści itd., ale i tak moim zdaniem warto.
Załącznik:
20210103_102929.jpg

Załącznik:
20210103_110739.jpg

Załącznik:
20210103_112712.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
KondzikS uważa post za pomocny.
 
 
#9 PostWysłany: 09 Lut 2021 23:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2013
Posty: 2009
Loty: 143
Kilometry: 386 059
złoty
Woy napisał(a):
zagraniczni turyści przybywający z Dar otrzymują pieczątkę Zanzibaru (co ciekawe, przy wylocie pieczątek nie ma)

Przy wylocie też są ;)
Co do relacji - dzięki, bardzo przydatna odnośnie safari w Tanzanii. Jeśli Tanzania nadal będzie dla nas tak łatwo dostępna to z pewnością skorzystam z niej w trakcie planowania :)
Góra
 Relacje PM off
Woy lubi ten post.
 
 
#10 PostWysłany: 10 Lut 2021 13:54 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 293
srebrny
@monroe To chyba zależy dokąd wylatujesz. Ja leciałem z Zanzibaru do Dar i żadnej pieczątki nie otrzymałem.
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 10 Lut 2021 13:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 09 Lis 2013
Posty: 2009
Loty: 143
Kilometry: 386 059
złoty
A to pewnie tak, myślałem, że opuszczałeś Tanzanię.
Góra
 Relacje PM off  
 
#12 PostWysłany: 10 Lut 2021 19:04 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 293
srebrny
Cz. V

Z Zanzibaru późno w nocy przyleciałem lokalną linią Precision Air na lotnisko Kilimandżaro i za 40$ zamówiony wcześniej taksówkarz zawiózł mnie do hotelu w Aruszy. Nie wiedziałem, że Precision Air ma swój shuttle bus, który za 10 tys. szylingów (około 5$) zawozi pasażerów do Aruszy. Oficjalna cena taksówki z lotniska to 50 $.

Następnego dnia o 8 rano czekał na mnie człowiek z firmy organizującej safari. Przyjechaliśmy do centrum, w którym zbierają się wszyscy pasażerowie dżipów i czekałem jakąś godzinę na zebranie się grupy. Pierwszego dnia był ze mną Hiszpan, Francuz, Łotyszka, Szwajcar i dwoje Ukraińców. 7 osób to jednak za dużo, bo siódma osoba musi siedzieć obok kierowcy i nie widzi tak dobrze, jak pozostali.

Rozpoczęliśmy zwiedzanie od Parku Narodowego Tarangire, znanego ze swojej populacji słoni oraz nagromadzenia baobabów. Z naszej siódemki tylko ja byłem „weteranem” safari, dla pozostałych był to pierwszy raz. Różnica jest ogromna – „pospolite” zwierzęta typu słoń czy żyrafa innych zachwycały, ja traktowałem je z większym dystansem. I powiem, że chyba już nigdy safari nie wywoła we mnie takiej ekscytacji, jak w pierwszym dniu. Sam park był w porządku, faktycznie widok zwierząt na tle baobabów jest bardzo fotogeniczny. Widzieliśmy kilka lwów, a z nowych dla mnie zwierząt strusia i ciekawe ptaki, w tym koronnika – ptaka, który znajduje się na fladze Ugandy.


Załącznik:
20210104_115658.jpg

Załącznik:
20210104_150438.jpg

Załącznik:
20210104_161556.jpg

Załącznik:
DSC00170.JPG

Załącznik:
DSC00145.JPG

Załącznik:
DSC00147.JPG

Załącznik:
DSC00149.JPG

Załącznik:
DSC00161.JPG


Wieczór spędziliśmy na górze z widokiem na jezioro Manyara, gdzie miejscowi urządzili mzungu wspaniały pokaz gimnastyczny.
Załącznik:
20210104_201414.jpg


Następnego dnia po sporych roszadach w ekipie udaliśmy się w stronę Parku Narodowego Serengeti, po drodze przejeżdżając przez obszar chroniony Ngorongoro i mogąc rzucić z góry okiem na ten wspaniały zielony krater.

Załącznik:
20210105_112018.jpg


Paradoksalnie najwięcej zwierząt – tysiące zebr i antylop gnu – widzieliśmy nie w parkach narodowych, ale na drodze pomiędzy Ngorongoro a Serengeti. Styczeń to czas, w którym zwierzęta migrujące z Masai Mara w Kenii nie dochodzą jeszcze do Serengeti. Miesiąc później te tysiące zwierząt doszłyby już do parku, czekając na porę deszczową.

Załącznik:
20210105_121227.jpg

Załącznik:
20210105_130735.jpg

Załącznik:
20210105_131911.jpg

Załącznik:
DSC00184.JPG


Następny wpis będzie już z samego Serengeti i wnętrza krateru Ngorongoro.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 12 Lut 2021 18:36 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 293
srebrny
Cz. VI – Park Narodowy Serengeti i Obszar Chroniony Ngorongoro

Po południu przekroczyliśmy bramy Parku Narodowego Serengeti. Z uwagi na to, że wstęp do parku jest ważny tylko 24 godziny, firmy organizujące safari starają się maksymalnie wykorzystać ten czas, jednocześnie sprzedając to tak, jakby turysta miał spędzić w parku dwa dni. W naszym przypadku było to safari popołudniowe – od 14.00 do około 18.00, i z rana od 7.00 do ok. 14.00, wliczając w to posiłek i dojazd do bramy. Serengeti to ogromny, porośnięty trawą płaskowyż, jedynie z rzadka porośnięty drzewami. Po dużych deszczach trawa jest tam tak duża, że mniejszych zwierząt, w tym drapieżnych kotów, prawie nie widać. W styczniu jeszcze mocno nie pada i teoretycznie jest to najlepszy czas na zobaczenie drapieżników. My jednak szczęścia nie mieliśmy – poza kilkoma lwami nie udało się zobaczyć ani geparda ani lamparta. Widzieliśmy za to serwala, wyglądającego niemal jak gepard, tylko w miniaturze.

Załącznik:
DSC00191.JPG

No i oczywiście sporo innych zwierząt…
Załącznik:
DSC00222.JPG

Załącznik:
DSC00248.JPG

Załącznik:
20210105_140129.jpg

Załącznik:
20210106_070758.jpg


Załącznik:
DSC00175.JPG

Załącznik:
DSC00219.JPG

Jedną noc spędziliśmy w domkach w samym środku Serengeti, słuchając wycia hien, które podchodziły niemal pod same domki. Hiena zasadniczo nie jest niebezpieczna dla ludzi, ale przewodnik opowiadał o niedawnym przypadku, gdy to zwierzę zagryzło dwójkę śpiących przy ognisku starszych ludzi.

Drugą noc, po opuszczeniu Serengeti, spędziliśmy już w namiotach nad samym brzegiem kaldery Ngorongoro. 2-osobowe namioty są bardzo prymitywne, ale na miejscu (w tym przypadku Simba Camp II) jest m.in. gorący prysznic. Nie jest tak źle, ale jeśli komuś to nie wystarcza, może spędzić noc w lodge, słono za to dopłacając.
Załącznik:
20210107_074248.jpg


Z samego rana wjechaliśmy do krateru Ngorongoro, największej niewypełnionej jeziorem kaldery na Ziemi. Na w sumie niewielkim terenie żyje około 25 tys. dużych ssaków, które nigdy nie mają szansy opuścić wnętrza krateru. Warunki do życia mają idealne, w Ngorongoro sporo pada i, w odróżnieniu do Serengeti, kaldera tonęła w zieleni – między innymi stąd jest czasami nazywana Ogrodem Edenu.

Wjazd do Ngorngoro jest ściśle limitowany, płaci się 300$ od samochodu (i to niezależnie od biletu wstępu do samego parku!), który ma prawo przebywać tam tylko 6 godzin – żeby wrócić do Aruszy o normalnej porze, trzeba zaczynać zwiedzanie wcześnie rano. Jest tylko jedna droga do wjazdu i jedna do wyjazdu. Widokowo jest wspaniale, ale jeśli chodzi o zwierzęta, byłem trochę rozczarowany. Spodziewałem się zobaczyć nosorożce, których populacja zamieszkuje Ngorongoro i nawet je widziałem, tyle że z tak daleka, że niewiele odróżniały się od białej kropki. No, ale trochę innych zwierząt udało się zobaczyć..
Załącznik:
20210107_085826.jpg

Załącznik:
20210107_095804.jpg

Załącznik:
20210107_111203.jpg

Załącznik:
DSC00306.JPG

Załącznik:
DSC00309.JPG

Załącznik:
DSC00311.JPG

Załącznik:
DSC00328.JPG


Creme de la creme były wspaniałe samce lwów, spacerujące jakby nigdy nic pośród chyba kilkudziesięciu dżipów.

Załącznik:
20210107_082629.jpg

Załącznik:
20210107_083059.jpg

Załącznik:
20210107_083519.jpg


Lew to prawdziwy król sawanny – nie boi się niczego, obecność człowieka zdaje się nie robić na nim żadnego wrażenia. Za to sam robi wielkie wrażenie – antylopy czy gazele robią się wyjątkowo czujne, gdy podchodzi...
Załącznik:
DSC00294.JPG

Lwy były kiedyś obiektem rytualnych polowań wśród Masajów – grupa młodych ludzi wybierała się na lwa uzbrojona tylko w dzidy i łuki a ten, który pierwszy rzucił dzidą, otrzymywał zaszczytny tytuł wojownika. Pozostali musieli obejść się smakiem. Dziś ten zwyczaj zaniknął, oficjalnie zabroniony przez rząd.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
KondzikS uważa post za pomocny.
 
 
#14 PostWysłany: 12 Lut 2021 22:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 11 Kwi 2016
Posty: 4319
platynowy
@Woy swietnie fotki, a moge zapytac przez jaka agencje zamawiales Serengeti i Ngorongoro i jaka byla cena?
Pozdr.
_________________
Travel is a privilege, not a right.
Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, obróci się przeciw tobie i nie bądź tchórzem i kłamcą!

Szkoda czasu na forum i nie odpowiadam na pw.

Z Kiruny na Socotrę
Afryka/goryle
Biegun lodołamaczem atomowym, Antarktyda, Stacja Arctowski, Bhutan, Burundi, Socotra etc.
Góra
 Relacje PM off  
 
#15 PostWysłany: 13 Lut 2021 10:16 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 293
srebrny
@cccc Dzięki. Jeszcze jeden, max dwa wpisy i wszystko podsumuję, wraz z nazwami agencji i cenami.
Góra
 Relacje PM off  
 
#16 PostWysłany: 13 Lut 2021 12:44 

Rejestracja: 25 Sie 2011
Posty: 6177
Loty: 839
Kilometry: 788 891
platynowy
Afryka to zdecydowanie mój ulubiony kontynent i rozważam Serengeti jako miejsce powrotu tamże, więc wszelkie praktyczne informacje będą mile widziane.
Zdjęcia i na pewno też Twoje wrażenia fantastyczne.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
Woy lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 18 Lut 2021 19:39 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 293
srebrny
Część VII - ostatnia

Przedostatniego dnia wypożyczonym po paskarskich cenach autem udałem się na jednodniowy trekking po Parku Narodowym Kilimandżaro. Nie miałem czasu, a po prawdzie też ochoty, na zdobywanie szczytu, ale chciałem poczuć trochę górę i odhaczyć kolejne miejsce z listy UNESCO. Przyjemność jest dość droga – wejście do parku kosztuje 87$, wynajęcie obowiązkowego przewodnika to kolejne 35$, nie wspominając o transporcie do parku. W niecałe 3h pokonałem 900 m różnicy wysokości, dochodząc do pierwszej stacji na „Coca-Cola Route” z Bramy Machame do Mandara Hut na wysokości 2700 m n.p.m. Z Mandara Hut zobaczyłem jeszcze krater Maundi. Czy było warto? Mam wątpliwości. Droga do pierwszej stacji wiedzie przez las tropikalny który widziałem już w życiu wiele razy, co oznacza, że nic specjalnie wyjątkowego nie doświadczyłem. Nabawiłem się za to pęcherzy i dwa następne dni chodziłem w klapkach.

Załącznik:
20210108_100643.jpg

Załącznik:
20210108_103104.jpg

Załącznik:
20210108_091825.jpg

Załącznik:
20210108_131746.jpg


Może niedługo takie poświęcenie w ogóle nie będzie konieczne i na Kilimandżaro będzie można wjechać kolejką górską… Pomysł wydaje się absurdalny i nierealny, ale okazuje się, że jest poważnie rozważany!
https://www.outsideonline.com/2420863/cable-car-mount-kilimanjaro#close

Samego szczytu podczas trekkingu nie widziałem, ale dwa dni później zaprezentował mi się pięknie z samolotu.
Załącznik:
20210110_172004.jpg

Moim przewodnikiem był Solomon, który w swojej karierze przeszedł wszystkie szczeble kariery od tragarza, poprzez kucharza, asystenta przewodnika do pełnego przewodnika. Solomon nie ma agencji turystycznej, ale bardzo chce samodzielnie organizować wyprawy i zna w okolicy wszystkich. Gdyby ktoś był zainteresowany zdobyciem Kilimandżaro naprawdę po kosztach, podaję mail selehonguo99@gmail.com i telefon +255788468370.

Wracając do Aruszy, na przedmieściach miasta rzucił mi się w oczy napis po polsku! Okazuje się, że nieopodal, w miejscowości Tengeru, jest cmentarz polskich uchodźców, których los rzucił tutaj po ewakuacji armii Andersa z Iranu. Cmentarz jest wspaniale odnowiony dzięki staraniom rządu polskiego, a najnowszy grób pochodzi z 2015 r. Z głównej drogi do cmentarza jest tylko 5 km, ale po fatalnej drodze – Tanzania już tak ma, że po zjechaniu z asfaltu droga zamienia się w zupełnie tragiczną.
O obozie i cmentarzu można więcej poczytać tutaj:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ob%C3%B3z_w_Tengeru

Załącznik:
20210108_183710.jpg

Załącznik:
20210108_184109.jpg

Załącznik:
20210108_184413.jpg

Załącznik:
DSC00354.JPG


Ostatniego dnia wybrałem się w długą, 250-kilometrową drogę do Kolo, małej wioski mniej więcej w połowie drogi z Aruszy do Dodomy, znanej ze swoich wpisanych na listę UNESCO rysunków naskalnych (stanowisko nazywa się Kondoa, od nazwy najbliższego wielkiego miasta). Zwiedzanie popularnych tanzańskich atrakcji ma tę wadę, że ciężko jest je zorganizować samemu – najlepszą, a czasem jedyną opcją jest wykupienie safari. To nie jest mój ulubiony styl zwiedzania, a gdy biuro podróży zaproponowało mi 400$ za 2-dniową wycieczkę do Kolo z Aruszy, bez wahania wypożyczyłem samochód i pojechałem tam samodzielnie. Samo wypożyczenie też nie należy do najtańszych – za najmniejszy wariant Toyoty Rav 4 standardowa stawka wynosi 80$ za dzień, ale dawało mi upragnioną swobodę.

Droga, wybudowana zaledwie 5 lat wcześniej, jest tu bardzo dobra i równa, choć prowadzi przez wiele wiosek i miast. W tym wypadku to nawet zaleta, bo można z bliska obserwować życie mieszkańców – w sobotę było to szczególnie przyjemne, bo zdaje się, że to dzień targowy.

Wszelkiego rodzaju obszary zabudowane, z limitem prędkości do 50 km/h, to też raj dla tanzańskiej policji. Policji na drogach w Tanzanii jest bez liku i sam się zdziwiłem, dlaczego na trasie Arusza – Moszi – Arusza ani razu nie zostałem zatrzymany. W drodze do Kolo nie miałem takiego szczęścia – zatrzymał mnie policjant, twierdząc, że przekroczyłem prędkość. Zaprotestowałem, na co polecił zawrócić i podjechać do zaparkowanej 200 metrów dalej ciężarówki. A tam ukryty w kabinie siedział policjant z radarem. Drugi raz zostałem złapany, gdy policjant zrobił mi zdjęcie idealnie na znaku ograniczenia prędkości – zdążyłem zwolnić do 60 km/h, ale to nie wystarczyło.

„This is Tanzania, man” – powiedział do mnie jeden ze złapanych na ograniczeniu kierowców. Stawka mandatu wynosi 30k TZS (około 12$), niezależnie od wykroczenia. Tanzańskie zatrzymania oznaczały, że w ciągu dwóch tygodniu dostałem mandaty z trzech różnych kontynentów – poza Tanzanią z Polski (pierwszy raz od 10 lat!) i korespondencyjnie z Brazylii za wykroczenie z początku miesiąca.

Visitors Center znajduje się tuż przy samej drodze Arusha-Dodoma, nie ma możliwości go przegapić. Na miejscu czeka podobno kilku przewodników, więc nie trzeba nic rezerwować wcześniej – tym bardziej, że, jak widziałem w księdze wizyt, turystów nie ma zbyt wielu. Mój przewodnik był szczerze zdziwiony widząc mzungu bez kierowcy i myślał, że na stałe mieszkam w Tanzanii. Uprawniałoby mnie to do sporej zniżki w opłacie.

Przewodnik dał mi możliwość dojechania do różnych miejsc ze sztuką naskalną, ale odniosłem wrażenie, że zniechęcał do zwiedzania innych stanowisk niż najbliższe, tj. B1, B2 i B3. Biorąc pod uwagę ograniczenia czasowe i nie chcąc wracać po zmroku, zdecydowałem się tylko na nie. Są oddalone kilka kilometrów od Visitors Center, po bardzo słabej drodze, która, choć nie wygląda, może być pokonana normalnym samochodem (sam widziałem, jak zrobili to strażnicy parkowi). Stanowiska B1, B2 i B3 są położone w jaskiniach na wzgórzach, wymagających trochę wspinaczki (dość wymagającej, ale bez przesady – ja pokonałem trasę w klapkach, mając strasznie obolałe stopy po trekkingu na Kilimandżaro dnia poprzedniego). Plusem są ładne widoki na najbliższą okolicę.

Jeśli chodzi o samą sztukę naskalną, dostałem to, czego się spodziewałem, ale nie doznałem efektu wow. Rysunki przedstawiają standardowe zwierzęta, sceny polowań i życia codziennego. Choć wydawały się dość wyraźne, na zdjęciach pokazują się dość przybladłe. W porównaniu ze wspaniałymi (i sporo starszymi) rysunkami z Serra da Capivara w Brazylii, widzianymi przeze mnie miesiąc wcześniej, wypadają słabiej.

Załącznik:
20210109_112115.jpg

Załącznik:
20210109_112123mały.jpg

Załącznik:
20210109_112146.jpg

Załącznik:
20210109_115154.jpg

________

Pora krótko podsumować Tanzanię, a najkrócej to zrobić stwierdzając – jest dobrze, ale drogo! Dość powiedzieć, że za samodzielny 12-dniowy wyjazd zapłaciłem niewiele mniej, niż na trzy tygodnie w Brazylii dla 4-osobowej rodziny. Fakt, że jakość odwiedzanych miejsc jest wysoka, ale nie ulega wątpliwości, że dla Tanzańczyków dochód z turystyki jest ważny i kroją turystę gdzie się da. Gros opłat za safari idzie do kasy państwa, a mimo wysokich cen realna marża firmy organizującej safari to jakieś 20% (szacunek na podstawie rozmów z różnymi organizatorami).

Z uwagi na bardzo napięty program musiałem wszystko rezerwować wcześniej. Przez to pewnie zapłaciłem trochę więcej, ale nie straciłem w zasadzie ani połowy dnia ze swojej wycieczki. Safari rezerwowałem przez safaribookings.com, a firmą, która organizowała to na miejscu było Uhuru Travels&Tours z Zanzibaru. 4-dniowe safari do Tarangire, Serengeti i Ngorongoro z pięcioma (chwilowo szcześcioma) innymi osobami i podstawową opcją noclegu kosztowało mnie 750$. Rozmawiałem z innymi i wszyscy płacili bardzo podobne stawki.

Jeśli ktoś ma więcej czasu, można rozejrzeć się za safari na miejscu. Firm organizujących jest od groma i na pewno da się coś urwać z ceny (jak by nie patrzeć, może po drodze odpaść aż dwóch pośredników). Szczególnie przypadł mi do gustu młody przewodnik, który mówi doskonałym angielskim i właśnie zaczyna oferowanie swoich własnych wycieczek. Firma nazywa się African Choice Safaris i można ją znaleźć pod linkiem http://www.africanchoicesafaris.com.

Minusem Tanzanii jest też takie poczucie, że prawie każdy miejscowy chce mzungu skubnąć, za nawet drobną przysługę żądając opłaty. Pod koniec wyjazdu trochę mnie już to męczyło.

Koniec narzekania, czas spojrzeć na jaśniejsze strony tego pięknego kraju. Poza atrakcjami turystycznymi kraj jest dość tani, zakwaterowanie można znaleźć za naprawdę śmieszne pieniądze. Serdecznie polecam Meru Hostel (nie mylić z Meru Hotel) w Aruszy, w którym za własny pokój ze śniadaniem u przemiłego gospodarza Lewisa płaciłem mniej niż 10$. Tanie jest też wyżywienie, szczególnie gdy unika się miejsc turystycznych.

W kraju najbardziej rzuca się w oczy to, że jest wyjątkowo czysto. Nigdzie nie ma śmieci, co w kraju takim jak Tanzania zakrawa niemal na cud. Zabronione jest korzystanie z foliowych torebek, choć nie widziałem, żeby sprawdzali pod tym kątem turystów (co się może ponoć zdarzyć w Rwandzie, która ma podobne zasady).

Jeśli chodzi o koronawirusa, w kraju nie ma zupełnie żadnych restrykcji, można poczuć się jak przed marcem 2020. Nikt nie nosi masek, nie sprawdza temperatury (poza lotniskami), nie ma obowiązkowych testów. Spotkani Tanzańczycy mieli poczucie, że choroba się ich nie ima, w czym może być sporo racji, bo społeczeństwo jest młode i generalnie zdrowe (czytaj: nieobciążone chorobami cywilizacyjnymi, jak cukrzyca czy nadciśnienie). Ostatnie raporty pokazują jednak, że nie jest tam aż tak różowo, szpitale zaczynają się zapełniać i nie wiadomo, jak długo jeszcze potrwa ten stan beztroski.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
18 ludzi lubi ten post.
8 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 17 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group