Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 48 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
#21 PostWysłany: 18 Lis 2022 05:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Ten wyjazd będę kojarzyć m. in. z powodu kiepskich śniadań. Niestety, hotel Anselmo doskonale się wpisuje w ten obraz. Taka oferta w 4-gwiazdkowym powinna być zabroniona. Zamiast ładować tyle słodkości (tak, wiem - Argentyńczycy tak lubią), daliby jakieś warzywa. Jakiekolwiek! Tak na marginesie, ich dieta woła o pomstę do nieba. No, chyba że to tylko w hotelach karmią tak niemal bezwitaminowo. Szkoda gadać...

Image

Image

Image

Image

Image

W wiadomościach zapowiadają, że na Av. 9 de Julio odbędzie się dziś wielka manifestacja. Chętnie zobaczę, jak to tutaj funkcjonuje, ale wcześniej kontynuuję zwiedzanie miasta.

Image

Najpierw autobusem dojeżdżam w okolicę wydziału prawa tutejszego uniwersytetu. Tak się składa, że w jego sąsiedztwie mieści się kilka obiektów wartych zobaczenia. Choć pierwsze, co rzuca mi się w oczy po wyjściu z autobusu na żadnych listach atrakcji nie występuje:

Image

Image

Image

Pierwsze to oczywiście zbieg okoliczności, choć czcionka nawet jakaś znajoma.

Drugie, to blaknące niestety w szybkim tempie dzieło urugwajskkego artysty, który na stałe zamieszkał w Argentynie - Carlosa Páez Vilaró. Bardzo mi się ten mural spodobał. Jest w gdyńskim przedwojennym klimacie. Są o nim nawet jakieś artykuły, np. https://depostalesurbanas.com/mural-mi- ... s-querido/

Trzecie zaś wprawia mnie w lekkie osłupienie. W pierwszej chwili, zanim się doczyta mniejszy druk, można by pomyśleć, że to jakaś aleja gwiazd. Potem jednak - w tym miejscu wybiegam ciut do przodu - odkryję, że to bardzo powszechna praktyka, by w ten sposób czcić pamięć ofiar wypadków komunikacyjnych. Jasne, u nas też się krzyże, czy nawet istne "nagrobki" przy drogach stawia, jednak skala tego zjawiska w Argentynie jest nieporównywalnie większa. Spotykam tu odcinki dróg, gdzie tego rodzaju gwiazda jest co rusz przybita do słupka, czy namalowana na asfalcie.

Wróćmy jednak do Buenos Aires...

Na przeciwko "TVP" jest duży, soczyście zielony park - raj dla zawodowych wyprowadzaczy psów i miejscowego ptactwa, choć i dla uczestników protestów coś tu szykują.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po drugiej stronie ulicy spotykam Evitę Peron i Jana Pawła II, przytłoczonego Biblioteką Narodową (niemal, jak pewnym meteorytem ;) ).

Image

Image

Tuż obok, z wysokiego cokołu na świat spogląda mój imiennik, Bartolomé Mitre, XIX-wieczny prezydent Argentyny. Ma on tu miłe okoliczności przyrody :D .

Image

Image

Image

Jednym z ich elementów jest
Floralis Genérica - popsuty już niestety, ale wciąż atrakcyjny metalowy kwiat, dzieło Ángela Gusmana.

Image

Image

Image

Wpadam jeszcze na kładkę dla pieszych
(Puente peatonal Dr. Alfredo Roque Vítolo) nad szeroką Av. del Libertador i już pędzę przed (bo na jego teren nie wchodzę) cmentarz Recoleta.

Image

Image

Image

Image


Image

Image

Image


Kilkaset metrów dalej odwiedzam El Ateneo Grand Splendid - kiedyś teatr, a dziś wielki "empik".

Image

Image
Image

Czas skierować kroki w drogę powrotną. Mam przed sobą kilka "kilosów" ulicą o wdzięcznej nazwie Riobamba, idąc którą mijam m. in. majestatyczny budynek muzeum wody i instalacji sanitarnych...

Image

Image

... aż docieram w okolice budynku Kongresu Narodowego.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zaczynam powoli dostrzegać symptomy demonstracji. Jej odgłosy są coraz bardziej słyszalne, a w jednej z bocznych ulic napotykam na grupę protestujących, którzy czekają chyba na czas swojego przemarszu.

Image

Image

Image

Gdy jednak docieram do Av. 9 de Julio, przecieram oczy ze zdumienia - wygląda na to, że dla tamtej grupy chyba po prostu zabrakło miejsca.
Cóż to za tłum ludzi! Trudno to zliczyć, ale przepastna kilkupasmowa jezdnia jest wypełniona po brzegi. Na moje oko jest tu co najmniej 100 tyś. ludzi.

Image

Image

Image

Image

Image

Działa to, jak w zegarku. Widać tu lata doświadczeń. Ludzie są odpowiednio wyposażeni sztandary, plakaty, proporce, ale i coś do poleżenia się znajdzie. Do tego uliczny catering, grupy muzyków, no i oczywiście media. Jednego gościa z charakterystycznym mikrofonem mam ochotę kopnąć w tyłek z ukraińskim pozdrowieniem.

Image

Image

Image

Trudno to może uznać za atrakcję turystyczną, ale podejrzewam, że tego rodzaju marsze są tu dość częste, więc mogę uznać, że poczułem ważną część atmosfery Buenos Aires.

Wracam na chwilę do hotelu przemierzając San Telmo.

Image

Image

Image

Image

Na placu Dorrego kilku panów gra właśnie - całkiem przyjemnie - beatlesowskie covery. Później ma być jeszcze tango, ale nie czekam na nie, tylko lecę do położonego bardzo blisko Mercado San Telmo, by naładować akumulatory. Szukając podpowiedzi, znalazłem w sieci lokal o nazwie "Beba Cocina". Zanim tam zasiądę, robię rundkę po tym urokliwym mercado. Jeśli lubicie klimat warszawskiej Hali Gwardii, tu też się Wam spodoba.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W kuchni Beby wita mnie sympatyczny, mówiący nawet co nieco po angielsku kelner, który wręcza mi kartę (specyficzna forma, ale plus za wersję angielskojęzyczną).

Image

Image

Image

Image

Wybieram zupę z dyni oraz wieprzowinę zapiekaną z ziemniakami (coś a la shepherd's pie). Pychota!

Image

Image

Z kieliszkiem wina wychodzi 2600 ARs, czyli ok. 9 USD (w wersji błękitnorynkowej).
Wracam do hotelu, a tu tango show już trwa (co łaska do kapelusza).

Image

Image

Image

Chwila oddechu i po zmroku idę jeszcze sprawdzić stopień rozświetlenia miasta. Ponownie, jestem zaskoczony, bo w niczym nie komponuje się to z moimi wyobrażeniami. Iluminacje, lokale pełne gości, muzyka... Jak tak wygląda upadły kraj, to może bankructwo wcale nie jest takie złe :D .
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W ciągu tych 2 dni przeszedłem prawie 45 km. Trochę bez sensu, skoro doładowałem swoją kartę SUBE na 500 ARS (podczas, gdy 1 przejazd, to ok. 39 ARS). Mam nadzieję, że zdążę to jeszcze wydać.
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
 
 
#22 PostWysłany: 18 Lis 2022 20:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Oj, rutyna potrafi płatać figle, a zbytnia nonszalancja daje pstryczka w nos...

Lot z AEP do Salty mam o 9:35. Karta pokładowa, którą już sobie wydrukowałem podpowiada, by być na lotnisku 3 godziny przed lotem.
No chyba zwariowali! Znaczy, że co, miałbym być o 6:35? Co to, to nie. Przecież śniadanie (mimo, że kiepskie) jest dopiero od 7:00.
Tak sobie zatem kalkuluję, że zejdę już z walizką na tą siódmą, wciągnę coś na szybko, a potem Uberem w mig na lotnisko. Schodzę zatem zgodnie z planem, tylko nie wiedzieć czemu, zamiast już w tym momencie zainteresować się transportem, wypijam kawkę, soczek, coś tam przegryzam, idę do recepcji się wymeldować i dopiero wtedy - a jest już ok. 7:15 - zamawiam, a w zasadzie chcę zamówić Ubera.
O takiego! Zdają się odpowiadać wszyscy kierowcy w pobliżu. Za 1900 ARS, to my się tam turlać nie będziemy. Gdy po kilku minutach dostrzegam, co się święci, przerzucam się na opcję "aeropuerto express" (czy jakoś tak), za coś ok. 2500 ARS. Zamówienie przyjmuje od razu jakaś babka. No, to wszystko gra - myślę sobie.
O naiwności ludzka, ciężkie jest twoje brzemię! Pani, owszem jedzie, ale tak jakby stała. No jasne, przecież to teraz godziny szczytu do centrum! Jest już wpół do ósmej, a ja dalej w hotelu.
Anuluję ten przejazd i pytam w recepcji, za ile mogłaby tu być zwykła taksówka (za ok. 3500 ARS). Pani dzwoni, pyta, okazuje się, że za 10 minut. Kurde, toż to będzie już prawie 8:00 (zakładając, że i ten kierowca nie będzie punktualnie). Szybko kalkuluję i wychodzi mi na to, że w tym czasie, to ja dojdę na przystanek autobusu 33 i nim dojadę na styk (za 39 ARS :D ).
Szybka decyzja i tak czynię. Choć nie do końca, bo co najmniej połowę trasy biegnę (z wielką walizą), wzbudzając niemałe zainteresowanie u miejscowych. Na przystanku jestem chwilę przed 8:00. Autobus przyjeżdża w miarę szybko, a przejazd ma zająć ok. 30 minut., czyli powinienem być na miejscu ok. 20 minut przed rozpoczęciem boardingu. Jadąc autobusem pomstuję to na siebie, to na tłumek wsiadający gęsiego przy stacji Retiro, wymyślając jednocześnie jakieś w miarę rozsądne tłumaczenie, które będę wciskał komuś z obsługi, by mnie puścili bez kolejki - bo zakładam że takowa będzie.
Autobus dociera na lotnisko zgodnie z harmonogramem, wbiegam do terminala krajowego i łapię się za głowę. Ludu tyle, jakby pół Buenos postanowiło akurat dziś gdzieś polecieć. Co gorsze, stanowiska do odprawy nie są na loty, tylko na regiony (północ, centrum, południe), a mój region wygląda na oblegany. Staję w kolejce, wypatruję jakiegoś supervisora, aż w końcu dostrzegam kogoś w stosownej kamizelce. Przechodzi obok, więc nie muszę opuszczać kolejki, zaczepiam go i klaruję, że mam SkyTeam Priority od ITA Airways, ale nie mogłem tego wpisać na stronie Aerolineas Argentinas, bo nie rozpoznało tej linii, ale może ktoś by mógł mnie odprawić poza kolejką? Gościu znika na chwilę, po czym przywołuje mnie do stanowiska z czerwonym SkyTeam Priority (widziałem je wcześniej, ale nikogo tam nie było), gdzie przemiła pani sprawdza mój nr ITA Volare i potwierdza, że owszem, mam status w SkyTeam, więc szybko odbiera mój bagaż (wklepuje również mój nr ITA do rezerwacji na lot powrotny) i życzy udanego lotu, prosząc jednocześnie, bym się sprężył w drodze do bramki.
Ufff... Kamień spada mi z serca. To kolejny raz w mym życiu, gdy szczęście w drastyczny sposób góruje nad rozumem.
Co prawda, kontrola bezpieczeństwa też jeszcze trochę zajmuje, ale jest 8:50, więc na pewno zdążę, nawet jeśli boarding zacznie się punktualnie. A wcale tak się nie dzieje, więc mam jeszcze czas, by przez kilka minut odsapnąć na ławce.

I tak oto, status match, który zrobiłem w ubiegłym roku, kompletnie nie wiedząc, po kiego grzyba go załatwiam, okazał się ostatnią deską ratunku. Bo nie mam wątpliwości, że bez statusu w SkyTeam na mój lot po prostu bym - wyłącznie z własnej winy - nie zdążył (no chyba, że jakimś cudem, zniżając się do jakiegoś lamentu nad swym losem przed obsługą lotniskową).

Image

Image

Niestety, miejsc przy wyjściu awaryjnym nie udało się zaklepać ani w jedną, ani w drugą stronę. Pełny szczęścia, że w ogóle lecę, macham na to ręką. Swoją drogą ten ich 737 Max jest całkiem wygodny. Wolałbym oczywiście taki fotel z przodu...

Image

...ale mój też w porządku, jak na dwugodzinny lot.

Image

Po starcie samolot odbija niestety szybko od miasta, więc z widoków na Buenos (niemal) nici. Delta Parany prezentuje się jednak zjawiskowo, za wyjątkiem brunatności samej wody, która ją opuszcza.

Image

Image

Image

Image

Mój pierwszy lot Aerolineas Argentinas mogę uznać za udany. Poczęstunek ogranicza się co prawda tylko do dwóch (różnych) batoników płatkowo-owocowych i napoju (dostałem kawę i wodę, ale były też uwielbiane przez Argenczyków gazowane, lepkie od cukru napoje znanych marek, które pochłaniają tu hektolitrami), jednak w porównaniu z naszymi krajówkami, to i tak luksusy :D .

Image

Po wylądowaniu ludzie klaszczą, jak na koncercie. U nas już to kompletnie zanikło, a tu chyba tylko ja się powstrzymałem.

Odbieram szybko swój bagaż z czerwoną karteczką i podchodzę do biura Hertza, w którym mam odebrać auto. Oczywiście, jak to często bywa, po chwilowym maglowaniu dokupuję jakieś tam ubezpieczenie, ale że wychodzi to ok. 5 USD dziennie, ulegam. Pakuję bagaż do swojego Fiata Cronos (całkiem sprawne ustrojstwo na tutejsze warunki drogowe), podjeżdżam jeszcze na chwilkę do supermarketu w centrum handlowym Libertad po drobne sprawunki (zwłaszcza owoce, bo ich się tutaj raczej nie spodziewam) i w rytm latynoskiego Hotel California ruszam do Purmamarca.

Image



Przede mną ok. 3 godzin jazdy.

CDN...
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
 
 
#23 PostWysłany: 19 Lis 2022 20:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Do Purmamarca można dojechać z lotniska dwoma drogami: krótszą, ale zajmującą więcej czasu 9-tką, albo dłuższą, lecz znacznie szybszą trasą obejmującą drogi nr 34, 66 i potem 9. Mapa pokazuje, że ta druga opcja jest płatna, ale nic z tych rzeczy - przynajmniej wg stanu na listopad 2022. Z resztą, nawet gdyby była płatna, i tak bym z niej nie zrezygnował, bo chcę być na miejscu jak najszybciej i udać się jeszcze dziś do Salinas Grandes.

Image

Stan dróg rodzi mieszane uczucia. Najpierw muszę przejechać kawałek przez Saltę - być może to wina kiepskich wyborów Google maps, ale droga jest fatalna (dużo dziur, brak linii na asfalcie, dość chaotyczne zachowania kierowców. Oczy krążą mi dookoła głowy, żeby podróży nie zacząć od jakiegoś dzwonu. Potem jednak wjeżdżam na dwupasmówkę o nawierzchni od znośnej do całkiem przyzwoitej. Ruch na niej jest znikomy, więc mogę się zrelaksować (choć widoki za oknem raczej monotonne i nieciekawe z powodu gęstego od upału powietrza nie pozwalającego na oglądanie gór majaczących gdzieś tam). Niestety, po pewnym czasie Argentyna chce mi pokazać swą inwestycyjną twarz i wjeżdżam na sekcję remontowaną (może dlatego nie ma opłaty?). Dobrze, że ruch nadal nie jest duży, więc mimo robót drogowych (a raczej mimo różnych barierek i miejscowych "desvio", bo samych robót zbyt wielu tu nie obserwuję), jazda nadal idzie sprawnie. Spora zmiana następuje po wjeździe do regionu Jujuy. Nie wiem na ile to kwestia inwestycji centralnych, a na ile samorządowych, ale można się tu poczuć, jak w innym kraju. Gładka, wzorowo oznakowana dwupasmowa droga wiedzie mnie do San Salvador de Jujuy, a potem jeszcze dalej i dopiero jakiś czas za stolicą regionu zmienia się w jednopasmówkę (nadal jednak w bardzo dobrej kondycji technicznej).

W okolicy San Salvador de Jujuy dostrzegam miejsce opisane, jako Parque Industrial Snopek, co wzbudza moje oczywiste zainteresowanie. Później, w wolnej chwili robię drobny rekonesans w internecie i dowiaduję się, że to nie jakieś tam hop siup, tylko jeden z wielu symboli potęgi rodziny Snopek. To jest istny klan polityczno-gospodarczy funkcjonujący już od lat 60-tych XX w., a wywodzący się od Guillermo Snopka Seniora, który był tutejszym gubernatorem (https://es.m.wikipedia.org/wiki/Guillermo_Snopek_(padre) ). Jego różni potomkowie również poszli w politykę (łączoną z biznesem), choć ostatnio familią wstrząsnęła tragedia, gdy dwie panie Snopek zginęły w wypadku gdzieś w pobliżu Iguazu (https://www.perfil.com/noticias/amp/act ... 1996.phtml).
Mimo starań, nie znalazłem nic o ich polskich korzeniach, ale czyż z takim nazwiskiem mogą mieć inne?

Wraz ze zbliżaniem się do gór oraz wzrostem wysokości n.p.m., temperatura spada z 35 st. w Salcie do przyjemnych 25 st. w Purmamarca, do której docieram zgodnie z przewidywaniem, czyli ok. 15:30. To dobrze, bo na forum tripadvisora ludzie podpowiadali, by do Salinas Grandes jechać po 16:00. Czy to dobra rada? Się okaże...

Na razie melduję się w El Refugio de Coquena, niewielkim kompleksie kilku 1-piętrowych budyneczków mieszczących po dwa pokoje każdy, zlokalizowanym kilkaset metrów od centrum wioski. Obiekt prezentuje się bardzo przyjemnie, podobnie, jak mój pokój na piętrze jednego z budynków.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wziąłem to przez Expedię za ok. 75 USD za noc ze śniadaniem. Gdy to rezerwowałem, wydawało mi się to całkiem atrakcyjną ceną, choć gdybym wtedy znał realia rozliczania się w Argentynie, na pewno nie wybrałbym opcji płatności przy rezerwacji (dzięki temu mogłem wykorzystać kupon na 25 USD), tylko zdecydowałbym się na płatność gotówką na miejscu. Wyszłoby wówczas pewnie z 40% mniej. Na szczęście, w kolejnych dwóch miejscach płatności mam już gotówkowe, ale o tym we właściwym czasie ;) . Póki co, wsiadam w auto i drogą nr 52 jadę w kierunku Chile.

Image
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
 
 
#24 PostWysłany: 20 Lis 2022 01:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
O ile udało się uciec od skwaru i duchoty, które powitały mnie po przylocie do Salty, przejrzystość powietrza jest nadal nieco ograniczona. Chodzi nie tylko o chmury, które sięgają nawet nad Salinas Grandes (a myślałem, że tu zawsze jest błękitne niebo), ale również o swego rodzaju mgiełkę, spowodowaną pewnie wilgocią z doliny, która dotarła i tu. Widoki nie są w związku z tym takie, jakich bym się spodziewał. Mimo to trasa jest piękna, a serpentyna prowadzącą do wysokości 4170 m.n.p.m. wprost zachwyca! Mam tu wreszcie napis obiecany @abelincoln (wcale nie ostatni ;) ).

Image

Image

Image

Pomimo trudnych warunków klimatycznych i geologicznych, droga jest świetnie utrzymana. Wynika to zapewne z potrzeb, bo to ważny szlak transportowy łączący Argentynę z Chile. Codziennie pokonują go dziesiątki wielkich ciężarówek, np. wypełnionych po brzegi samochodami osobowymi (dziś widziałem takich kilkanaście jadących od strony Chile). Na szczęście, nawet na serpentynie są odcinku, na których można te ciężarówki bezpiecznie wyprzedzić.

Po dojechaniu do salin czuję niedosyt. Owszem, nie liczyłem może na takie cuda, jak w niedawnej relacji @hiszpan z Boliwii, ale jednak oczekiwałem czegoś bardziej spektakularnego. Tymczasem - być może to efekt częściowego zachmurzenia - po obu stronach szosy jest raczej szaro-buro.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przy dwóch "centras de visitantes" można opłacić myto za wejście lub wjazd z przewodnikiem na teren rozciągający się po lewej stronie (patrząc w stronę Chile), ale nie sprawdzam nawet, ile ono wynosi, bo nie widzę szczególnego sensu w zagłębianiu się w tą okolicę.

Odjeżdżam kawałek, zawracam w stronę Purmamarca i widzę, że na poboczu, przy otwartej bramie (choć z informacją o zakazie wstępu) stoi osobówka na brazylijskich tablicach, której obsada weszła dość głęboko w teren "kopalni" i wali zdjęcia na instagrama. Nie chcę może być aż tak obcesowy, jak tamci, ale słońce akurat trochę wyszło, więc zatrzymuję się obok i wkraczam kilka metrów w głąb, by zrobić jakieś szybkie fotki. Szału nie ma, ale niech są na pamiątkę.

Image

Image

Image

Wracam do Purmamarca, karmiąc oczy widokami po drodze. Choćbym nie wiem, jak się starał, zdjęcia nie są w stanie oddać walorów tego rejonu. Góry mają tyle różnych barw, form i "konsystencji", że tylko oglądanie ich na żywo pozwala to w pełni docenić. A że jutro ma być już zupełnie słonecznie, zaczyna mi świtać - tradycyjnie już w moim wypadku - pomysł, by powrócić tu i mieć pełen obraz. To raptem 50 minut jazdy z Purmamarci.

Image

Robię jeszcze mały rekonesans po wiosce, która sprawia bardzo przyjemne wrażenie. Owszem, na "rynku" jest jeden wielki jarmark, ale przynajmniej sprzedają tu wyroby lokalne, a nie importowane z Bangladeszu (tak mi się przynajmniej zdaje). Jest też duży wybór lokali, choć większość otwiera się dopiero o 20:00. Dla Argentyńczyków zjeść wcześniej, to chyba ujma na honorze :D .

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Zanim będę mógł coś zjeść wchodzę na punkt widokowy (wstęp 50 ARS), z którego jest najlepszy chyba widok a Cerro de los Siete Colores.

Image

Image

Image

O tej porze kolory są już nieco wyblakłe, ale w sumie nie jest to wielka strata. W rzeczywistości, wzgórze w Purmamarca, mimo, że słynne, jest maleństwem w porównaniu z tym, co się widzi w tym regionie na każdym niemal kroku. Wystarczy wejść na Google maps, włączyć widok satelitarny i przelecieć sobie po okolicy, by zorientować się, że takich wielokolorowych wzgórz, gór, czy całych masywów jest tu co nie miarą. Z resztą, przekonam się o tym już jutro.

Na razie, czas wreszcie coś zjeść. Decyduję się na pizzerię "Ci Vediamo" prowadzoną przez wytatuowanego (raczej przyjezdnego) hipstera, który zna się na rzeczy :)
Pizza jest naprawdę smaczna. Wybieram opcję "personal" (mniejsza, czterokawałkowa, ale wciąż spora). Razem z piwem uiszczam za nią coś ok. 1200 ARS, czyli z grubsza 4 USD :)

Image

Image

Pierwszy dzień w Purmamarce dobiega końca...
Góra
 Relacje PM off
17 ludzi lubi ten post.
 
 
#25 PostWysłany: 20 Lis 2022 23:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Śniadanie w "El Refugio De Coquena" jest o dziwo bufetowe. Co prawda wybór jest mocno ograniczony, ale coś da się z tego skleić.

Image

Image

Jest pieczywo tostowe, ser, szynka, dżem, sok pomarańczowy, kawa, no i oczywiście słodkie rzeczy, których proporcjonalnie do innych produktów jest zdecydowanie za dużo. Oczekiwania miałem jednak bardzo okrojone, więc nie czuję zawodu.

Image

Image

Już z sali sniadaniowej widać, że pogoda zrobiła się zupełnie bezchmurna, więc klecę sobie w głowie taki plan na dziś:

1) poranny spacer szlakiem "Paseo de los Colorados", wśród wzgórz na tyłach Purmamarca,

2) ponowna jazda do Salinas Grandes,

3) przejazd do Humahuaca i Serranias del Hornocal.

Jedynka idzie bardzo sprawnie. Ścieżka zaczyna się blisko cmentarza i prowadzi potem tyłami "Wzgórza Siedmiu Kolorów", a następnie powraca do wsi. Wrażenia wizualne są pierwszorzędne.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dwójka też przebiega jak po maśle, tym bardziej, że trasę już dobrze znam. Potwierdzają się moje przypuszczenia - przy bezchmurnym, błękitnym niebie okolica prezentuje się jeszcze wspanialej. Do tego, spotykam wreszcie lamy, przed którymi już tyle razy ostrzegały mnie znaki drogowe.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Teraz muszę pojechać z powrotem w stronę Purmamarca, minąć tą miejscowość i dojechać do tutejszej głównej szosy (nr 9), którą dojadę do Humahuaca, a dalej do punktu widokowego na Serranías del Hornocal.

Przejazd drogą nr 9 między Purmamarca, a Tilcara, aż do Uquia, przynosi przepiękne i bardzo różnorodne górskie widoki, prezentujące się odmiennie, w zależności od pory dnia. Tutejsze pejzaże są wyjątkowej urody. Droga wytyczona jest w szerokiej dolinie rzeki, wzdłuż której, po obu stronach wyrastają góry o przeróżnych formach. Strasznie żałuję, że prowadząc auto nie mogę się rozglądać zupełnie swobodnie. Dobrym miejscem na zatrzymanie się i podziwianie otoczenia jest Mirador El Monolito, na Google maps zwany "paleta del Pintor":

https://maps.app.goo.gl/aycVNZWhdUFpz6qG8

Image

Image

Image

Image

Gdy wracam późnym popołudniem kolory skał są jeszcze intensywniejsze, ale nie mam już wtedy energii na kolejną sesję zdjęciową.

Na marginesie, natykam się tu na kolejny dowód zamiłowania ludzi z Am. Płd. do wschodnioeuropejskich imion.

Image

Podobny zestaw widziałem też w Purmamarca (a może to ta sama Ludmiła?).

Image

Droga do Humahuaca jest bardzo dobra. Czuć tu cały czas dobrą rękę - za przeproszeniem - jujuyskich władz. Potem jednak zaczyna się coś, z czym będę niestety wiązał dużą część wspomnień z Argentyny: droga żwirowa. To, co występuje u nas, jako podrzędny wobec podrzędnego odcinek drogi, tutaj funkcjonuje, jako normalna trasa komunikacyjna, posiadająca swój własny numer, tablice i znaki drogowe. Najbardziej znaną reprezentantką tej kategorii jest Ruta 40 (choć nie cała), Ale do niej jeszcze wrócimy (niestety).
W tym wypadku jadę trasą oznaczoną numerem 73.
Do Mirador a La Cercanía de los 14 Colores del Hornocal jest raptem 25 km, ale jest to męczarnia i przejazd 25 km zajmuje mi 50 minut, a z powrotem już "tylko" 45. Jadąc po ciągłej "tarce" mam wrażenie, że mój Fiat się zaraz rozpadnie, więc nie osiągam nigdy więcej, niż 35-40 km/h (a i to tylko na krótkich odcinkach). Oczywiście, miejscowi mnie wyprzedzają, ale są to najczęściej samochody 4x4. Robią to przy tym bardzo elegancko - żeby uniknąć uszkodzenia jakimś kamieniem odjeżdżają ode mnie maksymalnie w lewo, a potem na właściwy pas wracają kilkadziesiąt metrów przede mną. Z czasem, gdy się już zorientowałem, że ten fiacik nie jedno już przeszedł (i ciągle się kula), przestałem się aż tak bardzo przejmować jego stanem. Auta na rynek argentyński są najwyraźniej produkowane w jakiś inny, bardziej pancerny sposób (przynajmniej w zakresie zawieszenia).

Image

I tu nie brakuje serpentyn, co widać poniżej (mało czytelna tablica informuje o wysokości 4200 m.n.p.m.)

Image

Image

Docieram nareszcie do wjazdu na teren punktu widokowego (wstęp kosztuje 100 ARS od osoby).

Image

Stawiam auto na parkingu i wychodzę z rozdziawioną gębą, bo widok jest oszałamiający. Teraz już pojmuję błąd pierwotny mojego wcześniejszego sceptycyzmu (a był taki przed wyjazdem).
Gdy oglądałem zdjęcia stąd, myślałem sobie, czy to sens w ogóle tu jechać? OK, ładne widoczki, ale żeby coś nadzwyczajnego, to nie powiem...
Teraz, będąc tu jednak na miejscu, widzę i czuję tą przestrzeń, kolory i dujący wicher, a to sprawia, że odczuwam swego rodzaju błogostan. Żadne widziane przeze mnie zdjęcia nie oddawały tego wrażenia.
Schodzę kilkadziesiąt metrów dość stromą ścieżką w dół i tam z czterema innymi osobami siadam sobie w ciszy (tu już nie wieje) na kawałku skały, by cieszyć zmysły tą scenerią.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Muszę przyznać, że te prawie cztery i pół tysiąca metrów wysokości jakoś tam jednak na mnie działa. Wracając pod górę do parkingu muszę się z 2-3 razy zatrzymać i odsapnąć, a czynię to tym bardziej, że pamiętam o wyłączeniach zastosowanych we wszystkich moich polisach ubezpieczeniowych, w których przebywanie na wysokości powyżej 3500 m.n.p.m. nie podlega ochronie (bo to już niby rodzaj sportu ekstremalnego).

Image

Image

Image

Na myśl o ponownej trzęsawce na szutrowej tarce zwanej dla niepoznaki drogą nr 73 nieco mnie wzdryga, ale nie mam wyboru. Inaczej do hotelu nie wrócę. Wsiadam zatem do wozu i wio!
Gdy po 45 minutach w Humahuaca wjeżdżam z powrotem na asfalt, czuję ulgę. Z dzisiejszej perspektywy (czyli już po powrocie do Buenos), gdy wiem, jakie jeszcze jazdy czekają mnie w regionach Jujuy i Salta, ta ulga okazuje się naiwna. Do tego tematu jeszcze wrócimy ;)

Image

Jeśli tu kiedyś będziecie, ciekawym miejscem do odwiedzenia wydaje się być również Quebrada de las Señoritas

https://maps.app.goo.gl/WLAEKwuVB1ckD2A57

Ja sam się tam nie wybrałem, ale z opisów i zdjęć wynika, że chyba warto zboczyć tam w drodze powrotnej z Humahuaca.

Zwieńczeniem dnia jest posiłek w lokalu o nazwie Pedro Pan, w którym zamawiam świetne canelloni (1450 ARS + kieliszek wina za 450 ARS).
Image

Image

Image

Image

Jutro przenoszę się na jedną noc do Salty.
Góra
 Relacje PM off
14 ludzi lubi ten post.
Gadekk uważa post za pomocny.
 
 
#26 PostWysłany: 21 Lis 2022 17:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Po dwóch noclegach w Purmamarca, czas ruszyć w inne miejsce. Celem jest Cafayate, ale odległości są znaczne, więc po drodze zatrzymam się na jedną noc w lokalnej metropolii, czyli mieście Salta.

Rano wita mnie słońce, wiatr, ptaki śpiewające, jak oszalałe i jedynie zasyfiony nieco basenik mojego El Refugio psuje sielankowy obraz. Po śniadaniu oddaję klucz małomównemu panu "menadżerowi", wsiadam na mojego rączego Cronosa i ruszam w drogę.

Image

Image

Ruch w kierunku Salty jest dużo mniejszy, niż gdy obserwowałem to jadąc w przeciwnym kierunku. Google maps pokazuje, że czas przejazdu do hotelu w Salcie wyniesie dwie i pół godziny, a tu niespodzianka - na miejsce docieram o 30 min. szybciej.

A nocleg mam w Sheraton Salta. Muszę powiedzieć, że to jedne z lepiej wykorzystanych punktów w mojej niezbyt bogatej bonvoyowej karierze. Śpię tu dwa razy - teraz i jeszcze za kilka dni, przed lotem powrotnym do Buenos Aires. Za pierwszy pobyt muszę wysupłać 14 tys., a za drugi 12,5 tys. punktów. Gdybym miał zapłacić tradycyjnie, musiałbym za każdy z tych pobytów uiścić po ok. 45-50.000 ARS, czyli ok. 150 USD (po kursie blue), ga nawet ok. 300 USD (po kursie oficjalnym). Jeszcze korzystniej prezentuje się to w wysoko ocenianym Sheratonie w San Miguel de Tucuman, ale nocowanie tam było mi kompletnie nie po drodze.

Google maps robi mi psikusa i zamiast do drzwi wejściowych, prowadzi mnie gdzieś nda tyły hotelu. Jeśli chcecie uniknąć takiej samej sytuacji, wybierzcie na mapie mapie to miejsce:

https://maps.app.goo.gl/mADozQAWEKR8DgCbA

Image

Nie dość, że traficie wprost na podjazd do hotelu, to wzdluz wzdłuż tej uliczki znajdziecie zacienione miejsce dla swego auta.

W recepcji dostaję informację, że pokój będzie gotowy za ok. 20 minut, więc robię króciutki spacerek na skwer przy hotelu. Jego centralnym punktem jest pomnik miejscowego bohatera - generała Martina Miguela de Guemes, który z dumą spogląda na miasto.

Image

Image

Image

Po otrzymaniu karty do pokoju jadę na swoje 3. piętro. Idę zgodnie ze wskazówkami, by dojść do pokoju nr 331, ale korytarz kończy się pokojem nr 330. Dalej są tylko jakieś czarne, szerokie drzwi, jakby ewakuacyjne.

Image

Cofam się zatem kilka kroków, ale coś mi podpowiada, by zerknąć jeszcze raz na te ostatnie drzwi, no bo przecież było jak byk napisane, że ten 331 na być też właśnie tutaj. No to patrzę i dopiero teraz dostrzegam ten napis :D

Image

O ho! Coś czuję, że będzie miło :)
O ile do pokoju w Anselmo w Buenos Aires mógłbym przygarnąć zastęp zuchów, tu pomieściłaby się cały ich hufiec. Dwa ogromne pokoje + 2 korytarze i łazienka... Chyba będę tu jogging uprawiać :D

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Żeby nie było tak och, ach, to wytknę pewne mankamenty. Po pierwsze, zamiast ekspresu Nescafe, czy innego kapsułkowego działającego ciśnieniowo, jest tutaj odmiana Dolce Gusto, a to - jak dla mnie - klasa niżej. No i po drugie, będąc już na basenie dostrzegam, że w przeciwieństwie do krańcowych pokoi na piętrach od czwartego wzwyż, moja komnata nie ma tarasu. Foch!

Po kilku kwadransach na basenie (bo upał tu dość mocny), schodzę w dół do miasta.

Image

Po 10 minutach spacerku docieram do części historycznej. Muszę przyznać, że jest tu bardzo sympatycznie. Robię rundkę, zahaczam o lokalnego arbolito (wymiana-pieniedzy-w-argentynie,746,33904&start=120#p1568532) i wracam na "tea time" (od 17:00 do 19:00).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Z ciekawostek, znajduję tu dość odmienionego JPII, hotel o bardzo egzotycznej (jak na ten rejon) nazwie i kolekcję sztuki ulicznej.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dlaczego "tea time"? Cóż, salonik mają niestety zamknięty, ale to co w nim oferowano jest dostępne obecnie w lobby. Dla osób ze statusem bezpłatnie, dla innych za (o ile dobrze usłyszałem) coś ok. 3200 pesos (nie warte tej ceny). Prezentuje się to następująco:

Image

Image

Posiadając status Platinum lub wyższy, wino i inne napoje alkoholowe są gratis. Wystarczy podać nr pokoju.

Zrobiło się już ciemno, więc idę jeszcze zobaczyć, jak też Salta prezentuje się po zmroku. Ponownie, wrażenia są jak najbardziej pozytywne, choć może nie aż aż takie, bym chciał tu zostawać na dłużej.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Generalnie, centrum miasta jest bardzo zadbane, a liczba mundurowych sprawia, że nawet gdybym chodził tam obwieszony precjozami, to nie sądzę, by ktoś pokusił się o sięgnięcie po nie. Nie jestem przy tym wcale przekonany, czy to wynik realnej potrzeby (czyli istniejącej wcześniej przestępczości pospolitej), czy raczej rodzaj wspomagania społeczności lokalnej poprzez jej zatrudnianie w sektorze publicznym. Tak, czy inaczej, czuję się tu bardzo bezpiecznie.

Wracam do hotelu, by przygotować się do w miarę wczesnej jazdy do Cafayate*. Saltę odwiedzę wkrótce jeszcze raz, więc będzie ponownie okazja do przyjrzenia się życiu tutaj.

*EDIT: tfu! Do jakiego Cafayate? Jutro jadę przecież do Cachi :D


Ostatnio edytowany przez tropikey, 21 Lis 2022 21:50, edytowano w sumie 1 raz
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
#27 PostWysłany: 21 Lis 2022 18:26 

Rejestracja: 31 Sty 2014
Posty: 2896
srebrny
W kwestii formalnej to Dolce Gusto jest ciśnieniowy (15 bar) . Z tanich i popularnych kapsułkowców tylko Tassimo Bosha oszukuje na ciśnieniu (3 bar).
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#28 PostWysłany: 22 Lis 2022 22:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Kurczę, @abelincoln już skończył, a ja daleko w polu...

Śniadanie w saltańskim Sheratonie jest nareszcie jakoś urozmaicone warzywami, choć i tak nie jest to jeszcze jakaś pierwsza liga. Byłoby to jednak nieuprzejme z mojej strony, gdybym marudził i narzekał. 

Image

Image

Image

Jedna rzecz jest tutaj (ogólnie w Argentynie) dla mnie wciąż zagadką - słyną z krów, a ser mają kiepski. Nie wiem, może po prostu dają jakiś najtańszy, a na coś smakowitego trzeba sobie zasłużyć? 

Po posiłku pakuję się do fiacika i trasą prowadzącą przez park narodowy Los Cardones jadę na kolejne 2 dni do mojej nowej bazy, czyli do Cachi. Jest dziś dość pochmurno, ale kto wie, może później i wyżej się rozpogodzi, jak to często tutaj bywa. 

Wyjazd z Salty, to mało atrakcyjne tereny komercyjne, a potem rolnicze. Im dalej od miasta, tym bardziej sielsko się robi. Jest dużo koni, zielone pola, na których część prac wykonywanych jest ręcznie, są nawet kwitnące słoneczniki. 

Zbliżam się jednak do gór i otoczenie mocno się zmienia. Dobrze utrzymana droga zaczyna się wić w wąskiej, zielonej dolinie, której porośnięte bujnym gąszczem ściany wznoszą się coraz wyżej. Z czasem roślinność robi się coraz mniej bogata i zielona, a krajobraz surowieje. 

Image

Image

Image

Image

Image

Niestety, idzie to w parze z jakością drogi. Niedaleko za mostem Puente Chorro Blanco asfalt znika i wjeżdżam znowu na mój "ulubiony" żwir :(
Muszę po nim jechać przez ok. 45 km, co (razem z postojami na jakieś fotki) zajmuje mi ok. półtorej godziny. Normalna droga rozpoczyna się ponownie w okolicy punktu widokowego Cuesta del Obispo. Pal jednak licho ten żwir. Widoki są znowu piękne! 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przy Piedra de Molino kończą się serpentyny, a niebo po tej stronie staje się ponownie lazurowe. Rozpoczyna się Parque Nacional los Cardones. Zaczynam łagodny zjazd do rozległego płaskowyżu, a krajobraz znowu zmienia oblicze. 
Na trasie przejazdu przez park jest wyznaczonych kilka punktów widokowych. Najpierw z panoramą całego terenu i kolorowego grzbietu górskiego ciągnącego się wzdłuż drogi prowadzącej przez park) Mirador Ojo del Condor), potem przy "pilnujących" parku kaktusacg, a potem jeszcze w miejscu, którym prowadził kiedyś stary trakt. 

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Potem droga prowadzi do Payogasta, a tam wjeżdżam na słynną Ruta 40 (https://es.m.wikipedia.org/wiki/Ruta_Na ... (Argentina) ), która akurat na tym odcinku (aż do Cachi) jest asfaltowa. Jadąc przed siebie podziwiam górujący nad okolicą, ośnieżony szczyt Cumbre Libertadorde Cachi (6380 m.n.p.m.).

Image

Image

Image

Image

Gdy docieram do Cachi omijam jego centrum (znaczy, plac i otaczających go kilka ulic na krzyż), bo nocleg mam kilka kilometrów za wsią. Z opisów i zdjęć wiem, że główną zaletą Cabaña Abra del Monte (bo tak zwie się owo miejsce) jest widok, ale rzeczywistość znowu przewyższa oczekiwania. To jeden z tych przypadków, gdy sformułowanie "widok za milion dolarów" jest jak najbardziej zasłużone. 

Image

Image

Image

Image

Image

Domek ten zarezerwowałem przez Booking, za 81 USD za 2 noce. No i tu objawia się piękno płacenia w pesos uzyskanych na skutek transakcji dokonywanych z arbolitos. 

Kwota podana przez Booking wynika z oficjalnego kursu peso. W ARS właściciel pobiera ode mnie jednak 12.500, a to wg kursu blue tylko ok. 45 USD. Taka właśnie jest przepaść między tutejszymi kosztami, jeśli pokrywamy je kartą, albo gotówką wymienioną wg oficjalnego kursu, a kosztami wg kursu blue. 

Jeszcze a propos właściciela, to serdecznie go polecam i proponuję rezerwować u niego bezpośrednio. Nie wiem, czy da lepszą cenę, ale jest ona i tak bardzo niska, a za swoje podejście do klienta zasługuje na to, by nie płacić haraczu Bookingowi. 

Oto jego dane WhatsApp:

Marcos Fernandez, 

+5493875506642. 

Po rozgoszczeniu się w cabanie zjeżdżam do Cachi (jakieś 6-7 minut jazdy, niestety, gruntową drogą). Wieś jest spokojna, czysta, zadbana. Niestety, niemal wszystko jest o tej porze pozamykane, a chciałbym kupić jakieś produkty na dwa śniadania, a i jakiś obiad teraz by się przydał. Okazuje się, że muszę poczekać aż do ok. 20:00 :(
W oczekiwaniu na ten czas odwiedzam nawet miejscowy cmentarz, z którego roztacza się ładny widok na Cachi.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Najpierw poluję na wysoko oceniany lokal Mi Favorita, ale jego brama jest ciągle zamknięta (w końcu domyślam się, że w poniedziałek w ogóle nie pracują). Ostatecznie trafiam do Don Rogelio, gdzie u (ponownie) hipsterskiego właściciela zamawiam dużą pizzę, której nazwy nie pomnę (jak zostanie, odgrzeję jutro na patelni) za coś ok. 1800 ARS. Nie mam już ochoty spędzać tu więcej czasu, więc biorę ją w całości na wynos. 

Image

Image

Image

Image

Jeszcze zanim złożyłem zamówienie, zamieniam kilka zdań że Szwajcarem, który własną terenówką przetransportowaną do Montevideo jedzie z Ameryki Południowej aż do USA. Później spotykam na trasie jeszcze dwa podobne przypadki, tyle że z Niemiec i z bardziej wypasionymi pojazdami.

Image

Na koniec dnia czeka mnie spore rozczarowanie.
Domek Marcosa wynająłem z nadzieją na możliwość obserwowania pięknego nocnego nieba. Widok po zmroku jest co prawda wspaniały, z ogromną ilością gwiazd, ale to jednak nie to, na co liczyłem. W sumie, nie widzę (choć może to kwestia pogarszającego się wzroku) różnicy z tym, co widziałem np. w pewnej odosobnionej winiarni na wschód od portugalskiego Porto.
Przyczyną braku pełnej satysfakcji jest prawdopodobnie rozwój cywilizacji. Obszar znajdujący się vis a vis domku, mimo że oddalony o ładny kilometr lub dwa, został wyposażony w latarnie uliczne, które "zaśmiecają" niestety widok.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#29 PostWysłany: 23 Lis 2022 16:18 

Rejestracja: 29 Maj 2011
Posty: 259
Loty: 178
Kilometry: 329 695
niebieski
Ta Cabana jest niesamowita, dzieki za namiary, bo w te rejony na pewno jeszcze wroce
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#30 PostWysłany: 23 Lis 2022 16:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Wczoraj udało mi się kupić w jednym z kilku niewielkich sklepów spożywczych trochę żółtego sera, jakieś pieczywo i pomidory. W sam raz na dwa śniadania.
Kawę biorę sobie z szafki ustawionej w kuchni, na której półkach Marcos ustawił różne podstawowe produkty spożywcze. Na blacie leży skoroszyt z cenami tych produktów i kajecik, w którym można zapisać swoje ewentualne "zużycie". Kupić na tej zasadzie można też wino, czy jakieś wyroby z lodówki. Moja kawa w saszetce to akurat 50 pesos.

Image

Image

Image

Po śniadaniu robię krótki "trekking". Podjeżdżam autem na drugą stronę mojego widoku z okna, parkuję tu:

https://maps.app.goo.gl/ZC3yGA6vyE1Pgz6f9

i zaczynającą się wprost przy aucie ścieżką wchodzę na niewielki szczyt zwieńczony białym krzyżem. Można stąd popatrzeć między innymi na wybudowane przez pewnego Szwajcara "lądowisko dla kosmitów", o którego historii można poczytać np. tu:

https://www.lanacion.com.ar/revista-lug ... d09062021/

"Lądowisko" jest na ostatnim zdjęciu, choć trzeba się go ciut naszukać :)

Image

Image

Image

Niektórzy próbują na wywołanym przez Szwajcara temacie zrobić biznes.

Image

Wracając przez Cachi dokumentuję stan tutejszej motoryzacji (a bywają jeszcze ciekawsze egzemplarze), a jednocześnie godny pochwały ekwipunek lokalnej policji.

Image

Image

Image

Widzę również, że się jakaś fiesta szykuje, ale okazuje się, że niestety dopiero następnego wieczora, gdy już mnie tu nie będzie.

Image

Wczoraj, poszukując zajęcia na dziś, odrzuciłem jazdę do Puente Del Diablo

https://maps.app.goo.gl/KM2ACegZfpt89HiY7

gdyż doszedłem do wniosku, że poziom wody może być zbyt niski, by wyprawa tam mogła być warta trudu. Zamiast tego - dość nieoczekiwanie, bo nie rozważałem takich atrakcji akurat w Cachi - zarezerwowałem wizytę w Bodega Puna. Cóż to był za trafny wybór!

Image

Za 4500 ARS (ok. 75 zł) zjadam tam 4-daniowy obiad (do każdego dania inna lampka miejscowego wina) oraz zwiedzam winnicę (choć to można zrobić również za darmo). Jedzenie jest tak dobre, że z ręką na sercu mogę to zarekomendować każdemu, kto będzie przebywał w okolicy. Trzeba tylko pamiętać, by zarezerwować termin wizyty przez whatsapp (+54 9 387 568-5737, https://www.bodegapuna.com.ar/).

Obiad mam zamówiony na 14:30. W moim wypadku (bo można wybierać) prezentuje się to tak:

Image

przystawki (m.in. fasola i bakłażan)

Image

Image

sałata z quinoa, awokado i suszonymi pomidorami

Image

tarta z bakłażanem i innymi warzywami

Image

wołowina w Malbecu

Image

mus z mrożonego Malbecu i Torrentes

Image

Image

Image

Image

a towarzyszą tym daniom po kolei wina Torrentes, Sauvignon Blanc, Malbec Azul i Malbec Reserva. Wszystkie pyszne!

Ok. 16:00 rozpoczyna się obchód po bodedze. Traf chce, że grupę konsumująco-zwiedzających tworzą dziś prawie sami Europejczycy - czwórka z Niderlandów, para z Niemiec i ja, a na dodatek para z Argentyny, ale mówiąca po angielsku, więc prowadzący ma ułatwienie.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po wizycie w Bodega Puna nie ma już dość czasu, by gdzieś jechać, więc zostaję w mojej cabanie i chłonę widoki. A że została mi jeszcze prawie połowa wczorajszej pizzy, którą żal byłoby zmarnować, już po zmierzchu konsumuję ją jeszcze, choć ostatnie kęsy przypominają nieco pythonowską pastylkę miętową.

Image
Góra
 Relacje PM off
8 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#31 PostWysłany: 25 Lis 2022 00:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Umawiam się z Marcosem na wymeldowanie ok. 9:00. Przychodzi kwadrans wcześniej, ale to dobrze, bo jestem już oporządzony i gotowy, by ruszyć do Cafayate.
Z półeczek biorę miód wytwarzany w pasiece rodziny Marcosa, bo to nie jest zwykła rzecz taki pszczeli wyrób z wysokości ok. 2500 m.n.p.m. Zgarniam mały słoiczek za 600 ARS, a Marcos - mimo mojego oporu - dorzuca mi do tego gratisowo jeszcze dwa razy większy. Cóż to za miły gościu :)
Zaczynam mieć obawy, gdzie się pomieszczę z różnymi dobrami, bo wczoraj w Bodega Puna kupiłem jeszcze wino Torrentes, a przecież do końca pobytu może się coś jeszcze pojawić.

Mam dziś do przejechania 160 km. Niby nie za wiele, ale w tej części Argentyny ma to zająć wg nawigacji trzy i pół godziny (!). Niestety, w rzeczywistości wychodzi nawet nieco więcej, bo po drodze odwiedzam jeszcze Molinos, a potem zatrzymuję się w okolicach Angastaco. Przede wszystkim jednak powodem mojego czasochłonnego przejazdu jest to, że aż do okolic San Carlos (czyli przez ok. 130 km) jadę znowu moim "ulubionym" szutrem. Choć nie tylko. Raz mam na trasie nawet most z drewnianymi, dość luźnymi klepkami.

Image

Mało tego, na sporym odcinku prowadzona jest - tak przynajmniej twierdzi tablica informacyjna - inwestycja w zakresie utwardzenia Ruta 40 i jest z tego powodu wielokilometrowy objazd.

Image

Wyobraźcie sobie tylko... Już sama Ruta 40 jest jak jedna wielka droga zastępcza, a ja tłukę się jej objazdem. Nie muszę pewnie tłumaczyć, jaki jest jego standard :(
Opuszczam go zaraz przed Molinos, do którego trzeba odrobinę zboczyć z głównej drogi. Jest to maleńka, ale bardzo zadbana mieścina, której punktem centralnym jest - jak zwykle w tym rejonie - czworoboczny park z obowiązkowym popiersiem generała de Güemesa. Wzdłuż otaczającego park chodnika stoją nie lada bryki. Ta druga - wbrew moim podejrzeniom - to nie wyrób FSO, tylko argentyński Fiat 125 Multicarga (co wyjaśnia mi znajomy spec motoryzacyjny).

Image

Image

Image

Image

Kilkadziesiąt metrów dalej stoi największa atrakcja Molinos - Iglesia San Pedro Nolasco de los Molinos. Jego ściany zdobią wyjątkowe, bo tkane obrazki z drogi krzyżowej. Wraz z sąsiednimi budynkami (m.in. stylową Haciendą de Molinos) tworzy sielską, jakby wyrwaną z dawno przeminionych lat enklawę.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kolejnym punktem postoju jest Monumento Natural Angastaco, czyli rozległy teren z pochyłymi lub wręcz poskręcanymi skałami. Byłoby dobrze nieco się weń zagłębić, ale jest chyba z 30 st. C, a musiałbym cały mój bagaż zostawić w aucie, co mogłoby skończyć się niezbyt dobrze, np. dla laptopa. Ograniczam się zatem do punktów widokowych wzdłuż drogi. Gdybyście tu jednak kiedyś byli, myślę, że nie byłoby głupim pomysłem zorganizować sobie nocleg we wsi Angastaco i zapoznać się bliżej z tą okolicą.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po dotarciu do Cafayate (miejscowi wymiawiają to "kafasziate") melduję się w hotelu Plaza Cafayate, zaraz przy głównym placu miasta, przy którym wita mnie lokalny osioł (dosłowny).

Image

Znowu cieszę się urokami blue dollara - za 2 noce ze śniadaniami płacę 17.500 ARS, czyli ok. 60 USD. Standard hotelu jest bardzo przyzwoity, więc uważam taką cenę za bardzo atrakcyjną :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Kilkadziesiąt metrów od hotelu jest Bodega Nanni, którą odwiedzam, by sprawdzić, czy sława Cafayate, jako regionu produkującego wyjątkowe wina jest zasłużona. Wygląda na to, że jest to biznes jakiegoś miejscowego polityka (albo pretendenta do takiego tytułu - trzeba go dojrzeć ;) ).

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Tu już nie ma oferty takiej, jak w Bodega Puna, a nawet nie ma bezpłatnego zwiedzania. Trzeba zapłacić minimum 700 pesos, by obejrzeć bodegę i posmakować jej wyrobów (w tej najniższej cenie są 3 wina).
Odradzam to miejsce. Nie chodzi nawet o to, że oprowadzanie jest tylko po hiszpańsku, ale bardziej o nieład, a czasem zwykły bajzel w "gospodarstwie". Do tego same wina też się niczym szczególnym nie wyróżniają. To rozczarowanie nr 1 tego dnia.

Jest ok. 16, a to dobra pora na obejrzenie gór i formacji skalnych zaczynających się ledwie pół godziny jazdy od Cafayate. Po drodze zaglądam dodatkowo do Los Medanos - piaszczystej wydmy ukrytej w kawałek za miastem. W rzeczywistości to tylko drobny fragment ogromnych piaszczystych połaci, które rozciągają się w dolinie rzeki.

Image

Image

Image

Największe atrakcje czekają jednak dalej. Los Castillos, El Obelisco, czy La Yesera, to tylko przykłady miejsc blisko Cafayate, znanych z geologicznych cudów natury. Podczas mojej pierwszej, wstępnej wizyty (jutro przyjadę tu ponownie), zniżające się powoli słońce wspaniale wydobywa uroki tych miejsc.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Mieszkając tak blisko serca Cafayate, nie mogę odpuścić sobie zwiedzenia również i tej okolicy. Nie ma tu zbyt wielu atrakcji (park, kościół, informacja turystyczna, gdzie mówią po angielsku, a przede wszystkim multum restauracji), ale ponownie miasteczko zadziwia spokojem, poziomem bezpieczeństwa i fajną atmosferą.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dziś na jedzenie idę do polecanej przez wujka Google restauracji "Como en casa", czyli "Jak w domu". Jestem bez rezerwacji i solo, więc dają mnie do małej salki obok głównej. To taka część lokalu, w której nikt normalny nie chce siedzieć, choćby dlatego, że jest tu wejście do kibla. Cóż, nie do końca pokrywa mi się to z domową gościnnością, ale cholera wie, może w Argentynie to wręcz przywilej siedzieć przy WC.
Po chwili dołącza do mnie pies i tak już towarzyszy mi do końca (czyli jednak ktoś z własnej woli tu przychodzi :D).

Image

Potem dociera do mnie właściciel i przeprasza (jedynie po hiszpańsku, ale w końcu to dom w Argentynie), że nie daje mi na razie karty po angielsku, bo akurat wcześniej przyszli goście, którzy ni w ząb nie ablają (ja to chociaż ciut ciut), ale za chwilkę przyniesie. W sumie bardzo sympatyczny gość, więc już się nie dąsam :)
Gdy przynosi kartę, pierwsze, co mi się rzuca w oczy, to polędwica po kijowsku. No kto by się spodziewał akurat takiego dania w odległym zakątku Argentyny?
Pytam właściciela (wyglądającego nieco, jak Kojak), skąd ta nazwa, a on mówi, że miał kiedyś przyjaciela z Kijowa, który przygotował mu właśnie taki przysmak i od tamtej pory kultywuje go w swej restauracji.
A oto i owa polędwica:

Image

Jak dotąd, to moja największa skucha kulinarna w Argentynie. Owszem, smakowo było to całkiem znośne, ale dla kogoś ze środkowej Europy jest to danie mocno oklepane, więc zupełnie nie podzielam zachwytu Kojaka nad recepturą przyjaciela z Kijowa. W każdym razie nie za 2300 pesos (samo danie). Choć uczciwie przyznaję, że najeść się tym można.
Wizyta tu utwierdza mnie w entuzjastycznej opinii na temat wczorajszego jedzenia w winnicy Puna.

Czas złożyć kości do (bardzo wygodnego) łóżka w Plaza Cafayate. Jutrzejszy plan jest dość napięty...
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
 
 
#32 PostWysłany: 26 Lis 2022 18:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Ze zdjęć zamieszczonych w internecie wiem, że śniadania w Plaza Cafayate są serwowane i raczej ubogie, więc temperuję swe oczekiwania. Rzeczywistość jest z grubsza taka, jaka jawiła się na podstawie opinii. Zestaw jest wielkościowo w stylu mnisim. Drobne pieczywo, dżemik, serek a la Philadelphia, owoce, woda, sok pomarańczowy i kawa. Wszystko jednak świeżutkie i pachnące, a kawa doskonała.

Image

Po wczorajszym zwiadzie w terenie wracam do skalnych okolic Cafayate.
Jedną z największych atrakcji jest tu niewątpliwie formacja zwana Los Castillos. Wczoraj oglądałem ją tylko z szosy i znajdującego się przy niej punktu widokowego. Dziś idę tropem ludzi, których zauważyłem, gdy zmierzali w stronę rzeki, za którą wyrastają kamienne mury. Początek szlaku nie jest nigdzie oznakowany, więc ułatwię Wam poszukiwania :)

https://goo.gl/maps/W3KMzCF85fJzW9Z6A

Biegnie od tego miejsca wąska wydeptana przez nielicznych odwiedzających ścieżynka, którą docieram do brzegu rzeki. Jest płytka, więc mógłbym ją spokojnie przejść, ale jednak ostrzeżenie o spadających odłamkach skalnych zniechęca mnie do tego (zwłaszcza, że jestem sam, a dookoła nikogo oprócz krów). Z tej odległości widok i tak jest wspaniały. Warto podejść tu rano i pod wieczór, by skorzystać z oświetlenia padającego na skalne zamczysko z różnych stron. Na razie jest wersja przedpołudniowa.

Image

Image

Image

Cofam się kilkadziesiąt metrów w stronę Cafayate. Znajduje się tu obszar zwany Los Colorados.

https://maps.app.goo.gl/A2q8K3vsfHCpZNKv9

Tu też byłem już wczoraj, ale chcę zrobić spacer w nieco inną stronę i podejść bliżej "rzeźbionych" ścian skalnych.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po niezbyt udanej wizycie w bodedze Nanni, zarezerwowałem na dziś na godz. 15:00 zwiedzanie innej, jednej z największych w okolicy - winnicy El Esteco (tym razem po angielsku). Ma być ono połączone jedynie z degustacją win, bez żadnego jedzenia, a dietetyczne śniadanko i spacery w słońcu wywołały głód, więc z odpowiednim zapasem czasu wracam do miasta. Wczoraj zauważyłem na mapie dobrze oceniany punkt z empanadami, który jest czynny do 15:00. W sam raz na drobny lunch. Lokal nie prezentuje się wykwintnie, a w zasadzie nie prezentuje się wcale, ale empanady są świetne. Zamawiam 3 z mięsem i 3 z serem (150 ARS za szt.).

Image

Image

Image

Image

Wracam na drobne odświeżenie do hotelu i zaraz potem podjeżdżam pod szlaban bodegi, przy którym ochroniarz weryfikuje moją obecność na liście gości, a następnie wpuszcza mnie na brukowaną drogę prowadzącą wprost do białych zabudowań. Po kilku minutach przybywa nasz przewodnik i w ponownie mocno zeuropeizowanym gronie (para z Niderlandów, 5-osobowa grupa z Francji, małżeństwo z Estonii, para argentynsko-niemiecka i jeszcze samotny Argentyńczyk na dokładkę) rozpoczynam tour de bodega. Miejsce jest o niebo ciekawsze i atrakcyjniejsze od wczorajszej rupieciarni.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Fajne jest też to, że towarzystwo świetnie się dobrało. W tym, że szybko znajduję wspólny język z Estończykami nie ma raczej nic dziwnego, ale to, jak bardzo sympatyczni okazują się Francuzi i jak dobrze mówią po angielsku, mocno mnie zaskakuje. A najlepsze jest to, że gdy jeszcze pracowali (są teraz świeżymi emerytami), działali w tej samej branży, co ja, a na dodatek znają dobrze gdańską firmę, która należała do ich francuskiego konkurenta (niedawno została odkupiona przez samorząd gdański). Rozmowy między wszystkimi rozwijają się do tego stopnia, że w trakcie degustacji przewodnik nie może się przebić z niektórymi informacjami o winach. Cóż z tego... Ważne, że są pyszne :D

Image

Image

Image

Image

Wypita ilość wina nie jest taka, by wpłynąć na moją percepcję, więc po degustacji wracam jeszcze raz na skalne przedmieścia Cafayate. Zatrzymuję się na parkingu położonym kilka kilometrów dalej, niż Los Castillos, przebieram się i wchodzę na szlak "La Yasera".

Image

Image

Image

Jest on wytyczony wśród skał o przeróżnych kształtach i kolorach, wywołujących wiele skojarzeń.
Weźmy na przykład ten oto widoczek:

Image

Nie wiem, jak Wam, ale mi od razu przyszło na myśl następujące porównanie:

Image

Image

Takich pobudzających wyobraźnię miejsc jest tam cała masa. Szkoda tylko, że późno popołudniowe słońce jest zamglone i obrazy nie zawsze są tak jaskrawe, jak jeszcze wczoraj, czy dzisiaj przed południem.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

W drodze powrotnej zahaczam jeszcze raz o Los Castillos, bo w zachodzącym słońcu (mimo, że schowanym za prześwitującymi nieco chmurami) ujawniają się tu zupełnie nowe kształty, kolumny, gzymsy i krużganki.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ciekawostką jest tu "zaśnieżona" ziemia w pobliżu rzeki. To z powodu dużej mineralizacji jej wody, winiarze unikają obsadzania winoroślą obszarów blisko Rio Las Conchas.

Image

Wieczorem, pomny "kijowskiego" rozczarowania, nieco bardziej uważnie studiuję opinie o lokalach w Cafayate i tym razem stawiam na Pusk`no Bistro.

https://maps.app.goo.gl/jL2HpWbb2vEXJ4tR9

No i to jest to! Nie dość, że z pokoju mam tam góra 30 kroków, to jedzenie jest świetne i w atrakcyjnych cenach. Zupełnym zaskoczeniem są dla mnie np. empanady w cenie - uwaga - 90 ARS za szt.! Gorąco polecam!

Image

Image

Image

Image

W trakcie posiłku przy stoliku obok siada niespodziewanie Argentyńczyk, który był w dzisiejszej grupie zwiedzającej bodegę. Rozmowa pokazuje, że mamy ze sobą zadziwiająco wiele wspólnego. Okazuje się bowiem, że jest on - z etnicznego punktu widzenia - Słoweńcem. Owszem urodził się w Argentynie, ale jego rodzina, począwszy od dziadka, który przybył tu zaraz po II w. św. uciekając przed komunistami, bardzo mocno kultywuje wszystko, co słoweńskie. On sam ma na imię Matjaž i oczywiście mówi po słoweńsku, choć gdy był kilka razy w kraju przodków, ludzie podśmiechiwali się z jego archaicznej mowy. To tak samo, jak z potomkami Polaków żyjącymi gdzieś w brazylijskiej Wandzie, czy argentyńskim stanie Misiones. A że nasze języki są z tej samej rodziny, to i się trochę słów wplotło w rozmowę dotyczącą głównie historii, stosunków z Niemcami i Rosjanami, itp. Muszę przyznać, że rozważania o chorwackich ustaszach u podnóża gór gdzieś hen daleko w Argentynie, to przeżycie dość surrealistyczne :D
Życzę Matjažowi powodzenia w Holandii, do której niedługo jedzie, by jako architekt budować nową elektrownię jądrową, a następnie żegnam się z nim i wracam te 30 kroków z powrotem do mojego pokoju, by wyspać się przed jutrzejszą dość wczesną pobudką. Czeka mnie znowu nieco jazdy. Tym razem już tylko asfaltowej. Wracam do Salty.

Image
Góra
 Relacje PM off
15 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
#33 PostWysłany: 27 Lis 2022 16:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Dziś mam znów do przejechania prawie 200 km, ale na szczęście (o ile dobrze sprawdziłem) nie czekają mnie już żadne szutrowe tarki. Swoje za kierownicą i tak jednak spędzę. Przejazd do Salty, łącznie z postojami na jakieś zdjęcia, zajmie mi ok. trzech i pół godziny. W trasę ruszam zatem już o 8:30.

Mimo, że po wczorajszym popołudniowym zachmurzeniu nie ma już śladu, poranne powietrze jest tak gęste, że dalekie ujęcia skryte są jakby za zasłoną dymną. Szkoda, bo kręta górska droga może kryć ciekawe widoki z "Miradorów", których kilka widziałem na mapie.
Pierwszy z nich jest kilkanaście kilometrów od Cafayate. Nazywa się "Mirador Tres Cruces", od trzech białych krzyży stojących blisko parkingu. Potwierdza się jednak, że o rozlegle panoramy będzie dziś trudno.

Image

Image

4 km dalej są dwa znane i oblegane przez turystów (o co nie trudno, bo to przy samej drodze) twory geologiczne: El Anfiteatro i Garganta del Diablo. Są to ogromne "studnie", do których środka można wejść od strony drogi nr 68 przez otwarte wrota skalne.
Najpierw trafiam do amfiteatru. W środku jest akurat wycieczka szkolna, ale widać, że godziny poranne to tutaj jeszcze bardzo spokojny czas. Sprzedawcy pamiątek (głównie hippisi w szerokim tego słowa znaczeniu) rozkładają towary, a i jeden z muzyków znanych mi z klipów na YT dopiero szykuje się do występów.
Na pierwszym zdjęciu El Anfiteatro może wydawać się niepozorne, ale dzieciaki z wycieczki na drugim doskonale obrazują skalę tego miejsca.

Image

Image

Image

Przez chwilę udaje mi się tu być samemu, ale widzę, że nadciąga już fala gości, więc szybko podjeżdżam do gardzieli diabła. Ta nie sprawia już na mnie dużego wrażenia, choć to w dużym stopniu kwestia oświetlenia. Rano słońce wpada tu w taki sposób, że trudno jest w ogóle zrobić jakieś zdjęcie. Co dziwne, mimo że Garganta jest mniej imponująca, niż El Anfiteatro, otoczka komercyjna jest tu bardziej okazała. Tablica w środku zakazuje wspinania się do wewnętrznej części, ale oczywiście chętni i tak są.

Image

Image

Image

Image

Image

Gdy opuszczam to miejsce, na parkingu stoi już kilka autokarów, więc za chwilę zrobi się tu jeszcze bardziej gęsto i gwarno. Czmycham zatem do auta i gnam dalej. Krajobrazy po drodze są piękne, ale cały czas widoczność w dal jest ograniczona, więc zatrzymywanie się nie ma wielkiego sensu. Próbuję jeszcze przy Mirador Guachipas, ale efekt jest dość mizerny.

Image

Kawałek za wsią Alemania (z szosy nie dostrzegłem muru pruskiego, zadbanych obejść lub innych oznak niemieckości, więc nie zawitałem tam) góry znikają i wjeżdżam w coraz bardziej monotonny obszar rolniczy, przez który jadę w zasadzie aż do Salty. Zasięg internetu polepsza (a w zasadzie pojawia) się, więc dla towarzystwa uruchamiam sobie podcast z "Poranną Manną" i w rytmach muzyki zapodawanej przed nadredaktora i Mariana dojeżdżam do Sheratona w Salcie.

Z przyjemnością odbieram kartę do tego samego mieszkania - bo nazywanie tego pokojem byłoby nie na miejscu - i idę na pod muzeum archeologiczne, by dokonać wymiany eurosów (USD się skończyly) u lokalnego arbolito. Mój poprzedni, obwieszony złotem, w takim upale nie pracuje, ale szybko i efektywnie załatwiam sprawę z innym obecnym na szychcie.

W Salcie jest dziś ponad 35 st. C. Do lodziarni Grido jest duża kolejka, więc sprawdzam, co też tak przyciąga tu ludzi. Za 350 ARS (jakieś 5 zł) dostaję taką oto porcję helados:

Image

Smakowo są bardzo dobre. Może nie klasa światowa, ale bardzo przyzwoite. Niestety, lodowa decyzja ma dwie negatywne konsekwencje.
Po pierwsze, w dzisiejszym skwarze przekształcają się zbyt szybko ze stanu stałego w ciekły, więc żeby uniknąć totalnego ufajdania się nimi, muszę je pochłaniać w szybkim tempie.
Po drugie (gorsze) różnica temperatur aktywuje mi na dolnej wardze febrę, zimno, opryszczkę, czy jak to się tam jeszcze inaczej nazywa. W sumie, i tak jestem zaskoczony, że dzieje się to dopiero teraz, bo to u mnie dość częsta przypadłość (stąd Hascovir na stałe w kosmetyczce).

Do końca dnia jest jeszcze trochę czasu, więc w drodze powrotnej do hotelu zaglądam do zlokalizowanego przy placu 9 lipca Muzeum Historii Północy, którego niewątpliwym atutem jest darmowy wstęp :)
Ekspozycja jest bardzo ciekawa i różnorodna - od czasów pierwszych ludzi zamieszkujących te tereny, aż do początków XX w.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Moją szczególną uwagę przykuwają trzy eksponaty:

1) w sali z portretami burmistrzów miasta, jeden z nich przedstawia komisarza Przygodę :D

Image

2) i tu jest wzmianka o Malwinach, oczywiście wyłącznie w kontekście korzystnym dka Argentyna, tak jakby to ona wtedy wygrała.

Image

3) zdjęcie pośmiertne Che Guevary, którego nigdy z takim wizerunkiem nie kojarzyłem.

Image

Wracam do hotelu na znany mi już z poprzedniej wizyty "tea time" (w moim wypadku bardziej wine time :D ), po którym mam do zaliczenia ostatnią sprawę w Salcie z listy mych zainteresowań - wejście na wznoszące się na tyłach Sheratona wzgórze Cerro San Bernardo.
Większość ludzi udaje się tam kolejką linową (http://www.telefericosanbernardo.com/), no ale bez przesady, szanujmy się :) . Wysokość bezwzględna tego wzniesienia to 1454 m.n.p.m., ale w odniesieniu do samej Salty, która znajduje się ok. 1200 m.n.p.m. to raptem 250 m.
Na szczyt można pójść bardzo okrężną, ale łagodną trasą prowadzącą wzdłuż ulicy prowadzącej na samą górę, albo - tak jak ja - dość stromymi i krętymi schodami zaczynającymi się tu:

https://maps.app.goo.gl/fa93DauBL944i1zj8

Trasa ta pełni jednocześnie funkcję drogi krzyżowej, więc mijam po drodze poszczególne jej stacje. W pobliżu jednej z nich spotykam ptaka, który, jak twierdzi wujek Google, zwie się Penelopa ciemnogłowa.

Image

Image

Pewne moje obawy, czy aby nie będą tu czyhać na mnie lokalne rzezimieszki znikają zaraz przy zamykanej o 22:00 bramie prowadzącej do ścieżki na wzgórze. Nie dość, że (jak w wielu miejscach w Salcie) stoi tu na warcie jakiś mundurowy, to towarzyszy mi, zarówno w drodze na górę, jak i z powrotem, wielu mieszkańców, głównie ubranych na sportowo pań, które w różnym tempie pokonują sobie tą trasę. Wniosek płynie z tego tylko jeden - o napadach, czy kradzieżach dawno tu chyba nie słyszano.

Na szczycie nie czeka na mnie niestety niespodzianka - powietrze jak było, tak nadal jest nieprzejrzyste jak okulary w czasie covidu (kto musiał przez nie czytać mając jednocześnie maseczkę na twarzy, wie o co chodzi :) ). Zachodzące słońce odrobinę się jednak przebija i mogę obserwować, jak znika za górami.

Image

Image

Image

Image

Wielkiego rozczarowania widokiem nie odczuwam. Salta, to nie Hong Kong, czy inny Szanghaj, więc i tak feerii miejskich świateł i kolorów bym się tu nie doczekał, choćby nie wiem jak przejrzyste było niebo.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
#34 PostWysłany: 27 Lis 2022 22:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Po doświadczeniach z lotem z Buenos Aires do Salty, na rejs powrotny szykuję się tak, by na lotnisku być odpowiednio wcześnie. Muszę jeszcze zatankować auto i oddać je Hertzowi, a nie jestem pewien, czy nie będzie kolejek na stacjach (widziałem je wielokrotnie), no i, czy przypadkiem Hertz nie będzie się czepiał stanu auta (kurczę, zapomniałem zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie Fiata wyglądającego jak po rajdzie Dakar :D ). Mam co prawda w garści SkyTeam Priority, więc kolejek do odprawy już się nie obawiam, ale nie chcę kusić losu. Zjadam wczesne śniadanie i na lot o 11:50 wychodzę z hotelu o dziewiątej.
Tym razem ostrożność okazuje się kompletnie niepotrzebna.
Na stacji YPF jestem drugi w kolejce, więc tankowanie idzie sprawnie, ruch na drodze do lotniska jest minimalny, w Hertzu pytają tylko, czy bak jest pełen i dziękują za skorzystanie z ich usług, a terminal odlotów wygląda tak:

Image

Image

Jedyna dłuższa kolejka jest do stanowisk oznaczonych symbolami LATAM (choć raczej na lot innych linii, bo dziś żaden LA stąd nie startuje). Pani na stanowisku SkyTeam Priority oznacza mój bagaż karteczką "heavy" (bo faktycznie, robi się coraz cięższy) i z uśmiechem przyznaje mi rację, gdy mówię jej, że ma tu zdecydowanie przyjemniejsze warunki do pracy, niż w AEP.
Tak oto mam 9:45, brak saloniku (Sala VIP ciągle zamknięta), więc czeka mnie kiblowanie...

Dziwne, wydawało mi się, że wspominałem o tym gdzieś na samym początku, ale jednak nie, więc wspominam teraz, bo akurat jest okazja.
Otóż, jeszcze we Frankfurcie, w REWE przy Moxy kupiłem pięć 200-gramowych belgijskich czekolad Tony's, których jeden z "modeli" jest wegański. Normalnie bierzemy je w Heinemann'ie za coroczne kupony urodzinowe, ale cena w REWE była tak atrakcyjna, że wziąłem na zapas. Gdy rano szedłem na lot do JFK, do zewnetrzej kieszonki plecaka włożyłem niedokręconą butelkę wody i na lotnisku odkryłem, że mi papierowe etykiety we wszystkich tych czekoladach przemoczyło. Cóż było robić, musiałem je wszystkie zerwać, a możecie sobie pewnie łatwo wyobrazić, co mogą przypominać takie 200-gramowe kostki w złotej folii :D .
Na każdy lot pakowałem je w związku z tym do podręcznego, żeby - w razie potrzeby - móc od ręki wytłumaczyć, że to żadne dragi, a jedynie wynik niezdarstwa. Nikogo to jednak nie interesowało we FRA, JFK, ani w AEP.
Na kontroli bezpieczeństwa w Salcie wreszcie jednak ktoś wyraża zainteresowanie moimi blokami czekolady w złotej folii. Mówię, że to "chocolate", pani nie dowierza, więc tłumaczę, że jest "sin papel", bo miałem "accidente con agua" i wtedy pani już chwyta sytuację :D .

Cóż, teraz pozostaje cierpliwie poczekać na lot do AEP. Przynajmniej mogę w spokoju kontynuować relację.

Image

W przeciwieństwie do lotów LATAM, na których pasażer nie mówiący po hiszpańsku musi się wielu rzeczy domyślać, wszelkie komunikaty i informacje od załogi Aerolineas Argentinas są nie tylko powtarzane po angielsku, ale na dodatek jest to czynione z bardzo ładnym, zrozumiałym akcentem.

Tym razem jest zwykły i dość już leciwy B737. Z mojego 5. rzędu obserwuję przez okienko załadunek bagażu. Najbardziej żal mi zwierzaka, który w skwarze czeka do samego końca na załadunek walizek i dopiero wtedy wjeżdża na pokład.
Wylatujemy 10 minut przed czasem.

Image

Trasa lotu wiedzie m. in. nad wielkim obszarowo, a małym z nazwy Mar Chiquita - jednym z największych na świecie słonych jezior (https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Mar_Chiquita). Sądząc po ogromnych połaciach czegoś, co z lotu ptaka wygląda na piach, odnoszę wrażenie, że jezioro jest teraz w fazie skurczonej, pewnie ze względu na mniejszą ilość dopływającej wody.

Image

Image

Szlag by to trafił! Znowu to samo - siedzę po złej stronie :(
Z FR24 wynika, że lot zawsze idzie prosto od północy i ląduje w AEP z tego właśnie kierunku, więc siedząc po prawej stronie powinienem mieć chociaż częściowy widok na centrum. Ale nie dziś... Samolot robi kółko nad BsAs, zawraca i podchodzi od południa. Z tego powodu, siedząc po prawej stronie, początkowo widzę co prawda jakieś przedmieścia, ale potem, już z małej wysokości, tylko wodę w kolorze szlamu, podczas gdy z lewej strony mają prezydencką paradę przed szpalerem wieżowców.

Image

Jedyny bonus jest taki, że parkujemy do rękawa. Dostawa bagażu na taśmę idzie dość ślamazarnie, ale autobus nr 33 podjeżdża zaraz po tym, gdy podchodzę do przystanku. Po ok. 40 minutach melduję się znowu w Anselmo, w którym spędzę ostatnie 2 noce w Argentynie. Zostawiam bagaż w niemal identycznym pokoju, jak poprzednio (teraz piętro wyżej i bez balkonu) i idę do sprawdzonej już poprzednim razem Beba Cocina. Tym razem zamawiam Humitę - danie na bazie kukurydzy o konsystencji hummusu, zapieczonej z różnymi dodatkami (ser, warzywa) w piekarniku - a do tego orzeźwiające piwo Casi Hawaii.

Image

Image

Schodzę do Av. Colon i jednym z autobusów jadę do kolorowej dzielnicy La Boca. Cóż... Być w Buenos i nie zobaczyć tego miejsca, to trochę, jakbym w czasie wizyty w NYC nie przeszedł się Times Square. Człowiek wie, co go tu czeka, ale nie może sobie odmówić :D .
Generalnie rzecz ujmując, jarmark, misz masz, kicz i tandeta. Jednak te kolorowe domki mają w sobie to coś. Ach, gdyby tak jeszcze słońce świeciło...

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jeśli jednak przebić się przez grubą warstwę instagramowej komercji i spojrzeć po kątach, to i tu można odnaleźć przebłyski z dawnych lat, gdy hasło "Calle Caminito" niewiele jeszcze znaczyło.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Przy nadwodnej Plazoleta de los Suspiros znajduje się budynek zajmowany przez Fundación PROA. Skoro już tu jestem, poobcuję choć trochę z kulturą na wyższym poziomie. W środku (ale i na zewnątrz, w instalacji przed budynkiem) jest akurat realizowany projekt pt. "Laberintos", poświęcony znaczeniu labiryntu w sztuce.
Ekspozycja (wstęp 500 ARS - żeby nie było, że chodzę tylko tam, gdzie jest 4free :D ) nie wywołała u mnie jakiegoś wstrząsu, albo innych niezwykłych emocji, ale spędzony tam czas był bardzo przyjemny. Największe wrażenie zrobiła na mnie pierwsza sala, której ściany i sufit przyjęły funkcję ekranu, na którym prezentowano zapętloną, kilkunastominutową animację o tym, jak wieloaspektowa była symbolika labiryntu na przestrzeni wieków.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Dla równowagi, choć w sposób zupełnie nie zamierzony, bo trafiam tu przypadkiem, zbaczając "nieco" z trasy do hotelu, na Av. de Mayo trafiam na imprezę pt. "Conciencia Negra", ku czci czarnoskórych mieszkańców Buenos Aires. No a tu już nie ma mowy o konwenansach. Tutaj sztuka uliczna nie bierze jeńców. Trwa koncert oparty na moim ulubionym instrumencie, czyli bębnie w wielorakiej postaci. Potem koncert przepoczwarza się w taneczny korowód.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Oczywiście, zdjęcia nie oddają atmosfery, więc odsyłam do YT (materiał cudzy - jak gdzieś mignie łososiowy t-shirt i wystający z niego szpakowaty łeb, to najprawdopodobniej jestem to ja ;) ) :



(pod hasłem "buenos aires samba reggae elohim 2022" znajdziecie więcej materiałów).

Czuję się już nasycony, więc z czystym sumieniem i poczuciem dobrze spełnionych obowiązków "zwiedzaczych", udaję się do hotelu. Jutro ostatni pełny dzień w BsAs, a że zapowiadane są jakieś opady, trudno na 100% ustalić jego zawartość. Się okaże :)

Na zakończenie tego odcinka drobna ciekawostka - mamy (przynajmniej pośrednio) wkład w argentyńską martyrologię związaną z Malwinami:

Image

Image

Plaza Héroes de Malvinas
https://maps.app.goo.gl/MN5ukL2gqmMpNAzZ6
Góra
 Relacje PM off
10 ludzi lubi ten post.
SPLDER uważa post za pomocny.
 
 
#35 PostWysłany: 28 Lis 2022 14:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Przed śniadaniem słyszę, jak na zewnątrz trwa ulewa. To pierwsza taka sytuacja podczas tego wyjazdu. Nie wróży to najlepiej, ale mam nadzieję, że się polepszy. Chciałem tą niedzielę przeznaczyć na zobaczenie dwóch słynnych targów: Feria de Mataderos i Feria de San Telmo., ale jeśli pogoda nie poprawi się radykalnie, pozostanę tylko w moim sąsiedztwie.
Na szczęście, wkrótce po śniadaniu opady zupełnie znikają (przynajmniej na razie), więc autobusem nr 126 jadę na drugi koniec miasta. Troszkę mi schodzi, zanim do niego wsiadam, bo z powodu robót drogowych najbliższy mojego zakwaterowania przystanek jest przeniesiony, a jego nowe miejsce wyznacza tylko taka niepozorna nalepka na ścianie:

Image

Plus jest taki, że poszukując przystanku robię przegląd malarstwa ściennego w mojej okolicy :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po godzinie jazdy docieram na miejsce. Jestem trochę rozczarowany, bo część z wyrobami reginalnymi, pamiątkami i innymi atrakcjami, dla których tu dotarłem jest dość mała. Może po prostu trafiłem tu o złej porze?
Na szczęście, są charakterystyczne dla tej imprezy tańce ludowe, ale nie w wykonaniu zespołów folklorystycznych, lecz zwykłych mieszkańców.

Image

Image

Image

Image

Co innego część jarmarczna, ze świeżą dostawą z Chin i Bangladeszu oraz że wszelkiego rodzaju second handem. Tu na brak sprzedawców narzekać nie można. Czyżby taka właśnie przyszłość czekała Feria de Mataderos?

Image

Autobusem 126 wracam do siebie. Dziś mam ostatnią okazję, by wydać resztkę argentyńskich pesos. Skoro w Mataderos się nie udało, muszę to uczynić na pchlim targu w San Telmo.
Polskie słowo "pchli" kompletnie nie pasuje do ogromu targu w tej dzielnicy. Wzdłuż niemal całej, kilkukilometrowej ulicy Defensa rozstawione są po obu jej stronach setki jednakowych straganów (przygotowywanych już poprzedniego wieczora i w nocy), a jeden z głównych punktów handlowych jest na Plaza Dorrego, wprost przed moim hotelem. Trzeba przy tym wspomnieć, że nawet w dni inne, niż niedziela zakup staroci, antyków, a czasem zwykłych rupieci nie sprawia tu żadnego problemu, bo w okolicy jest multum sklepów z tym asortymentem.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Feria de San Telmo to nie tylko starocie, ale również wyroby rzemieślnicze ze skóry, drewna, ceramiki, itp. i wcale nie jakaś tam tandeta pod masowego odbiorcę (choć ta też występuje), ale naprawdę piękne wyroby. Ja sam szaleję u argentyńskiego peruwiańczyka, który sprzedaje produkowane przez siebie i partnerkę naczynia z ręcznie malowanego szkła (https://m.facebook.com/people/Kylash-Vi ... 633686479/).
Za trzy wielkie patery płacę 8000 ARS, czyli ok. 135 zł.

Image

Nie jestem jeszcze pewien, jak je zapakuje, ale to jeden z uroków lotów w wyższych klasach - o nadbagaż nie trzeba się martwić :)

Nie może się również obyć bez wróżbity :)

Image

Gdzieś w internecie wyczytałem, że od 18:30 na Plaza Dorrego rozpoczynają się w każdą niedzielę tańce, ale nie takie pokazowe (co łaska do kapelusza), tylko dla każdego, kto lubi tango. Niestety, chyba deszcz, który powrócił wieczorem pokrzyżował te plany, bo gdy przybywam tam ok. 19:00 plac jest kompletnie pusty, a nawet w zwykły dzień tygodnia jest tu przecież zawsze gwarno. Mogę się jedynie domyślać, że owe tańce wyglądają tak:



Na szczęście, wcześniej naoglądałem się tutaj pokazów, więc dawka tango jest zaliczona. Nawet dzisiaj przyglądałem się parze, która w tym tańcu zużyła już pewnie kilka tuzinów butów. Señor tancerz, w swoim wiekowym i poplamionym stroju wyglądał nieco, jak żul, ale swoją pasją buchał tak, że nawet mnie (raczej mało tanecznego) coś tknęło.

Image

Image

Image

Image

To jest jednak jeszcze nic... Tuż przy Plaza Dorrego rozłożyło się dziś trzech panów, którzy grają tak, że aż brak słów.

Image

A środkowy gitarzysta, to po prostu mistrz świata! Niestety, nie udało mi się znaleźć żadnego klipu z czymkolwiek w wykonaniu całej trójki, a przynajmniej pana długowłosego. Zrobiłem zdjęcie plakietki, która przed nimi leżała...

Image

...ale jest to adres instagramowy tylko jednego z gitarzystów, choć i on jest świetny. Widywałem go na San Telmo już wcześniej, grającego solo w stylu manouche.

https://www.instagram.com/reel/ClFPin4AfIE/

Gdyby ktoś z Was wiedział, kim jest ów środkowy gitarzysta, będę wdzięczny za podpowiedź :)

Z głową pełną wrażeń idę do hotelu, z którego jutro z rana pojadę ze smutkiem na lotnisko EZE, by opuścić Argentynę.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#36 PostWysłany: 28 Lis 2022 17:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 13 Lip 2013
Posty: 1436
platynowy
tropikey napisał(a):
(...) część z wyrobami reginalnymi, pamiątkami i innymi atrakcjami, dla których tu dotarłem jest dość mała. Może po prostu trafiłem tu o złej porze?
Na szczęście, są charakterystyczne dla tej imprezy tańce ludowe, ale nie w wykonaniu zespołów folklorystycznych, lecz zwykłych mieszkańców.

Co innego część jarmarczna, ze świeżą dostawą z Chin i Bangladeszu oraz że wszelkiego rodzaju second handem. Tu na brak sprzedawców narzekać nie można. Czyżby taka właśnie przyszłość czekała Feria de Mataderos?

Dla mnie właśnie ta spontaniczność i tańce w wykonaniu mieszkańców, a nie zespołów, dodawały wyjątkowości właśnie temu miejscu.

Nie pamiętam jakiejś większej ilości chińszczyzny - jeśli rzeczywiście co tydzień wygląda to tak jak mówisz, to niesamowita szkoda. :/
Góra
 Relacje PM off
tropikey lubi ten post.
 
 
#37 PostWysłany: 28 Lis 2022 18:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Jasne, pełna zgoda! Mnie też ujęło właśnie to, że bawili się zwykli ludzie, a nie wyszkolona do tego grupa :)
Fajnie, że mają w sobie tyle luzu, ale i szacunku dla tradycji. Już widzę, jak u nas na festynie ludzie wyskakują do oberka, czy innego kujawiaka :D
A co do asortymentu, to mam podejrzenie, że spora część wystawców mogła tego dnia nie przyjechać ze względu na niepewną pogodę, obawiając się, że klienci mogą nie dopisać.
Góra
 Relacje PM off
billabong lubi ten post.
 
 
#38 PostWysłany: 28 Lis 2022 20:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Pędzę dalej, by skończyć jeszcze w listopadzie :D
To już przedostatni odcinek.

Nie wiedzieć czemu, śniadanie zamiast o 7:00 (jak mówią informacje na ten temat rozwieszone w windzie) zaczyna się o 7:30. Takie mają najwyraźniej widzimisię baby w sali śniadaniowej. Normalnie, jakby je ktoś z baru mlecznego z naszego stanu wojennego przeteleportował (dając przy okazji jednej z nich umiejętność posługiwania się językiem angielskim). Są po prostu okropne. Siedzą cały czas na zapleczu i głośno gadają, jedynie raz na kwadrans wyglądając z kantorka, czy czego tam który nie potrzebuje. Na pytania odburkują, sztorcują gości... Normalnie królowe życia. Oj, coś w tym Anselmo muszą poprawić tam w salce śniadaniowej.

Lot do Sao Paulo mam o 12:20, ale taksówkę umówiłem wczoraj wieczorem już na 8:15. To przez British Airways.
Gdy chciałem zrobić online check in, zażyczyli sobie potwierdzenia szczepienia, które w Brazylii jest obowiązkowe, jeśli nie chce się robić testu. No to dałem im pdf z certyfikatem unijnym, a tu po jakimś czasie przychodzi mail, że nie byli w stanie "przeprocesować" moich dokumentów, więc muszę zrobić check in osobiście na lotnisku i proszą, bym zabezpieczył sobie "plenty of time" na weryfikację dokumentów. Zmieszała mnie ta informacja, zacząłem szukać w oficjalnych informatorach brazylijskich, czego oni tam właściwie oczekują i doczytałem, że chcą znać m. in. daty i serie poszczególnych dawek. Kurde, ale skrupulatni! No to podrukowałem wszystko z IKP i tak wyposażony (choć nadal z pewnymi obawami) jadę ku EZE.

Korzystam z https://www.taxiezeizaoficial.com/. Za kurs wyszło 5300 ARS (pod warunkiem płatności gotówką), co w zależności od pory może być nieco droższym rozwiązaniem, niż Uber, ale kierowca jest umówiony na konkretną godzinę i nie ma ryzyka opóźnień (faktycznie, auto przybyło co do minuty).
Alternatywą jest Tienda León za 2200 (one way), ale ich autobusy startują z miejsca dość oddalonego od Anselmo, więc ostatecznie może wyszłoby trochę taniej, ale z pewnością zdecydowanie dłużej i mniej wygodnie.
Opcją hardcorową, ale najtańszą (39 ARS) jest autobus nr 8A - czas przejazdu, to ok. 2 godzin :D

Jadąc w kierunku lotniska obserwuję otoczenie. Nasze samowole budowlane, czy nieład urbanistyczny to pestka przy tych argentyńskich, a przynajmniej stolicznych. Zaraz po wjechaniu na płatną drogę w kierunku EZE zaczyna się skupisko budowanych bez ładu i składu klocków z nieotynkowanej cegły. Wygląda to zupełnie, jak favela w Rio, tyle że na płasko. Ale i wcześniej nie jest lepiej. Przedmieścia Buenos są po prostu brzydkie.

Na lotnisku jestem już przed 9:00. Jest ono jeszcze pustawe, więc odprawa idzie ekspresowo.

Image

Oczywiście, okazuje się, że pani na stanowisku check in ma kompletnie wylane na moje wydruki. Pyta tylko, czy jestem zaszczepiony i nie chce nic oglądać. Cała ta wczorajszą maskarada BA podczas online check in była zatem śmiechu warta.

Na EZE nie ma fast tracka, ale o tej porze nie jest to problemem, bo przede mną są raptem 3-4 osoby. Ponownie moje czekolady wzbudzają alarm, tym razem do tego stopnia, że kontroler zdrapuje odrobinę folii, by organoleptycznie (na szczęście tylko wzrokowo, a nie smakowo) zweryfikować, czy to faktycznie wyrób przypominający czekoladę. Interesuje się też moimi ogromnymi paterami, ale ich już nie chce rozpakowywać - wystarczy wyjaśnienie, że to zakupy z San Telmo.

Terminal A to dziadostwo w warstwie zakupowej. Sklepy duty free mają ceny w USD, a chcący zapłacić w ARS mogą to uczynić wg oficjalnego kursu. Jedyną opcją na wydanie moich resztek pesos pozostają Kioskos, których jest tu kilka i mają drobne różnice asortymentowe, więc warto sprawdzić każdy z nich.

Po zakupach, a raczej drobnych sprawunkach, bo na tyle tylko styknęło mi lokalnej waluty, pozostaje rozgościć się w American Airlines Admiral's Club. Miejsce jest w sumie bardzo przyjemne. Co prawda, nie wszystko w części gastronomicznej jest dostępne samodzielnie, ale panie z obsługi chętnie i sprawnie podają to, co za taśmami.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jest dużo miejsca do rozłożenia się, więc wybieram miejsce oddalone od wielkiego telewizora, na którym oczywiście mecz :)
Nie oglądam go, ale zazdroszczę Anglikom, bo w czasie mojego pobytu w saloniku wbijają Irańczykom 4 gole.

Image

Czas zaokrętować się na pokład B777 British Airways wykonującego połączenie typu "5th freedom" (to już drugie takie w czasie tego wyjazdu) z EZE do GRU. Nawiasem mówiąc, wkrótce ma być przywrócone bezpośrednie połączenie BA między Londynem i Buenos Aires (B787).

Linią z Wlk. Brytanii latałem do tej pory niezmiernie rzadko (wieki temu raz do Londynu, a innym razem na Tobago) i zawsze tylko w ekonomicznej. W sumie dobrze, że zwlekałem z biznesem tak długo, bo przynajmniej ominąłem ich niesławną dotychczasową kabinę Club World i trafiam od razu do świeżutko zmodernizowanej. No prawie, jak u Katarczyków, mają nawet przesuwane drzwi!

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Ale na film instruktażowy o bezpieczeństwie chyba już środków nie wystarczyło, więc instruktaż prowadzi załoga. Dawno już tego w żadnej klasie biznes na dalekim locie nie obserwowałem.
Swoją drogą, czepiamy się czasem linii poludniowoamerykanskich za to, że lekceważą pasażerów nie hiszpańskojęzycznych (względnie nie portugalskojęzycznych), a tu, mimo że to przecież lot w obrębie Ameryki Południowej, nie ma absolutnie żadnego komunikatu (mówionego lub pisanego) ani po hiszpańsku, ani portugalsku.

Lot trwa tylko ciut ponad 2 h, więc nie jestem w stanie zweryfikować choćby komfortu spania, ale na pewno nie jest źle, bo fotel jest dość szeroki i odpowiednio twardy. Reszta jest w porządku. Ekran ma ostry, klarowny obraz, słuchawki dobrze wygłuszają, jest dużo schowków. Jedzenia poskąpili, no ale trudno się dziwić na takim locie. Jest jednak całkiem smacznie.

Image

Image

Nie wiem, jak oni to robią w GRU, ale znowu mam tak samo, jak przy okazji poprzednich dwóch wizyt tutaj. Od wylądowania samolotu do wyjścia z budynku lotniska mija góra 30 minut (po locie międzynarodowym!). Sam czas od opuszczenia pokładu do stanięcia na chodniku przed terminalem w oczekiwaniu na Ubera, to 20 minut! A jest w tym przejście od samolotu do głównego terminala, kontrola paszportowa i odbiór bagażu.
Wiadomo - lecąc w biznesie zyskuję sporo czasu, bo i wychodzę z samolotu, jako jeden z pierwszych i tak samo odbieram bagaż (wbrew pozorom, czasem to te elementy są ważniejsze, niż wielkość fotela, czy porcji jedzenia). Jednak jako tego rodzaju pasażer lądowałem przecież na różnych lotniskach i nie przypominam sobie, by którekolwiek inne oferowało tak sprawne wypuszczenie w świat, jak właśnie GRU.
Nawiasem mówiąc, moimi wszystkimi podrukowanymi certyfikatami nie zainteresowano się również i tu :)

Szkoda tylko, że potem nie jest już tak różowo. Komunikacja publiczna jest nadal kulawa, a jazda autem - w zależności od pory dnia i celu podróży - potrafi być bardzo upierdliwa. Dziś nie jest jednak tak źle, bo przejazd Uberem do Renaissance Sao Paulo zajmuje ok. 45 min (i kosztuje 100 reali).

Hotel potwierdza, że moje pozytywne wspomnienia z poprzedniej wizyty nie są dziełem przypadku. Świetna lokalizacja, sympatyczne i sprawne zameldowanie, zgoda na śniadanie w restauracji zamiast w club lounge, no i niczego sobie upgrade - z podstawowej kategorii pokoju do tzw. Madison Suite (narożny pokój z wielką łazienką i dużym korytarzem). Dobrze wydane punkty Bonvoy :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po zameldowaniu spotykam się z nieocenionym Maćkiem, o którym wspominałem w innej relacji (panie-barry-ktoredy-na-copacabane,212,162190&p=1485409&hilit=Macie%2A#p1485409).
To jest po prostu złoty i bezinteresowny człowiek. Wpada do mnie na happy hour do saloniku (prima sort swoją drogą!), po czym jedziemy na wieczorny rekonesans po mieście. Po prostu się szlajamy. A to wpadniemy na ostatnie piętro Hilton Morumbi (kurczę, akurat zamknęli już basen i z widoków nici), a to przejedziemy się coraz bardziej pustą Avenida Paulista (jest poniedziałek i nawet w Sao Paulo to taki "cichy dzień"), czy też okrążymy po zmroku okolice katedry.
I muszę przyznać, że o ile do tej pory Sao Paulo zawsze oceniałem pozytywnie, pomimo wielu wad, które dostrzegałem w tym mieście, o tyle ta nocna przejażdżka po najstarszym, rzec można zabytkowym kwartale ulic, wprawił mnie w osłupienie. Maciek doskonale to ujął - strefa zombie. W życiu czegoś takiego nie widziałem. Jeśli ktoś odwarzyl się zapuścić w te rejony po ciemku na piechotę, to istny z niego chojrak. Dziesiątki, a czasem setki stłoczonych w różnych zaułkach obdartych ze wszystkiego, łącznie z godnością bezdomnych snujących się bez sensu w żółtym, słabym świetle latarni, albo siedzących lub leżących na swym dobytku, składającym się najczęściej z jakiegoś podłego materaca i toreb wypchanych śmieciami, a w najlepszym przypadku namiotu typu igloo. Nieprawdopodobne koczowisko. Postanawiam jednak wrócić tu następnego dnia, nie tylko dlatego, że w wolnym czasie przed lotem do Europy chcę odwiedzić Farol Santander, ale również po to, by zobaczyć, czy za dnia jest tu równie szokująco.

Maciek odwozi mnie z powrotem do hotelu, żegnamy się licząc na kolejne spotkanie wkrótce i kończę swój przedostatni dzień wyjazdu. To niestety nieuniknione...

Image
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
#39 PostWysłany: 28 Lis 2022 20:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 17 Sty 2011
Posty: 947
złoty
tropikey napisał(a):
Pędzę dalej, by skończyć jeszcze w listopadzie :D

There goes moja szansa na 3. miejsce w relacji miesiąca :lol: :lol:
Góra
 Relacje PM off  
 
#40 PostWysłany: 29 Lis 2022 13:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 18 Sie 2011
Posty: 6584
HON fly4free
Miał być już tylko jeden odcinek, ale coś się trochę zbyt długi robi, więc go jednak podzielę...

Po śniadaniu, Uber podwozi mnie za równowartość 19 zł w pobliże Farol Santander (https://www.farolsantander.com.br/#/) - 161-metrowego wieżowca z lat 40-tych XX w., przywodzącego na myśl Empire State Building, choć znacznie od niego niższego.

Image

Wstęp do niego kosztuje 30 reali. Dla klientów Santandera jest kilka reali zniżki, ale nie sprawdzam, jak ona działa - podejrzewam, że trzeba zapłacić kartą tego banku, a wtedy całą zniżkę szlag by trafił. W ramach biletu dostaję wjazd na taras widokowy oraz możliwość odwiedzenia kilku pięter z różnotematycznymi ekspozycjami zmiennymi (artystycznymi) i wystawą stałą (o historii budynku).

Przed wjazdem na samą górę windziarz pyta o jakiegoś pisarza z Polski. Zapisuję mu w telefonie Olgę Tokarczuk, zastanawiając się jednocześnie, czy jest w ogóle przetłumaczona na portugalski. W Wielkiej księgarni w Buenos Aires jej nie znalazłem (choć akurat na hiszpański chyba cokolwiek przełożono). Po wyjściu z windy, inny pracownik mówi, co znajduje się na danym piętrze i instruuje, co dalej. Ten sam schemat powtarza się na każdej kondygnacji.

Taras widokowy jest otoczony szklanymi taflami, które są niestety w wielu miejscach pomazane od bliskich spotkań z czołami i policzkami. Na dodatek szczeliny między poszczególnymi taflami są zbyt wąskie, by robić przez nie zdjęcia. Trzeba zatem szukać klarownych fragmentów. Oprócz tego, w środku są okienka z uchylnymi szybami, przez które też całkiem dobrze widać.

Image

Image
Image

Image

Image

Na piętrach artystycznych jest trochę multimedialno-hipnotyzująco...

Image

Image

Image

Image

Image

...ale i pomysłowo - te obrazy, w zależności o tego, z jakiego kąta je oglądamy mają dwa różne oblicza:

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Jest też ekspozycja poświęcona pisarzowi, poecie i malarzowi brazylijskiemu, Viniciuszowi de Moraes, najbardziej znanemu chyba z tego, że napisał tekst do "Dziewczyny z Ipanemy"....

Image

Image

...ale również ze sztuki "Orfeu da Conceição", na podstawie którego powstał musical "Czarny Orfeusz", a w związku z nim trafiam w Farol Santander nareszcie na iście polski akcent :)

Image

Image

Image

Ostatnim (czyli najniżej położonym) projektem artystycznym prezentowanym w wieżowcu jest dzieło, które mnie faktycznie zaskoczyło. Jego autor, Brazylijczyk Vik Muniz, zgromadził różne śmieci, które pojawiły się w wyniku remontu budynku i stworzył przy ich użyciu ogromne obrazy przedstawiające widok z Farol Santander. Zdjęcia tych instalacji można obejrzeć w sali, ale dopiero film tam puszczany pokazuje rzeczywistą skalę każdej z tych prac. Były to połacie materiału o powierzchni chyba co najmniej 100 m2 każda, na których autor układał deski, żarówki, cegły, kaski, druty, cokolwiek mu pasowało, przy czym robił to w taki sposób, że śmieci te tworzyły całkiem realny obraz otoczenia budynku. Naprawdę, ogrom pracy w to włożony robi wrażenie.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na dole zaś znajdują się dwa piętra z rekonstrukcjami sal zarówno zarządu, jak i mniej nobilitowanych pracowników banku, a także z informacjami historycznymi.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po tym zaskakująco ciekawym doświadczeniu nieśmiało opuszczam budynek, by przyjrzeć się jego sąsiadom. Uliczki bezpośrednio przy farolu wyglądają niczym przeniesione z dolnego Manhattanu.

Image

Image

Image

Image

To jednak tylko pozory. Wystarczy przestać zadzierać głowę do góry, a dostrzega się, że przy drzewach, ławkach, a czasem wprost na chodniku jakaś szaro-bura postać leży w barłogu, siedzi w bezczynym letargu, albo przegląda zawartość swych wypchanych po brzegi toreb. To jednak dopiero przedsmak tego, co dzieje się na wysadzanym palmami placu przed katedrą. Tam, w wielkim obozowisku utworzonym przez namioty organizacji filantropijnych kłębi się niezliczona masa ludzi brudnych, głodnych, a często chorych, która rozlewa się na sąsiednie ulice. Widok jest wielokroć bardziej przygnębiający, niż wszystkie oznaki biedy, które widywałem do tej pory w Sao Paulo.

Image

Za dnia porządku pilnuje bardzo liczna policja, ale wczoraj wieczorem widziałem w tej okolicy raptem kilka radiowozów. Nie czuję jakiegoś wielkiego zagrożenia, ale dyskomfort psychiczny przebywania tutaj jest ogromny. Nie chodzi o to, że coś mi śmierdzi, czy psuje poczucie estetyki, ale o natłok nieszczęścia ludzkiego w jednym miejscu. Są to obrazy kompletnie u nas nieznane (bo Ukraińcy uciekający przed wojną, to zupełnie inna kategoria nieszczęścia) i oby tak pozostało.

Kontrastem do sytuacji na placu katedralnym jest majestatyczne, ciche i czyste, a czasem aż nadto chyba ozłocone wnętrze świątyni. Szykują się tu akurat do jakiegoś koncertu muzyki sakralnej.

Image

Image

Image

Image

W pobliżu katedry jest kilka innych starych obiektów. Gdyby całą tą część miasta udało się doprowadzić do stanu takiego, jak np. przy Pateo do Collegio, starówka mogłaby być wizytówką Sao Paulo.

Image

Image

Tymczasem, tym z czego miasto słynie chyba najbardziej jest sztuka uliczna. Liczba obrazów, murali i szeregowych graffiti jest tu oszałamiająca. Od małych malunków po ogromne prace, pokrywające czasem cały budynek. Ciekawym przewodnikiem po nich jest
https://www.mar360.art.br/en/ (a to tylko za rok 2022). Jadąc przez miasto głowa kręci się wokół szyi, tyle tu tego.

Wizytę w tej części miasta kończę konstatacją, że Sao Paulo, w całej swej gargantuicznej dysproporcji do Gdyni, ma z nią jedną rzecz wspólną: trolejbusy :)

Image

Wracam do hotelu, bo umówiłem się na wymeldowanie o 15:00. Potem już tylko kurs na lotnisko GRU i fru... do Europy. O tym już niedługo.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
 
 
 [ 48 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 3 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group