Akceptuję i chcę ukryć komunikat Fly4free.pl korzysta z technologii, takich jak pliki cookies, do zbierania i przetwarzania danych osobowych w celu automatycznego personalizowania treści i reklam oraz analizowania ruchu na stronie. Technologię tę wykorzystują również nasi partnerzy. Szczegółowe informacje dotyczące plików cookies oraz zasad przetwarzania danych osobowych znajdują się w Polityce prywatności. Zapoznaj się z tymi informacjami przed korzystaniem z Fly4free.pl. Jeżeli nie wyrażasz zgody, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim komputerze, powinieneś zmienić ustawienia swojej przeglądarki internetowej.



 [ 27 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
#1 PostWysłany: 30 Cze 2022 19:06 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Ostatnio na forum pojawiło się sporo relacji z Peru, jest też kilka z poprzednich lat. Co oczywiste, w zasadzie wszystkie koncentrują się wokół topowych atrakcji tego państwa, czyli tzw. Gringo Trail. Nie mam chęci i motywacji do pisania relacji, która powtarza innych i zastanawiałem się, czy w ogóle tworzyć kolejną. Ale z drugiej strony podczas naszej wizyty (zwiedzałem kraj z żoną i dwójką dzieci) dotarliśmy do tylu nieopisywanych wcześniej miejsc, że bez problemu znalazłbym świeży materiał. Dlatego też postanowiłem stworzyć relacje z Peru, która w której praktycznie nie będzie Gringo Trail. Nie będzie też zdjęć jedzenia samolotowego, saloników, lotnisk i tym podobnych atrakcji, dość częstych w relacjach na forum.

Według Wikipedii Gringo Trail to typowa turystyczna trasa obejmująca w Peru następujące miejsca (kolejność alfabetyczna): Arequipa, Cusco, Ica, Iquitos, Lima, Machu Picchu, Máncora (WTF??), Nazca, Puno, Lima. Mimo, że odwiedziliśmy wszystkie z tych miejsc oprócz Iquitos i Máncory, relacji z nich nie będzie (jedyny wyjątek zrobię dla Machu Picchu, bo mam do dodania istotne nowe informacje logistyczne i sama droga tam była z przygodami).

Peru miałem na radarze już od dzieciństwa. Kto ma odpowiednia liczbę lat, być może pamięta kreskówkę „Tajemnicze złote miasta” puszczaną w telewizji na początku lat 90-tych. To zapoczątkowało moją fascynację tym krajem, rozszerzoną potem na całą Amerykę Południową. Po dość dokładnym zwiedzeniu północnej Argentyny (z przystankami w Chile, Paragwaju i Urugwaju) oraz dużej części Brazylii przyszła pora właśnie na Peru. Kiedy na fly4free pojawiła się promocja Aeromexico z Madrytu do Limy za ok. 1400 zł nie wahałem się i szybko kupiłem bilety w terminie ferii mazowieckich.

Już w zasadzie mieliśmy wylatywać, ale pojawiły się problemy. Raz, że ogromny nawał pracy nie pozwalał mi należycie się przygotować do wyjazdu. Dwa - promocja z Madrytu okazała się nie aż tak fajna, bo stracilibyśmy mnóstwo czasu na doloty, z planowanych 16 dni wakacji tylko 12 przypadałoby na Peru. Trzy – luty to jednak nie jest dobra pora na Peru, w Andach trwa pora deszczowa i miałem obawy o bezpieczeństwo przejazdów (jak się potem okazało, całkiem uzasadnione). Koniec końców, na kilka dni przed wyjazdem nie odczuwałem zbytniego entuzjazmu. Zostały już tylko 4 dni, kiedy otrzymaliśmy informację ze szkoły syna, że jego nauczycielka ma covid, w związku z czym syn idzie na kwarantannę. Sanepid twardo stał na stanowisku, że nic z tej kwarantanny nie może go zwolnić. Niby tragedia, ale miałem na karcie kredytowej ubezpieczenie pokrywające takie sytuacje, więc po początkowym smutku nastąpiła radość. Odpuściliśmy Peru w lutym, wszystkie wydatki zostały zwrócone, a ja kilka dni później kupiłem bilety na czerwiec KLM z Berlina do Limy za ok. 1850 zł (ok. 7800 zł za rodzinę 2+2). Per saldo wyszło tylko nieznacznie więcej niż dolot i wylot z Madrytu, a logistycznie dużo lepiej – z 18 dni wakacji aż 16 przypadało na Peru. No i czerwiec to doskonała pora na zwiedzanie tego kraju, dużo lepsza niż luty.

Peru chcieliśmy zwiedzić naszym ulubionym sposobem – wypożyczając auto. Przed wyjazdem czytałem, również na forum fly4free, opinie, które stanowczo odradzały ten sposób zwiedzania. Peru miało być krajem z najgorszymi kierowcami na świecie, mocno niebezpiecznym dla z Europy. Tego typu stwierdzenia to dla mnie tylko zachęta – miałem jeszcze większą motywację, żeby sprawdzić na własnej skórze, jak wygląda jazda po tym strasznym Peru. Wypożyczenie samochodu okazało się strzałem w dziesiątkę, choć muszę potwierdzić, że Peru to nie jest kraj dla początkujących kierowców, zarówno z powodu dróg, jak i kultury jazdy tamtejszych kierowców. Szczegóły już w dużej mierze podałem tutaj, dodam tylko, że ta opinia jest solidnie uzasadniona – po Peru przejechaliśmy 5700 kilometrów, pokonując poniższą trasę:

Załącznik:
Peru trip map.jpg


Od początku miałem obawy o stan dróg w Peru, więc wybrałem samochód z większym prześwitem – ostatecznie padło na suva, Toyotę Rav 4 z automatyczną skrzynią biegów. Na trasę, którą pokonaliśmy, nawet ten prześwit okazał się niewystarczający, ale dla 99% procent turystów sprawdziłby się idealnie. Robiącym Gringo Trail wystarczyłaby zwykła osobówka, choć nie da się ukryć, że suv dawałby znacznie więcej spokoju ducha na peruwiańskich drogach. Samochód wziąłem z Enterprise, które serdecznie polecam – rzadko kiedy miałem tak pozytywne doświadczenia z wypożyczalnią, jak w Peru.

Do Limy przylecieliśmy o 19.00, na zwiedzanie nie było już czasu, ale można było wykorzystać te 2-3 godziny na transport. Po sprawnym wypożyczeniu samochodu udaliśmy się na północ, śpiąc w oddalonym od Limy o 70 km Chancay. Większość trasy wiodła przez główną drogę kraju – Ruta Panamericana, która, mimo okresów dobrej dwupasmowej drogi, wiedzie przez centra miast. Średni czas dojazdu nie jest więc specjalnie krótki.

Następnego dnia rozpoczęliśmy właściwe zwiedzanie, już od rana czując przedsmak tego, co nas czeka w Peru. Pierwszym punktem wycieczki było wpisane na listę UNESCO Caral-Supe, do którego trzeba jechać częściowo po polnych drogach. Po raz pierwszy spotkałem się z zawodnością Google Maps, które zaproponowało poniższą drogę:
Załącznik:
Caral-supe.jpg


Po fakcie wiem, że powinno się wybrać tę drogę alternatywną, z tym, że przy ustawieniu punktu początkowego Chancay, Google Maps pokazało tylko pierwszą. Druga droga, choć nominalnie dłuższa, jest znacznie wygodniejsza i szybsza. Przy pierwszej po polnych drogach trzeba jechać jakieś 25 km, przy drugiej – tylko 3 km, częściowo przez koryto wyschniętej w porze suchej rzeki. Podczas pory deszczowej ta krótsza, wygodniejsza trasa jest często nieprzejezdna.

Powoli, ale dojechaliśmy do Caral-Supe, które okazało się świetnym miejscem na start, dającym dobry przedsmak tego, co nas czeka w Peru. Miejsce jest pomnikiem (stolicą?) najstarszej zaawansowanej cywilizacji obu Ameryk, istniejącej w okresie ok. 3000 p.n.e. – 1700 p.n.e., czyli w tym samym czasie, co Stare i Średnie Państwo w Egipcie. Tak jak starożytni Egipcjanie, przedstawiciele cywilizacji Caral budowali piramidy, może mniej spektakularne niż egipskie, ale i tak robiące wrażenie – szczególnie, że cywilizacja Caral była na pewno mniej liczna. Przewodnicy lubią podkreślać, że cywilizacja Caral była bardzo pokojowa, bo na żadnym stanowisku archeologicznym nie znaleziono śladów wojen.

Powstaje pytanie, w jaki sposób można było stworzyć zaawansowaną cywilizację w miejscu, które poza dolinami rzek jest niemal samą pustynią. Zapytałem o to przewodniczkę, która stwierdziła, że klimat 4-5 tys. lat temu był tam zupełnie inny, ale nie znalazłem potwierdzenia tego faktu w oficjalnych źródłach.

Caral-Supe jest bardzo rozległe, zwiedzanie zajmuje ponad godzinę w pełnym słońcu, trzeba się więc zaopatrzyć w wodę i czapki. W słońcu cierpieliśmy, ale już dwa dni później do niego tęskniliśmy, wjeżdżając w stosunkowo zimne Andy. Przewodnik jest obowiązkowy, na piramidy niestety nie można wchodzić.
Załącznik:
20220604_102857.jpg

Załącznik:
20220604_103826.jpg
Załącznik:
20220604_104951.jpg
Załącznik:
DSC02136.JPG
Załącznik:
DSC02141.JPG
Załącznik:
DSC02155.JPG


Z Caral-Supe udaliśmy się do świeżo wpisanego na listę UNESCO (wpis z 2021) Chankillo, najstarszego obserwatorium astronomicznego w obu Amerykach i jednego z najstarszych na świecie. Dostać się do Chankillo nie jest łatwo, Google Maps znów pokazuje złą drogę, a na miejscu nie ma żadnych drogowskazów. Trochę błądziliśmy po okolicznych wioskach, ale w końcu po zasięgnięciu języka się udało. Chankillo nieco nas zawiodło, bo na miejscu nie ma zbyt wiele do zwiedzania – ot, grupa trzynastu identycznych budowli (Trzynaście Wież) na grzbiecie wzgórza, na które zresztą nie można wchodzić.
Załącznik:
20220604_151255.jpg
Załącznik:
DSC02171.JPG

Te budowle miały jednak ważną funkcję, bo właśnie dzięki nim cywilizacja Casma-Sechin, która wybudowała Chankillo, dokonywała obserwacji astronomicznych. Chankillo pochodzi z ok. 300 r. p.n.e.. a sposób dokonywania obserwacji przedstawia poniższy rysunek (zdjęcie z thearcheologist.org). Wstęp jest darmowy, jeden sympatyczny strażnik pilnuje, żeby nie wchodzić na wieże.
Załącznik:
313D-Image+Observing+the+Calendar.jpg


Kilkanaście minut drogi od Chankillo, tuż przy głównej drodze znajduje się inne stanowisko archeologiczne tej samej kultury - Cerro Sechin. O Cerro Sechin dowiedziałem się dopiero w Peru, ale gdybyśmy je przegapili, mocno bym żałował. Główną atrakcją są tu liczne reliefy, przedstawiające głównie ludzi i części ludzkiego ciała. Miejsce jest wspaniale zachowane – myślałem, że reliefy to kopie/rekonstrukcje, ale okazało się, że to wszystko oryginały! Takie jest Peru, archeologiczne perełki są na każdym kroku, a często trzeba trochę pogrzebać, żeby dotrzeć do publicznych informacji o nich.
Załącznik:
20220604_155815.jpg

Załącznik:
DSC02172.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
16 ludzi lubi ten post.
6 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#2 PostWysłany: 30 Cze 2022 20:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lip 2018
Posty: 1365
Loty: 99
Kilometry: 226 106
złoty
Kibicuję relacji. Mam nadzieję, że zdążysz ją ukończyć przed moim wyjazdem 18 lipca.
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
Woy lubi ten post.
 
 
#3 PostWysłany: 04 Lip 2022 21:52 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Trujillo i okolice

Z nieznanych mi przyczyn Trujillo nie jest szczególnie popularne wśród turystów – np. w relacjach na forum fly4free nie ma o nim żadnej wzmianki. A to drugie co do wielkości miasto w Peru, w okolicach którego znajdują się światowej klasy stanowiska archeologiczne. Samo miasto nie jest może super ciekawe, ale na pewno warte krótkiego zwiedzenia, choćby tylko okolic Plaza de Armas.
Załącznik:
20220605_083434.jpg

Załącznik:
20220605_083950.jpg
Załącznik:
DSC02180.JPG
Załącznik:
DSC02181.JPG
Załącznik:
DSC02188.JPG


Prawdziwą perełką okolic Trujillo jest położone na jego przedmieściach stanowisko archeologiczne Huaca de la Luna i Huaca del Sol (Świątynie Księżyca i Słońca). Gigantyczne piramidy zostały zbudowane przez kulturę Moche przez kilka setek lat, począwszy od I w. n.e. Zwiedza się tylko Huaca de la Luna, Huaca del Sol można podziwiać za darmo, ale jest znacznie bardziej uboga. Za to Huaca de la Luna to najprawdziwsza perełka, jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych nie tylko w Peru, ale i w całej Ameryce Południowej. Stanowisko jest rozległe, wizyta z przewodnikiem trwa jakieś półtorej godziny, a w tym czasie podziwia się m.in. wspaniale zachowane murale i freski. W odróżnieniu od wielu stanowisk archeologicznych w Peru, Huaca del la luna nie jest zrekonstruowana – całość jest w 100% oryginalna i poddawana renowacji/konserwacji. Nie mam pojęcia, dlaczego Peru nie zaproponowało tego miejsca na listę UNESCO, bo byłby to pewny, w 100% zasłużony wpis.
Załącznik:
20220605_112635.jpg
Załącznik:
20220605_113214.jpg
Załącznik:
20220605_113219.jpg
Załącznik:
20220605_113229.jpg
Załącznik:
DSC02201.JPG
Załącznik:
DSC02202.JPG
Załącznik:
DSC02207.JPG
Załącznik:
DSC02208.JPG

Na listę UNESCO jest za to wpisane inne znane stanowisko archeologiczne w Trujillo – Chan Chan. Miasto było założone przez kulturę Chimu, która zastąpiła kulturę Moche w okolicach VIII w. n.e., i jest uważane za największe miasto Ameryki Południowej przed przybyciem Kolumba. Chan Chan jest rzeczywiście gigantyczne, ale z racji używanego budulca – suszonej na słońcu cegły (tzw. adobe), przez ok. 1200 lat od wybudowania i 600 lat od opuszczenia (miasto zostało podbite przez Inków kilkanaście lat przed przybyciem Kolumba) nie miało szans na przetrwanie w oryginalnym kształcie. Obecny wygląd to w dużej mierze rekonstrukcja, ale robiąca wielkie wrażenie. Udostępniona do zwiedzania część jest ogromna, a trasa przemyślana w ten sposób, że turysta poczuje się w pełni usatysfakcjonowany. Chan Chan jest tak rozległe z powodu zwyczajów grzebalnych tamtejszych władców – każdy był chowany w swoim własnym pałacu, następca musiał wybudować sobie nowy, a więc w jednym momencie tylko część miasta była zamieszkała. Koniecznie trzeba wstąpić do pobliskiego muzeum (nie trzeba kupować dodatkowego biletu), tylko pamiętajcie, aby unikać pierwszej niedzieli miesiąca, kiedy to wszystkie lub niemal wszystkie obiekty historyczne są bez opłat otwarte dla Peruwiańczyków. Poznaliśmy to na własnej skórze i nigdy więcej nie widzieliśmy takich tłumów miejscowych turystów, jak w Chan Chan, a zwłaszcza w Huaca de la Luna. Oba miejsca można zwiedzić w około pół dnia, trzeba jednak pamiętać, że Chan Chan jest zamknięte w poniedziałki.
Załącznik:
20220605_125019.jpg
Załącznik:
20220605_125823.jpg
Załącznik:
20220605_130154.jpg
Załącznik:
DSC02212.JPG
Załącznik:
DSC02219.JPG
Załącznik:
DSC02220.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#4 PostWysłany: 07 Lip 2022 08:21 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Najgorsza droga w życiu

Peruwiańskie wybrzeże to praktycznie sama pustynia. Życie koncentruje się w dolinach spływających z Andów licznych rzek, bo po tej stronie Andów praktycznie w ogóle nie pada (średnia suma opadów dla Limy to 7 do 12 mm deszczu rocznie). Krajobraz jest nieco przygnębiający, tym bardziej, że niebo jest często zachmurzone, a mgła to zjawisko niemal codzienne. Ale wystarczy wyjechać kilkadziesiąt kilometrów na wschód (i 2000-3000 m do góry), przekraczając barierę Andów, aby zobaczyć zupełnie inny krajobraz, z mnóstwem zieleni. Takie widoki czekały nas na 4-godzinnej drodze z Trujillo do Huamachuco, podczas której z poziomu morza wjechaliśmy na wysokość 3500 m, jadąc po drodze ze śniegiem na poboczu!

O ile Trujillo jest nieco na uboczu turystycznego szlaku, Huamachuco to już kompletny wygwizdów, w którym turyści praktycznie się nie pojawiają. Widać to choćby po booking.com – w promieniu co najmniej kilkudziesięciu kilometrów nie ma żadnych dostępnych hoteli. Na szczęście zdążyłem już na tyle poznać Peru, żeby się tym nie martwić – w tym kraju nawet w zabitej dechami wsi można spotkać jakiś hospedaje, a często nawet pełnoprawny hotel. I rzeczywiście, nigdzie nie mieliśmy problemu ze znalezieniem noclegu, choć z ich jakością bywało bardzo różnie, a raz nawet tragicznie.

Jadąc do Huamachuco i dalej rozpoczynaliśmy najbardziej ekscytującą część podróży, zanurzając się w prawdziwą peruwiańską głuszę. Jeszcze w Huamachuco nie jest tak źle – z Trujillo wiedzie dobra, w 100% asfaltowa droga. Samo miasto ma ok. 70 tys. mieszkańców i wszystkie oznaki cywilizacji. Oto widok z góry:
Załącznik:
20220606_084654.jpg
Załącznik:
20220606_084656.jpg

Kilkanaście kilometrów od miasta znajdują się bardzo ciekawe ruiny miasta Inków – Marcahuamachuco. Wstęp wolny, choć trzeba się trochę powspinać, co przy wysokości około 3400 m n.p.m. było już odczuwalne.
Załącznik:
20220606_082734.jpg
Załącznik:
20220606_085852.jpg
Załącznik:
20220606_090120.jpg
Załącznik:
20220606_090810.jpg
Załącznik:
20220606_090902.jpg

Huamachuco było jednak tylko przystankiem w drodze dalej na wschód. Naszym ostatecznym celem było Pataz, niewielkie miasteczko górnicze, brama do Parku Narodowego Rio Abiseo, najtrudniejszego do zwiedzenia miejsca z listy UNESCO w Peru. Odległość z Huamachuco do Pataz to tylko 146 km, ale Google Maps pokazuje, że na ich pokonanie potrzeba aż sześć i pół godziny! Nie wierzycie? Spójrzcie:
Załącznik:
Pataz-Huamachuco.jpg

Byłem nastawiony na dość ekstremalne przygody, ale przyznam, że ta droga i mnie zaskoczyła. Wąska, gruntowa droga, wznosząca się na wysokości grubo ponad 3000 m n.p.m., gdzie po jednej stronie jest przepaść, a gdy z naprzeciwka nadjeżdża samochód (a jeszcze lepiej ciężarówka, co też się często zdarzało), trzeba cofać i szukać miejsca do minięcia się na centymetry. Te cofania, gdy przepaść była z prawej strony, były wyjątkowo stresujące dla mojej żony, która już widziała siebie na dnie.
Załącznik:
20220606_130355.jpg
Załącznik:
20220606_150124.jpg
Załącznik:
DSC02227.JPG
Załącznik:
DSC02229.JPG


Droga ostatecznie zajęła nam ponad 7 godzin i po drodze nie widzieliśmy ani jednego samochodu osobowego – same pickupy, autobusy i ciężarówki. Strach pomyśleć, co by było, gdyby popadało – nieustannie drżałbym, że się ześlizgniemy. A ja chciałem tę trasę robić w lutym… Dobrze, że widoki rekompensowały nieco jej trudy.
Załącznik:
20220606_131617.jpg
Załącznik:
20220606_132044.jpg
Załącznik:
20220606_132948.jpg
Załącznik:
DSC02230.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
20 ludzi lubi ten post.
6 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#5 PostWysłany: 08 Lip 2022 13:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1581
złoty
Jeździłem po rzekach w NZ, ale wiedząc, że mam 7h taką drogą to za cholere bym nie wjechał ;)
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com
Góra
 Relacje PM off
2 ludzi lubi ten post.
 
 
#6 PostWysłany: 13 Lip 2022 07:59 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Rio Abiseo i powrót do cywilizacji

Rio Abiseo to bez wątpienia najtrudniejsze do odwiedzenia miejsce z listy UNESCO w Peru i jedno z najtrudniejszych w Ameryce Południowej. Podróż do takich miejsc jest szczególnie ekscytująca, więc nie mogłem sobie go odpuścić podczas planowania tripu po Peru z rodziną. Do Rio Abiseo dostać się można na dwa sposoby: od wschodu, z Tarapoto (które posiada połączenia z Limą), gdzie można zwiedzić dolną część parku z lasem tropikalnym, lub z zachodu, gdzie bramą do parku jest Pataz i zwiedza się wysokogórską część parku, ze stanowiskami archeologicznymi, w tym najsłynniejszym Gran Pajaten. Z uwagi na logistykę brałem pod uwagę tylko trasę zachodnią. Mam zresztą podejrzenie, że trasa wschodnia obejmuje jedynie części rzeki Abiseo poza parkiem narodowym.

Park Rio Abiseo jest oficjalnie zamknięty dla zwiedzających, ale w Internecie można znaleźć oferty wycieczek, wiec podejrzewałem, że nie jest tak tragicznie. Długo przed wyjazdem nawiązałem kontakt z przewodnikiem Nestorem, który oferował możliwość zwiedzenia Gran Pajaten z Pataz. Z uwagi na ogromne różnice wysokości (ponad 1000 metrów), dla podróży z małymi dziećmi rekomendował użycie mułów i co najmniej dwudniowy trekking z Pataz. Potem jednak nasz kontakt się urwał, ale wiem, że Nestor może być dobrym kontaktem dla chcących zwiedzić Rio Abiseo od zachodniej strony.

Nawet bez oficjalnego zezwolenia postanowiliśmy spróbować. Okropną 7-godzinną podróż opisywałem w poprzedniej części. W końcu dojechaliśmy do Pataz przed przed 17.00, niszcząc po drodze plastikowe osłony podwozia. Pataz to małe, górnicze miasteczko, bez wielkiej pompy można stwierdzić, że w sercu El Dorado – większość mieszkańców utrzymuje się z pracy w kopalniach złota. Główną „atrakcją” jest pomnik górnika.
Załącznik:
20220606_164806.jpg

Przypadkowo stanąłem przed ratuszem, wszedłem i zapytałem o możliwość zwiedzenia parku narodowego. Dostałem kontakt do bardzo sympatycznego burmistrza, który jest jednocześnie jednym z szefów parku. Burmistrz powiedział, że specjalnie dla nas zorganizuje permity, przewodnika i muły – całość na jeden dzień miała kosztować ok. 500 USD dla 4 osób. Pojawił się jednak problem z samymi mułami, bo trzeba było czekać cały dzień, aby je zorganizować. Nie chcieliśmy tyle czekać, więc podziękowaliśmy i z żalem (dzieci były zawiedzione brakiem przejażdżki na mułach) zrezygnowaliśmy. Trzeba było wdrożyć Plan B.

Plan B przewidywał dostanie się do parku bez permitu. Niedaleko miejscowości LLacuabamba, 90 km i 4h z Pataz, jest droga, która odbija do parku narodowego. Po drodze mijamy rzekę Maranon (jedno ze źródeł Amazonki) i wspaniałe krajobrazy.
Załącznik:
20220607_084337.jpg
Załącznik:
20220607_090256.jpg

Niestety na granicy parku stała strażnica – dalszy wjazd był niemożliwy bez permitu. Na szczęście była też droga idąca w bok (do miejsca zwanego Las Tres Lagunas). Pojechałem nią, wysiadłem z samochodu poza zasięgiem wzroku strażnika, przekroczyłem strumień będący granicą parku narodowego i wszedłem dobry kilometr w głąb parku. Nie widziałem niestety nic specjalnego – ładne góry otoczone chmurami. Żona i dzieci nie chciały tego zrobić, wystraszone stadem byków pasących się w pobliżu i idących wprost na nich.
Załącznik:
DSC02241.JPG
Załącznik:
DSC02245.JPG

Po powrocie namówiłem żonę i dzieci do przejścia przez strumień i formalnego „zaliczenia” parku (byki już odeszły kilkaset metrów dalej). Zrobili to, ale żona i syn zamoczyli sobie buty – dobra pamiątka z tego wyjątkowego miejsca!
Można zadać pytanie, czy był sens męczyć się przez trzy dni po niebezpiecznych drogach, żeby niewiele zobaczyć poza ładnymi widoczkami gór i formalnym przekroczeniem granic parku narodowego. Zarówno chwilę po, jak i miesiąc później stwierdzam, że zdecydowanie tak! To droga jest celem, a wspomnienia z tej szalonej eskapady zostaną z nami na zawsze.

...

Jedną z najfajniejszych rzeczy podczas podróży jest docenianie drobnych rzeczy, które większość z nas uznaje za oczywistość – a już na pewno żyjące w komforcie dzieci. Kiedyś po odbyciu 15-dniowego rejsu starą łajbą po Morzu Barentsa i Karskim bez zawijania do portu doceniłem, jak dużym komfortem jest ciepły prysznic czy w ogóle dostęp do ciepłej wody. W Peru, kiedy po ponad 25 godzinach jazdy po fatalnych drogach (po drodze osiągnęliśmy najwyższy punkt w naszym życiu – Abra Huachucocha na wysokości 4 341 m. n.p.m. – wyżej o 150 m. od poprzedniego rekordu z Argentyny) zobaczyliśmy na stałe asfalt, doceniliśmy, jaki to wspaniały wynalazek. Poczuliśmy się też nieco bezpieczniej, w żadnym innym miejscu nie widzieliśmy tylu krzyży, co nad tymi bezdennymi przepaściami. Niekiedy krzyży było kilkanaście w jednym miejscu – znak, że musiał tam spaść autobus…

Cud, że samochód to przeżył, choć był tak brudny, że nie dało się użyć wycieraczki z tyłu. Nawet ludzie na stacji benzynowej w okolicach Huancaspata (gdzie spaliśmy w najgorszych chyba warunkach w historii naszych podróży – pokój zamykany na kłódkę, diabelnie zimno, obskurna łazienka na zewnątrz i wąskie łóżka), gdy im powiedziałem, jak długa droga jeszcze mnie czeka, ze współczuciem mówili pobre carro czyli „biedny samochód”. Na szczęście mycie jest w Peru bardzo tanie – człowiek, który w Chavin de Huantar mył ręcznie mój samochód przez prawie godzinę wziął za to 10 soli, czyli jakieś 12 złotych.

Podczas podróży po peruwiańskich bezdrożach dokonała się we mnie mała przemiana. Dotychczas chyba raz czy dwa w życiu brałem autostopowicza, a podróżując we czwórkę z rodziną – zupełnie nigdy. Widząc machającego człowieka w połowie drogi między Chullin a Pumabambą najpierw go minąłem, a potem dałem po hamulcach, uzmysłowiwszy sobie, że przecież tą drogą samochód jedzie ze trzy razy na godzinę i biedaczysko będzie czekał nie wiadomo ile. Pan okazał się bardzo sympatyczny – pracował w wiosce przy budowie kanalizacji, ale ekipa potrzebowała materiałów, które są dostępne tylko w Pumabambie. No to go wysłali, a 40-kilometrowa trasa tam i z powrotem miała mu zająć całą dobę. Nie jestem orłem z hiszpańskiego, ale znam ten język wystarczająco, aby podtrzymać rozmowę, więc dowiedziałem się wielu interesujących rzeczy o codziennym życiu w Peru. Biorąc pod uwagę poziom cen, standardowe zawody, które w Polsce nie dają zbytnio zarobić, w Peru dają nadzieję na godne życie – spotkaliśmy m.in. nauczycielkę szkoły podstawowej w niewielkiej mieścinie, która odchowała już dzieci i twierdziła, że powodzi się jej tak dobrze, że za kilka miesięcy wyjeżdża na wycieczkę do Meksyku. Inni potwierdzali, że dobrze się wiedzie m.in. pielęgniarkom czy policjantom.

Na pewno dobrze wiedzie się politykom, sądząc po aktywności kampanii wyborczej. Wybory samorządowe dopiero w październiku, a już w czerwcu niemal wszystkie budynki na prowincji są pomalowane w barwy poszczególnych partii i kandydatów.
Załącznik:
DSC02246.JPG
Załącznik:
DSC02247.JPG
Załącznik:
DSC02248.JPG

Mężczyzna z pustkowia okazał się przełomowy – w sumie podczas podróży po Peru wzięliśmy autostopowiczów siedem razy. Niemal każdy oferował pieniądze za podwózkę (oczywiście odmawiałem) – widać, że w tym kraju autostop jest traktowany jako alternatywa dla regularnego, płatnego transportu publicznego.

Do Chavín de Huántar przyjeżdża niewielu turystów, ale dla nas było niemalże jak Paryż. Mnóstwo restauracji, wszystkie udogodnienia, a nawet mówiący po angielsku personel hotelowy – tego nie doświadczyliśmy przez ostatnich kilka dni. Jeśli ktoś zdecyduje się do Chavín de Huántar przyjechać, ze pewnością nie pożałuje. A wszyscy przyjeżdżają, żeby zobaczyć stanowisko archeologiczne o tej nazwie, stolicę cywilizacji Chavin, która w swoim rozkwicie (1200-600 p.n.e.) stanowiła prawdziwe imperium. Zwiedziwszy Chavin już w pierwszym tygodniu zamknęliśmy klamrą wszystkie kamienie milowe w historii Peru – od najwcześniejszej kultury Norte Chico (tej od Caral-Supe), poprzez Chavin, Casma-Sechin (od Chankillo i Cerro Sechin), Moche (Huaca de la Luna i Sol), Chimu (Chan Chan) do Inków (Marcahuamachuco) i podboju hiszpańskiego (reprezentowanego przez centrum Trujillo).

Rozpoczęliśmy zwiedzanie Chavin od małej różnicy zdań ze strażnikiem (chciał od nas certyfikatu szczepienia do miejsca na otwartej przestrzeni) a potem od lekkiego zawodu – początkowe budowle są nieciekawe i zamknięte dla publiczności. Ale już po kilkunastu minutach było wielkie łał, kiedy to weszliśmy na teren Zamku (El Castillo), centralnego placu i tzw. Wczesnej Świątyni. Samo Chavin określiłbym jako skrzyżowanie budowli prekolumbijskich z Meksyku (przy czym trzeba pamiętać, że meksykańskie są młodsze o co najmniej tysiąc lat!) oraz podziemnych miast z Kapadocji – Dernikuyu i Kaymakli. Skojarzenie z Kapadocją jest może przesadne, ale w Chavin można zejść do podziemi i przejść korytarzami chyba ponad sto metrów.
Załącznik:
20220609_093120.jpg
Załącznik:
DSC02259.JPG
Załącznik:
DSC02265.JPG

Pokonując jeden z korytarzy dojdziemy do ekscytującego pomnika bóstwa, o tu:
Załącznik:
20220609_095734.jpg

Jakby tego było mało, po drodze można podziwiać świetne przykłady sztuki. A jak komuś i tego za mało, reszta znajduje się w muzeum po drugiej stronie miasteczka.
Załącznik:
DSC02264.JPG
Załącznik:
20220609_103855.jpg
Załącznik:
20220609_104026.jpg

Wracając do cywilizacji przejeżdżaliśmy przez Park Narodowy Huascaran, obejmujący najwyższy szczyt Peru o tej samej nazwie, wznoszący się na 6 768 m. n.p.m. Aż tak wysoko nie wjechaliśmy, ale i tak pobiliśmy nasz rekord wysokości – Tunel de Kahuish na 4 516 m. n.p.m., 175 metrów wyżej niż poprzedniego dnia.
Załącznik:
20220609_115231.jpg
Załącznik:
DSC02268.JPG
Załącznik:
DSC02270.JPG
Załącznik:
DSC02273.JPG

A trzeba wam wiedzieć, że dzień skończyliśmy śpiąc nad samym morzem…

A to wcale nie był rekord pokonanej w ciągu dnia amplitudy…

…i do rekordu zabrakło bardzo dużo, gruuubo ponad 1000 metrów.

Jak ja uwielbiam ten kraj geograficznych ekstremów!


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
3 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#7 PostWysłany: 19 Lip 2022 06:41 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Obok Gringo Trail

Opuściwszy Chavin, nieco odetchnąłem. Pokonaliśmy pętlę północną, nieuczęszczaną i nieprzewidywalną, i wkroczyliśmy na Gringo Trail, gdzie nie spodziewałem się aż takich trudności drogowych. Miałem niby rację, tak ekstremalnych dróg, jak w okolicach Pataz, już nie doświadczyliśmy, choć i tak peruwiańskie drogi dały nam popalić. Ale nie uprzedzajmy faktów…

No właśnie, te cywilizowane drogi zaczęły się od konieczności przejechania Limy. 8-milionowy (szacunkowo, bo nikt nie wie, ilu tak naprawdę ma mieszkańców) moloch, ciągnący się przez kilkadziesiąt kilometrów nie ma obwodnicy, a więc przejazd Panamericaną na osi północ-południe wiąże się z przebijaniem się przez ogromne korki. W naszym przypadku Google Maps pokazało około 1,5h opóźnienia. Na szczęście po przebiciu się przez Limę jest dużo lepiej – odcinek Lima-Ica to najlepsza droga w kraju. Mimo to podróż nią nie jest szczególnie komfortowa, zwłaszcza w nocy, kiedy to co drugi kierowca używa długich świateł. W dodatku peruwiańscy kierowcy notorycznie jeżdżą lewym pasem, wyprzedzanie ich przypomina regularny slalom. I to mimo przypomnień „Use carril izquierdo solo para adelantar”, czyli „lewego pasa używaj tylko do wyprzedzania”. Do Pisco, gdzie spaliśmy, dotarliśmy nieco przed 11 w nocy, po drodze doświadczając bardzo niebezpiecznej sytuacji. Po zmroku, na dużej prędkości o mało nie potrąciłem przebiegającego przez autostradę mężczyzny. Zahamowałem niemal do zera, po drodze robiąc dwa odbicia w prawo i w lewo. Chłopu zapewne stanęła śmierć w oczach, a my długo nie mogliśmy się uspokoić. Na szczęście skończyło się tylko na strachu, ale nigdy nie byłem tak blisko pozbawienia kogoś życia.

Następnego dnia udaliśmy się do Iki – dużego, ale niezbyt ciekawego miasta, w którym zwiedziliśmy monumentalne Sanktuarium Señor de Luren ze słynną rzeźbą ukrzyżowanego Chrystusa.
Załącznik:
DSC02279.JPG

Z Iki już tylko rzut beretem do geoglifów Nazca ale zgodnie z tytułem relacji nie będę o nich pisał. Jako, że teraz poruszaliśmy się mniej więcej po Gringo Trail, uwagę poświęcę mniej znanym miejscom po drodze.

Nazca to najgorętsze miejsce w całym Peru, środek pustyni (nomen omen, sama nazwa miasta oznacza „pozbawiony wody”). Jak w takim piekle mogła rozwinąć się zaawansowana cywilizacja tworząca takie wspaniałości jak słynne geoglify? Odpowiedź na to pytanie można częściowo poznać w samym miasteczku Nazca, za pomocą tamtejszych akweduktów. Skojarzenia ze znanymi akweduktami będą jednak fałszywe – te z Nazca zupełnie nie przypominają rzymskich ze słynnym Pont du Gard na czele. Peruwiańskie akwedukty są na ogół podziemne, a punkty czerpania wody mają kształt spirali. Przypominają więc irańskie kanaty, ale jest pewne, że ta technika rozwinęła się w Ameryce zupełnie niezależnie.
Załącznik:
20220610_125950.jpg
Załącznik:
20220610_132808.jpg
Załącznik:
DSC02293.JPG
Załącznik:
DSC02295.JPG

Okolice Nazca obfitują w osobliwości archeologiczne i podczas podróży zahaczyliśmy o jeszcze jedną. Z pewną obawą pojechaliśmy do położonego ok. 30 km od Nazca cmentarza Chauchilla. Skąd ta obawa? Chauchilla to miejsce nieortodoksyjne, cmentarz z… odkrytymi grobami. Pochodzące z czasów przed IX w. groby jeszcze do niedawna były zupełnie opuszczone, plądrowane i niszczone. Na szczęście rząd peruwiański to zmienił, otoczył rozkopane groby barierkami, ale i dzisiaj po godzinach można tam wjechać bez żadnych przeszkód. Kości ludzkie walają się po powierzchni, można wręcz grać w piłkę czaszkami. W ogóle szczątki ludzkie są wyjątkowo dobrze zachowane, a to dzięki stosowanej technice mumifikacji. Ciała (w tym malutkich dzieci) wyglądają dość makabrycznie i obawialiśmy się, jak zareaguje na to nasza prawie 7-letnia córka. Niepotrzebnie - nie tylko nie miała problemów z oglądaniem mumii, ale chciała dotykać ludzkich kości. A raz powiew wiatru strącił jej kapelusz prosto do grobu! Na szczęście nie spadł prosto na mumię, a znaleziony obok drąg pozwolił go wydostać.
Załącznik:
20220610_142149.jpg
Załącznik:
DSC02301.JPG
Załącznik:
DSC02302.JPG
Załącznik:
DSC02303.JPG
Załącznik:
DSC02304.JPG
Załącznik:
DSC02305.JPG
Załącznik:
DSC02308.JPG
Załącznik:
DSC02309.JPG
Załącznik:
DSC02310.JPG
Załącznik:
DSC02311.JPG
Załącznik:
DSC02312.JPG
Załącznik:
DSC02314.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
9 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#8 PostWysłany: 19 Lip 2022 09:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 04 Sie 2013
Posty: 1581
złoty
Nie chcieliście jechać na Islas Ballestas? Bardzo miło wspominam takie bliskie spotkania ze zwierzakami.
_________________
Moje podróże - piotrwasil.com
Góra
 Relacje PM off  
 
#9 PostWysłany: 19 Lip 2022 09:59 

Rejestracja: 30 Lip 2016
Posty: 115
srebrny
Dzięki za tę relację, czytam z zaciekawieniem, żeby dowiedzieć się, co mnie ominęło :) Zauważyłem dwa drobne przekłamania:

Cytuj:
Z nieznanych mi przyczyn Trujillo nie jest szczególnie popularne wśród turystów (...). A to drugie co do wielkości miasto w Peru (...)

Poprawka: Trujillo jest trzecim co do wielkości (wg ludności) miastem. Drugim jest Arequipa.

Cytuj:
(...) Limy. 8-milionowy (szacunkowo, bo nikt nie wie, ilu tak naprawdę ma mieszkańców) moloch (...)

Limę szacuje się na 10 milionów mieszkańców, nie na 8 milionów.
Góra
 Relacje PM off
Woy lubi ten post.
Woy uważa post za pomocny.
 
 
#10 PostWysłany: 19 Lip 2022 12:55 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
@cart Chcieliśmy, ale cóż, jak zwykle trzeba było dokonać wyboru, czasu na wszystko nie starczyło.

@robokun Jest tak, jak piszesz, dzięki za wskazanie nieścisłości.
Góra
 Relacje PM off  
 
#11 PostWysłany: 19 Lip 2022 13:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1349
Loty: 526
Kilometry: 840 012
srebrny
@Woy suuuper!

Bardzo ciekawe miejsca odwiedziliście, dobra relacja. Wiele lat temu udało mi się dotrzeć do Trujillo, Chan Chan, Huaraz i Chavin de Huántar. Wyprawę po Peru rozpoczynaliśmy wtedy od Chiclayo, gdzie w okolicy zwiedzaliśmy niezwykłe piramidy i grobowce królewskie kultury Moche oraz oglądaliśmy mumię El Señor de Sipán w muzeum w Chiclayo - gorąco polecam.

Twoja wyprawa do Pataz i Rio Abiseo to już odlot - jechać 7 godzin po wertepach, żeby potem nie mieć jednego dnia czasu na wycieczkę do parku- no, ja raczej poświęciłbym którąś z atrakcji Gringo Trail, najchętniej pewnie cepeliadę jeziora Titicaca. Tylko Ty wtedy jeszcze tych atrakcji nie poznałeś ;)
Góra
 Relacje PM off
Woy lubi ten post.
 
 
#12 PostWysłany: 19 Lip 2022 19:41 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
@sko1czek Dzięki za miłe słowa!

Co do wypadu do Rio Abiseo - być może trzeba było poczekać, ale Pataz naprawdę nie zachęcało do pozostania, a ja strasznie nie lubię marnować cennego czasu w podróży. Jednak nie żałuję - minął prawie miesiąc od powrotu, a nasze najżywsze wspomnienia są właśnie z tych trzech dni po wertepach oraz przygody z dotarciem do Machu Picchu (o tym jeszcze napiszę) i pewnie za parę lat też te momenty będziemy pamiętać najlepiej. Oczywiście najfajniej byłoby mieć czas na wszystko, ale trzeba się poddać realiom.

Chcieliśmy też dotrzeć do Chiclayo i obejrzeć rzeczy, o których piszesz, ale wtedy trzeba by było odpuścić inne miejsca. Nic jednak straconego, Peru jest jednym z tych krajów, do których na pewno kiedyś wrócę.
Góra
 Relacje PM off
sko1czek lubi ten post.
 
 
#13 PostWysłany: 19 Lip 2022 20:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 26 Wrz 2012
Posty: 1349
Loty: 526
Kilometry: 840 012
srebrny
@Woy
mam tak samo - planuję wrócić do Peru.
I tylko dodam, że gdybyś planował kolejny wyjazd, dołącz do swojej trasy koniecznie Iquitos. Miasto i okolica są niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju - a kilka kawałków dżungli, także amazońskiej, już widziałem. A w każdym razie Iquitos było niezwykłe, kiedy tam doleciałem w 2006 roku.
Góra
 Relacje PM off
Woy lubi ten post.
 
 
#14 PostWysłany: 25 Lip 2022 09:54 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Martwy Byk

Z Nazca do Arequipy wiedzie dobra, ale wąska droga – czas przejazdu 560 km to około 10h. Trasa w większości prowadzi prosto wzdłuż wybrzeża, ale w miejscach, gdzie do Pacyfiku wpływa jakaś rzeka, robi się bardzo pokręcona. Pod sam koniec warto jednak odbić w lewo i odwiedzić jedne z najfajniejszych rysunków skalnych, jakie widziałem. Stanowisko nazywa się Toro Muerto (Martwy Byk), ale tę nazwę można by zamienić na prawie każde inne zwierzę – na tej pustyni nie przeżyje nic poza może wielbłądem. Ale wielbłądów w Nowym Świecie nie ma i nie było. Rysunki znajdują się blisko wioski Corire i żyznej doliny rzeki Camana. W tej części Peru miejsca zdatne do życia znajdują się tylko w bliskiej odległości nielicznych rzek. Wystarczy odjechać kilometr-dwa w bok i można tam spotkać co najwyżej martwego byka, piasek i skały.

W Corire jest coś w rodzaju centrum informacyjnego, gdzie ponoć trzeba kupić bilety i dostać przewodnika do petroglifów. My jednak minęliśmy ten przybytek i dotarliśmy do Toro Muerto za nic nie płacąc. Droga jest dość dobrze oznaczona, na miejscu jest nawet parking i wiata z oznaczeniem sugerowanej ścieżki. Dobrze jest mniej więcej się jej (tzn. ścieżki) trzymać, bo została poprowadzona obok najbardziej spektakularnych petroglifów. Największą radochę daje jednak odbijanie od niej i poszukiwanie rysunków na własną rękę. A są ich setki, niektóre bardzo duże, inne zauważalne dopiero po wspięciu się na skałę. Miejsce jest zachwycające, choć dla mnie zaskoczeniem było datowanie tych rysunków – zostały stworzone między 500 a 1000 r. naszej ery, w czasach, gdy w samym Peru wieki wcześniej tworzono rzeczy dużo bardziej zaawansowane, w tym wspaniałą ceramikę. Porównywalne rysunki w innych miejscach na świecie (np. Hail w Arabii Saudyjskiej) powstały kilka tysięcy lat wcześniej.
Załącznik:
20220611_124232.jpg
Załącznik:
20220611_124307.jpg
Załącznik:
20220611_125520.jpg
Załącznik:
20220611_131612.jpg
Załącznik:
20220611_131920.jpg
Załącznik:
20220611_132226.jpg
Załącznik:
DSC02323.JPG
Załącznik:
DSC02349.JPG
Załącznik:
DSC02350.JPG
Załącznik:
DSC02352.JPG

Tuż obok Toro Muerto znajduje się inna osobliwość – Park Jurajski Querulpa. Na pierwszy rzut oka miejsce wygląda jak mało udana atrapa parku rozrywki dla dzieci – idzie się w górę wśród naturalnej wielkości plastikowych odlewów dinozaurów.
Załącznik:
20220611_143611.jpg
Załącznik:
DSC02365.JPG

Ale wytrwałość zostanie nagrodzona – na samym szczycie znajdują się prawdziwe ślady dinozaurów, zastygnięte w skale miliony lat temu.
Załącznik:
DSC02361.JPG
Załącznik:
DSC02364.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#15 PostWysłany: 26 Lip 2022 20:33 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Wokół jeziora Titicaca

Nasza trasa wiodła przez Arequipę i jezioro Titicaca, ale zgodnie z tytułem relacji tych miejsc opisywać nie będę. Opiszę za to dwie rzadziej odwiedzane, ale interesujące atrakcje wokół Titicaki. Pierwszą z nich było Sillustani, nietypowy cmentarz plemienia Kolla, z najstarszymi nagrobkami pochodzącymi nawet z IX w. Plemię Kolla chowało swoich zmarłych w wieżach grzebalnych zwanych chullpas, a najbardziej znane zgromadzenie tychże jest właśnie w Sillustani. Stanowisko archeologiczne jest niesamowicie fotogeniczne, choć wysokość około 3700 m. n.p.m. daje się we znaki. Jest lekko chłodno, ale przyjemnie.
Załącznik:
20220612_145137.jpg
Załącznik:
20220612_145140.jpg
Załącznik:
DSC02379.JPG
Załącznik:
DSC02384.JPG
Załącznik:
DSC02387.JPG

Z Sillustani udaliśmy się nad samą Titicakę, do Świątyni Płodności w Chucuito. Zwykle w miejscach kojarzonych z płodnością uwypukla się żeński pierwiastek tego procesu, ale świątynia w Chucuito jest poświęcona wyłącznie części męskiej. Co oznacza dziesiątki różnej wielkości kamiennych penisów – naliczono ich 86. Przy okazji, języki keczua i polski mają jak widać wiele wspólnego, bo świątynia nazywa się Inca Uyo. Miejsce jest fotogeniczne, ale uczeni przypuszczają, że zostało stworzone nie przez Inków, ale wiele wieków później. Inca Uyo to świetne miejsce nawet dla dzieci – podczas gdy my oglądaliśmy penisy, dzieci (i niektórzy dorośli) próbowały karmić i głaskać pasące się tam lamy.
Załącznik:
DSC02399.JPG
Załącznik:
DSC02400.JPG

Z Chucuito udaliśmy się do Puno, odwiedziliśmy tamtejszą katedrę i zjedliśmy kolację, aby noc spędzić w oddalonej o godzinę drogi Juliace. Juliaca cieszy się złą sławą najniebezpieczniejszego miasta w Peru, znajomy Peruwiańczyk straszył, że jest niebezpieczna nawet dla jego rodaków. Juliaca jest centrum przerzutowym kokainy produkowanej w peruwiańskiej dżungli i szmuglowanej do Boliwii, a stamtąd do Europy czy Ameryki Północnej. A trzeba Wam wiedzieć, że Peru jest największym producentem kokainy na świecie, już parę lat temu zdystansowało w tej kategorii Kolumbię. Jak zwykle (odpukać) okazało się, że strach ma wielkie oczy. Miasto wydaje się zupełnie normalne, nie zauważyliśmy nic niepokojącego i następnego dnia rano pojechaliśmy dalej.


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#16 PostWysłany: 27 Lip 2022 04:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja: 20 Lip 2018
Posty: 1365
Loty: 99
Kilometry: 226 106
złoty
Ja dziś przejeżdżałem przez Juliacę. Na wyjeździe wyglądało to jak obraz nędzy i rozpaczy, nawet jak na Peru. Pozdrowienia z San Pedro. :)

Image

Image

Image
_________________
Image
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
 
 
#17 PostWysłany: 08 Sie 2022 07:07 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
W drodze do Cuzco

Długo się zastanawialiśmy, czy nie wybrać się na słynną Tęczową Górę. Była praktycznie po drodze Juliaca-Cuzco, trzeba było jedynie wygospodarować na nią jakieś pół dnia. Po poranku w Juliace (położonej na wysokości ponad 3800 m. n.p.m.) definitywnie zrezygnowaliśmy. Nasza siedmioletnia córka, która do tej pory wysokości znosiła najlepiej z całej rodziny, nagle zaczęła się źle czuć. Przejawiało się to biegunką i wymiotami i podejrzewalibyśmy zatrucie, gdyby nie fakt, że jedliśmy to samo i tylko ona miała takie objawy. Mocno osłabioną wsadziliśmy do samochodu, na szczęście po dogrywkowej drzemce (i zjechaniu co najmniej 300 m niżej) jej stan się poprawił, a dolegliwości już nigdy nie wróciły.

Droga z Juliaki do Cuzco zajmuje jakieś 5 godzin, ale ten, kto po prostu pokona ją bez zatrzymywania po drodze, straci bardzo wiele. Naszym pierwszym przystankiem był kościół św. Pawła w Andahuailillas. Aż trudno uwierzyć, że w tak małym miasteczku jeszcze w XVII wieku wybudowano taką perełkę, arcydzieło sztuki barokowej. W środku nie można robić zdjęć, ale kilka zrobionych z ukrycia udało się przemycić. Warto dodać, że Andahuailillas nie jest wyjątkiem – piękne barokowe kościoły można znaleźć w innych miejscowościach regionu, jak choćby w Marcapacie, Oropesie czy Ocongate. Hiszpanie wyjątkowo dbali o krzewienie wiary wśród lokalnej ludności i nie szczędzili pieniędzy na kościoły i ich wyposażenie.
Załącznik:
DSC02413.JPG
Załącznik:
20220613_123151.jpg
Załącznik:
20220613_123325.jpg

Przed Andahuailillas zabraliśmy autostopowiczkę, nauczycielkę, która chciała się dostać do Cuzco. Jednak w miasteczku zechciała wysiąść – zaczynał się mecz piłki nożnej Peru-Australia decydujący o awansie na mistrzostwa świata i nie chciała opuścić ani minuty. Ten mecz był narodowym świętem, nawet szkoły wcześniej skończyły zajęcia (początek spotkania był o 13.00), aby dzieci i nauczyciele mogli go obejrzeć. Niemal wszystkie dzieci były ubrane w koszulki drużyny narodowej. Mobilizacja narodu na nic się nie zdała – Peruwiańczycy przegrali po karnych. My nie mieliśmy wielkiego parcia na oglądanie, ale z racji pory obiadowej załapaliśmy się na drugą połowę. Traf chciał, że dzień wcześniej kupiliśmy synowi koszulkę piłkarską drużyny narodowej Peru, więc wyglądał jak swój.

A na obiad jedliśmy narodowe danie Peru - cuy czyli grillowaną świnkę morską. Całość wygląda niezbyt apetycznie:
Załącznik:
20220613_142808.jpg

I taka rzeczywiście była w smaku, w dodatku ciężko się ją jadło. Nie polecam, przynajmniej nie w wersji grillowanej w całości.
Wyżerka była taka sobie, ale to co było przed i po niej było prawdziwym przysmakiem, tyle że kulturalnym. Jakieś 40 km od Cuzco zaczynają się wspaniałe pozostałości kultur przedinkaskich oraz oczywiście samych Inków. Pierwszym przystankiem była Rumicolca – miejsce dość niepozorne, „tylko” z dwoma piramidami. Ale Rumicolca to jedno z niewielu łatwo dostępnych miejsc, gdzie można oglądać oryginalny fragment Szlaku Inków, wpisanego na listę UNESCO pod nazwą Qhapaq Nan. Qhapaq Nan zawiera w sobie setki lokalizacji od Chile i Argentyny po Kolumbię, ale trzeba sporo się natrudzić, aby trafić do większości z nich i zobaczyć coś istotnego. Wpis pokazuje za to dobrze, jak wielkie i dobrze zorganizowane było imperium Inków, skoro brukowane drogi sięgały tysięcy kilometrów od stolicy w Cuzco.
Załącznik:
20220613_125456.jpg
Załącznik:
DSC02417.JPG
Załącznik:
DSC02420.JPG

Zaledwie kilka minut drogi od Rumicolki znajduje się Pikillaqta, rozległe miasto (całość liczy 34 kilometry kwadratowe), zasiedlone od VI do XIII w., jeden z największych ośrodków kultury/imperium Wari – bezpośrednich poprzedników imperium Inków. Z Pikillaqty pozostało bardzo dużo, to jedno z tych miejsc, w których trzeba by było spędzić kilka godzin, żeby zobaczyć wszystko. Ulice miasta potrafią ciągnąć się przez jakiś kilometr. Wspaniałe miejsce i pozycja obowiązkowa.
Załącznik:
20220613_132348.jpg
Załącznik:
20220613_134422.jpg
Załącznik:
DSC02422.JPG
Załącznik:
20220613_133822.jpg
Załącznik:
DSC02424.JPG
Załącznik:
DSC02430.JPG

A to nie był koniec – przed dotarciem do Cuzco czekał nas jeszcze jeden wspaniały zabytek – ruiny miasta Tipon, o których powstanie już bez wątpliwości można posądzić Inków. Jakie to wszystko fotogeniczne! Doskonale zachowane tarasy z równo przystrzyżoną trawą, fontanny (służące niegdyś do celów ceremonialnych), kanały i biegające pomiędzy nimi świnki morskie.
Załącznik:
DSC02433.JPG
Załącznik:
20220613_152945.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
6 ludzi lubi ten post.
acidka uważa post za pomocny.
 
 
#18 PostWysłany: 23 Sie 2022 19:23 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Park Narodowy Manu i ciąg dalszy ruin

Przez pierwsze dziesięć dni podróży po Peru bawiłem się świetnie, a wycieczka codziennie dostarczała mi niezapomnianych wrażeń. Zdawałem sobie jednak sprawę, że to, co jest dla mnie wodą na młyn, u pozostałych członków rodziny może wywoływać zmęczenie. Mój syn, kończący w tym roku 10 lat, strajkował zupełnie ostentacyjnie. Często nie wychodził nawet z samochodu, żeby zobaczyć kolejne ruiny, i deklarował, że podczas następnego wyjazdu zostanie u cioci.

Nie bardzo była możliwość kompromisu – był plan do wykonania i trzeba się było go trzymać, a jako że codziennie spaliśmy w innym miejscu, wszędzie musieliśmy jeździć razem. W Cuzco jeden jedyny raz spaliśmy dwie noce w tym samym miejscu i postanowiłem, że będzie to dobra okazja, aby pozostali członkowie rodziny nieco odpoczęli. Miejsce było idealne, bo w pensjonacie, w którym nocowaliśmy, mieliśmy darmowy dostęp do Netflixa (którego zresztą najzupełniej celowo nie mamy w domu). Co za czasy, w których ekranowa rozrywka zwycięża z ciekawością świata! :)*

*Żeby nie było, że wychodzę na starego zgreda – jak ktoś mnie pyta, co sądzę o młodych ludziach, szczególnie w kontekście zawodowym, mam na ogół dobrą opinię, którą puentuję znanym cytatem z Kazika: „Najbardziej mnie teraz wk… u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę”.

Podczas, gdy rodzina odpoczywała, ja miałem zadanie do wykonania. Wstałem o 4 rano, aby zobaczyć jak najwięcej i być może załapać się na wschód słońca w miejscu, które chciałem zwiedzić jako pierwsze. Ambitny plan został nieco nadwyrężony na samym początku, bo wyjeżdżając z hotelowego garażu zarysowałem błotnik. Wyjazd był tak stromy i wąski, że musiałem schować oba lusterka i skończyło się tak, jak się skończyło. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że ten garaż był ewidentnym błędem projektanta – wyjazd był tak stromy, że następnego dnia samochód (przypominam, że to nie był maluszek, ale suv Toyota Rav 4) nie był w stanie wyjechać z dwójką dzieci z tyłu, udało się dopiero, gdy kazałem im opuścić auto. Na swoje drugie usprawiedliwienie dodam, że przy oddawaniu samochodu od razu wskazałem zarysowanie. Pracownik wypożyczalni Enterprise wrócił z pastą polerską, intensywnie pozacierał i stwierdził, że rysa mieści się w dozwolonych granicach i dodatkowego obciążenia nie będzie.

Początek dnia był taki sobie, ale dalej było lepiej. W zakładanym czasie dotarłem do bramy Parku Narodowego Manu. Problem pojawił się w tym, że brama była zamknięta. Na szczęście wystarczyło pojechać kilkaset metrów w bok, aby złapać strażników na gotowaniu śniadania. Jeden z nich odpuścił rozpalanie ognia, aby wypisać mi kwit (był szczerze zaskoczony widząc obcokrajowca płacącego stawkę o chyba 300% wyższą niż Peruwiańczyk) i otworzyć bramę. Pięć kilometrów i dwadzieścia minut później mogłem zameldować się na wysokości prawie 4000 m. n.p.m. w miejscu nazwanym Mirador de Tres Cruces, skąd podobno wspaniale obserwuje się wschody słońca. Było już niestety dobre pół godziny za późno, więc widoki były nie aż tak spektakularne, ale mimo wszystko chyba niezłe.

Załącznik:
20220614_073215.jpg
Załącznik:
20220614_072906.jpg
Załącznik:
DSC02439.JPG
Załącznik:
DSC02440.JPG
Załącznik:
DSC02442.JPG
Załącznik:
DSC02449.JPG


W drodze powrotnej do Cuzco chciałem zahaczyć o niezwykle malowniczą wioskę Pisac. Google Maps pokazywało 3h drogi i 137km trasę. Maps.me twierdziło, że da się to pokonać w 2 godziny a alternatywna droga zajmie 100 km. Uwierzyłem Maps.me i gorzko żałowałem. Po zwodniczo dobrym początku wpadłem na straszną gruntową drogę, niewiele ustępującą tej z Huamachuco do Pataz. Trzy razy musiałem się zatrzymać na dobrych kilka minut - a to z powodu prac remontowych, a to z powodu cięcia gałęzi, wreszcie dlatego, że trzeba było wyładować zawartość ciężarówki z cementem. Zamiast obiecanych przez maps.me dwóch godzin pokonałem ten dystans w jakieś trzy i pół!
Przy tej okazji pozwolę sobie na małą dygresję. Jednym z najwspanialszych aspektów podróży po Peru jest sympatyczna egzotyczność tego kraju. Przyjeżdżasz do Cuzco czy innej Arequipy, widzisz ludzi poubieranych w stroje ludowe i myślisz, że to specjalnie pod turystów. Ale to nie jest prawda, Peru jest pod tym względem naprawdę wyjątkowe. Na terenach wiejskich każdy się tak ubiera – zwłaszcza kobiety od nastolatek po sędziwe staruszki potrafią na co dzień chodzić w wielokolorowych ponczach czy wspaniałych kapeluszach. W dodatku w jednej wsi obowiązuje jeden wzór kapelusza, a kilkanaście kilometrów dalej w użyciu może być zupełnie inny.
Załącznik:
20220608_110531.jpg
Załącznik:
20220608_120437.jpg

Klnąc na czym świat stoi pokonałem kolejną drogę gruntową i dotarłem do Pisac. Zacząłem nie od samej wioski, ale od stanowiska archeologicznego Pisac, położonego na jej przedmieściach. Parque Archeologico de Pisac to kolejne miejsce, w którym szczęka mi opadła z zachwytu. Znów miałem przed sobą wspaniałe inkaskie ruiny, położone na zboczu wzgórza, wymagające niemałego fizycznego wysiłku, aby wszystko zobaczyć. Swoją drogą, mam jedną rekomendację – Peru to jeden z krajów, na którego zwiedzanie nie warto czekać do emerytury, bo w pewnym wieku można po prostu nie wytrzymać trudów wspinaczki. Nie chodzi nawet o chorobę wysokościową, która dotyka – bądź nie – niezależnie od wieku, ale zwiedzanie niemal każdych ruin wymaga pokonania co najmniej kilkudziesięciu metrów przewyższenia, co na wysokości powyżej 3000 m. n.p.m. może stanowić spory problem.
Załącznik:
DSC02451.JPG
Załącznik:
DSC02452.JPG
Załącznik:
DSC02458.JPG
Załącznik:
DSC02459.JPG

Minąwszy Pisac w drodze do Cuzco zwiedziłem jeszcze dwa wspaniałe przykłady inkaskich ruin – Tambomachay i Puka Pukara. Do rodziny dołączyłem wczesnym przedpołudniem i razem kontynuowaliśmy zwiedzanie Cuzco.
Załącznik:
DSC02461.JPG
Załącznik:
DSC02463.JPG
Załącznik:
DSC02467.JPG


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#19 PostWysłany: 25 Sie 2022 12:08 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Trudna droga do Machu Picchu

Standardowo turyści dostają się do Machu Picchu w wygodny sposób – z Cuzco do Ollantaytambo autokarem, a stamtąd pociągiem prosto do Aguas Calientes. Wygoda ma swoją cenę – transport kosztuje dużo więcej, niż bilet wstępu do ruin, u mnie przy 4-osobowej rodzinie stanowiłby ponad 10% budżetu, który miałem przeznaczony na Peru. Mając do dyspozycji samochód i czytając relacje (w tym na forum fly4free) wiedziałem, że jest inna, dużo tańsza opcja – dojechać się do miejsca zwanego Hidroelectrica, a stamtąd przejść się wzdłuż torów do miasteczka. Była to opcja z elementem przygody, więc tym bardziej optowałem za jej egzekucją.

Z wypoczętą niemal całodniową labą rodziną wybraliśmy się więc w drogę do Machu Picchu. Mieliśmy na to jakieś 6-7 godzin – dość czasu, żeby zameldować się w Hidroelectrica około 14.30 i przed 17.00 dotrzeć do Aguas Calientes. Byliśmy na tyle zrelaksowani, że po drodze zwiedziliśmy unikatowe kopalnie soli w Maras, położone na zboczu góry i przez to niezwykle fotogeniczne.
Załącznik:
20220615_093435.jpg
Załącznik:
20220615_094654.jpg
Załącznik:
DSC02481.JPG
Załącznik:
DSC02485.JPG
Załącznik:
DSC02487.JPG
Załącznik:
DSC02493.JPG

Google Maps pokazywało, że bezpośrednio trasa z Cuzco miała zająć pięć i pół godziny, ze zwiedzaniem Maras jakieś sześć i pół. Profil jest ekstremalny nawet jak na peruwiańskie warunki – rozpoczyna się w Cuzco na 3400 m. n.p.m., przejeżdża przez Ollantaytambo na 2800 aby dalej w kulminacyjnym punkcie osiągnąć ponad 4300, zjechać na 1600 i zakończyć na mniej więcej 2000, po drodze pokonując ponad 90 serpentyn!

Trochę się obawiałem ostatniego odcinka od Santa Maria do Hidroelectrica - wg nawigacji 35 kilometrów miało zająć półtorej godziny, co oznaczało bankowo drogę gruntową w złym stanie. Wjeżdżając na nią mignęła mi jakaś tablica o zamkniętych i otwartych okresach, ale świadomie ją zignorowałem, nie wgłębiając się w treść. Zrobiłem jej zdjęcie w drodze powrotnej.
Załącznik:
20220616_110908.jpg

Była godzina 13.20, kiedy dotarliśmy do szlabanu. Pilnująca go pracowniczka poinformowała nas, że dalej jechać się nie da, na całej długości trwają szeroko zakrojone prace, a drogę otwierają dopiero o 15.00. Poczułem ukłucie paniki – jeśli ten scenariusz miałby się ziścić, dotarlibyśmy do Hidroelectriki po 16.00 i do Aguas Calientes musielibyśmy maszerować w ciemności. A więc dawaj przekonywać panią, że z małymi dziećmi tak się nie da i muszą się nad nami ulitować. Pani pokiwała głową ze zrozumieniem i wykonała kilka telefonów do swojego kierownika. Wszystko na darmo, nawet gdyby kierownik nas puścił, zatrzymalibyśmy się przy wjeździe do tunelu, na którym zgodnie z harmonogramem pracował ciężki sprzęt. Siedzieliśmy więc spokojnie aż do otwarcia drogi, a czas umilała nam dyskusja ze świeżo poznaną parą Niemców, przez prawie rok pokonującą na motocyklach Amerykę Południową.
Załącznik:
20220615_142752.jpg

Drogę otwierali tylko na pół godziny (zezwalali tak naprawdę na godzinę), a według nawigacji miała nam zająć godzinę piętnaście. Tak by było w świecie idealnym, w którym nikogo nie musisz wyprzedzać, z naprzeciwka nic nie jedzie i nigdy nie pomylisz drogi. Świat rzeczywisty tak nie wyglądał i gdzieś koło 16.15 byliśmy jeszcze jakieś 3 kilometry od celu. A tam znowu szlaban i informacja, że ponowne otwarcie drogi nastąpi o 18.00. To byłby już prawdziwy dramat, o 18.00 robi się ciemno i całą drogę trzeba by było pokonywać po omacku. Tym razem jednak pani szlabanowa i jej kierownictwo ulegli moim prośbom, puścili nas i przed 16.30 dojechaliśmy do stacji kolejowej Hidroelectrica. Tam na niestrzeżonym parkingu zostawiliśmy samochód (jakby ktoś chciał, jest też opcja strzeżona, ale wymagałaby spędzenia dodatkowych kilkunastu minut na dojazd i shuttle), zabraliśmy małe plecaki i ruszyliśmy w drogę. Mogliśmy jeszcze wybrać pociąg, który właśnie odjeżdżał, ale perspektywa zapłacenia w sumie 130 USD za kilkanaście kilometrów trasy (w jedną stronę! I nie ma zniżek dla dzieci!) sprawiła, że szybko odpuściliśmy tę opcję.

Droga z Hidroelectriki do Aguas Calientes zajmuje standardowo dwie do dwóch i pół godziny. Sprawny piechur pokona ją w półtorej. Poza kawałkiem podejścia na samym początku jest niemal zupełnie płaska, a jedyną trudnością jest przechodzenie pomiędzy torami – ścieżka jest raz po jednej, raz po drugiej stronie. Czasem trzeba też przechodzić po podkładach wiszących w powietrzu nad strumieniem.
Załącznik:
20220615_162931.jpg
Załącznik:
DSC02568.JPG


Ale koniec końców nic ani strasznego, ani trudnego. Trasa jest w wąwozie, więc tak koło 17.30 zrobiło się zupełnie ciemno. Świeciliśmy latarkami w telefonie i dołączyliśmy do grupy turystów, która oprócz świateł miała też muzykę - i takim sposobem bez marudzenia ze strony dzieci dotarliśmy do Aguas Calientes. O miasteczku napisano już wiele, więc nie będę się powtarzał – mimo drożyzny udało nam się znaleźć przyzwoity hotel za jakieś 150 złotych za dwa pokoje.
Wejście do Machu Picchu mieliśmy o 7 rano, czekała nas też droga powrotna na piechotę, więc zdecydowaliśmy się na autobus. Przyjemność nie jest tania – 12 USD w jedną stronę, na szczęście jest 50% zniżka dla dzieci. Biedniejszy o 72 dolary kupiłem bilety na dzień następny na 6.30 rano.
O samym Machu Picchu nie będę za dużo pisał, trzymając się tytułu relacji. Dość powiedzieć, że pogodę mieliśmy fantastyczną, a miejsce zdecydowanie zasługuje na miano jednego z najpiękniejszych na świecie.
Załącznik:
20220616_073526.jpg
Załącznik:
20220616_074327.jpg


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
7 ludzi lubi ten post.
2 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
#20 PostWysłany: 30 Sie 2022 07:02 

Rejestracja: 18 Wrz 2013
Posty: 377
srebrny
Powrót do Limy i zakończenie

Droga powrotna do Limy minęła bez większej historii. Z Hidroelectriki mieliśmy się dostać do Abancay i Google Maps pokazywało taką oto trasę:
Załącznik:
Santa Teresa Abancay.jpg

Trasy tej nie potwierdzały jednak dwie inne używane przeze mnie nawigacje – maps.me i herewego. Pełny podejrzeń postanowiłem zasięgnąć języka – wszyscy pytani zdecydowanie potwierdzili, że trasa proponowana przez Google Maps jest niemożliwa do pokonania i w pewnym momencie zmienia się na trasę pieszą. Trzeba było jechać okrężną drogą przez Ollantaytambo, ponownie wjeżdżając na 4300 m. n.p.m i zjeżdżając na około 2800. Tego dnia zaliczyliśmy nasz rekord – 114 serpentyn, nie licząc dziesiątek innych zakrętów mniejszych niż 180 stopni. Oczywiście po raz kolejny trzeba było czekać na otwarcie drogi i potem w szaleńczym tempie pokonywać trasę do Santa Maria. Tym razem jadąc jak wariat zrobiłem to w 1h 10 min – ciągle za wolno, żeby załapać się na godzinne okienko, na szczęście na końcowym odcinku byli wyrozumiali i nas puścili.

Po spędzeniu nocy w Abancay pozostały nam dwa dni, żeby dostać się do Limy. Pierwszego dnia spaliśmy w Ayacucho, po drodze zwiedzając dwa ciekawe obiekty – kolonialny most Pachachaca z XVII w. oraz kompleks archeologiczny Curamba.
Załącznik:
DSC02580.JPG
Załącznik:
DSC02581.JPG
Załącznik:
DSC02583.JPG
Załącznik:
DSC02590.JPG

Widzieliśmy też nietypowy transport żywego inwentarza.
Załącznik:
DSC02593.JPG

W Ayacucho było nieco ciekawiej – to spore miasto z interesującą katedrą. Ayacucho to miejsce szczególnie ważne dla peruwiańskiej państwowości – w położonej nieopodal Quinui wojska republikanów pod wodzą Antonio Jose de Sucre pokonały Hiszpanów, ostatecznie kończąc panowanie Hiszpanów w Ameryce. Pomnik Sucre stoi na centralnym placu Abancay
Załącznik:
20220617_182253.jpg


Kolejny dzień był ciekawy tylko pod kątem geograficznym. 9 godzin drogi z Ayacucho do Limy wiodło przez najbardziej ekstremalną pod względem amplitudy wysokości drogę, jaką pokonałem jednego dnia. Ayacucho leży na wysokości 2760 m., po drodze wspięliśmy się na rekordową dla nas wysokość 4 750 m., aby skończyć dzień w Limie, praktycznie na poziomie morza! Biorąc pod uwagę lokalne górki i dołki, spokojnie wyszło ponad siedem i pół kilometra różnicy wysokości!
Załącznik:
DSC02594.JPG
Załącznik:
DSC02596.JPG
Załącznik:
DSC02600.JPG
Załącznik:
DSC02602.JPG
Załącznik:
DSC02604.JPG
Załącznik:
20220618_094824.jpg

Zgodnie z tytułem relacji Limy opisywać nie będę. Dodam tylko, że na koniec podróży trafiła nam się (nie)miła niespodzianka – powrotnym lot KLM został przesunięty o 3 godziny, co oznaczało, że na miejscu w Berlinie bylibyśmy ponad 4 godziny po planowanej godzinie odlotu. Na dodatek kapitan przyznał, że to przez usterkę samolotu i konieczność podstawienia nowego. 4x600 euro (a, że wybrałem voucher, 4x800 euro) to kwota, dzięki której zwróci nam się znacznie więcej niż połowa kosztów wyjazdu. Co prawda KLM do dziś nie rozpatrzył reklamacji, ale mogą być pewni, że nie odpuszczę.

Dziękuję czytelnikom za cierpliwość – pisanie relacji strasznie mi się rozwlekło, a to z powodu przeprowadzki, którą w międzyczasie musiałem dokończyć. Udało się to bez brania nawet jednego dnia urlopu, a więc na ostatnie 4 miesiące roku zostanie mi ich więcej, niż się spodziewałem. Mamy zaplanowaną wspólną podróż z @cart do rzadko opisywanych krajów, ale poza tym powinno się udać wyskoczyć w jakieś ciekawe miejsce. Może nawet trafi się jeszcze jedna relacja…


Nie posiadasz wymaganych uprawnień, by zobaczyć pliki załączone do tej wiadomości.
Góra
 Relacje PM off
12 ludzi lubi ten post.
4 ludzi uważa post za pomocny.
 
 
 [ 27 posty(ów) ]  Idź do strony 1, 2  Następna

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina (czas letni)


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: CommonCrawl [Bot] oraz 0 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

  
phpBB® Forum Software © phpBB Group